niedziela, 31 grudnia 2017

540. Krótkie podsumowanie

Kolejny rok się kończy...
Co tu dużo gadać - dla mnie rok 2017 był rokiem złym, niedobrym, nierównym, chaotycznym, nerwowym, stresującym, dołującym i męczącym. Jakoś przez niego przebrnąłem... Nie wiem, jak znalazłem w sobie tak duże zaparcie, by to wszystko pokonać...

PRACA:
Tak katastrofalnego roku w strefie zawodowej jeszcze nie miałem...
Pięć różnych miejsc pracy... W czerwcu, tak bez zapowiedzi, bez uprzedzenia, firma zamknęła nasz sklep. W ciągu jednego dnia jedenaście osób poszło na ulicę. Menadżer regionalny wręczył nam jakieś papierki, wypisał jakieś oświadczenie o upadłości, obiecał dać referencje (czego nie zrobił) i otworzył nam drzwi. Na pożegnanie pomachał nam ręką zza szyby. I tyle go widzieliśmy...
W wyniku likwidacji podstawowego miejsca pracy straciłem też swoją drugą, weekendową pracę w restauracji, gdyż nie było możliwości połączenia jej z nową pracą...

Drugim miejscem była moja dawna firma, w której pracowałem na początku emigracyjnego życia... To był ogromny błąd... Ci wszyscy ludzie doprowadzali mnie tam do pasji... Pięć osób stało z rękoma w kieszeniach, a jedna robiła wszystko... Zauważyłem, że oddział ten bardzo upadł na jakości produkcji, spadły higiena i czystość miejsca pracy, przestano dbać o dobre warunki pracy oraz o kwalifikacje pracowników (brudne uniformy, brudna hala produkcyjna, brudny sprzęt, menadżer nie zwracający uwagi na jakość produkcji, pracownicy robiący wszystko "na odwal się", supervisor, który nie potrafi wykonać podstawowych zadań!!). Zrezygnowałem po dwóch tygodniach.

Potem wyjechałem z Anglii z nadzieją znalezienia pracy w Polsce... Chodziłem, pytałem, zaglądałem, dawałem swoje cv (okrojony, skrócony, przekłamany i tym samym fałszywy świstek papieru!!). Patrzono na mnie, jakbym w sierpniu urwał się z choinki... Po ponad miesiącu wróciłem do UK...

Trzecie miejsce... To było piekło... Zrezygnowałem po sześciu dniach... (Rollo wytrzymał w tej samej firmie, ale w innym mieście, zaledwie dwa dni...).

Czwartym miejscem jest aktualna praca w sąsiednim mieście. Minęły już trzy miesiące, jak tam jestem.
W miniony piątek (29 grudnia) zadzwonił do mnie szef restauracji. Potrzebował wsparcia na sali, a że miałem wolny dzień, poszedłem im pomóc. Myślałem, że jednorazowo... Ponownie zaproponował mi pracę u siebie... Nie wiem, czy dam radę na dwa miejsca...

ŻYCIE:
Rok temu napisałem, że marzy mi się samotna wyprawa gdzieś na koniec świata i zaszycie się w jakichś odludnych zakątkach z aparatem i ciszą dokoła...
Udałoby się, gdyby firma nie zamknęła mojego sklepu i tym samym nie zostałbym skazany na tułaczkę po różnych firmach... Ech...

Znów nie udało się z przeczytaniem 52 książek wg portalu lubimyczytac.pl
Chyba nigdy "nie zaliczę" cyfry 52...
Przeczytałem tylko 23 książki (w roku 2014 - 32 pozycje, w roku 2015 - 31 pozycji, w roku 2016 - 25 pozycji). Ciągle spadam!
Najlepsze przeczytane książki:
Anna McPartlin "Gdzieś tam w szczęśliwym miejscu"
Benjamin Alire Saenz "Inne zasady lata" (czytana drugi raz)
Mikołaj Milcke "Różowe kartoteki"
Jakub Małecki "Błędy"
Anna Onichimowska "Koniec gry"
John Boyne "Chłopiec na szczycie góry"

Jedynym udanym akcentem tego roku jest "bycie samym dla siebie". To mi wyszło dość dobrze!
Niczego sobie nie życzę na 2018 rok.
Chciałbym jedynie więcej czytać i znacznie lepiej pisać...

wtorek, 26 grudnia 2017

539. Mary Jane Pabescon

Urwanie głowy miałem wczoraj w pracy...
Wszystko ucichło i uspokoiło się dopiero po godzinie 16., gdy zjedzono świąteczny obiad, napito się kawy, skosztowano puddingu i rozpakowano upominki. Zadowoleni rezydenci rozeszli się do pokojów, a my mogliśmy usiąść i nieco odsapnąć. Lisa, bardzo sympatyczna i pomocna koleżanka, pomogła mi pozbierać wszystko ze stołów i popakować jedzenie, które zostało. W dużym kubku zrobiła sobie kawę i wróciła do recepcji, by przygotować listy na wieczór, a mi zostało przewiezienie całego ambarasu do kuchni na trzecim piętrze.
Załadowałem zmywarkę brudnymi naczyniami, gdy jarzeniówki zamigotały kilka razy, zgasły i znów się rozświetliły. Wzruszyłem ramionami, przyszykowałem drugi wsad i zjechałem na dół po resztę naczyń. Wjechałem trolleyem do windy i nacisnąłem guzik z numerem 3. Po chwili drzwi windy się rozsunęły i otoczyły mnie kompletne ciemności. Wszystkie światła były wygaszone. Pchnąłem trolley przez ciemny korytarz w stronę kuchennych drzwi, skąd, przez pionowe szybki, przebijało światło. Wszedłem do środka i stanąłem jak wryty. Czułem, jak moje serce najpierw staje dęba, a potem bierze udział w gonitwie o złotą podkowę. Gdy udało mi się unormować oddech, zrobiłem kilka kroków naprzód.
Przede mną, przy bocznym stole, bokiem do mnie, stała drobna staruszka. Palcem lewej ręki jakby coś rysowała na blacie stołu. Jej długa do samej podłogi nocna koszula była biała jak śnieg. Spojrzała na mnie dopiero wtedy, gdy się do niej zbliżyłem. Miała nieco zdziwioną minę. "Chyba się zgubiłam. Nie wiem, jak wrócić do pokoju", powiedziała dość mocnym głosem. W tej chwili uświadomiłem sobie sens całej sytuacji i zaśmiałem się pod nosem z własnej głupoty i zbyt bogatej wyobraźni. "Zaprowadzę cię. Zjedziemy na dół windą. Tak będzie najlepiej", uśmiechnąłem się i wziąłem kobietę pod ramię.
"Moja córka znów o mnie zapomniała... Są święta, a ona do mnie nie przyszła...", odezwała się i wyrwała swą rękę. "Są święta, a tu nie ma choinki...", spojrzała na mnie wymownie. "W kuchni nie stawia się choinek. Jest na dole. Jak chcesz, mogę ci pokazać", uśmiechnąłem się. Nacisnąłem guzik i drzwi windy się rozsunęły. Staruszka zawahała się, ale podałem jej rękę i pomału weszła do środka. "Sama do niej pójdę i powiem jej kilka słów na opamiętanie", ścisnęła mi rękę. "Chcę usiąść. Nogi mnie bolą", zaczęła się żalić. Zjechaliśmy windą na dół i weszliśmy do pokoju dziennego. Posadziłem ją w fotelu tuż przy biblioteczce. Zaczęła się kiwać w tył i w przód i nie reagowała na to, co do niej mówiłem. Nagle oprzytomniała, chwyciła mnie za rękę, spojrzała mi w oczy i wyszeptała: "Rozmawiałam z chłopcem w białej czapce z pomponem. Był z nim biały pies". Drgnąłem. "Co takiego?!", zapytałem zaszokowany i cofnąłem się o kilka kroków, lecz staruszka znów zaczęła się kiwać tam i z powrotem.
Lisę znalazłem w recepcji. "Lisa, chyba zgubiłaś jedną rezydentkę", oznajmiłem jej z uśmiechem. Uniosła brwi w zdumieniu. "W kuchni znalazłem jedną panią. Zgubiła się. Jest w salonce", powiedziałem na jednym wydechu. "Co ty opowiadasz?!", oburzyła się i odrzuciła na plecy, związany na czubku głowy koński ogon. Przeszliśmy do salonu, lecz tam spotkaliśmy jedynie Helen. Staruszka zniknęła. Lisa wzięła się pod boki i wymownie na mnie patrzyła, a ja stałem jak wryty. "Gdzie jest ta pani, co tu była? Siedziała w fotelu...", zapytałem Helen. "Nikogo tu nie było", odparła. "Jak to nie?! Posadziłem ją w fotelu. O, tu! W długiej białej koszuli nocnej. Była w kuchni! Powiedziała mi, że się zgubiła..."
Opisałem najdokładniej, jak tylko potrafiłem, jej wygląd. Helen patrzyła na mnie ze zdziwieniem. "Jak dobrze pamiętam, to tak wyglądała Mary Jane. Ale ona umarła ze dwa lata temu... Jej zdjęcie chyba wisi przy kominku w pokoju z pianinem ", Helen poprawiła jeszcze story przy oknie i wyszła. Wyminąłem Lisę i pobiegłem do drugiego salonu. Pośród zdjęć odnalazłem fotografię kobiety, którą znalazłem w kuchni. Było podpisane - Mary Jane Pabescon. "To ona! Jestem tego pewien!", spojrzałem na Lisę. "Też ci zrobię taki żart, zobaczysz...", odchodząc, posłała mi buziaka na odległość.
Do tej pory zastanawiam się, co takiego ważnego Mary Jane chciała mi powiedzieć...

wtorek, 19 grudnia 2017

niedziela, 10 grudnia 2017

537. Oby życzenia się spełniły

Odwiedziłem dziś JT. Przetransportowano go niedawno z kliniki z Nottingham do naszego miejskiego szpitala. Nie poznał mnie. Kompletnie nie wiedział, kim jestem. Wtedy, gdy ocknął się po długiej śpiączce na OIOM-ie, rozpoznał mnie, bo leciutko ścisnął mi rękę. Teraz już nie...
On sam nie wie, gdzie jest, co się stało, jak długo jest chory (że w ogóle jest chory), a na wzmiankę o tym, że jest w szpitalu reaguje głębokim zdumieniem. Powtarza co chwilę, że ci ludzie go tu przyprowadzili, by pooglądał film, ale za chwilę pójdzie zapalić, a potem do domu, bo jutro ma na rano do pracy. I próbuje wstać z łóżka, bo on nie może się spóźnić. Pielęgniarka tłumaczy mu, że jest w szpitalu i nie może nigdzie pójść, JT patrzy zszokowany w ścianę i mówi, że chce iść do swojego pokoju. I tak w kółko...
JT nie jest już tym JT co kiedyś. Prawdopodobnie na zawsze stracił wszystkie charakterystyczne rysy i cechy swojej twarzy, które decydowały o tym, że to jest JT. Dalej to ta sama twarz, ale już zupełnie inna. Taka półobca, półobecna. Ma dwie ok. 4 cm blizny po prawej stronie głowy, ponad skronią i poprzeczną bliznę po tracheotomii, do tego duży spadek wagi i zanik większości mięśni.
Czeka go bardzo długa rehabilitacja. Na pewno odzyska sprawność fizyczną, ale czy wróci do poprzedniej sprawności intelektualnej? Chciałbym, by tak było.         

sobota, 9 grudnia 2017

536. Zawiodłem Helen

Za mną osiem ciężkich dni. Przez siedem ciągnąłem zmiany po 12 godzin. Wczoraj do domu wróciłem prawie na kolanach. Cieszę się, że przetrwałem.
Na domiar złego przyplątało mi się wstrętne przeziębienie. Jednego dnia nie wstałem na czas i biegłem na autobus. Zeszłej nocy męczyła mnie gorączka 39,8... Do tego ból i zawroty głowy, ból mięśni, wymioty i dreszcze. Wczoraj w takim stanie musiałem jechać do pracy, gdyż nie było nikogo, kto mógłby mnie zastąpić... Przetrwałem.
Wczoraj po południu, po raz pierwszy w nowej pracy, ściąłem się dość ostro z jedną panią. Helen jej na imię. Jest to pani o cierpiętniczym wyrazie twarzy, narzekająca na wszystko i wszystkich, codziennie chora i zmęczona, obrażona nawet na powietrze, którym oddycha. Wczoraj ukazała swoje kolejne oblicze - panikę i wyćwiczoną histerię. Zawiodłem Helen. Nie uległem podniesionemu tonowi głosu, tupaniu nóżką, machaniu rękoma z zaciśniętymi piąstkami, uderzaniu piąstką w blat stołu, krzykom przechodzącym w spazmatyczny płacz, szlochaniu i chwytaniu się za głowę, rzuceniu tacy na podłogę... "Masz mi natychmiast to przynieść!", krzyczała do mnie. "Nie", odpowiedziałem spokojnie, usiadłem przy stoliku i obserwowałem z wzrastającym uśmiechem, co histeryczka będzie robić (Kirk, mój dobry znajomy, uciekł). "Czy ty się ze mnie śmiejesz?", huknęła po chwili. "Tak", odparłem spokojnie. I tym doprowadziłem ją do pasji... Dobrze, że wrócił Kirk, bo nie wiem, jakby się ta scena skończyła...
No, przykro mi, ale mam ogromną awersję do ludzi z takim typem charakteru - do histeryków jak ta Helen oraz do świadomych złośliwców, którzy działają z premedytacją tylko po to, by okazać jak mają innych głęboko. Nie przyjmuję żadnego tłumaczenia w tej kwestii. Po prostu nie!

sobota, 2 grudnia 2017

535. Kolejny rok

Foto z internetu.

Najpierw dostałem smsa: "Przyjdę wieczorem". Czekałem w napięciu, gdyż wiedziałem, że prawdopodobnie stało się coś poważnego. Przyszedł. Usiadł w fotelu i po chwili oznajmił: "Odchodzę. To koniec. Lepiej będzie, jak mnie znienawidzisz." I wyszedł, a ja stałem, niemy i ogłuszony, i patrzyłem za nim, jak zbiega po schodach i znika w ciemności...

Dziś mija dziewiąty rok bez Elbiego.
I nic nie można z tym zrobić.
Można jedynie pamiętać.
Ale czy On pamięta?
Choć odrobinkę?

czwartek, 30 listopada 2017

534. Wysłannik

Ostatniej nocy coś najpierw na mnie wskoczyło, a potem przygniotło swoim ciężarem. Wyrwany z głębokiego snu, zagubiony w aktywności jaźni, próbowałem się bronić. Chciałem zrzucić z siebie napastnika wolną ręką, lecz zaplątałem się w kocu i samoistnie unieruchomiłem. Agresor wykorzystał moje chwilowe zachwianie i skoczył mi do twarzy. Zaczął mnie lizać i radośnie skowyczeć. Udało mi się zapalić nocną lampkę. Tuż przy mnie siedział biały pies. Patrzył na mnie swoimi wielkimi, czarnymi jak węgle, oczyma i merdał ogonem. "Nuka!", zawołałem i przyciągnąłem zwierzę do siebie. Skakała mi po nogach, wyginała w grzbiecie, lizała po twarzy i szyi i radośnie skowyczała. "Nusia! Nunia! Co ty tu robisz?", przemawiałem do psa. "Dlaczego jesteś tu sama?", zapytałem ponownie, "A gdzie jest Elbi?" Zgasiłem światło z nadzieją, że chłopiec wejdzie do pokoju, gdy będzie w nim zupełnie ciemno. Zamiast tego Nuka zeskoczyła z łóżka i usiadła tuż przy drzwiach. Niepokojąco na mnie patrzyła i niecierpliwiła się. Dawała wyraźne sygnały, by z nią pójść. Włożyłem dresowe spodnie i bluzę z kapturem. Pies zbiegł na dół i usiadł przy wejściu. Co chwilę oglądał się i ponaglał mnie. Wsunąłem bose stopy w tenisówki i otworzyłem drzwi. Nuka wyślizgnęła się na zewnątrz i zaczęła wesoło szczekać.
Wyszedłem przed dom. Zobaczyłem, jak zwierzę opiera się łapami o nogi dość wysokiego chłopaka i oddaje jego pieszczotom. Nie potrafiłem rozpoznać nocnego gościa. Po chwili zwrócił się w moją stronę, a mnie przeszedł nikły dreszcz. Uśmiechnął się i zbliżył z wyciągniętą do mnie ręką. Instynktownie cofnąłem się. "Witaj. Już kiedyś się widzieliśmy", powiedział pięknym melodyjnym głosem. "Wyglądałem wtedy trochę inaczej... znaczy się... znacznie gorzej... bo... ja wtedy... spałem... to znaczy nie spałem... zdecydowali, że mam zostać dłużej... i oto jestem!", zaczął się jąkać, gdy tylko dostrzegł moje zakłopotanie. Nadal stał z wyciągniętą do mnie dłonią, lecz, nie widząc mojego zainteresowania, szybko schował ją w kieszeni dżinsowej katany.
Oparłem się ramieniem o futrynę i obserwowałem nieznajomego, jak bawi się z moim psem. Nuka biegała wokół niego i wesoło poszczekiwała. Ufała mu, jakby znała go od zawsze. Chłopak od czasu do czasu zerkał w moją stronę, lecz nie odezwał się. Widocznie czekał na mój pierwszy krok. "Nuka!", zawołałem, "Chodź! Idziemy już" i pchnąłem drzwi na oścież. Zwierzę posłusznie weszło do mieszkania i już miałem wejść za nim do środka, gdy usłyszałem ciche zawołanie: "Zaczekaj..." Chłopak, trzymając ręce w kieszeniach kurtki i z nieco zwieszoną głową, zrobił kilka kroków w moją stronę. "Nie uprzedzono cię, że mam przyjść?", zapytał. "Nie", odparłem, patrząc na jego jasnobrązowe włosy i pogodną twarz. Czułem, że gdzieś go już widziałem, ale nie mogłem sobie przypomnieć gdzie i w jakich okolicznościach. Znów wyciągnął do mnie rękę: "Jestem Pietro!", oznajmił radośnie. "Różnie mnie wołają - Piotrek, Pietro, Pit, Pierrot albo Peter, albo Pietia. Od zawsze przyjmuję to samo imię, a jego wariant zależy od tego, gdzie akurat mnie poślą", uzupełnił swoją prezentację, wyszczerzył zęby i ciekawie na mnie spoglądał.
Zawahałem się. Nie wiedziałem, czy mam zamknąć mu drzwi przed nosem i wrócić do łóżka, czy też podjąć z nim rozmowę. Pit cofnął się o kilka kroków. Szybkim ruchem włożył na nos okulary przeciwsłoneczne i przestąpił z nogi na nogę. "Przejdziemy się?", zapytał. "Weź psa... Jeśli chcesz...", dodał po chwili zastanowienia. Coś mnie tknęło i gwizdnąłem na Nukę. Ciężko zbiegła ze schodów i ponownie zaczęła skakać wokół nocnego gościa.   

poniedziałek, 27 listopada 2017

533. Podwójne spotkanie

Dostrzegłem go ze szczytu pagórka. Siedział na głazie i coś czytał. Promienie słoneczne spadały z jego ramion i niknęły w lekko pomarszczonej toni rzeki. Poprawiłem czapkę i zacząłem schodzić w dół. Usłyszał mnie. Podniósł głowę znad książki. Najpierw zapatrzył się przed siebie, zlustrował dokładnie drugi brzeg, a potem powoli obrócił w moją stronę. "Spóźniłeś się!", zawołał i przystawił dłoń do czoła, tworząc daszek przeciw słońcu.
Zeskoczyłem na chrzęszczące kamienie i śmiało do niego podszedłem. Dopiero z bliska zauważyłem, że ma podwinięte do kolan spodnie, a stopy zanurzone w wartkiej wodzie. Niedaleko leżały tenisówki z rozrzuconymi na boki sznurowadłami i dżinsowy plecak. "Cześć", powiedziałem i usiadłem tuż obok. "Cześć", odparł i zmrużył oczy, gdy dotknąłem ustami jego policzka. "Jeśli chcesz, to w plecaku jest termos z herbatą i jakieś drożdżówki. Kupiłem po drodze", oznajmił i wsunął na nos duże okulary przeciwsłoneczne. "Napiłbym się dobrego piwa", poprawiłem czapkę na głowie, zsunąłem buty i zanurzyłem stopy w chłodnej wodzie.
Błękitnooki skinął ręką w stronę kelnera. Chłopak drgnął i majestatycznie, niby kot po poręczy balkonu, podszedł do nas. "Piwo dla mojego przyjaciela, proszę", złożył zamówienie, nawet na niego nie patrząc. "A czy panu coś podać?", uprzejmie zapytał kelner i skrzywił się, gdyż dostrzegł nasze bose zapiaszczone stopy i porzucone obok stolika buty. Uniósł dumnie głowę do góry i z udawaną obojętnością czekał na odpowiedź. "Nie. Dziękuję", odparł Błękitnooki. "Mam tu swoją herbatę", wyciągnął z plecaka termos i wlał do kubka brązowy płyn. Kelner z wrażenia rozchylił usta, lecz odszedł bez słowa. Wrócił po kilku minutach, niosąc na tacy puchar z piwem. Stanął na swoim poprzednim miejscu, skąd zerkał na nas z oburzoną miną.
"Czy zauważyłeś, że od jakiegoś czasu podąża za nami mężczyzna w szarym płaszczu?", zapytał nagle Błękitnooki, nie odrywając oczu od książki. Dopiero po chwili go zauważyłem. Stał nieco zgarbiony przy klombach pod miejskim zegarem. Miał chudą, zapadniętą twarz i mocne cienie pod oczami, a na łysej czaszce łuszczyła się skóra. Spod jego rozpiętego płaszcza wystawała długa biała szpitalna koszula. Patrzył na nas. "Widziałem go już kiedyś... W autobusie... I dziś także, gdy szedłem, by spotkać się z tobą...", oznajmiłem, nie odrywając wzroku od obcej mi postaci. "Opowiadał mi już o tym, ale pomimo tego chciałbym, byś też mi o tym opowiedział" Błękitnooki, w przypływie ciekawości, nachylił się w moją stronę.
"W ostatnią niedzielę spóźniłem się na mój zwykły autobus i musiałem jechać inną linią", zacząłem. "Gdy tylko wszedłem do środka, wyczułem jego obecność. Był eteryczny jak nikt inny. Musnąłem go wzrokiem tylko przez sekundę, lecz to wystarczyło, by wiedział, że go widzę. Zrozumiał, że go widzę. Zająłem miejsce tuż przy oknie po prawej stronie. Próbowałem wpatrzeć się w nocną przestrzeń, lecz wnętrze autobusu odbijało się w szybie. Jego odbicie też widziałem. Patrzył na mnie wytrzeszczonymi oczyma i tak jakby coś mówił, szeptał modlitwę lub recytował wiersz. Nagle podniósł się i usiadł na pustym siedzeniu po mojej lewej stronie. W szybie dostrzegłem jego schorowaną twarz i zamknąłem oczy. Przez chwilę szeptał mi coś do ucha, a potem umilkł. Autobus szarpnął i się zatrzymał. Zerknąłem w lewo, ale jego już nie było, a inni pasażerowie zachowywali się tak, jakby nic się nie wydarzyło. Nikt niczego nie zauważył".
Błękitnooki oparł się na krześle i zamyślił. "A w jakiś czas potem przyśniłeś mi się ty...", kontynuowałem swoją opowieść. "Staliśmy na naszej ulicy w Zabytkowym Mieście i wspominaliśmy nasze spotkanie nad rzeką. Chwyciliśmy się za ręce i poszliśmy na spacer w stronę zamku". "Tak, tak, to prawda. Ale to dopiero się zdarzy. Dzisiaj. W sumie za chwilę..." Zsunął się z kamienia i zaczął brodzić dokoła. "Chodź! Popływamy!", zawołał radośnie i zaczął na mnie chlapać. Szybkim ruchem ściągnął koszulkę i dał nura w wodę. "Chodź! Jest fantastycznie!", zawołał. Długo nie dałem się namawiać i wskoczyłem za nim do wody.
Wyłożeni na kamienistym brzegu rzeki schnęliśmy w promieniach popołudniowego słońca. Z leniwej drzemki wybudził nas radosny okrzyk: "Hola! Tam na dole!" Równocześnie spojrzeliśmy w tamtą stronę. Na moście stała para naszych przyjaciół. Machali do nas. Włożyliśmy koszulki, pozbieraliśmy nasze rzeczy i, trzymając w rękach tenisówki, wspięliśmy się po skarpie na most. Tam schwyciliśmy się za ręce i pomaszerowaliśmy w stronę zamku w centrum miasta...                                        

czwartek, 16 listopada 2017

532. Spadająca gwiazda

Zaskoczył mnie. Patrzyłem na profil jego twarzy i chłonąłem jej piękno. Wyciągnął nogi do przodu i oparł się o ławkę. Najpierw odchylił głowę do tyłu, a potem skierował się w moją stronę. Wytrzymałem siłę jego spojrzenia. "Prawie nic się nie zmieniłeś", szepnął. "Schudłeś trochę i masz teraz długie włosy...", uśmiechnął się. "Ładne...", wyciągnął rękę i pewnie chciał schwycić zagubione luźne pukle, lecz lekko się odsunąłem. "Przyjechałem, żeby cię zobaczyć i pobyć trochę przy tobie... Tęsknię za tobą", ponownie wyciągnął rękę w moją stronę. "Też za tobą tęsknię. I to bardzo...", szepnąłem. "Pamiętasz, gdy raz wracaliśmy na rowerach od cioci Wandy i zlał nas deszcz?", rozpromienił się. "Skoczyliśmy wtedy z mostu do rzeki i pływaliśmy w gęstej ulewie", patrzył na mnie, ciągle się uśmiechając. "Taaak... Naskarżył na nas wtedy sąsiad, że na golasa biegaliśmy nad rzeką... To było w jakieś wakacje... Przyjechałeś do nas na wieś... I wtedy to właśnie... My...", patrzyłem wprost w jego błękitne oczy. "Chciałbym znów się tak poczuć...", nabrał powietrza w płuca. "Byliśmy wtedy nastolatkami", zanurzyłem palce w jego ciemnej czuprynie. Nachylił się w moją stronę i szepnął: "Nieważne", i położył głowę na moim ramieniu, "Po prostu chciałbym znów tak się poczuć...", powtórzył. Gładziłem jego potargane włosy i wdychałem ich zapach. Słyszałem jak przymknął oczy i zaczął cichutko wzdychać i mruczeć. Ciągle trzymał moją drugą rękę blisko siebie. Nagle drgnął. "Słyszysz świst wiatru?", zapytał. "Dlaczego tym razem tak szybko?", niespokojnie na mnie spojrzał. Zacząłem uważnie nasłuchiwać. "Tak... Chyba słyszę...", szepnąłem. Przywarł do mnie jeszcze mocniej. "Nie chcę wracać. Chcę zostać. Tutaj. Przy tobie...", załkał. Otarłem wierzchem dłoni spływające po jego pięknej twarzy łzy i zsunąłem mu z oczu długą jasną grzywkę. "Kocham cię", szepnąłem i ucałowałem w policzek. Uśmiechnął się lekko. Pomogłem założyć mu białą czapkę z wielkim pomponem i białe rękawiczki. Błysnęło i jasnowłosy chłopiec zniknął. Siedziałem potem dość długo na tej samej ławce i rozmyślałem. Zapomniałem o czasie i o sobie samym. Z odrętwienia wywołał mnie odgłos kwilenia jakiegoś ptaszęcia. Daleko na horyzoncie zaistniała smuga nowego dnia, a wysoko, nad moją głową, spadła w ciemność nieba złota gwiazda. "Dobranoc, kochany!", pomyślałem i udałem się w stronę domu.    

niedziela, 12 listopada 2017

531. Chłopięce zabawy

(478)
Sporo czasu musiało minąć zanim Staszek zaakceptował Jacusia jako nowego kolegę. Zawsze bawił się tylko ze mną i wszystkie tajemnicze wyprawy za ogrodzenie gospodarstwa planował poza jego plecami. Twierdził, że Jacek to maminsynek, ciągle narzeka, a nawet ryczy bez powodu, wlecze się i opóźnia marsz przez pole czy las. Gdy tylko nadarzała się okazja, dokuczał mu. Czasami zabierał jego szmacianego psa o długich łapach i uszach i wrzucał go gdzieś w niedostępne miejsce. Najczęściej był to dach węglarki za domem, na który nie potrafiliśmy wleźć, lub któreś drzewo w sadzie.
Jednego dnia Staszek zabrał Jacusiowi zabawkę i uciekł z nią na podwórko. Tam wsadził szmacianego psa do metalowego wiadra, zaczepił je na haku i zawiesił nad rantem studni. Ręką zatrzymał przerażonego Jacka i wytłumaczył mu, na czym polegać będzie nowa zabawa. Chłopiec, z rozdziawioną buzią i wzrokiem wlepionym w misia, pokiwał głową na zgodę. Staliśmy obok i przyglądaliśmy się, jak Staszek wkłada do wiadra cegły. "To będzie świetna rakieta!", zapewnił. Spojrzał w głąb studni i pchnął wiadro. Runęło w dół z zawrotną prędkością, obijając się o kamienne ściany i huknęło o taflę wody. "Jupiiii!", wrzasnął Staszek i zachwycony, uniósłszy ręce do góry, skakał radośnie.
W tym też momencie ze stodoły wyszedł dziadek. Podszedł do nas i podejrzliwie patrzył to na nas, to na studnię. "A co tutaj robicie?", zapytał i zaczął wyciągać łańcuch na górę. Po chwili naszym oczom ukazało się wiadro pełne wody. Usłyszeliśmy Jackowe "Och!" Dziadek odpiął je i poszedł w stronę stodoły, a my w milczeniu spoglądaliśmy to na siebie, to na studnię. "Tylko nie rycz!", Staszek szturchnął Jacka w ramię. Podszedłem do krawędzi studni i zerknąłem w dół. Nic nie było widać. Szmaciany pies zaginął. Nikomu o tym nie powiedzieliśmy.
Od tego właśnie zdarzenia Stasiu przyjął Jacka do naszej dwójki i zaakceptował go jako swojego nowego przyjaciela. Zaczęliśmy bawić się i rozrabiać we trzech.

***
Szczególnie latem i wczesną jesienią praktycznie wszędzie na wsi można było znaleźć coś ciekawego do roboty. Dla takich nicponi jak my nic się nie ukryło. Jeśli sam czegoś nie wymyśliłem, to robili to Staszek albo Jacek, który to z czasem okazał się większym rozrabiaką niż my dwaj razem wzięci.
W słotne i chłodne dni zaszywaliśmy się na strychu. W przepastnych szafach zawsze znajdowaliśmy coś ciekawego. Były to stare fotografie i pocztówki poprzewiązywane tasiemkami, dziwne zabawki na kółkach, przybory toaletowe i kuchenne, stęchłe i zapleśniałe księgi w skórzanych oprawach. O wszystkich tych rzeczach już dawno zapomniano, a ich poprzedni właściciele pomarli lub zginęli w czasie drugiej wojny.
Wielokrotnie słuchaliśmy dziadkowych lub babcinych opowieści o wojnie. O bombardowaniu wsi, o uciekających ludziach, płonących domach i zabitych zwierzętach. Chodziliśmy potem do tych miejsc z opowieści i szukaliśmy jakichkolwiek śladów po bombie, która rozerwała dom na strzępy.
Dla mnie i dla Stacha jedynym namacalnym dowodem na to, iż te opowieści były prawdziwe, był cmentarz w lesie, na który chodzić nam zabroniono. Któregoś dnia babcia wspomniała o rodzinie Bialickich, która zginęła od wybuchu bomby. Powiedziała też, że wszyscy pochowani są w lesie. Widziałem wtedy ten błysk w oczach Staszka! Wiedziałem, że pójdziemy tam, by to sprawdzić. Wyprawiliśmy się tam kilka dni później. Cóż to była za przygoda! Włożyliśmy kaloszki i spodnie ogrodniczki, odpięliśmy też naszą białą Nukę. I pomaszerowaliśmy. By dotrzeć do linii lasu trzeba było najpierw przejść przez nasze ziemniaczane pole i łąkę, potem przeprawić się przez wały i zakole rzeki, przejść przez peegerowskie pastwiska, przeskoczyć strumień i na końcu wspiąć się na piaskową wydmę, za którą stał ciemny bór.
Dla nas to był inny świat. Przejście na ukryte w gąszczu groby znaliśmy z wypraw z dziadkiem lub wujkiem, lecz tym razem było inaczej. Byliśmy tu po raz pierwszy sami. Zauważyłem, że Staszek zmienił się na twarzy. Najpierw był podekscytowany, bez przerwy o czymś gadał i oczy mu błyszczały, teraz spoważniał, ucichł, nasłuchiwał odgłosów i badał otoczenie. Nie tak łatwo znaleźliśmy grób Bialickich. Znajdował się on z samego brzegu, w rozległej rozpadlinie, na bardzo nierównym terenie. Płyta była przełamana na trzy kawałki. "Czyli babcia mówiła prawdę!", odezwałem się jako pierwszy. "Taaa", pokiwał głową i spojrzał na mnie. "Teraz musimy znaleźć w ich domu tę bombę, co to ich zabiła!", oznajmił dumnie. "Aha", pokiwałem głową na zgodę. Wracaliśmy nieco inną drogą. Z piaskowej skarpy skręciliśmy w brzezinowy zagajnik, minęliśmy strumień, budynki peeger-u i przez most weszliśmy do wsi. Poszliśmy wprost do domu Jacka. Pomimo setki jego pytań, nie zdradziliśmy tego, skąd wracamy. W porze obiadowej pogoda uległa pogorszeniu. Nad wsią przeszła burza. Zamknęliśmy się na strychu i układaliśmy plany kolejnej wyprawy do lasu.               

poniedziałek, 6 listopada 2017

530. Rollo i JT

JT przeżył operację.
Stan ciężki stabilny.
Tętniak w głowie.
Śmierć krążyła wokół...
Nie wpuściliśmy jej do środka...

Dobre wieści:
Rollo wraca wkrótce do UK.

czwartek, 2 listopada 2017

528. Nasze dawne Dziady

Dzień Zmarłych.
Gdy byliśmy dzieciakami, lubiliśmy to święto. Zdarzało się nawet, że 1. listopada leżał już śnieg.
W ten dzień od samego rana w domu trwało zamieszanie - szukanie potrzebnych rzeczy, czyszczenie palt i kurtek, przekładanie zniczy i wieńców, przygotowywanie późnego obiadu dla dalszej rodziny, która zjeżdżała się i spotykała na cmentarzu. Dziadek znosił ze strychu krzesełka, które ustawiano dokoła rozsuniętego stołu, mama rozkładała obrusy i zastawę, liczyła szklanki, dzbanki i kubki, układała wszystko na stole tak, by nikomu niczego nie brakło, babcia mieszała w kuchni drewnianymi łyżkami dymiące potrawy w wielkich saganach - pachniało bigosem, zupą warzywną, gołąbkami, pieczenią i roladkami.
Próbowaliśmy wtedy z Błękitnookim przydać się w każdej pracy - albo polerowaliśmy lnianymi ściereczkami sztućce, albo układaliśmy talerze, albo przenosiliśmy różne rzeczy z miejsca na miejsce (potem ich szukano przez cały wieczór), dokładaliśmy do pieca, mieszaliśmy zupy, przynosiliśmy wodę ze studni. Czuliśmy się w jakiś sposób przydatni.
Część dalszej rodziny przyjeżdżała najczęściej w porze obiadowej. Przychodzili także bliscy przyjaciele rodziny. Także Elbi z rodzicami. Siadano wówczas przy stole, rozmawiano, pito kawę i herbatę, zjadano ciasto (główny obiad był zawsze po powrocie z cmentarza). W tym czasie najczęściej zabieraliśmy naszych kuzynów i kuzynki na strych. Tam mieliśmy unikalny plac zabaw! Pośród starych, zakurzonych przedwojennych mebli potrafiliśmy wyśmienicie bawić się w chowanego (uwielbialiśmy z Błękitnookim wchodzić do przeogromnych piętrowych dwudrzwiowych szaf, które skrzypiały, trzeszczały i zgrzytały w tajemniczy dla nas sposób), za co później byliśmy łajani przez rodziców, gdyż nasze ubrania były w opłakanym stanie i trzeba było je w ostatniej chwili zmieniać.
Na cmentarzu spotykaliśmy dalszą rodzinę - siostry babci lub dziadka, kuzynki mamy, jakieś ciotki i wujków, którzy chcieli nas przytulać (Błękitnooki krzywił się i w ukryciu wywieszał język, gdy starsza pani w futrze śmierdzącym naftaliną przytulała go i głaskała po głowie). W końcu wymykaliśmy się spod wzroku dziadków i mam i krążyliśmy pomiędzy grobami. Dołączały do nas kuzynki i już razem planowaliśmy zabawę - moczyliśmy palce w gorącym wosku, który, zastygając, tworzył kolorowe nakładki. Potem chodziliśmy z rękami uniesionymi do góry i podziwialiśmy nasze palce i całe dłonie uwalane woskiem ze zniczy (pamiętam, że dostało mi się wtedy za powypalane dziury w rękawach nowej kurtki).
Zmierzchało, gdy wracaliśmy do domu. Zasiadano do stołu i podawano obiad. Z ogrodu dostrzec można było daleką pomarańczowo-czerwoną łunę, unoszącą się nad cmentarzem. Z Błękitnookim czekaliśmy w podnieceniu na dziadka, gdyż zbliżała się najciekawsza dla nas część tego dnia. Dziadek zaprzęgał konie do wozu i jechaliśmy na stary cmentarz w lesie. Czasami dołączały do nas kuzynki, ale bały się później i nie schodziły z wozu. Był to cmentarz z czasów przedwojennych i okresu wojny. Większość starych grobów się zapadła, a w ich miejscu znajdowały się zagłębienia poprzecinane splątanymi korzeniami. Były tam groby żołnierzy i powstańców oraz ludzi z pobliskich wiosek, rozstrzelanych przez Niemców. Były tam też groby poniemieckie, zapomniane i zniszczone. Pamiętam, że rodzice i dziadkowie zabraniali nam samodzielnego chodzenia na ten cmentarz (daleko położony od domu, w gęstym borze pełnym rowów, zapadlin i wykrotów, do tego zapadnięte i półotwarte groby pełne ostrych krawędzi). Złamaliśmy ten zakaz chyba trzy razy. Dziś nie ma już najmniejszego śladu po tym miejscu.
Późnym wieczorem rodzina rozchodziła się. Niektórzy, szczególnie starsi ludzie, szli raz jeszcze na cmentarz z wieńcami i okruchami suchego chleba. Śpiewano pieśni, odmawiano różaniec, modlono się i rozmawiano z duchami, które to przychodziły po datki (babcia mówiła mi kiedyś, że ten chleb daje się duchom zagubionym, włóczącym się i szukającym swego miejsca). Przed spaniem często wchodziliśmy na strych i przez małe okienko patrzyliśmy na łunę nad cmentarzem.
Dziś już nie ma takich Dziadów. Można za to zalogować się na internetowej stronie cmentarza i "zapalić" na wirtualnych grobach wirtualne świeczuszki...            

poniedziałek, 23 października 2017

526. Idzie noc...

Nadchodzi noc... Czas na dobry horror.
Dwa screeny z Entity - chyba najbardziej przerażającej sceny w całym filmie.
Aż mam ciarki na ciele...
Zdjęcia nie najlepszej jakości, gdyż zrobiłem je telefonem.
Matt

Kate

piątek, 20 października 2017

525. Radarowe problemy


Zauważyłem, że gejradar JT jest zepsuty lub mocno uszkodzony! Zaliczył już kilka wpadek. Mam z niego niezły ubaw, gdy z zawiedzioną miną opowiada o kolejnym niepowodzeniu: "Wczoraj przy barze zarywałem do super faceta... Boski! Mówię ci! Przyszła potem jakaś laska i uwiesiła się na nim jak szympans na drzewie... Zrozumiałem, że on jest hetero i zachciało mi się wyć..."
Któregoś dnia JT zapytał o mój typ męskiej urody. Pokazałem mu zdjęcie pewnego pana, a on krótko skwitował: "Całkiem przeciętny gej". Spojrzałem na niego nieco zdziwiony, gdyż z tego, co mi wiadomo, mężczyzna ze zdjęcia jest heteroseksualny. Chwilę później ponownie strzelił gafę! Tym razem podsunąłem mu zdjęcie Granta, bardzo przystojnego mężczyzny, który trzy lata temu poślubił swojego partnera. "A co o nim sądzisz?", zapytałem. JT spojrzał na mnie z wyrzutem: "Kogo ty mi tu pokazujesz?! Przecież to normalny heteryk! Fe!", i machnął ręką z dezaprobatą. W przypływie zdumienia uniosłem brwi i uciąłem temat.
Śmiem twierdzić, że zepsuł mu się, jak do tej pory niezawodny, radar! Mój jest znacznie przytępiony lub też nakierowany na nieco inne aspekty, choć zdarzyło mi się ostatnio bezbłędnie rozpoznać swojego. Stało się to pierwszego dnia w poprzedniej pracy piekłem nazwanej - wszedł na halę chłopak, spojrzałem na niego i od razu wiedziałem. Wywąchałem go jak pies. Prawdopodobnie z nim było tak samo, bo mówił do mnie "my darling". No, ale już tam nie pracuję i nigdy potem go już nie widziałem.

czwartek, 19 października 2017

524. Kiwanie głową na zgodę

Minął prawie miesiąc od ostatniego wpisu... Dni uciekają mi jak zwariowane, zaczynam pomału gubić się w ich liczeniu, sprawdzaniu i pamiętaniu niektórych zdarzeń. Nie pisałem tu z wielu różnych przyczyn, czasami nawet ze sobą całkowicie niepowiązanych.

1. W końcu znalazłem pracę taką, która mi odpowiada. Podpisałem kontrakt i, jak do tej pory, jestem zadowolony. Cztery zmiany w tygodniu po 10 godzin każda, trzy dni wolnego (jeśli zajdzie taka potrzeba - będą dzwonić na dodatkowe godziny). Jest spokojnie, nikt nie pogania, nikt krzywo nie patrzy, nikt nie zaczepia i nie zadaje głupich pytań, tak jak to było w poprzednim miejscu. Jest nas w sumie pięć osób - cztery na full time i chłopak na part time. Zauważyłem, że bywa też wesoło i zabawnie. W ostatni wtorek to uśmiech nie schodził mi z twarzy. Przez prawie całą zmianę Jim i Matt prześcigali się w wygłupach - śpiewali i "tańczyli" do muzyki z radia, szczególnie upodobali sobie One way or another grupy One Direction. Puszczali to w kółko i, dosłownie, darli się, parodiując wykonawców (po powrocie do domu aż musiałem sprawdzić któż to jest ten One Direction). Gdybym widział ich pierwszego dnia, pewnie pomyślałbym, że mam do czynienia z totalnie zakręconą parą gejów (w pozytywnym wydaniu oczywiście).

2. Wszystko wyglądałoby ładnie i pięknie, gdyby nie jeden fakt... Zawsze tak mam, że gdy coś zaczyna się układać, wyjaśniać i porządkować, zdarza się coś, na co nie mam żadnego wpływu (teraz ktoś będzie zły, że nic wcześniej nie powiedziałem). Tydzień temu wróciło moje zapalenie korzonków. Drugi dzień w nowej pracy, a mnie połamało w krzyżu. Ludzie przestraszyli się, a ja ze sztucznym uśmiechem powiedziałem: "Nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz to mam". Idiotyczna sytuacja. Tym razem, na całe szczęście, ból jest znacznie łagodniejszy niż rok temu, kiedy to, po fatalnym upadku, lekarze zbierali mnie z ulicy... Dzięki końskim dawkom leków (źrenice pewnie mam jak ping-pongi) chodzę i potrafię zrobić koło siebie to, co potrzeba (nawet nie zdajecie sobie sprawy, jakim wyzwaniem przy zapaleniu korzonków jest założenie skarpetek...)

3. Doskwiera mi czytelniczy kryzys. Sprawdziłem na Fb i ostatnią książkę przeczytałem 15 sierpnia!! Sam w to nie mogę uwierzyć! Właśnie spojrzałem na półkę... Leżą tam cztery książki wypożyczone z biblioteki w Polsce... Uuuu... Jutro tam zadzwonię...

4. Założyłem sobie konto na Instagramie. Podoba mi się efekt niektórych filtrów na fotkach. JT przejrzał zdjęcia i ze zdziwioną miną mi mówi: "Dałeś fotę z tęczową flagą?!" Wzruszyłem ramionami i: "No i co z tego...", odparłem mu. "I dobrze", pokiwał głową na zgodę.            

niedziela, 24 września 2017

523. Błędy logicznego myślenia

Rozmowa z JT, jak przeważnie zawsze, wpływa na mnie deprymująco. Dziś zrobiło mi się bardzo przykro i łzy napłynęły mi do oczu. Ukryłem to przed nim. Nie wiedząc o tym, podważył i zmieszał z błotem moje dotychczasowe wyobrażenia na temat ludzi LGBT, szczególnie gejów.
Nieraz mam wrażenie, że ludzie, którzy mnie otaczają, są bardziej spostrzegawczy, bardziej mądrzy, inteligentni i doświadczeni. Na podstawie obserwacji innych potrafią wyciągać doskonałe wnioski, potrafią dobrze podsumowywać i oceniać. A ja? Zostaję daleko z tyłu. Czasami rozkładam ręce i otwieram szeroko oczy w przypływie zdumienia, myśląc, że ktoś sobie ze mnie po prostu kpi. Czemu ja tak nie potrafię?
Dawno temu zapętliłem się we własnych mitach. Prawdopodobnie do życia powołałem je w czasach Elbiego. Dopiero po upływie tylu lat (w grudniu minie dziewięć) dostrzegam i rozumiem szczególnie jeden fakt: Elbi strasznie nabałaganił w moim życiu i sprzątam po nim aż do dziś. Czasami te mity ciążą mi, czasami parzą ręce, czasami spętlają moją logikę. Ale to przecież moje mity! Jak ja mogę bez nich egzystować? Czy to w ogóle możliwe?
Czasami nie wiem, kim jestem. Zastanawiałem się któregoś wieczoru, jak potoczyłoby się moje życie, gdybym tamtego dnia zignorował jego wiadomość i nigdy go nie poznał. Może byłbym dziś lepszym człowiekiem? Mówi się, że niektórzy ludzie pojawiają się w naszym życiu w jakimś celu. Śmiem uważać, że jego celem było zniszczenie mojej ówczesnej siły i wpędzenie w wieloletnią depresję, tym samym odrzeć mnie z osobistych zalet. Nie mam pojęcia, dlaczego nikt mnie wtedy przed nim nie ostrzegł. Z drugiej strony nurtuje mnie pytanie: co by było, gdyby jednak wtedy został? Czy dotarlibyśmy razem do tego, co jest teraz? Być może tak, być może nie.
Chciałem wytłumaczyć JT, że myli się w wielu kwestiach, że wrzuca wszystkich do jednego wora. Chciałem podać mu kilka przykładów i tym samym udowodnić, iż się myli. Zrezygnowałem jednak i ugryzłem się w język. Nie muszę mu się tłumaczyć z własnych wyborów oraz z tego, w co wierzę i dlaczego. To moje życie i mogę zrobić z nim, co mi się podoba.   

sobota, 23 września 2017

522. Come on Home


Zakochałem się w tej piosence i jej melodii.
To wykonanie wręcz omotało mną i nie może wyjść mi z głowy.
Leżę na łóżku z zamkniętymi oczyma i słucham.
Po dziesiątym razie jestem w stanie latać.
Utwór ten jest podkładem muzycznym w filmie ze ślubu Granta i Josha.
Najlepszy efekt muzyczny dają małe silne słuchawki.

środa, 20 września 2017

521. Dno

Każdy kolejny dzień jest gorszy od poprzedniego...
Dziś się poddałem...
Niechaj się dzieje, co chce...
Już mi wszystko jedno...

wtorek, 12 września 2017

519. Odskocznia

Bohaterowie Roswell
Nawet nie przypuszczałem, że powrót do ulubionego serialu z czasów bycia nastolatkiem jest taki ekscytujący. Za mną pierwszy sezon i chcę więcej. Mam takie wrażenie, że emocje przy śledzeniu losów bohaterów tego serialu wcale się nie zmieniły. Staram się nie myśleć o tym, co aktualnie się dzieje, zajmuję myśli czymś innym, lecz pozytywów nie widzę. To tylko odskocznia od teraz. Dobrze się stało, że częściowo wróciłem do czasów, kiedy wiele spraw nie było tak skomplikowanych jak teraz...

Nie mogę spać...
Od wczoraj znów się boję... 

niedziela, 10 września 2017

518. O kinie LGBT słów kilka

Znów obejrzałem kilka filmów LGBT. Wydały mi się ciekawe z kilku powodów: fabuła, gra, problematyka, postaci, dialogi.

Glen i Russell
Zupełnie inny weekend to produkcja angielska. Film opowiada historię dwudniowej znajomości Russella i Glena. Ich krótka relacja ukazuje odmienne poglądy i postawy na świat i ludzi. Poznali się w jednym z klubów. Glen jest otwartym homoseksualistą, jawnie i bez skrępowania wyrażającym swe poglądy, nieco cynicznie nastawionym do otoczenia, Russell jest romantykiem i domatorem, nie obnoszącym się ze swoją orientacją. Zderzenie tych dwóch odrębnych charakterów owocuje w postaci ciekawych dyskusji o wartościach i antywartościach współczesnych ludzi i otaczającego ich świata.

Paul i Erik
Zostań ze mną przedstawia trudną, aczkolwiek głęboką uczuciowo, relację Erika i Paula. Obaj mieszkają w Nowym Jorku. Erik jest twórcą filmów dokumentalnych, Paul bankowcem i mieszka ze swoją dziewczyną. Poznają się na sekslinii. Początek ich znajomości oparty jest wyłącznie na seksualnej fascynacji, lecz z czasem przeobraża się w coś poważniejszego. Paul zrywa z dziewczyną i zamieszkuje z Erikiem. W przeciwieństwie do Erika Paul gubi się w swoich uczuciach i potrzebach, jest niestabilny i nieprzewidywalny, wpada w narkotyki, znika z domu, umawia się na przygodny seks. Erik próbuje wyciągnąć przyjaciela z nałogów, pomaga mu, dając kolejne szanse. Paul znika ponownie. Zostań ze mną to bardzo życiowy obraz o poświęceniu dla kogoś, kogo się kocha, o dawaniu drugiej szansy, także o zagubieniu i potrzebie akceptacji.

Angie i Red
Pamięć złotej rybki to przezabawna irlandzka komedia o perypetiach miłosnych przypadków ludzi z różnych środowisk. Ten film to kalejdoskop bez granic - lesbijka zachodzi w ciążę z gejem, chłopak hetero jest w udanym związku z gejem, dwie heteroseksualne kobiety są parą, gdyż nie mogą spotkać odpowiednich mężczyzn dla siebie (obie to byłe dziewczyny wykładowcy), akademicki wykładowca podrywa studentki, gdyż takie są dla niego najbardziej atrakcyjne, heteroseksualna para rozstaje się tuż przed ślubem, gdyż oboje czują się przytłoczeni zbliżającą się odpowiedzialnością. Naprawdę dobra komedia.

Francisco i Thomas
Obejrzałem drugi raz brazylijski film Od początku do końca o związku dwóch przyrodnich braci (patrz post nr 513). Pomimo tego że obraz ten bardzo mi się podoba ze względu na ukazaną głębię uczuć i obopólną fascynację, to jednocześnie coś mnie w nim niepokoi (nie licząc spojrzenia głównego bohatera). Mam takie wrażenie, że Thomas, młodszy z braci został zdominowany przez starszego brata i w pewien sposób uwikłany (uwięziony) w homoseksualny związek. Być może ich głęboka zażyłość wynika z faktu wspólnego dorastania (Francisco był obecny przy narodzinach Thomasa), ale to raczej nie warunkuje homoseksualizmu obu braci. Chyba szukam dziury w całym i to tylko nadinterpretacja, ale czasami Thomas jest zagubiony w relacji z Francisco i nie wie, jak ma się do niego odnosić, by go nie stracić i urazić.
   

wtorek, 5 września 2017

517. Mały sukces

Muszę się czymś pochwalić: wczoraj minęło pełnych pięć tygodni od kiedy nie palę.
To taki mały sukces.

sobota, 2 września 2017

516. To już trzy lata

Egipt 2014.
W tym miesiącu miną trzy lata od naszej wyprawy, mojej i Bzyczkowej, do Egiptu. Był to pierwszy nasz wspólny urlop. Oj, działo się wtedy, działo! Potem miał być Meksyk, lecz tam pojechałem już sam...
Jutro wieczorem przyjeżdża Bzyczek. Będzie cztery dni, gdyż już w piątek wylatuje do Brazylii. Będziemy myśleć i postanawiać, co zrobimy ze mną...
Moi współlokatorzy zniknęli - jeden jest w Polsce, drugi na tydzień przeniósł się do siostry, tak więc będziemy w domu sami.
Zacząłem dziś biegać. Godzinę na początek. Ciekaw jestem, ile wytrwam, bo znając mój brak wytrwałości i słomiany zapał... Zobaczę. 
Niniejsze nasze zdjęcie przekopiowałem z postu nr 182.

czwartek, 31 sierpnia 2017

514. "Oni byli stworzeni tylko dla siebie..." czyli nocne rozmowy nie tylko o miłości

Tom Bridegroom
22.04. 1982 - 7.05. 2011
Tak napisała mi wczoraj moja przyjaciółka Siena po "wspólnym" obejrzeniu filmu Bridegroom. W tym samym czasie ona oglądała film w Polsce, ja w UK. Komentowaliśmy i wymienialiśmy spostrzeżenia na czacie. Gdy film się skończył, z jej strony zapadła długa cisza. "Jesteś?", zapytałem. "Daj mi chwilę... Zryczałam się jak kretynka... Myślę...", dukała. "Wiesz, oni byli stworzeni tylko dla siebie, tak na wyłączność... Musieli się spotkać właśnie po to, by powstała ta opowieść...", napisała po chwili. "Ten film powinno się emitować w każdym polskim zdewociałym i pseudokatolickim domu, by pokazać, że homoseksualizm czasami jest piękny", kontynuowała swój wywód. "Ale tylko czasami...", zwróciłem uwagę. "Wiesz, co mam na myśli... Ale czego ty chcesz? Ogólnie to ludzie boją się "inności", czegoś, czego nie rozumieją i nie ogarniają. Wiesz, nadal w większości tacy przeciętni i zacofani Polacy to zakładają te swoje bambosze, szlafroki, szlafmyce, piją fusiastą kawę z peerelowskiej szklanki, wieczorami siedzą przy zapalonej gromnicy, patrzą na ludzi zza zasłony w oknach i gadają do świętego obrazka na ścianie. Co tacy wiedzą o dalekim świecie? Według nich gender można kupić w spożywczaku, parada równości to pielgrzymka na Jasną Górę, a gej to nowe auto księdza proboszcza..." "Aleś dowaliła!", przerwałem jej z uśmiechem na twarzy. "Ale taka jest prawda!", zaczęła ponownie. -"Najgorsze jednak jest to, że gdy zdmuchniesz takiemu tę gromnicę i spróbujesz mu udowadniać, że święcona woda to nic innego jak chlorowana kranówa, gotów jest wydrapać ci oczy i przebić widłami. Odważyłeś się zachwiać fundamentem jego świata, ruszyłeś cegłę tak, że może runąć cały mur! Kapujesz? Podobnie jest z tym filmem! Przedstawia gejowski związek inaczej niż zakorzeniony w społecznej wyobraźni stereotyp homoseksualizmu. Zamiast wyuzdanego seksu, wyzywających ubrań, rozbieranych parad, przegięcia i marginesowości ludzie mogliby zobaczyć normalność - pragnienie istnienia w sferze szacunku i równości. I tego właśnie boją się najbardziej - musieliby przyjąć i zaakceptować tę inność jako coś normalnego i wspólnie z tym żyć...Ech..." Czułem, że jej myśl uniosła się pod sufit i tam pozostała. "Łatwiej jest rzucać kamieniami niż wyciągnąć rękę do zgody", podsumowałem jej wywód. "Coś takiego...", odpisała po chwili.
A oto treść smsów z filmu, o które mnie poprosiłaś:

T. - "Shane, you make me feel, like the luckiest guy alive."
S. - "We sholud think about all the things we want to do together. Like swimming in the ocean."
T. - "Staying home and watching movies all day when it rains."
S. - "Buying a house. And adopting a dog."
T. - "And a kid."
S. - "Teaching him how to ride a bike."
T. - "Driving him to his first day of school."
S. - "All of us sitting at the table with the dog at our feet waiting for us to drop food."
T. - "Going camping and lying on our backs under the stars."
S. - "Okay, we're going to take off now."
T. - "We are going to have an amazing life together. I pray we will always have these feelings."
S. - "We will, Tom, I love you and miss you already."
T. - "My heart belongs to you, Shane Bitney Crone."*

*Zachowałem oryginalną pisownię.     

wtorek, 29 sierpnia 2017

513. Ponownie o kinie LGBT

Thomas i Francisco
Od początku do końca to kolejny film, który zwrócił moją uwagę. W nostalgicznej poetyce opowiada o głębokim przywiązaniu i  miłości pomiędzy przyrodnimi braćmi (reżysera oskarżono nawet o propagowanie relacji kazirodczych). Francisca i Thomasa już od wczesnego dzieciństwa łączyła zażyła i specyficzna więź. Chłopcy byli nierozłączni, w każdej sytuacji wspierali się i otaczali opieką. Mocna więź została dostrzeżona przez rodziców i została zaakceptowana jako naturalny przejaw dojrzewania. Gdy stają się mężczyznami, ich miłość trwa i umacnia się.
Film ten w spokojny i taktowny sposób ukazuje proces dojrzewania miłości i jej mocy. Może być ona źródłem fascynacji, szczęścia, radości, bliskości, ale także tęsknoty, samotności, choroby i śmierci. Jej trwanie jest życiem bohaterów, którzy tak naprawdę bez siebie nie mogą egzystować.


Shane i Tom
Bridegroom (to nie tylko nazwisko Toma, ale znaczy także: Pan Młody, Narzeczony) to chwytający za serce wyciskacz łez. Dokumentalny film oparty na faktach.
Opis z Filmwebu: "Shane i Tom są młodzi, piękni i zakochani, jednak ich szczęśliwy związek przerywa tragiczny wypadek. W dniu 7 maja 2011 roku, podczas wieczornej sesji zdjęciowej, która ma miejsce na dachu czteropiętrowego budynku, Tom spada na ziemię. Kiedy po kilku godzinach umiera w szpitalu, jego partner niezwłocznie zawiadamia rodzinę o wypadku. Mimo że mężczyźni tworzyli parę od 6 lat, Shane nie zostaje poinformowany o pogrzebie. Dowiaduje się o nim z lokalnej prasy oraz słyszy nieoficjalnie od bliskich zmarłego, że nie jest na ceremonii mile widziany. Chłopak ciężko to wszystko przeżywa, przechodzi depresję. W pierwszą rocznicę śmierci Toma publikuje na YouTube film pod tytułem "It Could Happen to You", w którym wspomina ukochanego i wyraża swój pogląd na sytuację osób w związkach homoseksualnych."


Matthew Shepard
Historia Matthew Sheparda dramat oparty na faktach. Film opowiada o życiu i o tragicznej śmierci 21-letniego amerykańskiego studenta, który padł ofiarą homofobicznej nienawiści. 7 października 1998 roku Matthew został wywabiony ze studenckiego baru przez dwóch chłopaków. Udawali oni homoseksualną parę i tym samym zwiedli chłopaka.  Podstępnie wywieźli Matthew daleko poza miasto, obezwładnili, przywiązali do płotu, bili i torturowali. Dopiero po 18 godzinach od porwania chłopak został odnaleziony przez przypadkowego przechodnia. Był nieprzytomny i okaleczony. Zmarł w cztery dni później w szpitalu, nie odzyskawszy przytomności. 

sobota, 26 sierpnia 2017

wtorek, 22 sierpnia 2017

511. Rozterki

Za dwa dni wyjeżdżam, a ja kompletnie nie jestem gotów. Ani fizycznie, ani psychicznie. Rozmemłałem się podczas tego pobytu pod każdym względem. Nie wyobrażam sobie powrotu do UK. Co ja tam będę robił? Rozmawiałem z tamtejszymi moimi znajomymi o ewentualnej pracy. Część mówiła, że u nich, w różnych firmach, są miejsca i mogę się u nich zahaczyć. Ale czy to sens zaczynać coś na miesiąc czy dwa i potem znów zmieniać? Bezsensowna tułaczka.

Wyszliśmy wczoraj na spacer. Nie padało i udaliśmy się w stronę dawnego placu zabaw. Bzyczek przysiadł na rancie piaskownicy, ja wbiłem się w "moją", nadal przeraźliwie zgrzytającą, huśtawkę. Dostrzegłem ten moment, gdy opuścił głowę i wbił wzrok w piach. Milczał. Kucnąłem naprzeciw niego. "Co jest?", zapytałem. Jego ciemne oczy błysnęły. "Marzę...", szepnął. Uniosłem brwi i czekałem na resztę. "O nas...", lekko dmuchnął mi w nos. Ucałowałem go w czoło i przyciągnąłem do siebie. Położył głowę na moim ramieniu. Czułem zapach jego włosów. "Postaram się podjąć jak najlepsze decyzje", oznajmiłem mu po chwili. "Wiem o tym", szepnął.

Ilustracja z sieci
Dziś krząta się po domu i przygotowuje sałatkę. "Kto opiekuje się domem w Belo?", wypaliłem znienacka. Pomału zwrócił się w moją stronę. "Thomas", odparł, patrząc wprost na mnie. "Thomas?", zapytałem. "Tak. Kolega z pracy. Pomieszkuje trochę u mnie. Ma jakieś problemy rodzinne", odpowiedział i wrócił do krojenia jarzyn. "OK!", wydukałem.
Zerkamy na siebie. Czuję, że chce mi coś powiedzieć. Nie zamierzam ciągnąć go za język, gdyż wiem, że jeśli ma coś do oznajmienia, zrobi to. "Jesteś pewien, że chcesz jutro wyłożyć się znajomym?", zapytałem z małym wahaniem. "Oczywiście!", się uśmiechnął. "Nigdy niczego jeszcze nie byłem tak pewien. Zdaj się na mnie. Wiem co i jak." Spojrzałem na niego i wciągnąłem powietrze do płuc. "Chyba będę musiał na jutro skombinować sobie paczkę fajek", zażartowałem. "Nie będziesz musiał", zapewnił mnie i zsunął na bok kosmyk włosów z mojej twarzy.

sobota, 19 sierpnia 2017

510. Trochę o kinie LGBT

Lubię filmy LGBT. To żadna tajemnica, że moim ulubionym są Anioły w Ameryce. Korzystając z przymusowego urlopu i nadmiaru czasu wolnego, poznaję nowe obrazy.

Wczoraj odkryłem świetny branżowy thriller London Spy. W sieci widziałem różne o nim opinie. Mi się podobał. Trzymał w napięciu, a każdy nowy odcinek (całość to 5 oddzielnych części) komplikował fabułę i perypetie głównego bohatera. Danny, próbując rozwiązać zagadkę śmierci swojego chłopaka Alexa, wikła się w polityczno-szpiegowską aferę. Odkrywa, iż będąc z Alexem, ten nie mówił mu prawdy o sobie, a jego śmierć, upozorowana na morderstwo na tle seksualnym, tuszuje sprawy wagi państwowej. Zostaje aresztowany i oskarżony o zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem.
Alex i Danny.
Bardzo podobał mi się film Those People. Nowy Jork. Pięcioro przyjaciół tworzy elitarną, nieco ekscentryczną i zamkniętą dla obcych grupę artystyczną. Tańczą, śpiewają, odgrywają scenki, improwizują, bawią się i spędzają czas w swoim gronie. Charlie od dziecka przyjaźni się z Sebastianem. Łączy ich bardzo głęboka i zażyła relacja i wydawać by się mogło, że to czyste platoniczne uczucie. Jednak tak nie jest, gdyż Charlie skrycie kocha swego przyjaciela i boi się okazać mu tę miłość ze względu na kilkunastoletnią przyjaźń (wg moich spostrzeżeń Sebastian czasami traktuje Charliego jak zabawkę, używa go, by zaspokoić swe egoistyczne zapędy). W dzień urodzin Charliego na horyzoncie pojawia się muzyk Tim. Chłopak nawiązuje z nim znajomość, która przeradza się w emocjonujący związek. Świetnym dodatkiem w filmie jest muzyka klasyczna - fragmenty oper i koncertów. Podczas oglądania warto także zwrócić uwagę na fantastyczną relację Charliego z matką.
Charlie i Tim
**Próbowałem odnaleźć operę, którą śpiewają bohaterowie, lecz nie potrafię zidentyfikować poszczególnych części (nie jestem znawcą opery). Odnalazłem jedynie dwa fragmenty: pierwszy to Arthur Sullivan The Mikado i Overture The Pirates of Penzance  i drugi to Gilbert and Sullivan HMS Pinafore Opera.
(Jeśli się pomyliłem - proszę mnie poprawić)
Jedna z moich ulubionych scen.
Śniadanie ze Scotem to ciepła i przesympatyczna branżowa komedia. Sam i Eric są parą. W ich poukładanym, porządnym i sterylnym życiu pojawia się jedenastoletni Scot. Ekscentryczny chłopiec, który tak naprawdę nie potrafi być chłopcem, wprowadza się do ich domu z walizką pełną kosmetyków i sztucznej biżuterii. Ubiera się wyzywająco w kolorowe boa, nosi pasek z różowymi pudlami, śpiewa o każdej porze dnia kolędy i próbuje całować nowych kolegów na powitanie, nie zna także pojęcia dyskrecji, czym stawia Erica i Sama w trudnych sytuacjach. Życie z "dziwnym" chłopcem nie tylko wywraca świat dwóch mężczyzn do góry nogami, ale uświadamia im także, jak wielkim uczuciem się darzą i jak wiele są w stanie dla siebie poświęcić. Dawno się tak nie uśmiałem.
Sam, Scot i Eric

509. Cielesność

Ciekawy cytat z filmu Those People:

"Po co nam gejowscy przyjaciele, skoro nie można z nimi sypiać?"

czwartek, 17 sierpnia 2017

508. Zacietrzewienie

Wszedłem dziś do podrzędnego wiejskiego sklepu wielobranżowego i stanąłem przed metalowym stojakiem, na którym wyłożone były pudełka papierosów. Sięgałem i cofałem rękę kilka razy. Pani sprzedawczyni patrzyła na mnie zdziwiona. W końcu podszedłem do niej i kupiłem butelki wody gazowanej. "A papierosów pan nie chce?", zapytała, unosząc brwi. "Nie mogę", rzuciłem przez ramię i wyszedłem.
Siedziałem potem przy powyginanym i obdrapanym stoliku przed sklepem i zerkałem w stronę białego domu z gankiem. Czekałem na Mamę i Bzyczka. Wrócili na plebanię, by rozmówić się z proboszczem jeszcze raz. Po uprzedniej z nim kłótni, nie miałem ochoty tam wracać. Chciałem jechać już do domu. Dostrzegłem, że wyszli na podwórko i dalej rozmawiali z grubym księdzem. Wiedziałem, że mówili o mnie, bo nagle trzy twarze zwróciły się w moją stronę. Miałem ochotę podejść tam i ponownie dowalić pazernemu proboszczowi, lecz kopnąłem się w kostkę i dalej czekałem na pordzewiałej ławce.
Gdy siedzieliśmy już w samochodzie, Mama z pretensją zwróciła się do mnie: "Niepotrzebnie na niego tak nawrzeszczałeś! Teraz się na nas zaparł i nam nie odpuści". "Nie damy mu złamanej złotówki! A mogił nie może zlikwidować ot tak!", rzuciłem przez ramię. "Złożymy skargę na niego w kurii! Też umiem się zaprzeć!", zwróciłem się do niej, lecz nie oderwała wzroku od samochodowej szyby.            

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

506. W garści

Bzyczek zaproponował wspólne dokonanie pewnej prowokacji. Chce zaprosić znajomych, u których gościliśmy wczoraj i uświadomić im pewne prawdy. Zapewnił, że jest do tego w jakiś sposób przygotowany. Ja mam tylko być...

niedziela, 13 sierpnia 2017

505. Wyjście z szafy - nie dla wszystkich


Odwiedziliśmy dziś z Bzyczkiem znajomych w sąsiednim mieście. Do naszego grona, po jakimś czasie, dołączyło inne towarzystwo, a potem znów inne. Na końcu przyjechała siostra mojej koleżanki wraz z mężem i z dziećmi. W sumie zebrało się nas 11 dorosłych osób. Siedzieliśmy na patio, gdzieś w oddali za nami załączony był telewizor. W pewnym momencie rozmowa zahaczyła o tematy branżowe (nikt z zebranych nie wie ani o mnie, ani o Bzyczku). Zaczęło się od teledysku. Jedna z pań zaczęła komentować styl wokalisty - śpiewał Alvaro Soler. Usłyszeliśmy wiele przykrych epitetów pod adresem wspomnianego artysty (np. obrzydliwy pedał), i nie tylko niego, bo pani ta zaczęła obrzucać błotem całe środowisko LGBT. Stwierdziła, że geje i lesbijki są chorzy psychicznie i należy ich leczyć pod przymusem, gdyż są zagrożeniem dla całego społeczeństwa. Ktoś podchwycił temat i zaczęła się głośna i poniżająca krytyka.
Nie będę przytaczał tutaj słów, które padły z ust tych ludzi, bo szkoda dla nich miejsca. Pod pretekstem wyjścia do sklepu po karton soku opuściliśmy na pewien czas towarzystwo. Gdyby nie moi znajomi, których znam od ponad 15 lat, i faktu, że byłem gościem w ich domu, zrobiłbym awanturę, nie patrząc na konsekwencje. Po całym spotkaniu wziąłem moją koleżankę na stronę i oznajmiłem jej, by nigdy więcej nie umawiała na jeden dzień spotkania ze mną i z innymi jej znajomymi. Była tym nieco zdziwiona i chyba nie połapała się w sensie tego, co jej powiedziałem. Bzyczek przy wyjściu tylko kiwnął im głową na pożegnanie.
Rok temu miałem okazję, by wyjść z szafy przed właśnie tą moją koleżanką. Chciałem to zrobić. Uznałem, że powiem jej prawdę. Dziś czuję ogromną ulgę, że tego nie zrobiłem. Wiem, że nie ma wpływu na to, co mówią i myślą jej znajomi, ale powinna w jakiś sposób zareagować na to, iż w jej domu ubliża się innym ludziom.
Część moich znajomych wie o mnie, część jest tego nieświadoma. I niechaj tak pozostanie - nie wszyscy muszą znać prawdę. Po co? Nie rozumiem tych wszystkich medialnych akcji typu "Wyjdź z szafy. Pokaż się!" Nie każdy może sobie na to pozwolić. Tak samo jest w rodzinach - niektórzy mogą powiedzieć, niektórzy nie. I trzeba to uszanować, a nie nasilać parcie. W swoim życiu najbardziej boję się pogardy, odrzucenia i wytykania palcami. Wolałbym już, by strzelono mi w łeb niż miałby ktoś mną pogardzać lub rzucać we mnie kamieniami.

504. "Miłość znajdzie drogę"


Obejrzeliśmy film z nurtu kina LGBT i się nim zachwyciliśmy - tematem, muzyką, aktorami, problematyką.
"W ciemno" (Out in the dark) opowiada o miłości dwóch chłopaków, ukazanej na tle politycznego konfliktu izraelsko-palestyńskiego.
Roy to prawnik z Tel Avivu, Nimer to student z Palestyny. Pomimo nasilającego się konfliktu międzypaństwowego i utrudnionego przemieszczania się przez granicę - zakochują się w sobie. W filmie tym urzekająca i porywająca jest siła miłości pomiędzy chłopakami, którzy, nie bacząc na wiele niebezpieczeństw, spotykają się w Tel Avivie i są gotowi poświęcić dla siebie nie tylko rodzinę i karierę, ale także własne życie. Do tego przepiękna muzyka! Palce lizać!

 

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

503. Skok w dół

Załapałem dziś doła. I to konkretnego.
Wczoraj pisałem z Rollem. W przyszłym tygodniu wraca do swojego kraju. Prawdopodobnie się już nie spotkamy. Utraciłem najlepszego przyjaciela...    
Załączyłem komputer i bezmyślnie gapię się w ekran. Co z tego? Nic mnie nie pochłania, nic nie interesuje, nawet krótkiego posta nie potrafię sklecić...
Nad głową wisi chmura obojętności i pomału mnie zasysa. Zerkam na pościelone łóżko, na kolorowe poduchy. Najchętniej zakopałbym się pod kocem i nie wychodził stamtąd przez kilka dni. Przewegetowałbym tak do piątku. W piątek przyjeżdża Bzyczek, a moje życie i wszystko dokoła są takie beznadziejne, to ja jestem beznadziejny. Zmarnowałem swoje życie. Wiem to. Na wiele spraw jest już za późno. To taka wielka moja porażka...  

poniedziałek, 31 lipca 2017

499. Samolotowo

Już w Polsce.
Gorąco tu, parno i duszno...
Mój samolocik na płycie lotniska w Luton
Samolot izraelskich linii lotniczych w Luton

niedziela, 23 lipca 2017

498. Bez planów

31 lipca lecę do Polski. Bilet już zakupiony.
Ostatnio wszystko zmienia się u mnie jak w kalejdoskopie, więc nie planuję niczego konkretnego. Jakoś otrząsnąłem się po drugiej utracie pracy i na myśl o tym, co będzie później, wzruszam ramionami. Nie mam szans powrotu do zawodu, więc nie przykładam do tego większej wagi. Wymówiłem także miejsce w mojej drugiej, dodatkowej, pracy i tam nagle się okazało, że będą za mną tęsknić... Uśmiechnąłem się tylko w duchu, ponieważ nie będą tęsknić za mną jako za osobą tylko za mną jako za koniem pociągowym...  
Nie mam żadnych planów co do pobytu w Polsce i nic nie wiem konkretnego, wiem tylko jedno - nawiedzę wkrótce moje biblioteki i odnajdę te książki, na które nie starczyło czasu podczas poprzedniego urlopu. Trzeba by było także wybrać się gdzieś na książki używane, np. na targowisko staroci na krakowskim Kazimierzu lub w okolice głównego dworca w Katowicach. Nie mogę się doczekać!

czwartek, 20 lipca 2017

497. Tęsknota

Siedzę w kącie i myślę o nim.
Uśmiecham się, gdy oczyma wyobraźni widzę jego błękitne oczy, ciemne równe brwi, prosty nos, wąskie usta i nieco odstające uszy. Zgrabnymi ruchami krząta się po kuchni, chowa czyste naczynia z suszarki, nalewa wodę do czajnika, szykuje filiżanki. Takiego go pamiętam... Na boso, w czerwonej polówce, niebieskich dżinsach. Z tylnej kieszeni jego spodni zwisa kuchenny ręczniczek w kratę... Zastaję go siedzącego przy stole. Czyta gazetę i popija herbatę. Gdy siadam, unosi nieco wzrok i przenika mnie na wylot. "Dobrze spałeś?", zapytuje i marszczy czoło. "Wrócę dziś dość późno", oznajmia spokojnie i poprawia palcem okularki na nosie. Uśmiecha się i podaje mi swoją łyżeczkę. Zerkam na tarczę jego zegarka. Przewraca kartkę. Litery szeleszczą, ludzie na zdjęciach coś mówią. "Same bzdury", odzywa się nagle i składa gazetę. Bierze filiżankę do ręki i podchodzi do okna. Wygląda na zewnątrz, a ja wgapiam się w niego.
Za oknem wzmagał się szum Zabytkowego Miasta, które zaczęło nawoływać także i mnie. Podszedłem do niego. Oplotłem ręce wokół jego talii, brodę oparłem na jego ramieniu. "Zatem do wieczora", szepnąłem. "Tak. Do wieczora", odszeptał.   

496. Znikając za drzwiami

Znajduję się na etapie totalnego zagubienia. Zamknąłem się w domu i nigdzie nie wychodzę. Zaciemniłem okno, zamknąłem drzwi. Siedzę w kącie i patrzę w ścianę.
W ubiegłą niedzielę oddałem w biurze to, co mi dali i odszedłem. Zrezygnowałem. Z jednej strony czuję ulgę, zarazem targają mną ogromne wątpliwości. Czy zrobiłem dobrze? Co teraz będzie?  
Czuję się taki niepotrzebny. Chciałbym zniknąć. Chciałbym wyjść z domu i pójść przed siebie. Bez oglądania się, bez wyrzutów sumienia, bez żalu, bez wspomnień.
Czytam smutną historię pewnej miłości. Kiwam głową i ukradkiem ścieram płynącą łzę. Odnalazłem się w tej fabule pomiędzy kroplami ulewy i w szumie miotających się liści. Po strumieniu płynie papierowa łódeczka. Stoję na dziobie i małym patyczkiem przesuwam wzburzone fale. Woda przelewa się po moich stopach, wiatr rozbija loki, a ja wciąż patrzę przed siebie. Patrzę na jasną plamę w oddali. To słoneczna polana pełna stokrotek. Port i ostoja. Docieram tam przemoczony, wycieńczony, głodny, ale za to radosny. Jednak na brzegu nikogo już nie ma. Port jest pusty. Duchy odeszły.