niedziela, 23 lipca 2017

498. Bez planów

31 lipca lecę do Polski. Bilet już zakupiony.
Ostatnio wszystko zmienia się u mnie jak w kalejdoskopie, więc nie planuję niczego konkretnego. Jakoś otrząsnąłem się po drugiej utracie pracy i na myśl o tym, co będzie później, wzruszam ramionami. Nie mam szans powrotu do zawodu, więc nie przykładam do tego większej wagi. Wymówiłem także miejsce w mojej drugiej, dodatkowej, pracy i tam nagle się okazało, że będą za mną tęsknić... Uśmiechnąłem się tylko w duchu, ponieważ nie będą tęsknić za mną jako za osobą tylko za mną jako za koniem pociągowym...  
Nie mam żadnych planów co do pobytu w Polsce i nic nie wiem konkretnego, wiem tylko jedno - nawiedzę wkrótce moje biblioteki i odnajdę te książki, na które nie starczyło czasu podczas poprzedniego urlopu. Trzeba by było także wybrać się gdzieś na książki używane, np. na targowisko staroci na krakowskim Kazimierzu lub w okolice głównego dworca w Katowicach. Nie mogę się doczekać!

czwartek, 20 lipca 2017

497. Tęsknota

Siedzę w kącie i myślę o nim.
Uśmiecham się, gdy oczyma wyobraźni widzę jego błękitne oczy, ciemne równe brwi, prosty nos, wąskie usta i nieco odstające uszy. Zgrabnymi ruchami krząta się po kuchni, chowa czyste naczynia z suszarki, nalewa wodę do czajnika, szykuje filiżanki. Takiego go pamiętam... Na boso, w czerwonej polówce, niebieskich dżinsach. Z tylnej kieszeni jego spodni zwisa kuchenny ręczniczek w kratę... Zastaję go siedzącego przy stole. Czyta gazetę i popija herbatę. Gdy siadam, unosi nieco wzrok i przenika mnie na wylot. "Dobrze spałeś?", zapytuje i marszczy czoło. "Wrócę dziś dość późno", oznajmia spokojnie i poprawia palcem okularki na nosie. Uśmiecha się i podaje mi swoją łyżeczkę. Zerkam na tarczę jego zegarka. Przewraca kartkę. Litery szeleszczą, ludzie na zdjęciach coś mówią. "Same bzdury", odzywa się nagle i składa gazetę. Bierze filiżankę do ręki i podchodzi do okna. Wygląda na zewnątrz, a ja wgapiam się w niego.
Za oknem wzmagał się szum Zabytkowego Miasta, które zaczęło nawoływać także i mnie. Podszedłem do niego. Oplotłem ręce wokół jego talii, brodę oparłem na jego ramieniu. "Zatem do wieczora", szepnąłem. "Tak. Do wieczora", odszeptał.   

496. Znikając za drzwiami

Znajduję się na etapie totalnego zagubienia. Zamknąłem się w domu i nigdzie nie wychodzę. Zaciemniłem okno, zamknąłem drzwi. Siedzę w kącie i patrzę w ścianę.
W ubiegłą niedzielę oddałem w biurze to, co mi dali i odszedłem. Zrezygnowałem. Z jednej strony czuję ulgę, zarazem targają mną ogromne wątpliwości. Czy zrobiłem dobrze? Co teraz będzie?  
Czuję się taki niepotrzebny. Chciałbym zniknąć. Chciałbym wyjść z domu i pójść przed siebie. Bez oglądania się, bez wyrzutów sumienia, bez żalu, bez wspomnień.
Czytam smutną historię pewnej miłości. Kiwam głową i ukradkiem ścieram płynącą łzę. Odnalazłem się w tej fabule pomiędzy kroplami ulewy i w szumie miotających się liści. Po strumieniu płynie papierowa łódeczka. Stoję na dziobie i małym patyczkiem przesuwam wzburzone fale. Woda przelewa się po moich stopach, wiatr rozbija loki, a ja wciąż patrzę przed siebie. Patrzę na jasną plamę w oddali. To słoneczna polana pełna stokrotek. Port i ostoja. Docieram tam przemoczony, wycieńczony, głodny, ale za to radosny. Jednak na brzegu nikogo już nie ma. Port jest pusty. Duchy odeszły.  

czwartek, 13 lipca 2017

495. Same złe wieści

Jest tak, jak mówiłem... Nawet gorzej.
Nie daję rady w nowym miejscu, jest dla mnie zbyt ciężko. Prosiłem, by nie dawano mi zmian po 10 lub więcej godzin. I nic. Na nowej rocie znów mam długie zmiany, np. od 11.30 w południe do 1 w nocy. Dwa dni temu odezwał się mój dysk i ledwo co wstałem z łóżka. Do tego padły mi kolana, bo od 12 dni nie miałem ani jednego dnia wolnego... Dzień w dzień trzeba mi iść...
Jedynie dziś, wyjątkowo (!) mam krótką zmianę - od 17 do 22. Cud!
Przedwczoraj oznajmiłem menadżerce prowadzącej, że skończę ten tydzień pracy i rezygnuję. Stwierdziła, że zbyt szybko się poddałem. Może to i prawda...
Dodatkowo, dwie osoby są mi bardzo przeciwne.
Dziewczyna z Bułgarii - od pierwszego mojego dnia jest wobec mnie bezczelna, arogancka, ubliża mi i notorycznie popycha mnie, ciągle próbuje sprowokować kłótnię, a moje obojętne do niej podejście i brak jakiejkolwiek reakcji na jej zaczepki zaogniają tylko jej napór (boję się, że w końcu mogą mi puścić nerwy i, nie patrząc na to, że to kobieta, przyjebie jej tęgo i równo i dojdzie do tego, że się tam pobijemy). Ciągle wobec niej milczę i schodzę jej z drogi, ale widzę, że z każdym kolejnym dniem jest gorzej.
Druga osoba to Anglik, supervisor. Wygląda jak hipopotam. Raz podpadłem mu, kiedy kopnął leżącą na podłodze butelkę (w moim poprzednim storze był to rażący punkt krytyczny). Uniosłem wtedy w przypływie zdumienia brwi i podniosłem za nim kopniętą butelkę i nie odezwałem się ani jednym słowem. Zapamiętał to sobie. Drugi raz podpadłem mu, gdy zaoferowałem się zrobić coś, czego on nie umiał (!!). Wykonałem zadanie przy nim, a menadżerka prowadząca skwitowała: perfect! I od tej pory mam przerąbane...     

Rollo znalazł pracę, lecz nie udało mu się tam zatrzymać. Wczoraj zrezygnował. Mówił mi, że trafił pomiędzy samych Rumunów, którzy w ogóle nie mówią po angielsku, a lider grupy męczył go i się na nim wyżywał. Dziś rano dostałem wiadomość od Rolla. Napisał, że kupił bilet na samolot i wkrótce wraca do swojego kraju, do domu. Wyjeżdża na zawsze.

Chce mi się płakać... Straciłem ochotę do wszystkiego...

Sprawdziłem połączenia do SP. Są wolne miejsca. Jeśli w przyszły poniedziałek kupię bilet, wszystkie moje plany przepadną - nie pojadę we wrześniu do Polski i zrujnuję wyczekiwany urlop w październiku. Jeśli zdecyduję się wrócić do BH, polecę 2 lub 5 sierpnia.

Nic się mi nie udaje, kompletnie nic.

poniedziałek, 10 lipca 2017

493. W deszczu

Wczorajsze popołudnie pokryło się ciemnymi chmurami. Kapuśniaczek przerodził się w deszcz. Z pracy wyszedłem tuż po pierwszej w nocy. Idąc pustymi uliczkami, chłonąłem chłodne krople całym sobą. Spływały po twarzy, szyi, rękach, a mokre włosy przykleiły się do policzków. Zapomniałem o świecie, przymknąłem oczy i cieszyłem się deszczem. Zatęskniłem za wolnością myśli, a swobodnie spadające krople przywoływały w pamięci dawno zapomniane obrazy.
Do domu dotarłem kompletnie przemoczony, lecz, zamiast przebrać się, wyszedłem do ogródka i położyłem się na patio. Rozłożyłem ręce na boki i zamknąłem oczy. Wciąż padało, a mi to było całkiem obojętne. Czułem rozbijające się na mnie krople i cieszyłem się z tego. Pragnąłem spojrzeć na ukochane gwiazdy, chciałem znów zobaczyć mknący rydwan i pomachać ręką podróżującym, lecz gęste chmury przesłaniały mi obraz głębi nieba. Nie doznałem zawodu, gdyż dobrze wiedziałem, iż tam, wysoko, ponad pokrywą chmur, migają niewidzialne drogowskazy, a gwiezdnymi szlakami mkną mgliste powozy. "Dobrej drogi, podróżnicy!", zawołałem w myślach. Padało coraz mocniej.  

czwartek, 6 lipca 2017

492. Tańce z duchami

Ostatniej nocy śniła mi się Markiza. Siedziała przy stole w jadalni i układała karty. Cichutko gwizdała pod nosem i kręciła głową. Oparłem się o futrynę drzwi i zerkałem na nią podejrzliwie. "Dobrze ci tak!", syknęła i wlepiła we mnie wzrok. "Dobrze ci tak!", powtórzyła i oparła łokcie na blacie. "Nie posłuchałeś się i teraz masz!", zaśmiała się i nagle zamilkła, bo stanął przy mnie Rollo.
"Król Karo to zbyt mało!", ryknęła, a Rollo cofnął się o krok. "Widzę, że żonglerka bawi cię jak jeszcze nigdy!" - wysunęła palec w moim kierunku. "Raz wygrywasz, raz przegrywasz!, wrzasnęła i zrobiła kilka kroków w naszą stronę. Czułem, jak serducho podeszło mi do krtani i pulsowało tak, jakby miało za chwilę eksplodować. "Zobacz, co narobiłeś...", znów krzyknęła i wyciągnęła zza siebie zapłakanego Enrique. Chłopiec stał przy niej i zanosił się płaczem. Chciałem go jej odebrać, lecz ubiegła mnie i zwróciła się do Rolla: "Kici, kici, kici sza! Bateryjki i dzwoneczki! Pociągamy za sznureczki! Kici, kici, kici sza! Zabaweczki, zapałeczki! Trzemy draskę jak banieczki! Kici, kici, kici sza! Tańce, srańce i  różańce! Kończmy życie, połamańce!" I podbiegła do Rolla, chwyciła go za koszulę i pchnęła tak mocno, że zatoczył się i zniknął w otwartym oknie... 

491. Ucieczki i powroty

Zrobiłem coś, czego nienawidzę...
Samoistnie zapędziłem się w kozi róg i uwiązałem sobie stryczek na szyi. Ciekawe, kto za niego wkrótce pociągnie...
Prawdopodobnie dokonałem najgorszego wyboru ze wszystkich w ciągu ostatniego roku. Wróciłem tam, skąd uciekłem kilka lat temu. Wyjechałem wtedy do Brazylii z uczuciem lekkości i rozbieganymi oczyma po rozpłakaniu się ze szczęścia... A teraz wróciłem i nie mam pojęcia, co mnie skusiło do tego...
Wygoda? Strach? Lenistwo? Pieniądze? Chęć samounicestwienia?
Zapędziłem się w kozi róg i na razie dyszę... Czoło przyłożyłem do ściany i patrzę w podłogę. Czuję, jak coś dusi mnie w piersiach. Skronie pulsują. Przymykam oczy i widzę straszny obraz: ludzie stamtąd stoją dokoła i wskazują mnie palcami i śmieją się i wykrzykują: "Tchórzu, po co zawracasz nam głowy, uciekaj stąd!" A ja, ze łzami w oczach, opuszczam głowę i odchodzę...
Wróciłem do starej pracy i czuję, jak ci, co pamiętają, mnie obserwują, oceniają i parzą wzrokiem. Mówią: "Zmieniłeś się. Jesteś inny. Nie przypuszczałam, że kiedykolwiek tu wrócisz..." A wszyscy ci, których nie znam, robią miny i dziwią się, że znam tę robotę i chętnie utopiliby mnie w łyżce wody...
Na razie jestem na tzw. miesiącu próbnym. Potem albo mnie zostawią i utknę w tym bagnie na nie wiadomo ile, albo mi podziękują i wykopią z satysfakcją. I będzie wielki wstyd. Istnieje też trzecia możliwość - sam się wycofam przed upływem tego miesiąca albo trochę później. I będzie wielki wstyd. Dobrze, że Rollo nie będzie tego świadkiem. Nie przeżyłbym tak ogromnej kompromitacji przed najlepszym przyjacielem.
Nie wiem, co mam zrobić. Targają mną ogromne wątpliwości. Zostać albo uciec? Uciec, zostać? Wiem, że nie jest to miejsce dla mnie, ale co mam zrobić, skoro innego nie ma?   

piątek, 23 czerwca 2017

490. Telefon

Wczoraj późnym wieczorem dzwonił do mnie Bzyczek. Przenieśliśmy się na skype i zeszło nam prawie 1,5 godziny. Opowiedziałem mu, co się stało w mojej byłej już pracy. Skwitował tylko: "Wracaj do domu. Tu znajdziesz pracę w ciągu dwóch dni. Pojeździmy po mieście, popytamy. Jeśli chcesz, możesz też wrócić do poprzedniego zakładu." Zapewniłem go, że jeśli sprawa z nową pracą z Rollem nie wypali lub rypnie się, wrócę do Belo...

piątek, 16 czerwca 2017

489. Śmieci

Wczoraj rano, tuż po dziewiątej, zadzwonił do mnie nasz menadżer regionalny i zapytał: "Czy wiesz o tym, że firma zamyka nasze placówki?" "Tak. Wiem." - odparłem. "Właśnie się to stało. Czy możesz przyjść najszybciej jak się da?" Zaczął czytać mi jakieś oświadczenie, gdy nagle mu przerwałem: "Czy to znaczy, że wczoraj (tzn. w środę) była moja ostatnia zmiana?!" "Tak..." Zatkało mnie totalnie.
Stało się to bez zapowiedzi, z dnia na dzień. Wczoraj każdy z nas po kolei dostawał taki telefon. Wszyscy jesteśmy zszokowani, gdyż jeszcze w ubiegłym tygodniu mówiono, że będziemy normalnie pracować do połowy września lub nawet do października. Jestem tym załamany, bo, po pierwsze, nagle nie mam pracy, po drugie, cały nasz wkład i poświęcenie dla naszego sklepu przepadły, po trzecie, nie spotkam się już nigdy więcej na jednej zmianie z moim przyjacielem Rollem...
Firma potraktowała nas jak śmieci - ja, Rollo, Frida, Andy, Marko, starsza pani, Jamie, Moo, Lee, Lu i drugi Lee zostaliśmy wywaleni na ulicę w ciągu jednego dnia.
Jakoś nie mogę przyjąć do wiadomości tego, że w ubiegły wtorek była nasza ostatnia wspólna zmiana, moja i Rolla... Lee zawsze nam mówił: "Wy jak jesteście razem na zmianie, to droczycie się ze sobą jak mąż i żona..." I odchodził do kas, "bo nie mógł nas przesłuchać." Kto mi będzie robił teraz taki bałagan na hali, jak zawsze robił to Rollo?
I teraz nagle koniec... Nie potrafię tego pojąć, to stało się zbyt szybko, nie było czasu na przygotowanie się. 

czwartek, 15 czerwca 2017

488. Londyn

Zdjęcie z internetu
Jesteśmy głęboko poruszeni pożarem apartamentowca Grenfell Tower w zachodniej części miasta. Ogromna tragedia. Współczujemy wszystkim.
Nigdy nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co się wydarzy i wobec tego zawsze trzeba być przygotowanym na najgorsze.
W tym roku Londynem co chwilę wstrząsa jakaś tragedia. Jak nie zamachy terrorystyczne - pod Big Benem, na London Bridge, to teraz pożar wieżowca. A to dopiero połowa tego fatalnego roku...

poniedziałek, 8 maja 2017

487. Czy w piekle mają fajki?

Czasami zdarza się, że na swojej drodze życia spotykam dziwnych lub całkiem kopniętych ludzi. Wzruszam wtedy ramionami i odchodzę. Nie lubię wdawać się z nimi w jakiekolwiek dyskusje. Po prostu irytują mnie i nie lubię tracić dla nich swojego czasu.
Wczoraj przytrafiła mi się przezabawna sytuacja. W trakcie przerwy wyszedłem przed budynek i usiadłem na ławce. Odpaliłem papierosa (jeszcze czasami palę, ale już znacznie mniej) i obserwowałem wszystkich dokoła. Nagle przysiadł się do mnie jakiś gościu. Zwrócił się w moją stronę i wlepił we mnie wzrok. Nie zareagowałem.
- Daj mi papierosa - nagle się odezwał.
- Sorry, to mój ostatni - odparłem, nawet na niego nie patrząc.
- To daj mi tego, co masz... - i gapi się na mnie jak cielę.
Spojrzałem na niego wzrokiem spod byka.
- To mój ostatni - wycedziłem powoli.
- Daj mi tego papierosa - nie odpuszczał.
- Nie! - Odwróciłem głowę i zaciągnąłem się.
- Daj mi papierosa - powtórzył.
- Nie!
Już miałem się podnieść i odejść, gdy znów się odezwał:
- Pójdziesz za to do piekła - patrzył na mnie i lekko kiwał głową.
Parsknąłem pod nosem i odszedłem.

wtorek, 2 maja 2017

486. Z tęsknotą w tle

W tym miesiącu Elbi będzie obchodzić symboliczne urodziny. Zastanawiam się, czy czasem nie posłać mu kartki z życzeniami na adres firmy... Nie będzie wiedział od kogo, ale to chyba nawet dobrze.
Czasami tak sobie myślę, co w danej chwili robi. Nie jest to jakaś natrętna myśl, raczej wspomnienie kogoś, kogo nadal się kocha... Akurat śmieszne się wydaje to sformułowanie w odniesieniu do niego, bo kochać, tak prawdziwie, przecież można kogoś obok siebie, kogoś, z kim ma się kontakt, a nie kogoś, kto przypuszczalnie nie pamięta mojego imienia... Ale nieraz się tak dzieje...
Na jednej z wieczornych zmian stanął mi przed oczyma obraz, gdy po raz pierwszy w życiu go zobaczyłem. Pojawiła się wtedy chwilowa myśl: "Żałuję dnia, kiedy cię poznałem, bo pomimo że cię nie ma, ciągle tu jesteś". Złapałem się na tym kilkakrotnie, że właśnie tak zaczynam o nim myśleć: "Żałuję, że cię poznałem." Ale tam, głęboko w środku siebie, wiem, że to nieprawda!
Mój ulubiony nagrobek w katedrze

Zaczyna straszyć mnie upływ czasu. I to nie tylko ze względu, że oddala nas od siebie coraz bardziej. Ale tak ogólnie. Całościowo. Przyglądałem się dziś Rollo, jak uwijał się przy swoim stanowisku. Było to rano, a już kończy się dzień. Gdy żartowaliśmy, spojrzałem dosłownie na sekundę w jego brązowe oczy i zrobiło mi się przykro, gdyż wkrótce, po zamknięciu firmy, rozejdziemy się prawdopodobnie na zawsze. Tak samo było z Elbim. Trzymanie się za ręce nad rzeką i analizowanie odcieni błękitu jego oczu przepadły w odmętach przeszłości. Może kiedyś to było ważne, teraz też jest, ale już znacznie mniej. Liczy się to, co teraz i jeszcze nie ma tego, co będzie kiedyś. Przemijają nie tylko ludzie, przemija także pamięć o ich uczuciach i o tym, co ich kiedyś łączyło. Po części umieramy każdego kolejnego dnia. Oddalamy się. Odchodzimy w niepamięć i zostaje po nas tylko kurz, który i tak zostanie rozwiany przez wiatr.  

piątek, 28 kwietnia 2017

485. Szary Aniołek

Najpierw kręcił się obok i bacznie zerkał w moją stronę. Potem, tak po prostu i bez żadnego powodu, wskoczył mi na kolano.
Szkoda, że później nie zabrał mnie ze sobą...

Aniołek
 

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

484. Ironia życia

To, czego czasami najbardziej pragniemy, zazwyczaj jest dla nas nieosiągalne, zaś zranione marzenia doprowadzają do samobójstwa.

piątek, 21 kwietnia 2017

483. Zamiast seksu

- A jak się mają twoje sprawy miłosne? Masz kogoś? - Zapytał mnie w środę JT.
- Nie - odparłem krótko.
- To jak to tak? Dobrze kogoś mieć..., przytulić się..., mieć seks... - kontynuował.
- Wolę pójść na spacer i podziwiać gwiazdy - odpowiedziałem.
Spojrzał na mnie spod byka.
- Aha... - wydusił.

482. Krótki misz-masz

1. Uzależniłem się od serialu "Walking Death". Tak ogólnie to nie oglądam seriali z różnych względów (wyjątkiem są "Tudorzy', których wybiórczo załączam co jakiś czas). Pomimo tego, że ten serial ma głupią fabułę z krwawą sieczką w planie pierwszym, to jest wysoko uzależniający. Odcinek za odcinkiem i tak upływa cały wieczór, a i nierzadko pół nocy. Skończyłem szósty sezon i nastała przerwa, gdyż nie mam nic więcej.

2. W przywołanym wyżej serialu pojawiają się dwa wątki branżowe: jeden kobiecy, drugi męski. Lubię, gdy czasami, tak całkiem bez zapowiedzi, w filmie lub serialu pojawia się branżowy motyw. Wątek żeński ciągnie się dość długo i nie jest zbyt mocno wyeksponowany, natomiast rozczarowałem się drugim wątkiem, gdyż wydaje się, jakby w trakcie reżyser o nim zapomniał. Związek chłopaków ukazuje się nagle i jest mocno podkreślony, lecz z czasem motyw ten zanika, rozpada się i wielokrotnie można dostrzec, że bohaterowie są dla siebie jakby obcy, jakby się nie znali (np. w połowie sezonu szóstego, po wielkiej bitwie z zombie, chłopaki stoją obok siebie jak obcy sobie ludzie).  

3. Wiemy już, dlaczego Lu tak wszystkich kąsa w ostatnim czasie. Otóż musi zapłacić za całe szkolenie menadżerskie. Likwidacja firmy to co innego, gdyż normalnie będziemy funkcjonować prawdopodobnie przez pół roku (może dłużej) i Lu miałaby szansę odpracować koszty egzaminu, a to że sobie wpadła i musi pójść na wcześniejsze zwolnienie powoduje, że musi uiścić opłatę z własnej kieszeni (w polskiej walucie to ponad 6 tys. złotych).

4. Nie mam zielonego pojęcia, co będzie za pół roku, kiedy zamkną naszą firmę. Przeraża mnie fakt szukania nowej pracy i zaczynania wielu spraw od zera - nowe obowiązki, nowi ludzie, nowe miejsce. Rollo chce jechać do stolicy i przejąć od siostry jakiś interes, Moo chce zabrać mnie ze sobą do swojej starej pracy, a ja zaczynam na poważnie myśleć albo o powrocie do Polski, albo o ponownym wyjeździe do Belo Horizonte.

5. Trzeba pójść i ściąć włosy. Zaczęły mocno wypadać. Szkoda mi ich bardzo, bo wyhodowałem długie do łopatek. Chciałbym, by była to tylko wiosenna wymiana futra...

6. W domu kompletna cisza. Mój współlokator poleciał do Polski, a ja zostałem sam. Jakiś czas temu nawiedził mnie Rollo. Przyniósł dwie flaszki whisky i prawie do czwartej nad ranem siedzieliśmy i gadaliśmy. Chciałem mu potem naszykować kanapę do spania, lecz ten spojrzał na mnie i zapytał: "A po co to?" "Gdzieś musisz spać", odparłem. "Przecież będę spał z tobą...", uśmiechnął się.

7. Trzeba mi nadrobić zaległości w czytaniu. Tak więc zaczynam...

niedziela, 9 kwietnia 2017

481. Dwie wiadomości

Gruchnęły wczoraj u nas w pracy dwie wiadomości: dobra i zła.
zła: firma sprzedała naszą sieć sklepów i w przeciągu roku będziemy zlikwidowani i wszyscy, bez wyjątku, pójdą na bruk,
dobra: Lu jest w ciąży i wkrótce pomachamy jej łapkami na pożegnanie (przypomniała mi się scena z takiej komedii "Kochany urwis" - gdy rozrabiaka odchodził z sierocińca, dzieciaki zrobiły balangę na całego i puszczały z okien balony. My zrobimy tak samo, a dodatkowo pójdziemy z Rollo urżnąć się do półprzytomności).  

Lu jest po prostu niesamowita!
Wczoraj prowadziła wojnę z Rollo, dziś ze mną, w sumie to ja do niej warczałem, bo sprowokowała mnie swoją nieudolnością. Pyskowała do mnie jak wariatka, zagroziłem jej, że jak się nie uspokoi, to złożymy z Rollo na nią skargę do menadżera regionalnego i do głównej menadżerki, która oblała ją na egzaminie. Zrobiła się na twarzy czerwona jak burak i nadęła jak balon. Wyszła z hali, trzaskając drzwiami za sobą.
Dziwię się, że jej się tak w ogóle chce wojować ze wszystkimi i to na każdej jej zmianie. Nie ogarniam jej kompletnie.

piątek, 7 kwietnia 2017

480. W matni snów

Ostatnio miewam bardzo dziwne sny.
Spotykają się w nich osoby, które w rzeczywistości nigdy się nie widziały i raczej nie zetkną się ze sobą. Rozmawiają o mnie i zawsze każą mi gdzieś pójść.
Śnił mi się kolega z emigracji rozmawiający z dawną dyrektorką szkoły. Pokazywała mu ona mój stary referat z metodyki nauczania i zachwycała się lodami, które akurat spożywała. Kolega ten przeskakiwał z nogi na nogę, gdyż chciało mu się sikać, kręcił głową i wskazywał palcem na pobliską księgarnię. Tam, zamiast książek, była wystawa butów. Spotkałem tam nauczycielkę historii z liceum. Dałem jej swoje buty i boso wyszedłem ze sklepu.
Śnił mi się mały Bruno. Bawił się z psem trzy razy większym od niego. Czepiał się długiej sierści, szarpał ogon, wsadzał głowę psu do pyska, uszu, nosa. Upominałem go, lecz się nie słuchał. Potem przyszła moja mama wraz z mamą Bruno i zabrały psa ze sobą, a chłopiec się rozkrzyczał straszliwie. Długo nie mogłem go uspokoić i wrzuciłem go do rzeki.
Śniła mi się moja anglistka z liceum. Kazała mi gnieść jakieś ciasto, a było go tak dużo, że nie sięgałem szczytu, tylko ugniatałem boki bezkształtnej masy. Potem ktoś przyszedł i pokazywał mi, jak kleić rogale i bułki. Anglistka wpisywała nam oceny do dziennika.
Często śni mi się moja uczelnia. Czuję presję sesji i prac zaliczeniowych i ciągle prześladuje mnie oblana praca semestralna z ontologii. Podpieram ściany, włóczę się po korytarzach i próbuję napisać w myślach dobry scenariusz zaliczenia tego strasznego przedmiotu.
    

niedziela, 2 kwietnia 2017

479. Obietnica

Obiecałem dziś Bzyczkowi, że w maju lub w czerwcu przyjadę do niego do Belo Horizonte.

478. Kogut

(464)
Staszek uwielbiał pomagać dziadkowi w pracach gospodarskich.
Jego rodzice kupili niewielki dom za zakolem rzeki, lecz nie uprawiali ziemi i nie trzymali żadnych hodowlanych zwierząt. Na ich podwórku, koło studni, tuż przy wejściu do sadu, stała duża huśtawka na metalowym stelażu, a koło niej błyszczał w słońcu blat okrągłego stołu. Pamiętam, że często siadywały tam nasze mamy, rozmawiały, paliły papierosy i piły herbatę.
Stasio wiele razy prosił rodziców o zakup psa lub kota. Odmawiali, tłumacząc, że przy zwierzętach jest dużo obowiązków i trzeba je pilnować, karmić, szczepić, a one i tak zazwyczaj uciekają lub giną bezpowrotnie. Spuszczał wtedy głowę i rył butem bruzdę w piasku, a gdy nie umiał powstrzymać łez, odwracał się i przybiegał do nas. Chyba na naszym podwórku czuł się szczęśliwy.
Potrafił pół dnia uganiać się za dziadkiem. Nosił wraz z nim wiadra karmy dla świń, wkładał krowom siano do przegród, sypał ziarno do żłobów, wrzucał buraki do rozdrabniarki. Wbiegał czasami do kuchni i, rozpromieniony, wypijał szklankę mleka i uciekał z powrotem na pole, gdyż wiedział, że dziadek będzie wyprowadzał konia ze stajni. 
Dla mnie to wszystko było całkiem normalne. Pomimo tego że urodziłem się w wielkim mieście, całe swoje życie spędzałem na wsi. Często obserwowałem Staszka, jak radośnie wspinał się przy pomocy dziadka na grzbiet konia i paradował na nim niby Napoleon lub gdy, trzymając w ręku kij z czerwoną wstążką "oprowadzał" stadko kur po podwórzu i po ogrodzie. Babcia dawała mu czasem suchy chleb, a on rzucał okruszyny kurom i te posłusznie biegały za nim dokoła domu. Znał je wszystkie i zawsze odgadywał, której brakowało.
Pewnej niedzieli Staszek przybiegł do nas z samego rana. Szykowaliśmy się wtedy do kościoła.
- Babciu, a masz trochę chleba? - Zawołał z sieni.
- Dziadek już dał kurom jeść - odparła babcia.
- Ale to na później będzie - nalegał Staszek.
- Sprawdź w komórce. Ale nie dawaj im zbyt dużo - próbowała go upomnieć.
- Dobrze, babciu - odparł, wchodząc do komórki.
Nagle rozległ się przeraźliwy krzyk Staszka. Babcia szybkim krokiem udała się w stronę ciemnego pomieszczenia. Pobiegłem za nią. Z małego pokoju wyszła moja mama. Weszliśmy do komórki. Staszek zanosił się płaczem. Stał nad blaszaną miednicą, z której wystawały żółte kogucie nogi. Bezgłowy ptak leżał na piersi z szeroko rozłożonymi skrzydłami.
- To był mój kogut... - wyjąkał Staś.
Ukucnął nad martwym ptakiem i zaczął go głaskać.
- Chodź, Stasiu - babcia próbowała go wziąć za rękę.
- To był mój kogut - powtórzył.
- Kurki hoduje się właśnie po to, by... - babcia próbowała go odciągnąć od miednicy.
- Nie! - Krzyknął i wyrwał rękę.
- Chodź, Stasiulku, pójdziemy do kościółka, a potem kupimy watę na patyku - uklękła przy nim moja mama.
- Nie! - Krzyknął ponownie, wyrwał się i wybiegł z komórki.
Stasio obraził się na wszystkich i przez kilka dni nie przychodził do babcinego domu. Tego samego dnia, późnym popołudniem odwiedziła nas jego mama. Powiedziała, że syn zaprzysiągł jej, iż nigdy więcej w swoim życiu nie będzie jadł niedzielnych obiadów.
(...)

piątek, 31 marca 2017

477. Zatem już koniec

Kończy się czas urlopu. Rzeczywistość już czeka. Wczoraj na skrzynkę dostałem grafik na następny tydzień i mam wrażenie, że chcą mnie tam od razu wykończyć. Prócz poniedziałku, przeznaczonego na podróż, nie mam ani jednego dnia wolnego - dali mi ciągiem siedem dni po 10 godzin dziennie... Wspomnienie urlopu bardzo szybko zniknie w tumanach gęstej mgły codziennych obowiązków.

Urlop minął bardzo szybko. Zrealizowałem zaledwie 20% planów, ale za to odpocząłem w domu, spędzając czas na słodkim nicnierobieniu, z książką w ręku lub po prostu przed telewizorem. Lepiej będzie, jak przemilczę program na TVP 1 i 2 (nie dało się słuchać żadnego serwisu informacyjnego ze względu na stan polskiej "polityki" <to jest po prostu żenujące>), za to naoglądałem się na zapas W11, Kryminalnych, niań, sądów oraz "Gogglebox. Przed telewizorem". Ten ostatni program powodował u mnie wybuchy śmiechu i zapewniał mi dobry humor.

Wraz z Bzyczkiem pojechaliśmy do Wrocławia oraz wybraliśmy się wspólnie do Katowic oraz na krótko do Zabytkowego Miasta. Nie dałem rady wybrać się do Krakowa, ani nie spotkałem się z bliskimi znajomymi w Zabytkowym Mieście. Postaram się nadrobić to następnym razem, gdyż do tego czasu doprowadzę się do "lepszego stanu używalności", gdyż, nie owijając w bawełnę, przez ostatnie pół roku totalnie zszedłem na psy i wstyd mi było tak się pokazać swoim znajomym...

Wyjeżdżam w najbliższy poniedziałek, a do pracy wracam już we wtorek. W kilka dni po mnie, w piątek, do Belo Horizonte wraca Bzyczek. Umówiliśmy się na spotkanie latem w Londynie, chyba że do tego czasu coś się zmieni.

I na koniec coś, czym mogę się pochwalić - przez ostatnie trzy tygodnie spaliłem tylko cztery papierosy. Ograniczam i chcę rzucić.

wtorek, 21 marca 2017

475. Pytania bez odpowiedzi

Byliśmy dziś na zakupach w Katowicach. Bzyczek dziwnie obserwował mnie cały czas. Potem, siedząc przy kawie w galerii w centrum miasta, Bzyczek zagadnął mnie: "Powinieneś wrócić do Belo Horizonte." Spojrzałem na niego dość ostro, lecz nie spuścił wzroku i dodał: "Chcę cię prosić, byś przemyślał sprawę i wrócił do domu." Nie odpowiedziałem. "Nie tylko ja za tobą tęsknię. Chłopcy Alvarezów do tej pory pytają o ciebie. Nie zapomnieli." Spojrzałem na niego i nasz wzrok się skrzyżował. "A może ty przeniesiesz się do mnie?", zapytałem, wiedząc, że moje pytanie będzie formą retoryczną. Zapatrzył się w blat stolika i nie odpowiedział.

niedziela, 19 marca 2017

474. (...)

Przyjechał jakoś po godz. 16.30.
Wszedł do mieszkania i "Dzień dobry", powiedział.
Teraz śpi w małym pokoju.

czwartek, 16 marca 2017

473. A gdzie jest drugi pan?

Jakoś po południu nawiedziła mnie moja sąsiadka, Cyklopka. Zaprosiłem ją do środka. Usiadła na rogówce, postawiła talerzyk z makowcem na ławie. "Słyszałam, że przyjechał pan do domu", zaczęła i bardzo ostrożnie rozglądała się po pokoju. "Tak. Dostałem urlop", odparłem. "Trzeba mi odpocząć, zmienić klimat, otoczenie...", odparłem i poprawiłem roletę w oknie. Cyklopka obserwowała mnie uważnie. "A drugiego pana to znowu nie ma?", zapytała i wlepiła we mnie wzrok. "Pani Elżunia coś mi tam wspominała, że drugi pan też ma ponoć przyjechać..." "Ach, ta moja mama! Zawsze wszystko musi wypaplać." Uniosłem kubek z zimną już herbatą do ust. Cyklopka nadal na mnie zerkała. "Drugi pan przyjeżdża w tę niedzielę", powiedziałem po chwili. Miałem wrażenie, że jej ulżyło i poczuła przypływ zadowolenia. "Porozmawiacie sobie, spędzicie trochę czasu i wszystko będzie dobrze", nikły uśmiech pojawił się na jej pulchnej twarzy. "Drugi pan, prosto z lotniska, pojedzie do swoich rodziców. Nie będzie go tutaj", odparłem z twardym przekonaniem. "Jak to?", skrzywiła się. Wzruszyłem ramionami. "To nie wrócicie razem do Ameryki?!", była zaskoczona i zawiedziona jednocześnie. Ponownie wzruszyłem ramionami i spojrzałem przez okno na sąsiedni blok - w jednym z okien na czwartym piętrze stał szczupły mężczyzna. Chyba wieszał firany...

środa, 15 marca 2017

472. Rollo cz.2

Przysłał mi dziś wiadomość na Fb:

"Nie ma ciebie zaledwie od 3 dni, a ja już tęsknię za twoim krzywym pyskiem :) :)
Wracaj szybciej! R."

Wypożyczyłem trochę książek, ale jakoś nie mam zbyt wielkiego natchnienia do czytania. Zacząłem od "Gwiezdnego pyłu", lecz jestem zawiedziony. Zwiodły mnie opisy, opinie i recenzje. Stwierdzam otwarcie - fantastyka nie dla mnie.

niedziela, 12 marca 2017

470. Rollo

W ostatni czwartek wpadł do mnie Rollo ze zgrzewką piw i pełną torbą różnych chipsów. Wygrzebałem dodatkowo, ku jego uciesze, pół butelki whisky, skleciłem jakieś kanapki. Siedzieliśmy później na murku w ogródku. Było chłodno, a niebo skrzyło się tysiącem gwiazd. "Wiesz, że gdzieś tam jest życie", przerwał ciszę Rollo i zaciągnął się papierosem. "Na pewno nie wyglądają tak jak my, ludzie, ale są tam. Wiem to. Czuję to", znów przyłożył papieros do ust. Spojrzałem na niego z zaciekawieniem i zapytałem o grecką apokatastazę (nie znał tego terminu, ale po wyjaśnieniu, pokiwał głową). "Tak, to prawda", powiedział. "Nasze życie, tu, na ziemi, to tylko kropla wody w nieskończonym oceanie. Wierzę w to. A ty?" "Też!", odparłem i z wrażenia, że ktoś może wyznawać podobną filozofię życia co ja, zapaliłem kolejnego papierosa. A potem gadaliśmy i gadaliśmy dosłownie o wszystkim - o pracy, o ludziach, o życiu, o problemach związanych z emigracją i o filozofii, i o gwiazdach, i o kosmosie - naszym pierwszym domu bez ścian i bez okien.

(Przede mną jeszcze ostatnia 10-godzinna zmiana i dziś o 1.30 w nocy wyjeżdżam do domu na urlop. Dam radę. Muszę.)

niedziela, 5 marca 2017

469. Złe, dobre i obojętne wieści

Złe:
wczoraj Lu zdała egzamin menadżerski i jestem na siebie po części wściekły, gdyż sam przyłożyłem do tego rękę. Menadżer regionalny nie zauważył jej karygodnego błędu, a ja jak głupi za nią pobiegłem i praktycznie w ostatniej chwili ją przestrzegłem. Regionalny później jej powiedział: "Gdybyś zrobiła to tak, jak zamierzałaś, egzamin masz oblany. No, ale..."
Gdybym był wredny, odwróciłbym głowę i Lu znów by oblała. Przynajmniej mam czyste sumienie, ale zastanawiam się nad jednym - czy jej wczorajsza promocja czasem nie pogorszy naszej sytuacji w pracy...

Dobre:
kupiłem bilety na samolot i w poniedziałek, 13 marca, lecę do Polski na urlop. To całe 3 tygodnie wolnego czasu na czytanie i odpoczywanie! Mam nadzieję, że wyszukane w elektronicznym katalogu książki będą jeszcze dostępne.

Obojętne:
w Zabytkowym Mieście trzeba spotkać mi się z Błękitnookim. Będzie w tym czasie w Polsce. Mamy do omówienia wiele spraw.

środa, 22 lutego 2017

468. Krótka historia żądnej władzy Lu

Lu zwariowała kompletnie! Mało kto z nią rozmawia, ludzie zaczęli jej unikać, nawet jej brat przewraca oczyma, gdy Lu pojawia się w zasięgu wzroku. Ubzdurała ona sobie, że będzie menadżerką zmiany.

Jakieś dwa miesiące temu przyjechał do nas główny menadżer regionalny i Lu pobiegła do niego z żądaniem awansu dla siebie.
- Jak długo tu pracujesz? - Zapytał jej regionalny.
- Od dwóch tygodni - odparła pewnie.
- I po tych dwóch tygodniach chcesz być menadżerką? - Zapytał, poprawiając okulary i zakrywając ręką uśmiech na twarzy.
- Ja mam rodzinę! Małe dziecko! Nie jestem jak wszyscy inni i nie będę sprzątać, bo już od tygodnia myję podłogę po całym dniu! Inni są od sprzątania! - Uniosła głos.
Regionalny spojrzał na nią z dezaprobatą i wyszedł bez słowa. Po chwili namysłu Lu pobiegła za nim.
Tak na serio nie wiemy, co się zdarzyło w biurze za zamkniętymi drzwiami, ale następnego dnia Lu do pracy przyszła w menadżerskiej koszuli. I tego samego dnia zaczęła się jatka.

Pamiętam dzień, kiedy zaczęła pracę. Na halę weszła wtedy nieśmiała dziewczynka z kucykiem (Lu ma 23 lata). Uśmiechała się, pomagała, pytała o wszystko, próbowała z nami żartować. Zaledwie w ciągu jednego dnia przeobraziła się w jędzę.

Już na pierwszej jej zmianie, następnego dnia, gdy włożyła czarną koszulę, zaczęła ustawiać ludzi po kątach. Weszła na halę bez powitania i zaczęła wszystko sprawdzać. Pracowałem wtedy z Rollo, moim najlepszym kumplem, a na kasie stała starsza pani. Lu zaczęła na nią krzyczeć, że coś tam nie było dobrze zrobione. Starsza pani dosłownie zbladła, a my, słysząc krzyki, przeszliśmy do przodu. Lu trzymała w rękach plastikowe tacki, na których wydaje się klientom zamówienia i darła się do kobiety.
- Przecież to trzeba natychmiast umyć! - I rzucała tacki na podłogę. Starsza pani położyła rękę na piersi i spojrzała najpierw na porzucone tacki, a potem na Lu.
- Ja nie będę tego po tobie sprzątać - powiedziała spokojnie i odeszła.
Sprzątnął je dopiero Andy, brat Lu, który przyszedł na popołudniową zmianę i nie wiedział (jeszcze), co się stało.

W kilka dni później sam dość ostro ściąłem się z Lu. Była to sobota, dużo klientów i dużo zamówień. Stałem wtedy na kasie ze starszą panią. Przyszła do pracy tuż przed 12 i już było po niej widać, że nie ma najlepszego humoru. Najpierw ścięła się z Rollo o jakąś kompletną bzdurę, a potem wystartowała do Moo, naszego supervisora (tak naprawdę Moo jest jej przełożonym) i zaczęła mu wydawać polecenia. Moo zacisnął zęby i nic z początku się nie odezwał, a my, na kasach, słyszeliśmy, jak Lu dyryguje wszystkimi na hali (byli też Andy i Marco):
- Podaj mi to, przynieś mi tamto, zrób to i owo, posprzątaj to, a dlaczego to tutaj leży - chodziła i pokazywała palcem.
- Lu, czy ty czasem dziś nie stoisz na kasie? - Moo nie wytrzymał.
- Jestem menadżerką i pracuję wszędzie - odpyskowała.
- Jeszcze nie jesteś i nie wiadomo, czy będziesz - wtrącił się Andy.
- Idź, proszę cię, na kasę - polecił jej Moo, nawet na nią nie patrząc.
Na froncie oparła się o kontuar i obserwowała, jak obsługujemy klientów. Coś się jej nie spodobało, więc wzięła stoper i zaczęła mierzyć nam czas przy przyjmowaniu zamówień.
- Za długo to trwa! - Huknęła do starszej pani.
- Źle to robisz! Najpierw dajesz kwit mi, a potem klientowi - szturchnęła mnie, nie bacząc na klientów przede mną.
- Włóż koszulkę do spodni! - Rozkazała. - Ty też! - Zwróciła się do starszej pani.
Równocześnie spojrzeliśmy na nią, ale odeszliśmy na bok i włożyliśmy koszule w spodnie.
- A teraz idźcie umyć ręce! - Rozkazała.
- I mamy zostawić klientów? - Zapytała starsza pani.
- Dotknęliście spodni, więc trzeba myć ręce!
- Tego nie ma w regulaminie - odezwałem się, a starsza pani dodatkowo to potwierdziła.
- Macie iść umyć ręce! - Uniosła głos.
- Tego nie ma w regulaminie - powtórzyłem wyraźnie, wyminąłem ją i wróciłem do czekającego klienta.
To samo zrobiła starsza pani.
- Macie się mnie słuchać! - krzyknęła i podeszła do mnie. - Mogę z tobą pomówić za drzwiami?
- Zobacz, ile ludzi czeka, nie teraz, jestem zajęty - odparłem i zająłem się klientami, a Lu nadęta jak balon, czerwona jak burak, poszła do chłopaków na halę. W chwilę później znów usłyszeliśmy, jak podniosła głos i ścięła się ponownie z Rollo.
Gdy przeszedł nawał klientów i zrobiło się nieco luźniej, Lu znów zaatakowała.
- Jak do was mówię, macie natychmiast wykonywać moje polecenia! - Krzyknęła do mnie i do starszej pani.
Na hali wszyscy zamarli i zwrócili się w naszą stronę.
- Jak ty się do mnie odnosisz! - Odezwała się starsza pani, zawsze spokojna i opanowana. - Mogłabyś być moją wnuczką i nie jestem twoją koleżanką, byś na mnie tak krzyczała i poniżała mnie przy klientach!
- Jestem menadżerką! - Krzyknęła Lu.
- Nie jesteś żadną menadżerką, nadal jesteś normalnym pracownikiem - nie wytrzymałem. - To, że założyłaś czarną koszulę niczego nie zmienia.
- Napiszę na ciebie skargę! - Zaczęła mi grozić.
- Pisz! Nie boję się ciebie - odpaliłem jej, a ona poczerwieniała jak burak.
- Idziesz do domu! Wyloguj się i idź do domu! - Rozkazała.
Spojrzałem na stojącą obok mnie starszą panią, myśląc, że dobrze jej nie zrozumiałem.
- Nie wolno wysłać ci go do domu - wtrącił się Moo.
- Mogę - odparła.
- Tylko główny menadżer może wysłać pracownika do domu - Moo zaczął się niecierpliwić.
- Ja jestem menadżerką!
- Nie jesteś żadną menadżerką! - Tym razem puściły mu nerwy.
- Moo, pójdę zapalić, bo widzę, że rozmowa z nią nie ma sensu. Trzeba poczekać na Lee (głównego menadżera). Może on coś z tym zrobi. - I wyszedłem na przerwę.
Niestety Lu nie potrafiła odpuścić, dopadła mnie na przerwie i doszło do ostrej awantury (w sumie to ona się wydzierała), a gdy wróciłem na halę, znów wojowała z chłopakami, a w szczególności z Rollo i z Moo.

Tak więc nikt z nią nie chce pracować. Lu ma przeciwko sobie prawie całą załogę: Moo jej nie cierpi, Andy się nie przyznaje, że to jego siostra, Rollo, Marco i ja kompletnie ją ignorujemy, a starsza pani to nawet jej nie poznaje. Jednego dnia Lu chodziła zapłakana, żaliła się, że nikt jej nie lubi i nikt nie chce z nią pracować.
- Dobrze ci tak - skwitował jej żal Andy.

Może trzy tygodnie temu Lu przeszła na częściowy etat i przychodzi tylko w piątki, soboty i niedziele, a tydzień temu oblała swój egzamin na menadżera.

Odbiło jej całkowicie. Dostała koszulę menadżerską i myślała, że może rozstawiać wszystkich po kątach. Starsza pani dobrze powiedziała: "Gdyby Lu miała rację i dobrze znała regulamin, to byśmy się jej słuchali i uszanowali jej pozycję. A ona, żółtodziób z dwutygodniowym stażem, zaczęła traktować wieloletnich i doświadczonych pracowników jak śmieci i dokopywać im. Dodatkowo wymyślała swoje własne zasady, które, pod przymusem, chciała wprowadzić w życie."
Lu się zapomniała i przeoczyła jeden fakt: dobry menadżer pracuje z ludźmi, a nie wywyższa się i ciągle zaznacza granicę: ja - wy.

467. Ludzie się zmieniają

Ostatniej nocy śnił mi się Elbi: przechodziłem obok budynku jego firmy w Zabytkowym Mieście, gdy wyszedł na zewnątrz. Rozpoznałem go po sylwetce i zadbanej fryzurce. Skręcił w moją stronę. By mnie nie dostrzegł, nasunąłem na głowę kaptur i zapaliłem papierosa. Szedł za mną w odległości kilku kroków. Rozmawiał z kimś. Na dźwięk jego pięknego i aksamitnego głosu zabiło mi serce. Nie wiem czemu, ale bałem się, by mnie czasem nie rozpoznał. Uciekłem...

Miałem dziś dziwny dzień. Próbowałem wyrzucić z głowy ten sen, lecz nie umiałem. Ciągle gdzieś w najgłębszych zakamarkach mózgu odzywa się piękny ton jego głosu, a przed oczyma widzę jego sylwetkę i krótko przycięte brązowe włosy. Tak naprawdę ogromnie bałbym się spotkania z nim na żywo, choć bardzo bym tego chciał. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak by zareagował, gdyby mnie rozpoznał, jeśli w ogóle by mnie poznał. Rozmawiałem kiedyś o tym z Katariną i podsunęła mi pewne spostrzeżenie, na które sam nigdy nie zwróciłem uwagi: "Pamiętaj, że Elbi nie jest tą samą osobą co kiedyś. Zmienił się przez te lata i spotkałbyś kogoś z większym bagażem doświadczeń niż dawniej i być może nawet spotkałbyś kogoś zupełnie innego, obcego."
To prawda. Jeśli zdarzy mi się uciec myślami do jego osoby, myślę o nim jako o chłopaku sprzed 8 lat. Zmienił się przez ten czas i nie jest już tym samym Elbim co kiedyś. Pogodziłem się już z tym, że nigdy więcej w tym życiu nie znajdę się w jego towarzystwie i nie porozmawiam z nim. Zostały mi jedynie sny, ale co mi z tego, gdy nawet w nich zacząłem się przed nim chować i uciekać...

czwartek, 2 lutego 2017

466. Śmieci

W sklepach i na wystawach pełno walentynkowego badziewia...
ORAZ:
wielkanocne zajączki na początku lutego :)

sobota, 28 stycznia 2017

465. Rozmowy o życiu

Rozmowa w pracy:
- Wiesz, czasami ciebie nie rozumiem - powiedziała dziś do mnie Lu.
Uniosłem brwi w przypływie zdumienia i czekałem na dalszy wywód.
- Gdy próbuję z tobą pogadać to albo mnie unikasz, albo udajesz zajętego i odchodzisz.
Moje zdumienie wzrosło jeszcze bardziej.
- A o czym chciałabyś ze mną pogadać?
- O wszystkim. O pracy, o ludziach, o życiu...
- O życiu? - Powtórzyłem z niedowierzaniem i wlepiłem w nią wzrok.
- No, o tym co cię interesuje, co lubisz...
- Lubię spokój i gdy ludzie nie zawracają mi głowy...
- Ach... - żachnęła się.
- Ale... - przerwałem jej z naciskiem - mogę pogadać z tobą o życiu, jeśli nadal chcesz.
- Jak myślisz - zacząłem konwersację - czy pitagorejska wizja świata i orfickie ideały życia w jakiś sposób łączyć się mogą ze współczesnymi teoriami metempsychozy i palingenezy?
Drgnęła i zmrużyła oczy jak kot.
- Ostatnio zastanawiałem się także nad problemem empedoklejskiej wizji Sfajrosu i wiecznego przekształcania się pierwiastków w cyklach światotwórczych.
Zaczerwieniła się.
- Ty na serio jesteś nienormalny...
Rozłożyłem ręce.
- Przecież chciałaś rozmawiać ze mną o życiu - zacząłem się bronić.
Patrzyła na mnie i nadal nie rozumiała.
- Spierdalaj - rzuciła i odeszła obrażona.
Ulżyło mi.

Uff, mam już ją z głowy.

PS. Chyba powinienem stworzyć dla siebie właśnie taką dyrektywę w procesie doboru znajomych/przyjaciół - ewentualne spotkanie i wypad na piwo tylko z tymi, którzy nie stchórzą i podejmą dyskusję i będą się trzymać tematu (ja stawiam piwo).

czwartek, 26 stycznia 2017

464. Przyjaciel

Doskonale pamiętam ten dzień, kiedy po raz pierwszy go zobaczyłem.
Bawiliśmy się wtedy ze Stasiem, wówczas moim jedynym przyjacielem, plastikowymi żołnierzami. Z kartonowych pudełek zbudowaliśmy fort, który obstawiony był ze wszystkich stron figurkami koni, kowbojów i Indian. Z kart ustawiliśmy trójkątne namioty imitujące indiańską wioskę.
Wczesną wiosną pogoda była nie najlepsza, więc całe popołudnia spędzaliśmy na domowych zabawach.
Tego dnia babcia krzątała się przy piecu, gdy wszedł do kuchni wraz ze swoją mamą. Trzymał ją za rękę i nieśmiało rozglądał dokoła. Szturchnąłem Staszka i kiwnięciem głowy wskazałem na chłopca. Przez chwilę patrzyliśmy na niego, a gdy nowy kolega usiadł wraz ze swoją mamą przy stole, wróciliśmy do zabawy. Po jakimś czasie moja mama przyprowadziła do nas małego gościa.
- Chłopcy, to jest Jacuś. Weźcie go do siebie - powiedziała i pogłaskała go po jasnych włosach.
Jacuś kucnął pomiędzy nami i patrzył na porozstawiane żołnierzyki.
- Wiesz, jak się zabija Indian ze strzelby? - Zapytał Staszek i palcem wskazał na postać w białym pióropuszu.
- Nie... - szepnął speszony Jacuś.
- O, tak! Bum, bum, bum! - Stasio udawał odgłosy wystrzałów i ręką przewrócił kilka figurek.
- A teraz trzeba spalić indiański obóz! - Znów zawołał i ręką zmiótł szereg trójkątnych namiotów.
Jacek stał z wytrzeszczonymi oczyma i patrzył to na mnie, to na Staszka. Był zagubiony i chyba za bardzo nie rozumiał sensu naszej zabawy. Nagle kucnął i zaczął wybierać z pudła z zabawkami plastikowe zwierzęta - lwy, konie, psy, ptaki. Zebrał karty i ustawił z nich kwadratowe ogrodzenie, a w środku umieścił wybrane figurki.
- Czy to jest zoo? - Zapytał Stasio.
- Nie - zaprzeczył Jacek.
- Farma? - Zapytałem niepewnie.
Uśmiechnął się i spojrzał na mnie. Odsunął ręką na bok przydługą grzywkę, a jego niebieskie oczy, otoczone szeregiem ciemnych rzęs, pojaśniały.
- Zbudujemy farmę - ucieszyłem się.
- Przecież to strasznie nudne... - Staszek obraził się i odszedł do stołu, przy którym siedzieli rodzice i dziadkowie.
Zostałem z Jacusiem sam. Obserwowałem, jak ustawiał domki, wyznaczał chodniki, segregował zwierzęta. Pomimo tego, że był kimś nowym i mi nieznanym, polubiłem go bardzo. Już wtedy czułem, że kiedyś zostanie moim przyjacielem.
(...)

sobota, 14 stycznia 2017

463. Serce na śniegu

Gęsta szarówka nocy rozkładała się ponad świeżą warstwą białego puchu, gdy pchnąłem żelazną furtkę i wszedłem pomiędzy ciszę mogił. Śnieg przysypał ślady i praktycznie zrównał ścieżkę z wysokością niektórych grobów i trzeba było niemal po omacku przedrzeć się na drugą stronę. Dokoła zalegała nieprzenikniona cisza, jedynie gdzieniegdzie stukały o siebie zmarznięte łodyżki cisów i głogów.
Wsunąłem nos w szalik i skierowałem się w stronę kaplicy w starej części cmentarza. Szarówka pogłębiała się. Zaczął sypać drobny śnieżek. Zrzuciłem z ławeczki kopę śniegu i przysiadłem na jej skraju. Przekrzywiony krzyż zwisał nad mogiłą niby złamane drzewo nad urwiskiem. Jakieś wewnętrzne uczucie nakazywało mi poprawienie go, ratowanie tego symbolu ludzkich nadziei przed upadkiem i zgnilizną, lecz z drugiej strony odezwała się moja obojętność i brak chęci i, odwracając wzrok w stronę opuszczonej kaplicy, pozwoliłem mu na powolne rdzewienie i obracanie się w proch. Czekałem na niego. Przyszedłem, by porozmawiać. Chciałem go znów zobaczyć i nacieszyć się jego obecnością. Pomimo swoich lat sześciu zachowywał się jak dorosły mężczyzna, potrafił wysłuchać, doradzić, a nawet skrytykować. Uśmiechnąłem się sam do siebie i moja myśl uciekła w stronę jego utraconej przyszłości - kim by mógł być, gdyby nadal tu był?
Z zamyślenia wyrwał mnie szelest. Dolna gałązka cisu zadrżała i spadł z niej na ziemię śnieg. Oczekiwałem, że właśnie stamtąd wyjdzie w swojej białej czapce z pomponem, lecz minęła minuta, dwie, trzy i nie pojawił się. Gałązka znów zadrżała. Podniosłem się z ławeczki i podszedłem do drzewka. Na twarzy zagościł mi uśmiech, gdyż na śniegu zobaczyłem szarego zająca, który skubał suche źdźbła trawy, rosnące wokół cisu. "Przyjdź już. Gdzie jesteś?", szepnąłem do siebie i zwróciłem się w stronę kaplicy. Z jej wnętrza zionęły chłód i zaduch pleśni. Zerknąłem tylko do środka i wróciłem do mogiły Elbiego i jego mamy. Czekałem dość długo, lecz nie pojawił się. Zmarzłem wystarczająco i postanowiłem wracać do domu. Na śniegu narysowałem palcem duże serce i, nie oglądając się, odszedłem.        

piątek, 13 stycznia 2017

462. Gdzie jest blog?

Cóż to się stało z blogiem Zgorzkniałego?
Nieładnie, mój Panie, nieładnie tak znikać bez słowa wyjaśnienia.

czwartek, 12 stycznia 2017

461. Mąż

Zapytano mnie:
- Dlaczego ty się jeszcze nie ożeniłeś?
- Ponieważ mąż mi nie pozwala... - odparłem, wzruszając ramionami.

środa, 11 stycznia 2017

460. Śnieżne zjawy

Cmentarna furtka zgrzytnęła. Zagłębiając buty w grubej warstwie sztywnego śniegu, minąłem najpierw mały kościółek, a potem wszedłem w alejkę pokrytych białym puchem wysokich i smukłych cisów. Wszystkie mogiły pokryte były pierzynką zmarzniętego śniegu, krzewy, drzewa i dziki głóg zesztywniały i stały niczym wyrzeźbione w marmurze. Brak jakichkolwiek śladów mówił o tym, że od dawna nikogo tutaj nie było. Skręciłem w stronę rozłożystego krzewu dzikiej róży i stanąłem przed małym placykiem, nad którym sterczał stary, przekrzywiony i przerdzewiały krzyż. Zapaliłem znicz, przysiadłem na krańcu ławeczki i przysłuchiwałem się głębokiej ciszy. Próbowałem wyobrazić sobie to miejsce w tamtym dniu... Dziś pusto, cicho, żadnych śladów wokół mogiły, a wtedy tłum ludzi, lament, szloch i poszum szeptanych modlitw.
Już miałem odchodzić, gdy zza sąsiedniego grobowca wyłoniła się postać chłopca w białej wełnianej czapce z dużym pomponem. Dostrzegłem go i ponownie przysiadłem na ławeczce. "Zimno dziś', powiedział i zbliżył się do mogiły. "Dziwnie to miejsce wygląda", stwierdził i wzruszył ramionami. "Rzadko tu przychodzę", dodał po chwili i spojrzał na drewnianą dzwonnicę wiejskiego kościółka. "Dlaczego dziwnie?", zapytałem. Ponownie wzruszył ramionami i usiadł obok mnie. "Nawet kruki przestały tu krakać. Nudno. Nikt tu już nie przychodzi, oprócz ciebie i..." Poczułem na twarzy powiew zimnego wiatru. "Prócz mnie, i...?", zagadnąłem go. "Błękitnooki tu był. Niedawno. Przed świętami", znów spojrzał na kościół. Zrobiło mi się gorąco. Odwinąłem szalik i rozpiąłem kurtkę. "On nadal we mnie nie wierzy...", odezwał się po chwili i opuścił głowę. Przytuliłem go. "To nie twoja wina. On nie rozumie snów, nie potrafi śnić, dlatego też cię nie widzi, nie czuje...", próbowałem go pocieszyć. "Był też tam...", chłopiec ponownie spojrzał na kościółek. Powiodłem wzrokiem w kierunku, w którym patrzył. "Zostawił tam coś...", dodał po chwili. "Oh...", niespodziewanie wyrwało mi się i nim się zorientowałem, Elbi czekał na mnie przy uchylonych wrotach. Potruchtałem tam po skrzypiącym śniegu.
Weszliśmy do ciemnej nawy. Zgniły zaduch pleśni, kilka rzędów ławek, uszkodzone witraże, rozpadający się konfesjonał, obdrapany mały ołtarz, otwarte tabernakulum i figura Maryi w długim płaszczu i z odłamanymi rękami świadczyły o tym, że o kaplicy zapomniano dawno temu. Elbi podszedł do figury i paluszkiem wskazał na stojący pod nią znicz. Wziąłem go do ręki i dostrzegłem w środku złożoną we czworo kartkę. "Siedział tu długo, czekał, aż znicz się spali", chłopiec ściągnął czapkę i jasna grzywka rozsypała się mu po czole. "A potem dał do środka tę kartkę i powiedział kilka razy: nienawidzę cię, nienawidzę cię, nienawidzę cię, i poszedł, trzaskając drzwiami." Bałem się otworzyć znicz. Elbi czekał. "Nie mogę tego wziąć", oznajmiłem po chwili i odstawiłem lampkę pod figurę. "Kiedy do mnie znów przyjdziesz?", patrzył na mnie, a z jego oczu płynęła wielka tęsknota. "Przyjdę. Wkrótce. Obiecuję!", ucałowałem go w policzek, zmierzwiłem jego jasne włosy i spojrzałem w uszkodzony witraż. "Przyjdę", powtórzyłem, lecz głos mój odbił się od pustej ściany, gdyż Elbi zniknął. Zawiązałem szal pod szyją i wyszedłem z kaplicy, zamykając za sobą drewniane drzwi.            

poniedziałek, 9 stycznia 2017

459. Pod kocem

Czemu tu jest tak zimno?
Siedzę pod grubym kocem i nosa spod niego nie wyściubiam. Próbuję czytać, oglądam telewizję i filmy on line (wczoraj przypomniałem sobie "Misia", a dziś moje ukochane "Nad Niemnem").
Cieszę się, że przyjechałem na trochę do domu. Okres przedświąteczny i przed nowym rokiem był w pracy dość ciężki, w ogóle trzy ostatnie miesiące ubiegłego roku były totalną udręką. Ale trzeba korzystać z wolności i cieszyć się nią, gdyż tydzień minie bardzo szybko i trzeba będzie znów emigrować i wrócić do pracy.
Oto moje dzisiejsze empikowe zdobycze:

sobota, 7 stycznia 2017

458. Do domu

Jutro ostatni dzień pracy i w niedzielę z samego rana wylatuję do Polski. Tym razem jadę do domu na krótko, ale ważne jest to, że jadę.
Tak więc -  do zobaczenia w Polsce.