czwartek, 16 listopada 2017

532. Spadająca gwiazda

Zaskoczył mnie. Patrzyłem na profil jego twarzy i chłonąłem jej piękno. Wyciągnął nogi do przodu i oparł się o ławkę. Najpierw odchylił głowę do tyłu, a potem skierował się w moją stronę. Wytrzymałem siłę jego spojrzenia. "Prawie nic się nie zmieniłeś", szepnął. "Schudłeś trochę i masz teraz długie włosy...", uśmiechnął się. "Ładne...", wyciągnął rękę i pewnie chciał schwycić zagubione luźne pukle, lecz lekko się odsunąłem. "Przyjechałem, żeby cię zobaczyć i pobyć trochę przy tobie... Tęsknię za tobą", ponownie wyciągnął rękę w moją stronę. "Też za tobą tęsknię. I to bardzo...", szepnąłem. "Pamiętasz, gdy raz wracaliśmy na rowerach od cioci Wandy i zlał nas deszcz?", rozpromienił się. "Skoczyliśmy wtedy z mostu do rzeki i pływaliśmy w gęstej ulewie", patrzył na mnie, ciągle się uśmiechając. "Taaak... Naskarżył na nas wtedy sąsiad, że na golasa biegaliśmy nad rzeką... To było w jakieś wakacje... Przyjechałeś do nas na wieś... I wtedy to właśnie... My...", patrzyłem wprost w jego błękitne oczy. "Chciałbym znów się tak poczuć...", nabrał powietrza w płuca. "Byliśmy wtedy nastolatkami", zanurzyłem palce w jego ciemnej czuprynie. Nachylił się w moją stronę i szepnął: "Nieważne", i położył głowę na moim ramieniu, "Po prostu chciałbym znów tak się poczuć...", powtórzył. Gładziłem jego potargane włosy i wdychałem ich zapach. Słyszałem jak przymknął oczy i zaczął cichutko wzdychać i mruczeć. Ciągle trzymał moją drugą rękę blisko siebie. Nagle drgnął. "Słyszysz świst wiatru?", zapytał. "Dlaczego tym razem tak szybko?", niespokojnie na mnie spojrzał. Zacząłem uważnie nasłuchiwać. "Tak... Chyba słyszę...", szepnąłem. Przywarł do mnie jeszcze mocniej. "Nie chcę wracać. Chcę zostać. Tutaj. Przy tobie...", załkał. Otarłem wierzchem dłoni spływające po jego pięknej twarzy łzy i zsunąłem mu z oczu długą jasną grzywkę. "Kocham cię", szepnąłem i ucałowałem w policzek. Uśmiechnął się lekko. Pomogłem założyć mu białą czapkę z wielkim pomponem i białe rękawiczki. Błysnęło i jasnowłosy chłopiec zniknął. Siedziałem potem dość długo na tej samej ławce i rozmyślałem. Zapomniałem o czasie i o sobie samym. Z odrętwienia wywołał mnie odgłos kwilenia jakiegoś ptaszęcia. Daleko na horyzoncie zaistniała smuga nowego dnia, a wysoko, nad moją głową, spadła w ciemność nieba złota gwiazda. "Dobranoc, kochany!", pomyślałem i udałem się w stronę domu.    

niedziela, 12 listopada 2017

531. Chłopięce zabawy

(478)
Sporo czasu musiało minąć zanim Staszek zaakceptował Jacusia jako nowego kolegę. Zawsze bawił się tylko ze mną i wszystkie tajemnicze wyprawy za ogrodzenie gospodarstwa planował poza jego plecami. Twierdził, że Jacek to maminsynek, ciągle narzeka, a nawet ryczy bez powodu, wlecze się i opóźnia marsz przez pole czy las. Gdy tylko nadarzała się okazja, dokuczał mu. Czasami zabierał jego szmacianego psa o długich łapach i uszach i wrzucał go gdzieś w niedostępne miejsce. Najczęściej był to dach węglarki za domem, na który nie potrafiliśmy wleźć, lub któreś drzewo w sadzie.
Jednego dnia Staszek zabrał Jacusiowi zabawkę i uciekł z nią na podwórko. Tam wsadził szmacianego psa do metalowego wiadra, zaczepił je na haku i zawiesił nad rantem studni. Ręką zatrzymał przerażonego Jacka i wytłumaczył mu, na czym polegać będzie nowa zabawa. Chłopiec, z rozdziawioną buzią i wzrokiem wlepionym w misia, pokiwał głową na zgodę. Staliśmy obok i przyglądaliśmy się, jak Staszek wkłada do wiadra cegły. "To będzie świetna rakieta!", zapewnił. Spojrzał w głąb studni i pchnął wiadro. Runęło w dół z zawrotną prędkością, obijając się o kamienne ściany i huknęło o taflę wody. "Jupiiii!", wrzasnął Staszek i zachwycony, uniósłszy ręce do góry, skakał radośnie.
W tym też momencie ze stodoły wyszedł dziadek. Podszedł do nas i podejrzliwie patrzył to na nas, to na studnię. "A co tutaj robicie?", zapytał i zaczął wyciągać łańcuch na górę. Po chwili naszym oczom ukazało się wiadro pełne wody. Usłyszeliśmy Jackowe "Och!" Dziadek odpiął je i poszedł w stronę stodoły, a my w milczeniu spoglądaliśmy to na siebie, to na studnię. "Tylko nie rycz!", Staszek szturchnął Jacka w ramię. Podszedłem do krawędzi studni i zerknąłem w dół. Nic nie było widać. Szmaciany pies zaginął. Nikomu o tym nie powiedzieliśmy.
Od tego właśnie zdarzenia Stasiu przyjął Jacka do naszej dwójki i zaakceptował go jako swojego nowego przyjaciela. Zaczęliśmy bawić się i rozrabiać we trzech.

***
Szczególnie latem i wczesną jesienią praktycznie wszędzie na wsi można było znaleźć coś ciekawego do roboty. Dla takich nicponi jak my nic się nie ukryło. Jeśli sam czegoś nie wymyśliłem, to robili to Staszek albo Jacek, który to z czasem okazał się większym rozrabiaką niż my dwaj razem wzięci.
W słotne i chłodne dni zaszywaliśmy się na strychu. W przepastnych szafach zawsze znajdowaliśmy coś ciekawego. Były to stare fotografie i pocztówki poprzewiązywane tasiemkami, dziwne zabawki na kółkach, przybory toaletowe i kuchenne, stęchłe i zapleśniałe księgi w skórzanych oprawach. O wszystkich tych rzeczach już dawno zapomniano, a ich poprzedni właściciele pomarli lub zginęli w czasie drugiej wojny.
Wielokrotnie słuchaliśmy dziadkowych lub babcinych opowieści o wojnie. O bombardowaniu wsi, o uciekających ludziach, płonących domach i zabitych zwierzętach. Chodziliśmy potem do tych miejsc z opowieści i szukaliśmy jakichkolwiek śladów po bombie, która rozerwała dom na strzępy.
Dla mnie i dla Stacha jedynym namacalnym dowodem na to, iż te opowieści były prawdziwe, był cmentarz w lesie, na który chodzić nam zabroniono. Któregoś dnia babcia wspomniała o rodzinie Bialickich, która zginęła od wybuchu bomby. Powiedziała też, że wszyscy pochowani są w lesie. Widziałem wtedy ten błysk w oczach Staszka! Wiedziałem, że pójdziemy tam, by to sprawdzić. Wyprawiliśmy się tam kilka dni później. Cóż to była za przygoda! Włożyliśmy kaloszki i spodnie ogrodniczki, odpięliśmy też naszą białą Nukę. I pomaszerowaliśmy. By dotrzeć do linii lasu trzeba było najpierw przejść przez nasze ziemniaczane pole i łąkę, potem przeprawić się przez wały i zakole rzeki, przejść przez peegerowskie pastwiska, przeskoczyć strumień i na końcu wspiąć się na piaskową wydmę, za którą stał ciemny bór.
Dla nas to był inny świat. Przejście na ukryte w gąszczu groby znaliśmy z wypraw z dziadkiem lub wujkiem, lecz tym razem było inaczej. Byliśmy tu po raz pierwszy sami. Zauważyłem, że Staszek zmienił się na twarzy. Najpierw był podekscytowany, bez przerwy o czymś gadał i oczy mu błyszczały, teraz spoważniał, ucichł, nasłuchiwał odgłosów i badał otoczenie. Nie tak łatwo znaleźliśmy grób Bialickich. Znajdował się on z samego brzegu, w rozległej rozpadlinie, na bardzo nierównym terenie. Płyta była przełamana na trzy kawałki. "Czyli babcia mówiła prawdę!", odezwałem się jako pierwszy. "Taaa", pokiwał głową i spojrzał na mnie. "Teraz musimy znaleźć w ich domu tę bombę, co to ich zabiła!", oznajmił dumnie. "Aha", pokiwałem głową na zgodę. Wracaliśmy nieco inną drogą. Z piaskowej skarpy skręciliśmy w brzezinowy zagajnik, minęliśmy strumień, budynki peeger-u i przez most weszliśmy do wsi. Poszliśmy wprost do domu Jacka. Pomimo setki jego pytań, nie zdradziliśmy tego, skąd wracamy. W porze obiadowej pogoda uległa pogorszeniu. Nad wsią przeszła burza. Zamknęliśmy się na strychu i układaliśmy plany kolejnej wyprawy do lasu.               

poniedziałek, 6 listopada 2017

530. Rollo i JT

JT przeżył operację.
Stan ciężki stabilny.
Tętniak w głowie.
Śmierć krążyła wokół...
Nie wpuściliśmy jej do środka...

Dobre wieści:
Rollo wraca wkrótce do UK.

czwartek, 2 listopada 2017

528. Nasze dawne Dziady

Dzień Zmarłych.
Gdy byliśmy dzieciakami, lubiliśmy to święto. Zdarzało się nawet, że 1. listopada leżał już śnieg.
W ten dzień od samego rana w domu trwało zamieszanie - szukanie potrzebnych rzeczy, czyszczenie palt i kurtek, przekładanie zniczy i wieńców, przygotowywanie późnego obiadu dla dalszej rodziny, która zjeżdżała się i spotykała na cmentarzu. Dziadek znosił ze strychu krzesełka, które ustawiano dokoła rozsuniętego stołu, mama rozkładała obrusy i zastawę, liczyła szklanki, dzbanki i kubki, układała wszystko na stole tak, by nikomu niczego nie brakło, babcia mieszała w kuchni drewnianymi łyżkami dymiące potrawy w wielkich saganach - pachniało bigosem, zupą warzywną, gołąbkami, pieczenią i roladkami.
Próbowaliśmy wtedy z Błękitnookim przydać się w każdej pracy - albo polerowaliśmy lnianymi ściereczkami sztućce, albo układaliśmy talerze, albo przenosiliśmy różne rzeczy z miejsca na miejsce (potem ich szukano przez cały wieczór), dokładaliśmy do pieca, mieszaliśmy zupy, przynosiliśmy wodę ze studni. Czuliśmy się w jakiś sposób przydatni.
Część dalszej rodziny przyjeżdżała najczęściej w porze obiadowej. Przychodzili także bliscy przyjaciele rodziny. Także Elbi z rodzicami. Siadano wówczas przy stole, rozmawiano, pito kawę i herbatę, zjadano ciasto (główny obiad był zawsze po powrocie z cmentarza). W tym czasie najczęściej zabieraliśmy naszych kuzynów i kuzynki na strych. Tam mieliśmy unikalny plac zabaw! Pośród starych, zakurzonych przedwojennych mebli potrafiliśmy wyśmienicie bawić się w chowanego (uwielbialiśmy z Błękitnookim wchodzić do przeogromnych piętrowych dwudrzwiowych szaf, które skrzypiały, trzeszczały i zgrzytały w tajemniczy dla nas sposób), za co później byliśmy łajani przez rodziców, gdyż nasze ubrania były w opłakanym stanie i trzeba było je w ostatniej chwili zmieniać.
Na cmentarzu spotykaliśmy dalszą rodzinę - siostry babci lub dziadka, kuzynki mamy, jakieś ciotki i wujków, którzy chcieli nas przytulać (Błękitnooki krzywił się i w ukryciu wywieszał język, gdy starsza pani w futrze śmierdzącym naftaliną przytulała go i głaskała po głowie). W końcu wymykaliśmy się spod wzroku dziadków i mam i krążyliśmy pomiędzy grobami. Dołączały do nas kuzynki i już razem planowaliśmy zabawę - moczyliśmy palce w gorącym wosku, który, zastygając, tworzył kolorowe nakładki. Potem chodziliśmy z rękami uniesionymi do góry i podziwialiśmy nasze palce i całe dłonie uwalane woskiem ze zniczy (pamiętam, że dostało mi się wtedy za powypalane dziury w rękawach nowej kurtki).
Zmierzchało, gdy wracaliśmy do domu. Zasiadano do stołu i podawano obiad. Z ogrodu dostrzec można było daleką pomarańczowo-czerwoną łunę, unoszącą się nad cmentarzem. Z Błękitnookim czekaliśmy w podnieceniu na dziadka, gdyż zbliżała się najciekawsza dla nas część tego dnia. Dziadek zaprzęgał konie do wozu i jechaliśmy na stary cmentarz w lesie. Czasami dołączały do nas kuzynki, ale bały się później i nie schodziły z wozu. Był to cmentarz z czasów przedwojennych i okresu wojny. Większość starych grobów się zapadła, a w ich miejscu znajdowały się zagłębienia poprzecinane splątanymi korzeniami. Były tam groby żołnierzy i powstańców oraz ludzi z pobliskich wiosek, rozstrzelanych przez Niemców. Były tam też groby poniemieckie, zapomniane i zniszczone. Pamiętam, że rodzice i dziadkowie zabraniali nam samodzielnego chodzenia na ten cmentarz (daleko położony od domu, w gęstym borze pełnym rowów, zapadlin i wykrotów, do tego zapadnięte i półotwarte groby pełne ostrych krawędzi). Złamaliśmy ten zakaz chyba trzy razy. Dziś nie ma już najmniejszego śladu po tym miejscu.
Późnym wieczorem rodzina rozchodziła się. Niektórzy, szczególnie starsi ludzie, szli raz jeszcze na cmentarz z wieńcami i okruchami suchego chleba. Śpiewano pieśni, odmawiano różaniec, modlono się i rozmawiano z duchami, które to przychodziły po datki (babcia mówiła mi kiedyś, że ten chleb daje się duchom zagubionym, włóczącym się i szukającym swego miejsca). Przed spaniem często wchodziliśmy na strych i przez małe okienko patrzyliśmy na łunę nad cmentarzem.
Dziś już nie ma takich Dziadów. Można za to zalogować się na internetowej stronie cmentarza i "zapalić" na wirtualnych grobach wirtualne świeczuszki...            

poniedziałek, 23 października 2017

526. Idzie noc...

Nadchodzi noc... Czas na dobry horror.
Dwa screeny z Entity - chyba najbardziej przerażającej sceny w całym filmie.
Aż mam ciarki na ciele...
Zdjęcia nie najlepszej jakości, gdyż zrobiłem je telefonem.
Matt

Kate

piątek, 20 października 2017

525. Radarowe problemy


Zauważyłem, że gejradar JT jest zepsuty lub mocno uszkodzony! Zaliczył już kilka wpadek. Mam z niego niezły ubaw, gdy z zawiedzioną miną opowiada o kolejnym niepowodzeniu: "Wczoraj przy barze zarywałem do super faceta... Boski! Mówię ci! Przyszła potem jakaś laska i uwiesiła się na nim jak szympans na drzewie... Zrozumiałem, że on jest hetero i zachciało mi się wyć..."
Któregoś dnia JT zapytał o mój typ męskiej urody. Pokazałem mu zdjęcie pewnego pana, a on krótko skwitował: "Całkiem przeciętny gej". Spojrzałem na niego nieco zdziwiony, gdyż z tego, co mi wiadomo, mężczyzna ze zdjęcia jest heteroseksualny. Chwilę później ponownie strzelił gafę! Tym razem podsunąłem mu zdjęcie Granta, bardzo przystojnego mężczyzny, który trzy lata temu poślubił swojego partnera. "A co o nim sądzisz?", zapytałem. JT spojrzał na mnie z wyrzutem: "Kogo ty mi tu pokazujesz?! Przecież to normalny heteryk! Fe!", i machnął ręką z dezaprobatą. W przypływie zdumienia uniosłem brwi i uciąłem temat.
Śmiem twierdzić, że zepsuł mu się, jak do tej pory niezawodny, radar! Mój jest znacznie przytępiony lub też nakierowany na nieco inne aspekty, choć zdarzyło mi się ostatnio bezbłędnie rozpoznać swojego. Stało się to pierwszego dnia w poprzedniej pracy piekłem nazwanej - wszedł na halę chłopak, spojrzałem na niego i od razu wiedziałem. Wywąchałem go jak pies. Prawdopodobnie z nim było tak samo, bo mówił do mnie "my darling". No, ale już tam nie pracuję i nigdy potem go już nie widziałem.

czwartek, 19 października 2017

524. Kiwanie głową na zgodę

Minął prawie miesiąc od ostatniego wpisu... Dni uciekają mi jak zwariowane, zaczynam pomału gubić się w ich liczeniu, sprawdzaniu i pamiętaniu niektórych zdarzeń. Nie pisałem tu z wielu różnych przyczyn, czasami nawet ze sobą całkowicie niepowiązanych.

1. W końcu znalazłem pracę taką, która mi odpowiada. Podpisałem kontrakt i, jak do tej pory, jestem zadowolony. Cztery zmiany w tygodniu po 10 godzin każda, trzy dni wolnego (jeśli zajdzie taka potrzeba - będą dzwonić na dodatkowe godziny). Jest spokojnie, nikt nie pogania, nikt krzywo nie patrzy, nikt nie zaczepia i nie zadaje głupich pytań, tak jak to było w poprzednim miejscu. Jest nas w sumie pięć osób - cztery na full time i chłopak na part time. Zauważyłem, że bywa też wesoło i zabawnie. W ostatni wtorek to uśmiech nie schodził mi z twarzy. Przez prawie całą zmianę Jim i Matt prześcigali się w wygłupach - śpiewali i "tańczyli" do muzyki z radia, szczególnie upodobali sobie One way or another grupy One Direction. Puszczali to w kółko i, dosłownie, darli się, parodiując wykonawców (po powrocie do domu aż musiałem sprawdzić któż to jest ten One Direction). Gdybym widział ich pierwszego dnia, pewnie pomyślałbym, że mam do czynienia z totalnie zakręconą parą gejów (w pozytywnym wydaniu oczywiście).

2. Wszystko wyglądałoby ładnie i pięknie, gdyby nie jeden fakt... Zawsze tak mam, że gdy coś zaczyna się układać, wyjaśniać i porządkować, zdarza się coś, na co nie mam żadnego wpływu (teraz ktoś będzie zły, że nic wcześniej nie powiedziałem). Tydzień temu wróciło moje zapalenie korzonków. Drugi dzień w nowej pracy, a mnie połamało w krzyżu. Ludzie przestraszyli się, a ja ze sztucznym uśmiechem powiedziałem: "Nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz to mam". Idiotyczna sytuacja. Tym razem, na całe szczęście, ból jest znacznie łagodniejszy niż rok temu, kiedy to, po fatalnym upadku, lekarze zbierali mnie z ulicy... Dzięki końskim dawkom leków (źrenice pewnie mam jak ping-pongi) chodzę i potrafię zrobić koło siebie to, co potrzeba (nawet nie zdajecie sobie sprawy, jakim wyzwaniem przy zapaleniu korzonków jest założenie skarpetek...)

3. Doskwiera mi czytelniczy kryzys. Sprawdziłem na Fb i ostatnią książkę przeczytałem 15 sierpnia!! Sam w to nie mogę uwierzyć! Właśnie spojrzałem na półkę... Leżą tam cztery książki wypożyczone z biblioteki w Polsce... Uuuu... Jutro tam zadzwonię...

4. Założyłem sobie konto na Instagramie. Podoba mi się efekt niektórych filtrów na fotkach. JT przejrzał zdjęcia i ze zdziwioną miną mi mówi: "Dałeś fotę z tęczową flagą?!" Wzruszyłem ramionami i: "No i co z tego...", odparłem mu. "I dobrze", pokiwał głową na zgodę.            

niedziela, 24 września 2017

523. Błędy logicznego myślenia

Rozmowa z JT, jak przeważnie zawsze, wpływa na mnie deprymująco. Dziś zrobiło mi się bardzo przykro i łzy napłynęły mi do oczu. Ukryłem to przed nim. Nie wiedząc o tym, podważył i zmieszał z błotem moje dotychczasowe wyobrażenia na temat ludzi LGBT, szczególnie gejów.
Nieraz mam wrażenie, że ludzie, którzy mnie otaczają, są bardziej spostrzegawczy, bardziej mądrzy, inteligentni i doświadczeni. Na podstawie obserwacji innych potrafią wyciągać doskonałe wnioski, potrafią dobrze podsumowywać i oceniać. A ja? Zostaję daleko z tyłu. Czasami rozkładam ręce i otwieram szeroko oczy w przypływie zdumienia, myśląc, że ktoś sobie ze mnie po prostu kpi. Czemu ja tak nie potrafię?
Dawno temu zapętliłem się we własnych mitach. Prawdopodobnie do życia powołałem je w czasach Elbiego. Dopiero po upływie tylu lat (w grudniu minie dziewięć) dostrzegam i rozumiem szczególnie jeden fakt: Elbi strasznie nabałaganił w moim życiu i sprzątam po nim aż do dziś. Czasami te mity ciążą mi, czasami parzą ręce, czasami spętlają moją logikę. Ale to przecież moje mity! Jak ja mogę bez nich egzystować? Czy to w ogóle możliwe?
Czasami nie wiem, kim jestem. Zastanawiałem się któregoś wieczoru, jak potoczyłoby się moje życie, gdybym tamtego dnia zignorował jego wiadomość i nigdy go nie poznał. Może byłbym dziś lepszym człowiekiem? Mówi się, że niektórzy ludzie pojawiają się w naszym życiu w jakimś celu. Śmiem uważać, że jego celem było zniszczenie mojej ówczesnej siły i wpędzenie w wieloletnią depresję, tym samym odrzeć mnie z osobistych zalet. Nie mam pojęcia, dlaczego nikt mnie wtedy przed nim nie ostrzegł. Z drugiej strony nurtuje mnie pytanie: co by było, gdyby jednak wtedy został? Czy dotarlibyśmy razem do tego, co jest teraz? Być może tak, być może nie.
Chciałem wytłumaczyć JT, że myli się w wielu kwestiach, że wrzuca wszystkich do jednego wora. Chciałem podać mu kilka przykładów i tym samym udowodnić, iż się myli. Zrezygnowałem jednak i ugryzłem się w język. Nie muszę mu się tłumaczyć z własnych wyborów oraz z tego, w co wierzę i dlaczego. To moje życie i mogę zrobić z nim, co mi się podoba.   

sobota, 23 września 2017

522. Come on Home


Zakochałem się w tej piosence i jej melodii.
To wykonanie wręcz omotało mną i nie może wyjść mi z głowy.
Leżę na łóżku z zamkniętymi oczyma i słucham.
Po dziesiątym razie jestem w stanie latać.
Utwór ten jest podkładem muzycznym w filmie ze ślubu Granta i Josha.
Najlepszy efekt muzyczny dają małe silne słuchawki.

środa, 20 września 2017

521. Dno

Każdy kolejny dzień jest gorszy od poprzedniego...
Dziś się poddałem...
Niechaj się dzieje, co chce...
Już mi wszystko jedno...

wtorek, 12 września 2017

519. Odskocznia

Bohaterowie Roswell
Nawet nie przypuszczałem, że powrót do ulubionego serialu z czasów bycia nastolatkiem jest taki ekscytujący. Za mną pierwszy sezon i chcę więcej. Mam takie wrażenie, że emocje przy śledzeniu losów bohaterów tego serialu wcale się nie zmieniły. Staram się nie myśleć o tym, co aktualnie się dzieje, zajmuję myśli czymś innym, lecz pozytywów nie widzę. To tylko odskocznia od teraz. Dobrze się stało, że częściowo wróciłem do czasów, kiedy wiele spraw nie było tak skomplikowanych jak teraz...

Nie mogę spać...
Od wczoraj znów się boję... 

niedziela, 10 września 2017

518. O kinie LGBT słów kilka

Znów obejrzałem kilka filmów LGBT. Wydały mi się ciekawe z kilku powodów: fabuła, gra, problematyka, postaci, dialogi.

Glen i Russell
Zupełnie inny weekend to produkcja angielska. Film opowiada historię dwudniowej znajomości Russella i Glena. Ich krótka relacja ukazuje odmienne poglądy i postawy na świat i ludzi. Poznali się w jednym z klubów. Glen jest otwartym homoseksualistą, jawnie i bez skrępowania wyrażającym swe poglądy, nieco cynicznie nastawionym do otoczenia, Russell jest romantykiem i domatorem, nie obnoszącym się ze swoją orientacją. Zderzenie tych dwóch odrębnych charakterów owocuje w postaci ciekawych dyskusji o wartościach i antywartościach współczesnych ludzi i otaczającego ich świata.

Paul i Erik
Zostań ze mną przedstawia trudną, aczkolwiek głęboką uczuciowo, relację Erika i Paula. Obaj mieszkają w Nowym Jorku. Erik jest twórcą filmów dokumentalnych, Paul bankowcem i mieszka ze swoją dziewczyną. Poznają się na sekslinii. Początek ich znajomości oparty jest wyłącznie na seksualnej fascynacji, lecz z czasem przeobraża się w coś poważniejszego. Paul zrywa z dziewczyną i zamieszkuje z Erikiem. W przeciwieństwie do Erika Paul gubi się w swoich uczuciach i potrzebach, jest niestabilny i nieprzewidywalny, wpada w narkotyki, znika z domu, umawia się na przygodny seks. Erik próbuje wyciągnąć przyjaciela z nałogów, pomaga mu, dając kolejne szanse. Paul znika ponownie. Zostań ze mną to bardzo życiowy obraz o poświęceniu dla kogoś, kogo się kocha, o dawaniu drugiej szansy, także o zagubieniu i potrzebie akceptacji.

Angie i Red
Pamięć złotej rybki to przezabawna irlandzka komedia o perypetiach miłosnych przypadków ludzi z różnych środowisk. Ten film to kalejdoskop bez granic - lesbijka zachodzi w ciążę z gejem, chłopak hetero jest w udanym związku z gejem, dwie heteroseksualne kobiety są parą, gdyż nie mogą spotkać odpowiednich mężczyzn dla siebie (obie to byłe dziewczyny wykładowcy), akademicki wykładowca podrywa studentki, gdyż takie są dla niego najbardziej atrakcyjne, heteroseksualna para rozstaje się tuż przed ślubem, gdyż oboje czują się przytłoczeni zbliżającą się odpowiedzialnością. Naprawdę dobra komedia.

Francisco i Thomas
Obejrzałem drugi raz brazylijski film Od początku do końca o związku dwóch przyrodnich braci (patrz post nr 513). Pomimo tego że obraz ten bardzo mi się podoba ze względu na ukazaną głębię uczuć i obopólną fascynację, to jednocześnie coś mnie w nim niepokoi (nie licząc spojrzenia głównego bohatera). Mam takie wrażenie, że Thomas, młodszy z braci został zdominowany przez starszego brata i w pewien sposób uwikłany (uwięziony) w homoseksualny związek. Być może ich głęboka zażyłość wynika z faktu wspólnego dorastania (Francisco był obecny przy narodzinach Thomasa), ale to raczej nie warunkuje homoseksualizmu obu braci. Chyba szukam dziury w całym i to tylko nadinterpretacja, ale czasami Thomas jest zagubiony w relacji z Francisco i nie wie, jak ma się do niego odnosić, by go nie stracić i urazić.
   

wtorek, 5 września 2017

517. Mały sukces

Muszę się czymś pochwalić: wczoraj minęło pełnych pięć tygodni od kiedy nie palę.
To taki mały sukces.

sobota, 2 września 2017

516. To już trzy lata

Egipt 2014.
W tym miesiącu miną trzy lata od naszej wyprawy, mojej i Bzyczkowej, do Egiptu. Był to pierwszy nasz wspólny urlop. Oj, działo się wtedy, działo! Potem miał być Meksyk, lecz tam pojechałem już sam...
Jutro wieczorem przyjeżdża Bzyczek. Będzie cztery dni, gdyż już w piątek wylatuje do Brazylii. Będziemy myśleć i postanawiać, co zrobimy ze mną...
Moi współlokatorzy zniknęli - jeden jest w Polsce, drugi na tydzień przeniósł się do siostry, tak więc będziemy w domu sami.
Zacząłem dziś biegać. Godzinę na początek. Ciekaw jestem, ile wytrwam, bo znając mój brak wytrwałości i słomiany zapał... Zobaczę. 
Niniejsze nasze zdjęcie przekopiowałem z postu nr 182.

czwartek, 31 sierpnia 2017

514. "Oni byli stworzeni tylko dla siebie..." czyli nocne rozmowy nie tylko o miłości

Tom Bridegroom
22.04. 1982 - 7.05. 2011
Tak napisała mi wczoraj moja przyjaciółka Siena po "wspólnym" obejrzeniu filmu Bridegroom. W tym samym czasie ona oglądała film w Polsce, ja w UK. Komentowaliśmy i wymienialiśmy spostrzeżenia na czacie. Gdy film się skończył, z jej strony zapadła długa cisza. "Jesteś?", zapytałem. "Daj mi chwilę... Zryczałam się jak kretynka... Myślę...", dukała. "Wiesz, oni byli stworzeni tylko dla siebie, tak na wyłączność... Musieli się spotkać właśnie po to, by powstała ta opowieść...", napisała po chwili. "Ten film powinno się emitować w każdym polskim zdewociałym i pseudokatolickim domu, by pokazać, że homoseksualizm czasami jest piękny", kontynuowała swój wywód. "Ale tylko czasami...", zwróciłem uwagę. "Wiesz, co mam na myśli... Ale czego ty chcesz? Ogólnie to ludzie boją się "inności", czegoś, czego nie rozumieją i nie ogarniają. Wiesz, nadal w większości tacy przeciętni i zacofani Polacy to zakładają te swoje bambosze, szlafroki, szlafmyce, piją fusiastą kawę z peerelowskiej szklanki, wieczorami siedzą przy zapalonej gromnicy, patrzą na ludzi zza zasłony w oknach i gadają do świętego obrazka na ścianie. Co tacy wiedzą o dalekim świecie? Według nich gender można kupić w spożywczaku, parada równości to pielgrzymka na Jasną Górę, a gej to nowe auto księdza proboszcza..." "Aleś dowaliła!", przerwałem jej z uśmiechem na twarzy. "Ale taka jest prawda!", zaczęła ponownie. -"Najgorsze jednak jest to, że gdy zdmuchniesz takiemu tę gromnicę i spróbujesz mu udowadniać, że święcona woda to nic innego jak chlorowana kranówa, gotów jest wydrapać ci oczy i przebić widłami. Odważyłeś się zachwiać fundamentem jego świata, ruszyłeś cegłę tak, że może runąć cały mur! Kapujesz? Podobnie jest z tym filmem! Przedstawia gejowski związek inaczej niż zakorzeniony w społecznej wyobraźni stereotyp homoseksualizmu. Zamiast wyuzdanego seksu, wyzywających ubrań, rozbieranych parad, przegięcia i marginesowości ludzie mogliby zobaczyć normalność - pragnienie istnienia w sferze szacunku i równości. I tego właśnie boją się najbardziej - musieliby przyjąć i zaakceptować tę inność jako coś normalnego i wspólnie z tym żyć...Ech..." Czułem, że jej myśl uniosła się pod sufit i tam pozostała. "Łatwiej jest rzucać kamieniami niż wyciągnąć rękę do zgody", podsumowałem jej wywód. "Coś takiego...", odpisała po chwili.
A oto treść smsów z filmu, o które mnie poprosiłaś:

T. - "Shane, you make me feel, like the luckiest guy alive."
S. - "We sholud think about all the things we want to do together. Like swimming in the ocean."
T. - "Staying home and watching movies all day when it rains."
S. - "Buying a house. And adopting a dog."
T. - "And a kid."
S. - "Teaching him how to ride a bike."
T. - "Driving him to his first day of school."
S. - "All of us sitting at the table with the dog at our feet waiting for us to drop food."
T. - "Going camping and lying on our backs under the stars."
S. - "Okay, we're going to take off now."
T. - "We are going to have an amazing life together. I pray we will always have these feelings."
S. - "We will, Tom, I love you and miss you already."
T. - "My heart belongs to you, Shane Bitney Crone."*

*Zachowałem oryginalną pisownię.     

wtorek, 29 sierpnia 2017

513. Ponownie o kinie LGBT

Thomas i Francisco
Od początku do końca to kolejny film, który zwrócił moją uwagę. W nostalgicznej poetyce opowiada o głębokim przywiązaniu i  miłości pomiędzy przyrodnimi braćmi (reżysera oskarżono nawet o propagowanie relacji kazirodczych). Francisca i Thomasa już od wczesnego dzieciństwa łączyła zażyła i specyficzna więź. Chłopcy byli nierozłączni, w każdej sytuacji wspierali się i otaczali opieką. Mocna więź została dostrzeżona przez rodziców i została zaakceptowana jako naturalny przejaw dojrzewania. Gdy stają się mężczyznami, ich miłość trwa i umacnia się.
Film ten w spokojny i taktowny sposób ukazuje proces dojrzewania miłości i jej mocy. Może być ona źródłem fascynacji, szczęścia, radości, bliskości, ale także tęsknoty, samotności, choroby i śmierci. Jej trwanie jest życiem bohaterów, którzy tak naprawdę bez siebie nie mogą egzystować.


Shane i Tom
Bridegroom (to nie tylko nazwisko Toma, ale znaczy także: Pan Młody, Narzeczony) to chwytający za serce wyciskacz łez. Dokumentalny film oparty na faktach.
Opis z Filmwebu: "Shane i Tom są młodzi, piękni i zakochani, jednak ich szczęśliwy związek przerywa tragiczny wypadek. W dniu 7 maja 2011 roku, podczas wieczornej sesji zdjęciowej, która ma miejsce na dachu czteropiętrowego budynku, Tom spada na ziemię. Kiedy po kilku godzinach umiera w szpitalu, jego partner niezwłocznie zawiadamia rodzinę o wypadku. Mimo że mężczyźni tworzyli parę od 6 lat, Shane nie zostaje poinformowany o pogrzebie. Dowiaduje się o nim z lokalnej prasy oraz słyszy nieoficjalnie od bliskich zmarłego, że nie jest na ceremonii mile widziany. Chłopak ciężko to wszystko przeżywa, przechodzi depresję. W pierwszą rocznicę śmierci Toma publikuje na YouTube film pod tytułem "It Could Happen to You", w którym wspomina ukochanego i wyraża swój pogląd na sytuację osób w związkach homoseksualnych."


Matthew Shepard
Historia Matthew Sheparda dramat oparty na faktach. Film opowiada o życiu i o tragicznej śmierci 21-letniego amerykańskiego studenta, który padł ofiarą homofobicznej nienawiści. 7 października 1998 roku Matthew został wywabiony ze studenckiego baru przez dwóch chłopaków. Udawali oni homoseksualną parę i tym samym zwiedli chłopaka.  Podstępnie wywieźli Matthew daleko poza miasto, obezwładnili, przywiązali do płotu, bili i torturowali. Dopiero po 18 godzinach od porwania chłopak został odnaleziony przez przypadkowego przechodnia. Był nieprzytomny i okaleczony. Zmarł w cztery dni później w szpitalu, nie odzyskawszy przytomności. 

sobota, 26 sierpnia 2017

wtorek, 22 sierpnia 2017

511. Rozterki

Za dwa dni wyjeżdżam, a ja kompletnie nie jestem gotów. Ani fizycznie, ani psychicznie. Rozmemłałem się podczas tego pobytu pod każdym względem. Nie wyobrażam sobie powrotu do UK. Co ja tam będę robił? Rozmawiałem z tamtejszymi moimi znajomymi o ewentualnej pracy. Część mówiła, że u nich, w różnych firmach, są miejsca i mogę się u nich zahaczyć. Ale czy to sens zaczynać coś na miesiąc czy dwa i potem znów zmieniać? Bezsensowna tułaczka.

Wyszliśmy wczoraj na spacer. Nie padało i udaliśmy się w stronę dawnego placu zabaw. Bzyczek przysiadł na rancie piaskownicy, ja wbiłem się w "moją", nadal przeraźliwie zgrzytającą, huśtawkę. Dostrzegłem ten moment, gdy opuścił głowę i wbił wzrok w piach. Milczał. Kucnąłem naprzeciw niego. "Co jest?", zapytałem. Jego ciemne oczy błysnęły. "Marzę...", szepnął. Uniosłem brwi i czekałem na resztę. "O nas...", lekko dmuchnął mi w nos. Ucałowałem go w czoło i przyciągnąłem do siebie. Położył głowę na moim ramieniu. Czułem zapach jego włosów. "Postaram się podjąć jak najlepsze decyzje", oznajmiłem mu po chwili. "Wiem o tym", szepnął.

Ilustracja z sieci
Dziś krząta się po domu i przygotowuje sałatkę. "Kto opiekuje się domem w Belo?", wypaliłem znienacka. Pomału zwrócił się w moją stronę. "Thomas", odparł, patrząc wprost na mnie. "Thomas?", zapytałem. "Tak. Kolega z pracy. Pomieszkuje trochę u mnie. Ma jakieś problemy rodzinne", odpowiedział i wrócił do krojenia jarzyn. "OK!", wydukałem.
Zerkamy na siebie. Czuję, że chce mi coś powiedzieć. Nie zamierzam ciągnąć go za język, gdyż wiem, że jeśli ma coś do oznajmienia, zrobi to. "Jesteś pewien, że chcesz jutro wyłożyć się znajomym?", zapytałem z małym wahaniem. "Oczywiście!", się uśmiechnął. "Nigdy niczego jeszcze nie byłem tak pewien. Zdaj się na mnie. Wiem co i jak." Spojrzałem na niego i wciągnąłem powietrze do płuc. "Chyba będę musiał na jutro skombinować sobie paczkę fajek", zażartowałem. "Nie będziesz musiał", zapewnił mnie i zsunął na bok kosmyk włosów z mojej twarzy.

sobota, 19 sierpnia 2017

510. Trochę o kinie LGBT

Lubię filmy LGBT. To żadna tajemnica, że moim ulubionym są Anioły w Ameryce. Korzystając z przymusowego urlopu i nadmiaru czasu wolnego, poznaję nowe obrazy.

Wczoraj odkryłem świetny branżowy thriller London Spy. W sieci widziałem różne o nim opinie. Mi się podobał. Trzymał w napięciu, a każdy nowy odcinek (całość to 5 oddzielnych części) komplikował fabułę i perypetie głównego bohatera. Danny, próbując rozwiązać zagadkę śmierci swojego chłopaka Alexa, wikła się w polityczno-szpiegowską aferę. Odkrywa, iż będąc z Alexem, ten nie mówił mu prawdy o sobie, a jego śmierć, upozorowana na morderstwo na tle seksualnym, tuszuje sprawy wagi państwowej. Zostaje aresztowany i oskarżony o zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem.
Alex i Danny.
Bardzo podobał mi się film Those People. Nowy Jork. Pięcioro przyjaciół tworzy elitarną, nieco ekscentryczną i zamkniętą dla obcych grupę artystyczną. Tańczą, śpiewają, odgrywają scenki, improwizują, bawią się i spędzają czas w swoim gronie. Charlie od dziecka przyjaźni się z Sebastianem. Łączy ich bardzo głęboka i zażyła relacja i wydawać by się mogło, że to czyste platoniczne uczucie. Jednak tak nie jest, gdyż Charlie skrycie kocha swego przyjaciela i boi się okazać mu tę miłość ze względu na kilkunastoletnią przyjaźń (wg moich spostrzeżeń Sebastian czasami traktuje Charliego jak zabawkę, używa go, by zaspokoić swe egoistyczne zapędy). W dzień urodzin Charliego na horyzoncie pojawia się muzyk Tim. Chłopak nawiązuje z nim znajomość, która przeradza się w emocjonujący związek. Świetnym dodatkiem w filmie jest muzyka klasyczna - fragmenty oper i koncertów. Podczas oglądania warto także zwrócić uwagę na fantastyczną relację Charliego z matką.
Charlie i Tim
**Próbowałem odnaleźć operę, którą śpiewają bohaterowie, lecz nie potrafię zidentyfikować poszczególnych części (nie jestem znawcą opery). Odnalazłem jedynie dwa fragmenty: pierwszy to Arthur Sullivan The Mikado i Overture The Pirates of Penzance  i drugi to Gilbert and Sullivan HMS Pinafore Opera.
(Jeśli się pomyliłem - proszę mnie poprawić)
Jedna z moich ulubionych scen.
Śniadanie ze Scotem to ciepła i przesympatyczna branżowa komedia. Sam i Eric są parą. W ich poukładanym, porządnym i sterylnym życiu pojawia się jedenastoletni Scot. Ekscentryczny chłopiec, który tak naprawdę nie potrafi być chłopcem, wprowadza się do ich domu z walizką pełną kosmetyków i sztucznej biżuterii. Ubiera się wyzywająco w kolorowe boa, nosi pasek z różowymi pudlami, śpiewa o każdej porze dnia kolędy i próbuje całować nowych kolegów na powitanie, nie zna także pojęcia dyskrecji, czym stawia Erica i Sama w trudnych sytuacjach. Życie z "dziwnym" chłopcem nie tylko wywraca świat dwóch mężczyzn do góry nogami, ale uświadamia im także, jak wielkim uczuciem się darzą i jak wiele są w stanie dla siebie poświęcić. Dawno się tak nie uśmiałem.
Sam, Scot i Eric

509. Cielesność

Ciekawy cytat z filmu Those People:

"Po co nam gejowscy przyjaciele, skoro nie można z nimi sypiać?"

czwartek, 17 sierpnia 2017

508. Zacietrzewienie

Wszedłem dziś do podrzędnego wiejskiego sklepu wielobranżowego i stanąłem przed metalowym stojakiem, na którym wyłożone były pudełka papierosów. Sięgałem i cofałem rękę kilka razy. Pani sprzedawczyni patrzyła na mnie zdziwiona. W końcu podszedłem do niej i kupiłem butelki wody gazowanej. "A papierosów pan nie chce?", zapytała, unosząc brwi. "Nie mogę", rzuciłem przez ramię i wyszedłem.
Siedziałem potem przy powyginanym i obdrapanym stoliku przed sklepem i zerkałem w stronę białego domu z gankiem. Czekałem na Mamę i Bzyczka. Wrócili na plebanię, by rozmówić się z proboszczem jeszcze raz. Po uprzedniej z nim kłótni, nie miałem ochoty tam wracać. Chciałem jechać już do domu. Dostrzegłem, że wyszli na podwórko i dalej rozmawiali z grubym księdzem. Wiedziałem, że mówili o mnie, bo nagle trzy twarze zwróciły się w moją stronę. Miałem ochotę podejść tam i ponownie dowalić pazernemu proboszczowi, lecz kopnąłem się w kostkę i dalej czekałem na pordzewiałej ławce.
Gdy siedzieliśmy już w samochodzie, Mama z pretensją zwróciła się do mnie: "Niepotrzebnie na niego tak nawrzeszczałeś! Teraz się na nas zaparł i nam nie odpuści". "Nie damy mu złamanej złotówki! A mogił nie może zlikwidować ot tak!", rzuciłem przez ramię. "Złożymy skargę na niego w kurii! Też umiem się zaprzeć!", zwróciłem się do niej, lecz nie oderwała wzroku od samochodowej szyby.            

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

506. W garści

Bzyczek zaproponował wspólne dokonanie pewnej prowokacji. Chce zaprosić znajomych, u których gościliśmy wczoraj i uświadomić im pewne prawdy. Zapewnił, że jest do tego w jakiś sposób przygotowany. Ja mam tylko być...

niedziela, 13 sierpnia 2017

505. Wyjście z szafy - nie dla wszystkich


Odwiedziliśmy dziś z Bzyczkiem znajomych w sąsiednim mieście. Do naszego grona, po jakimś czasie, dołączyło inne towarzystwo, a potem znów inne. Na końcu przyjechała siostra mojej koleżanki wraz z mężem i z dziećmi. W sumie zebrało się nas 11 dorosłych osób. Siedzieliśmy na patio, gdzieś w oddali za nami załączony był telewizor. W pewnym momencie rozmowa zahaczyła o tematy branżowe (nikt z zebranych nie wie ani o mnie, ani o Bzyczku). Zaczęło się od teledysku. Jedna z pań zaczęła komentować styl wokalisty - śpiewał Alvaro Soler. Usłyszeliśmy wiele przykrych epitetów pod adresem wspomnianego artysty (np. obrzydliwy pedał), i nie tylko niego, bo pani ta zaczęła obrzucać błotem całe środowisko LGBT. Stwierdziła, że geje i lesbijki są chorzy psychicznie i należy ich leczyć pod przymusem, gdyż są zagrożeniem dla całego społeczeństwa. Ktoś podchwycił temat i zaczęła się głośna i poniżająca krytyka.
Nie będę przytaczał tutaj słów, które padły z ust tych ludzi, bo szkoda dla nich miejsca. Pod pretekstem wyjścia do sklepu po karton soku opuściliśmy na pewien czas towarzystwo. Gdyby nie moi znajomi, których znam od ponad 15 lat, i faktu, że byłem gościem w ich domu, zrobiłbym awanturę, nie patrząc na konsekwencje. Po całym spotkaniu wziąłem moją koleżankę na stronę i oznajmiłem jej, by nigdy więcej nie umawiała na jeden dzień spotkania ze mną i z innymi jej znajomymi. Była tym nieco zdziwiona i chyba nie połapała się w sensie tego, co jej powiedziałem. Bzyczek przy wyjściu tylko kiwnął im głową na pożegnanie.
Rok temu miałem okazję, by wyjść z szafy przed właśnie tą moją koleżanką. Chciałem to zrobić. Uznałem, że powiem jej prawdę. Dziś czuję ogromną ulgę, że tego nie zrobiłem. Wiem, że nie ma wpływu na to, co mówią i myślą jej znajomi, ale powinna w jakiś sposób zareagować na to, iż w jej domu ubliża się innym ludziom.
Część moich znajomych wie o mnie, część jest tego nieświadoma. I niechaj tak pozostanie - nie wszyscy muszą znać prawdę. Po co? Nie rozumiem tych wszystkich medialnych akcji typu "Wyjdź z szafy. Pokaż się!" Nie każdy może sobie na to pozwolić. Tak samo jest w rodzinach - niektórzy mogą powiedzieć, niektórzy nie. I trzeba to uszanować, a nie nasilać parcie. W swoim życiu najbardziej boję się pogardy, odrzucenia i wytykania palcami. Wolałbym już, by strzelono mi w łeb niż miałby ktoś mną pogardzać lub rzucać we mnie kamieniami.

504. "Miłość znajdzie drogę"


Obejrzeliśmy film z nurtu kina LGBT i się nim zachwyciliśmy - tematem, muzyką, aktorami, problematyką.
"W ciemno" (Out in the dark) opowiada o miłości dwóch chłopaków, ukazanej na tle politycznego konfliktu izraelsko-palestyńskiego.
Roy to prawnik z Tel Avivu, Nimer to student z Palestyny. Pomimo nasilającego się konfliktu międzypaństwowego i utrudnionego przemieszczania się przez granicę - zakochują się w sobie. W filmie tym urzekająca i porywająca jest siła miłości pomiędzy chłopakami, którzy, nie bacząc na wiele niebezpieczeństw, spotykają się w Tel Avivie i są gotowi poświęcić dla siebie nie tylko rodzinę i karierę, ale także własne życie. Do tego przepiękna muzyka! Palce lizać!

 

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

503. Skok w dół

Załapałem dziś doła. I to konkretnego.
Wczoraj pisałem z Rollem. W przyszłym tygodniu wraca do swojego kraju. Prawdopodobnie się już nie spotkamy. Utraciłem najlepszego przyjaciela...    
Załączyłem komputer i bezmyślnie gapię się w ekran. Co z tego? Nic mnie nie pochłania, nic nie interesuje, nawet krótkiego posta nie potrafię sklecić...
Nad głową wisi chmura obojętności i pomału mnie zasysa. Zerkam na pościelone łóżko, na kolorowe poduchy. Najchętniej zakopałbym się pod kocem i nie wychodził stamtąd przez kilka dni. Przewegetowałbym tak do piątku. W piątek przyjeżdża Bzyczek, a moje życie i wszystko dokoła są takie beznadziejne, to ja jestem beznadziejny. Zmarnowałem swoje życie. Wiem to. Na wiele spraw jest już za późno. To taka wielka moja porażka...  

poniedziałek, 31 lipca 2017

499. Samolotowo

Już w Polsce.
Gorąco tu, parno i duszno...
Mój samolocik na płycie lotniska w Luton
Samolot izraelskich linii lotniczych w Luton

niedziela, 23 lipca 2017

498. Bez planów

31 lipca lecę do Polski. Bilet już zakupiony.
Ostatnio wszystko zmienia się u mnie jak w kalejdoskopie, więc nie planuję niczego konkretnego. Jakoś otrząsnąłem się po drugiej utracie pracy i na myśl o tym, co będzie później, wzruszam ramionami. Nie mam szans powrotu do zawodu, więc nie przykładam do tego większej wagi. Wymówiłem także miejsce w mojej drugiej, dodatkowej, pracy i tam nagle się okazało, że będą za mną tęsknić... Uśmiechnąłem się tylko w duchu, ponieważ nie będą tęsknić za mną jako za osobą tylko za mną jako za koniem pociągowym...  
Nie mam żadnych planów co do pobytu w Polsce i nic nie wiem konkretnego, wiem tylko jedno - nawiedzę wkrótce moje biblioteki i odnajdę te książki, na które nie starczyło czasu podczas poprzedniego urlopu. Trzeba by było także wybrać się gdzieś na książki używane, np. na targowisko staroci na krakowskim Kazimierzu lub w okolice głównego dworca w Katowicach. Nie mogę się doczekać!

czwartek, 20 lipca 2017

497. Tęsknota

Siedzę w kącie i myślę o nim.
Uśmiecham się, gdy oczyma wyobraźni widzę jego błękitne oczy, ciemne równe brwi, prosty nos, wąskie usta i nieco odstające uszy. Zgrabnymi ruchami krząta się po kuchni, chowa czyste naczynia z suszarki, nalewa wodę do czajnika, szykuje filiżanki. Takiego go pamiętam... Na boso, w czerwonej polówce, niebieskich dżinsach. Z tylnej kieszeni jego spodni zwisa kuchenny ręczniczek w kratę... Zastaję go siedzącego przy stole. Czyta gazetę i popija herbatę. Gdy siadam, unosi nieco wzrok i przenika mnie na wylot. "Dobrze spałeś?", zapytuje i marszczy czoło. "Wrócę dziś dość późno", oznajmia spokojnie i poprawia palcem okularki na nosie. Uśmiecha się i podaje mi swoją łyżeczkę. Zerkam na tarczę jego zegarka. Przewraca kartkę. Litery szeleszczą, ludzie na zdjęciach coś mówią. "Same bzdury", odzywa się nagle i składa gazetę. Bierze filiżankę do ręki i podchodzi do okna. Wygląda na zewnątrz, a ja wgapiam się w niego.
Za oknem wzmagał się szum Zabytkowego Miasta, które zaczęło nawoływać także i mnie. Podszedłem do niego. Oplotłem ręce wokół jego talii, brodę oparłem na jego ramieniu. "Zatem do wieczora", szepnąłem. "Tak. Do wieczora", odszeptał.   

496. Znikając za drzwiami

Znajduję się na etapie totalnego zagubienia. Zamknąłem się w domu i nigdzie nie wychodzę. Zaciemniłem okno, zamknąłem drzwi. Siedzę w kącie i patrzę w ścianę.
W ubiegłą niedzielę oddałem w biurze to, co mi dali i odszedłem. Zrezygnowałem. Z jednej strony czuję ulgę, zarazem targają mną ogromne wątpliwości. Czy zrobiłem dobrze? Co teraz będzie?  
Czuję się taki niepotrzebny. Chciałbym zniknąć. Chciałbym wyjść z domu i pójść przed siebie. Bez oglądania się, bez wyrzutów sumienia, bez żalu, bez wspomnień.
Czytam smutną historię pewnej miłości. Kiwam głową i ukradkiem ścieram płynącą łzę. Odnalazłem się w tej fabule pomiędzy kroplami ulewy i w szumie miotających się liści. Po strumieniu płynie papierowa łódeczka. Stoję na dziobie i małym patyczkiem przesuwam wzburzone fale. Woda przelewa się po moich stopach, wiatr rozbija loki, a ja wciąż patrzę przed siebie. Patrzę na jasną plamę w oddali. To słoneczna polana pełna stokrotek. Port i ostoja. Docieram tam przemoczony, wycieńczony, głodny, ale za to radosny. Jednak na brzegu nikogo już nie ma. Port jest pusty. Duchy odeszły.  

czwartek, 13 lipca 2017

495. Same złe wieści

Jest tak, jak mówiłem... Nawet gorzej.
Nie daję rady w nowym miejscu, jest dla mnie zbyt ciężko. Prosiłem, by nie dawano mi zmian po 10 lub więcej godzin. I nic. Na nowej rocie znów mam długie zmiany, np. od 11.30 w południe do 1 w nocy. Dwa dni temu odezwał się mój dysk i ledwo co wstałem z łóżka. Do tego padły mi kolana, bo od 12 dni nie miałem ani jednego dnia wolnego... Dzień w dzień trzeba mi iść...
Jedynie dziś, wyjątkowo (!) mam krótką zmianę - od 17 do 22. Cud!
Przedwczoraj oznajmiłem menadżerce prowadzącej, że skończę ten tydzień pracy i rezygnuję. Stwierdziła, że zbyt szybko się poddałem. Może to i prawda...
Dodatkowo, dwie osoby są mi bardzo przeciwne.
Dziewczyna z Bułgarii - od pierwszego mojego dnia jest wobec mnie bezczelna, arogancka, ubliża mi i notorycznie popycha mnie, ciągle próbuje sprowokować kłótnię, a moje obojętne do niej podejście i brak jakiejkolwiek reakcji na jej zaczepki zaogniają tylko jej napór (boję się, że w końcu mogą mi puścić nerwy i, nie patrząc na to, że to kobieta, przyjebie jej tęgo i równo i dojdzie do tego, że się tam pobijemy). Ciągle wobec niej milczę i schodzę jej z drogi, ale widzę, że z każdym kolejnym dniem jest gorzej.
Druga osoba to Anglik, supervisor. Wygląda jak hipopotam. Raz podpadłem mu, kiedy kopnął leżącą na podłodze butelkę (w moim poprzednim storze był to rażący punkt krytyczny). Uniosłem wtedy w przypływie zdumienia brwi i podniosłem za nim kopniętą butelkę i nie odezwałem się ani jednym słowem. Zapamiętał to sobie. Drugi raz podpadłem mu, gdy zaoferowałem się zrobić coś, czego on nie umiał (!!). Wykonałem zadanie przy nim, a menadżerka prowadząca skwitowała: perfect! I od tej pory mam przerąbane...     

Rollo znalazł pracę, lecz nie udało mu się tam zatrzymać. Wczoraj zrezygnował. Mówił mi, że trafił pomiędzy samych Rumunów, którzy w ogóle nie mówią po angielsku, a lider grupy męczył go i się na nim wyżywał. Dziś rano dostałem wiadomość od Rolla. Napisał, że kupił bilet na samolot i wkrótce wraca do swojego kraju, do domu. Wyjeżdża na zawsze.

Chce mi się płakać... Straciłem ochotę do wszystkiego...

Sprawdziłem połączenia do SP. Są wolne miejsca. Jeśli w przyszły poniedziałek kupię bilet, wszystkie moje plany przepadną - nie pojadę we wrześniu do Polski i zrujnuję wyczekiwany urlop w październiku. Jeśli zdecyduję się wrócić do BH, polecę 2 lub 5 sierpnia.

Nic się mi nie udaje, kompletnie nic.

poniedziałek, 10 lipca 2017

493. W deszczu

Wczorajsze popołudnie pokryło się ciemnymi chmurami. Kapuśniaczek przerodził się w deszcz. Z pracy wyszedłem tuż po pierwszej w nocy. Idąc pustymi uliczkami, chłonąłem chłodne krople całym sobą. Spływały po twarzy, szyi, rękach, a mokre włosy przykleiły się do policzków. Zapomniałem o świecie, przymknąłem oczy i cieszyłem się deszczem. Zatęskniłem za wolnością myśli, a swobodnie spadające krople przywoływały w pamięci dawno zapomniane obrazy.
Do domu dotarłem kompletnie przemoczony, lecz, zamiast przebrać się, wyszedłem do ogródka i położyłem się na patio. Rozłożyłem ręce na boki i zamknąłem oczy. Wciąż padało, a mi to było całkiem obojętne. Czułem rozbijające się na mnie krople i cieszyłem się z tego. Pragnąłem spojrzeć na ukochane gwiazdy, chciałem znów zobaczyć mknący rydwan i pomachać ręką podróżującym, lecz gęste chmury przesłaniały mi obraz głębi nieba. Nie doznałem zawodu, gdyż dobrze wiedziałem, iż tam, wysoko, ponad pokrywą chmur, migają niewidzialne drogowskazy, a gwiezdnymi szlakami mkną mgliste powozy. "Dobrej drogi, podróżnicy!", zawołałem w myślach. Padało coraz mocniej.  

czwartek, 6 lipca 2017

492. Tańce z duchami

Ostatniej nocy śniła mi się Markiza. Siedziała przy stole w jadalni i układała karty. Cichutko gwizdała pod nosem i kręciła głową. Oparłem się o futrynę drzwi i zerkałem na nią podejrzliwie. "Dobrze ci tak!", syknęła i wlepiła we mnie wzrok. "Dobrze ci tak!", powtórzyła i oparła łokcie na blacie. "Nie posłuchałeś się i teraz masz!", zaśmiała się i nagle zamilkła, bo stanął przy mnie Rollo.
"Król Karo to zbyt mało!", ryknęła, a Rollo cofnął się o krok. "Widzę, że żonglerka bawi cię jak jeszcze nigdy!" - wysunęła palec w moim kierunku. "Raz wygrywasz, raz przegrywasz!, wrzasnęła i zrobiła kilka kroków w naszą stronę. Czułem, jak serducho podeszło mi do krtani i pulsowało tak, jakby miało za chwilę eksplodować. "Zobacz, co narobiłeś...", znów krzyknęła i wyciągnęła zza siebie zapłakanego Enrique. Chłopiec stał przy niej i zanosił się płaczem. Chciałem go jej odebrać, lecz ubiegła mnie i zwróciła się do Rolla: "Kici, kici, kici sza! Bateryjki i dzwoneczki! Pociągamy za sznureczki! Kici, kici, kici sza! Zabaweczki, zapałeczki! Trzemy draskę jak banieczki! Kici, kici, kici sza! Tańce, srańce i  różańce! Kończmy życie, połamańce!" I podbiegła do Rolla, chwyciła go za koszulę i pchnęła tak mocno, że zatoczył się i zniknął w otwartym oknie... 

491. Ucieczki i powroty

Zrobiłem coś, czego nienawidzę...
Samoistnie zapędziłem się w kozi róg i uwiązałem sobie stryczek na szyi. Ciekawe, kto za niego wkrótce pociągnie...
Prawdopodobnie dokonałem najgorszego wyboru ze wszystkich w ciągu ostatniego roku. Wróciłem tam, skąd uciekłem kilka lat temu. Wyjechałem wtedy do Brazylii z uczuciem lekkości i rozbieganymi oczyma po rozpłakaniu się ze szczęścia... A teraz wróciłem i nie mam pojęcia, co mnie skusiło do tego...
Wygoda? Strach? Lenistwo? Pieniądze? Chęć samounicestwienia?
Zapędziłem się w kozi róg i na razie dyszę... Czoło przyłożyłem do ściany i patrzę w podłogę. Czuję, jak coś dusi mnie w piersiach. Skronie pulsują. Przymykam oczy i widzę straszny obraz: ludzie stamtąd stoją dokoła i wskazują mnie palcami i śmieją się i wykrzykują: "Tchórzu, po co zawracasz nam głowy, uciekaj stąd!" A ja, ze łzami w oczach, opuszczam głowę i odchodzę...
Wróciłem do starej pracy i czuję, jak ci, co pamiętają, mnie obserwują, oceniają i parzą wzrokiem. Mówią: "Zmieniłeś się. Jesteś inny. Nie przypuszczałam, że kiedykolwiek tu wrócisz..." A wszyscy ci, których nie znam, robią miny i dziwią się, że znam tę robotę i chętnie utopiliby mnie w łyżce wody...
Na razie jestem na tzw. miesiącu próbnym. Potem albo mnie zostawią i utknę w tym bagnie na nie wiadomo ile, albo mi podziękują i wykopią z satysfakcją. I będzie wielki wstyd. Istnieje też trzecia możliwość - sam się wycofam przed upływem tego miesiąca albo trochę później. I będzie wielki wstyd. Dobrze, że Rollo nie będzie tego świadkiem. Nie przeżyłbym tak ogromnej kompromitacji przed najlepszym przyjacielem.
Nie wiem, co mam zrobić. Targają mną ogromne wątpliwości. Zostać albo uciec? Uciec, zostać? Wiem, że nie jest to miejsce dla mnie, ale co mam zrobić, skoro innego nie ma?   

piątek, 23 czerwca 2017

490. Telefon

Wczoraj późnym wieczorem dzwonił do mnie Bzyczek. Przenieśliśmy się na skype i zeszło nam prawie 1,5 godziny. Opowiedziałem mu, co się stało w mojej byłej już pracy. Skwitował tylko: "Wracaj do domu. Tu znajdziesz pracę w ciągu dwóch dni. Pojeździmy po mieście, popytamy. Jeśli chcesz, możesz też wrócić do poprzedniego zakładu." Zapewniłem go, że jeśli sprawa z nową pracą z Rollem nie wypali lub rypnie się, wrócę do Belo...

piątek, 16 czerwca 2017

489. Śmieci

Wczoraj rano, tuż po dziewiątej, zadzwonił do mnie nasz menadżer regionalny i zapytał: "Czy wiesz o tym, że firma zamyka nasze placówki?" "Tak. Wiem." - odparłem. "Właśnie się to stało. Czy możesz przyjść najszybciej jak się da?" Zaczął czytać mi jakieś oświadczenie, gdy nagle mu przerwałem: "Czy to znaczy, że wczoraj (tzn. w środę) była moja ostatnia zmiana?!" "Tak..." Zatkało mnie totalnie.
Stało się to bez zapowiedzi, z dnia na dzień. Wczoraj każdy z nas po kolei dostawał taki telefon. Wszyscy jesteśmy zszokowani, gdyż jeszcze w ubiegłym tygodniu mówiono, że będziemy normalnie pracować do połowy września lub nawet do października. Jestem tym załamany, bo, po pierwsze, nagle nie mam pracy, po drugie, cały nasz wkład i poświęcenie dla naszego sklepu przepadły, po trzecie, nie spotkam się już nigdy więcej na jednej zmianie z moim przyjacielem Rollem...
Firma potraktowała nas jak śmieci - ja, Rollo, Frida, Andy, Marko, starsza pani, Jamie, Moo, Lee, Lu i drugi Lee zostaliśmy wywaleni na ulicę w ciągu jednego dnia.
Jakoś nie mogę przyjąć do wiadomości tego, że w ubiegły wtorek była nasza ostatnia wspólna zmiana, moja i Rolla... Lee zawsze nam mówił: "Wy jak jesteście razem na zmianie, to droczycie się ze sobą jak mąż i żona..." I odchodził do kas, "bo nie mógł nas przesłuchać." Kto mi będzie robił teraz taki bałagan na hali, jak zawsze robił to Rollo?
I teraz nagle koniec... Nie potrafię tego pojąć, to stało się zbyt szybko, nie było czasu na przygotowanie się. 

czwartek, 15 czerwca 2017

488. Londyn

Zdjęcie z internetu
Jesteśmy głęboko poruszeni pożarem apartamentowca Grenfell Tower w zachodniej części miasta. Ogromna tragedia. Współczujemy wszystkim.
Nigdy nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co się wydarzy i wobec tego zawsze trzeba być przygotowanym na najgorsze.
W tym roku Londynem co chwilę wstrząsa jakaś tragedia. Jak nie zamachy terrorystyczne - pod Big Benem, na London Bridge, to teraz pożar wieżowca. A to dopiero połowa tego fatalnego roku...

poniedziałek, 8 maja 2017

487. Czy w piekle mają fajki?

Czasami zdarza się, że na swojej drodze życia spotykam dziwnych lub całkiem kopniętych ludzi. Wzruszam wtedy ramionami i odchodzę. Nie lubię wdawać się z nimi w jakiekolwiek dyskusje. Po prostu irytują mnie i nie lubię tracić dla nich swojego czasu.
Wczoraj przytrafiła mi się przezabawna sytuacja. W trakcie przerwy wyszedłem przed budynek i usiadłem na ławce. Odpaliłem papierosa (jeszcze czasami palę, ale już znacznie mniej) i obserwowałem wszystkich dokoła. Nagle przysiadł się do mnie jakiś gościu. Zwrócił się w moją stronę i wlepił we mnie wzrok. Nie zareagowałem.
- Daj mi papierosa - nagle się odezwał.
- Sorry, to mój ostatni - odparłem, nawet na niego nie patrząc.
- To daj mi tego, co masz... - i gapi się na mnie jak cielę.
Spojrzałem na niego wzrokiem spod byka.
- To mój ostatni - wycedziłem powoli.
- Daj mi tego papierosa - nie odpuszczał.
- Nie! - Odwróciłem głowę i zaciągnąłem się.
- Daj mi papierosa - powtórzył.
- Nie!
Już miałem się podnieść i odejść, gdy znów się odezwał:
- Pójdziesz za to do piekła - patrzył na mnie i lekko kiwał głową.
Parsknąłem pod nosem i odszedłem.

wtorek, 2 maja 2017

486. Z tęsknotą w tle

W tym miesiącu Elbi będzie obchodzić symboliczne urodziny. Zastanawiam się, czy czasem nie posłać mu kartki z życzeniami na adres firmy... Nie będzie wiedział od kogo, ale to chyba nawet dobrze.
Czasami tak sobie myślę, co w danej chwili robi. Nie jest to jakaś natrętna myśl, raczej wspomnienie kogoś, kogo nadal się kocha... Akurat śmieszne się wydaje to sformułowanie w odniesieniu do niego, bo kochać, tak prawdziwie, przecież można kogoś obok siebie, kogoś, z kim ma się kontakt, a nie kogoś, kto przypuszczalnie nie pamięta mojego imienia... Ale nieraz się tak dzieje...
Na jednej z wieczornych zmian stanął mi przed oczyma obraz, gdy po raz pierwszy w życiu go zobaczyłem. Pojawiła się wtedy chwilowa myśl: "Żałuję dnia, kiedy cię poznałem, bo pomimo że cię nie ma, ciągle tu jesteś". Złapałem się na tym kilkakrotnie, że właśnie tak zaczynam o nim myśleć: "Żałuję, że cię poznałem." Ale tam, głęboko w środku siebie, wiem, że to nieprawda!
Mój ulubiony nagrobek w katedrze

Zaczyna straszyć mnie upływ czasu. I to nie tylko ze względu, że oddala nas od siebie coraz bardziej. Ale tak ogólnie. Całościowo. Przyglądałem się dziś Rollo, jak uwijał się przy swoim stanowisku. Było to rano, a już kończy się dzień. Gdy żartowaliśmy, spojrzałem dosłownie na sekundę w jego brązowe oczy i zrobiło mi się przykro, gdyż wkrótce, po zamknięciu firmy, rozejdziemy się prawdopodobnie na zawsze. Tak samo było z Elbim. Trzymanie się za ręce nad rzeką i analizowanie odcieni błękitu jego oczu przepadły w odmętach przeszłości. Może kiedyś to było ważne, teraz też jest, ale już znacznie mniej. Liczy się to, co teraz i jeszcze nie ma tego, co będzie kiedyś. Przemijają nie tylko ludzie, przemija także pamięć o ich uczuciach i o tym, co ich kiedyś łączyło. Po części umieramy każdego kolejnego dnia. Oddalamy się. Odchodzimy w niepamięć i zostaje po nas tylko kurz, który i tak zostanie rozwiany przez wiatr.  

piątek, 28 kwietnia 2017

485. Szary Aniołek

Najpierw kręcił się obok i bacznie zerkał w moją stronę. Potem, tak po prostu i bez żadnego powodu, wskoczył mi na kolano.
Szkoda, że później nie zabrał mnie ze sobą...

Aniołek
 

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

484. Ironia życia

To, czego czasami najbardziej pragniemy, zazwyczaj jest dla nas nieosiągalne, zaś zranione marzenia doprowadzają do samobójstwa.

piątek, 21 kwietnia 2017

483. Zamiast seksu

- A jak się mają twoje sprawy miłosne? Masz kogoś? - Zapytał mnie w środę JT.
- Nie - odparłem krótko.
- To jak to tak? Dobrze kogoś mieć..., przytulić się..., mieć seks... - kontynuował.
- Wolę pójść na spacer i podziwiać gwiazdy - odpowiedziałem.
Spojrzał na mnie spod byka.
- Aha... - wydusił.

482. Krótki misz-masz

1. Uzależniłem się od serialu "Walking Death". Tak ogólnie to nie oglądam seriali z różnych względów (wyjątkiem są "Tudorzy', których wybiórczo załączam co jakiś czas). Pomimo tego, że ten serial ma głupią fabułę z krwawą sieczką w planie pierwszym, to jest wysoko uzależniający. Odcinek za odcinkiem i tak upływa cały wieczór, a i nierzadko pół nocy. Skończyłem szósty sezon i nastała przerwa, gdyż nie mam nic więcej.

2. W przywołanym wyżej serialu pojawiają się dwa wątki branżowe: jeden kobiecy, drugi męski. Lubię, gdy czasami, tak całkiem bez zapowiedzi, w filmie lub serialu pojawia się branżowy motyw. Wątek żeński ciągnie się dość długo i nie jest zbyt mocno wyeksponowany, natomiast rozczarowałem się drugim wątkiem, gdyż wydaje się, jakby w trakcie reżyser o nim zapomniał. Związek chłopaków ukazuje się nagle i jest mocno podkreślony, lecz z czasem motyw ten zanika, rozpada się i wielokrotnie można dostrzec, że bohaterowie są dla siebie jakby obcy, jakby się nie znali (np. w połowie sezonu szóstego, po wielkiej bitwie z zombie, chłopaki stoją obok siebie jak obcy sobie ludzie).  

3. Wiemy już, dlaczego Lu tak wszystkich kąsa w ostatnim czasie. Otóż musi zapłacić za całe szkolenie menadżerskie. Likwidacja firmy to co innego, gdyż normalnie będziemy funkcjonować prawdopodobnie przez pół roku (może dłużej) i Lu miałaby szansę odpracować koszty egzaminu, a to że sobie wpadła i musi pójść na wcześniejsze zwolnienie powoduje, że musi uiścić opłatę z własnej kieszeni (w polskiej walucie to ponad 6 tys. złotych).

4. Nie mam zielonego pojęcia, co będzie za pół roku, kiedy zamkną naszą firmę. Przeraża mnie fakt szukania nowej pracy i zaczynania wielu spraw od zera - nowe obowiązki, nowi ludzie, nowe miejsce. Rollo chce jechać do stolicy i przejąć od siostry jakiś interes, Moo chce zabrać mnie ze sobą do swojej starej pracy, a ja zaczynam na poważnie myśleć albo o powrocie do Polski, albo o ponownym wyjeździe do Belo Horizonte.

5. Trzeba pójść i ściąć włosy. Zaczęły mocno wypadać. Szkoda mi ich bardzo, bo wyhodowałem długie do łopatek. Chciałbym, by była to tylko wiosenna wymiana futra...

6. W domu kompletna cisza. Mój współlokator poleciał do Polski, a ja zostałem sam. Jakiś czas temu nawiedził mnie Rollo. Przyniósł dwie flaszki whisky i prawie do czwartej nad ranem siedzieliśmy i gadaliśmy. Chciałem mu potem naszykować kanapę do spania, lecz ten spojrzał na mnie i zapytał: "A po co to?" "Gdzieś musisz spać", odparłem. "Przecież będę spał z tobą...", uśmiechnął się.

7. Trzeba mi nadrobić zaległości w czytaniu. Tak więc zaczynam...