piątek, 7 kwietnia 2017

480. W matni snów

Ostatnio miewam bardzo dziwne sny.
Spotykają się w nich osoby, które w rzeczywistości nigdy się nie widziały i raczej nie zetkną się ze sobą. Rozmawiają o mnie i zawsze każą mi gdzieś pójść.
Śnił mi się kolega z emigracji rozmawiający z dawną dyrektorką szkoły. Pokazywała mu ona mój stary referat z metodyki nauczania i zachwycała się lodami, które akurat spożywała. Kolega ten przeskakiwał z nogi na nogę, gdyż chciało mu się sikać, kręcił głową i wskazywał palcem na pobliską księgarnię. Tam, zamiast książek, była wystawa butów. Spotkałem tam nauczycielkę historii z liceum. Dałem jej swoje buty i boso wyszedłem ze sklepu.
Śnił mi się mały Bruno. Bawił się z psem trzy razy większym od niego. Czepiał się długiej sierści, szarpał ogon, wsadzał głowę psu do pyska, uszu, nosa. Upominałem go, lecz się nie słuchał. Potem przyszła moja mama wraz z mamą Bruno i zabrały psa ze sobą, a chłopiec się rozkrzyczał straszliwie. Długo nie mogłem go uspokoić i wrzuciłem go do rzeki.
Śniła mi się moja anglistka z liceum. Kazała mi gnieść jakieś ciasto, a było go tak dużo, że nie sięgałem szczytu, tylko ugniatałem boki bezkształtnej masy. Potem ktoś przyszedł i pokazywał mi, jak kleić rogale i bułki. Anglistka wpisywała nam oceny do dziennika.
Często śni mi się moja uczelnia. Czuję presję sesji i prac zaliczeniowych i ciągle prześladuje mnie oblana praca semestralna z ontologii. Podpieram ściany, włóczę się po korytarzach i próbuję napisać w myślach dobry scenariusz zaliczenia tego strasznego przedmiotu.
    

niedziela, 2 kwietnia 2017

479. Obietnica

Obiecałem dziś Bzyczkowi, że w maju lub w czerwcu przyjadę do niego do Belo Horizonte.

478. Kogut

(464)
Staszek uwielbiał pomagać dziadkowi w pracach gospodarskich.
Jego rodzice kupili niewielki dom za zakolem rzeki, lecz nie uprawiali ziemi i nie trzymali żadnych hodowlanych zwierząt. Na ich podwórku, koło studni, tuż przy wejściu do sadu, stała duża huśtawka na metalowym stelażu, a koło niej błyszczał w słońcu blat okrągłego stołu. Pamiętam, że często siadywały tam nasze mamy, rozmawiały, paliły papierosy i piły herbatę.
Stasio wiele razy prosił rodziców o zakup psa lub kota. Odmawiali, tłumacząc, że przy zwierzętach jest dużo obowiązków i trzeba je pilnować, karmić, szczepić, a one i tak zazwyczaj uciekają lub giną bezpowrotnie. Spuszczał wtedy głowę i rył butem bruzdę w piasku, a gdy nie umiał powstrzymać łez, odwracał się i przybiegał do nas. Chyba na naszym podwórku czuł się szczęśliwy.
Potrafił pół dnia uganiać się za dziadkiem. Nosił wraz z nim wiadra karmy dla świń, wkładał krowom siano do przegród, sypał ziarno do żłobów, wrzucał buraki do rozdrabniarki. Wbiegał czasami do kuchni i, rozpromieniony, wypijał szklankę mleka i uciekał z powrotem na pole, gdyż wiedział, że dziadek będzie wyprowadzał konia ze stajni. 
Dla mnie to wszystko było całkiem normalne. Pomimo tego że urodziłem się w wielkim mieście, całe swoje życie spędzałem na wsi. Często obserwowałem Staszka, jak radośnie wspinał się przy pomocy dziadka na grzbiet konia i paradował na nim niby Napoleon lub gdy, trzymając w ręku kij z czerwoną wstążką "oprowadzał" stadko kur po podwórzu i po ogrodzie. Babcia dawała mu czasem suchy chleb, a on rzucał okruszyny kurom i te posłusznie biegały za nim dokoła domu. Znał je wszystkie i zawsze odgadywał, której brakowało.
Pewnej niedzieli Staszek przybiegł do nas z samego rana. Szykowaliśmy się wtedy do kościoła.
- Babciu, a masz trochę chleba? - Zawołał z sieni.
- Dziadek już dał kurom jeść - odparła babcia.
- Ale to na później będzie - nalegał Staszek.
- Sprawdź w komórce. Ale nie dawaj im zbyt dużo - próbowała go upomnieć.
- Dobrze, babciu - odparł, wchodząc do komórki.
Nagle rozległ się przeraźliwy krzyk Staszka. Babcia szybkim krokiem udała się w stronę ciemnego pomieszczenia. Pobiegłem za nią. Z małego pokoju wyszła moja mama. Weszliśmy do komórki. Staszek zanosił się płaczem. Stał nad blaszaną miednicą, z której wystawały żółte kogucie nogi. Bezgłowy ptak leżał na piersi z szeroko rozłożonymi skrzydłami.
- To był mój kogut... - wyjąkał Staś.
Ukucnął nad martwym ptakiem i zaczął go głaskać.
- Chodź, Stasiu - babcia próbowała go wziąć za rękę.
- To był mój kogut - powtórzył.
- Kurki hoduje się właśnie po to, by... - babcia próbowała go odciągnąć od miednicy.
- Nie! - Krzyknął i wyrwał rękę.
- Chodź, Stasiulku, pójdziemy do kościółka, a potem kupimy watę na patyku - uklękła przy nim moja mama.
- Nie! - Krzyknął ponownie, wyrwał się i wybiegł z komórki.
Stasio obraził się na wszystkich i przez kilka dni nie przychodził do babcinego domu. Tego samego dnia, późnym popołudniem odwiedziła nas jego mama. Powiedziała, że syn zaprzysiągł jej, iż nigdy więcej w swoim życiu nie będzie jadł niedzielnych obiadów.
(...)