niedziela, 1 kwietnia 2018

549. Dobre kino


W tej scenie przede wszystkim muzyka! Niesamowite brzmienie! Szczególnie na mocnych słuchawkach. Zresztą - cały film to świetna muzyczna uczta (coś dla oka także się znajdzie). Polecam!

sobota, 31 marca 2018

548. Czy to już?

Czy to już naprawdę Wielkanoc??? Czas ucieka jak szalony! Czuję wręcz jego przepływ na skórze...
Praca w dwóch miejscach zdominowała moje życie - brak wolnych dni, ciągle w biegu, każdego dnia coś się dzieje, mało czasu dla siebie, zbyt mało... Gdzieś uda mi się coś poczytać (powieść Greena skończyłem po miesiącu!), coś gdzieś posłuchać (moja MP3 ledwo już zipie) i tyle mam przyjemności z mijających dni...
Dziś sobota wielkanocna, a ja idę na nocną zmianę. Mogłem odmówić, nic by się nie stało, ale zbieram na kolejną samotną wyprawę w czerwcu. Dotrwam!

czwartek, 15 marca 2018

547. Kilka wrażeń z wyjazdu

W swój własny indywidualny i niezależny sposób "zdobyłem" Bliski Wschód:
- trzy kraje: Egipt, Jordania i Izrael (osobno Palestyna),
- trzy morza: Czerwone, Martwe i Śródziemne,
- dwie pustynie: Wadi Rum w Jordanii i Negew w Izraelu,
- dwie stolice: Amman i Tel Aviv,
- Jezioro Galilejskie,
- miasta: Sharm El Sheik, Akaba, Amman, Dżarasz, Nazaret, Cezarea, Jaffa, Tel Aviv, Jerozolima i Betlejem,
- zabytki: Petra, ruiny rzymskie w Dżarasz i Cezarei, zamki krzyżowców w Jerozolimie, Masada - twierdza Heroda.

Przemierzając Wadi Rum miałem wrażenie, że wylądowałem na Marsie! Ceglaste skały, czerwonawy piach, wąwozy oraz nieskazitelna cisza:


Petra, swym urokiem, powaliła mnie na kolana:


Dżarasz urzekło mnie rzymskimi zabytkami i strefami archeologicznymi:


Cezarea to piękne stare miasto na wybrzeżu Morza Śródziemnego:


Jerozolima to kulturowy tygiel. Krzyżują się tu największe religie (islam, chrześcijaństwo i judaizm), a ludzie różnych narodowości i obyczajów mieszkają obok siebie: Żydzi (ortodoksyjni i nieortodoksyjni), Arabowie, Ormianie, Palestyńczycy, Jordańczycy, Syryjczycy, Egipcjanie, Europejczycy. Jerozolima jest miastem, gdzie obok siebie stoi meczet, kościół ormiański, grecki, cerkiew i świątynia katolicka.


Brzeg Morza Martwego to pustkowie. Upał i ciężkie powietrze męczą. Woda jest gęsta jak olej.


Wyjazd uważam za udany.
Nawiasem mówiąc, już mam pomysł na kolejną wyprawę.

wtorek, 6 marca 2018

546. Namiastki

Od minionej soboty jestem w Polsce.
Podróż z Anglii była koszmarna. Kraj zasypany śniegiem - odwołane pociągi, autobusy, zamknięte lotniska. Utknąłem w trasie, nie dotarłem na lotnisko - patrząc na straty - oprócz biletów i zdrowia, moje spóźnienie to cała doba i mnóstwo straconej kasy na "inne" formy transportu do Polski.
Dziś wieczorem wylatuję na Bliski Wschód na małą włóczęgę - na samotną wyprawę z aparatem po pustyni i wybrzeżu Morza Śródziemnego. Planuję nocować pod gołym niebem i przez całą noc obserwować gwiazdy i galaktyki. W taki sposób odzyskam zagubiony gdzieś spokój i odnajdę swoją namiastkę szczęśliwości.

wtorek, 20 lutego 2018

545. Złe sny i złe nawyki

O godzinie 3.40 nad ranem wybudził mnie dzwonek telefonu. Byłem zły, gdyż spać położyłem się jakoś przed pierwszą w nocy. Na wyświetlaczu dostrzegłem imię Błękitnookiego. Odebrałem dopiero po chwili: "Co się stało, że dzwonisz w środku nocy?", zapytałem zaspanym głosem, nie odrywając głowy od poduchy. "Miałem straszny sen o tobie... Totalne wariactwo! Obudziłem się mokry jak szczur! Czy u ciebie wszystko w porządku?", wrzucał słowa do telefonu niczym zacinający się karabin maszynowy. "Jaki sen? O czym ty mówisz? U mnie jest przed czwartą rano...", oparłem głowę na ręce i próbowałem nieco oprzytomnieć. "A co ty teraz robisz?", zapytałem. "Siedzę w ogrodzie. Piję. Palę. Patrzę w niebo. Rozmyślam", mówił coraz ciszej. "Coś ty powiedział?!", z wrażenia aż usiadłem na pościeli. "Pamiętasz ten wieczór, kiedy po komersie poszliśmy z całą naszą paczką nad Odrę?", nagle zmienił temat. "Aha...", potwierdziłem. "Upiliśmy się i potem była ta cała jatka z policją i znaleźli nasze ubrania na brzegu..." "Do czego zmierzasz?", przerwałem mu. "Właśnie to mi się śniło...", wyszeptał. "Powiedz mi, ile wypiłeś?", teraz to ja zmieniłem temat. "Jest Thomas w domu?", zapytałem. "Nie. Siedzę sam", odpowiedział dopiero po chwili. "Jest w pracy?", nadal drążyłem. "Nie wiem...", odparł. "Jak to nie wiesz?!", chyba zbyt się zagalopowałem w swojej dociekliwości. "Po prostu nie wiem", spokojnie odpowiedział i nagle się rozłączył. Chciałem do niego oddzwonić, lecz jego telefon już był wyłączony. Zakląłem pod nosem i zapatrzyłem się w podłogę. Do spania już nie wróciłem.       

sobota, 17 lutego 2018

544. Tajemnice domu żywych i umarłych

W przeciągu ostatniego miesiąca miejsce pracy stało się moim drugim domem. W ramach możliwości wziąłem dodatkowe zmiany za tych, którzy z różnych powodów byli nieobecni. Zacząłem też rozmawiać i zaprzyjaźniać się z pracownikami, nawet któregoś dnia usłyszałem, że mówią o mnie dobrze, że zmieniłem się i stałem się bardziej otwarty. To miłe. Cieszy mnie to, że pracuję z "fajnymi" ludźmi. Dość często przesiaduję także z naszymi rezydentami. Wołają mnie do siebie, zapraszają na pogawędki lub partyjkę kart lub szachów, pijemy razem herbatki lub kawki i wcinamy ciasteczka.
Jednak miejsce to jest nie tylko miejscem wesołych pogaduszek, to miejsce, gdzie nasi rezydenci umierają. To jest ich dom. Mieszkają tu aż do śmierci. Po śmierci także. Ich byty pozostają w murach całego budynku. Na jak długo, tego nie wiem.
Mary Jane "spotkałem" pod koniec ubiegłego roku (wpis nr 539), a potem jeszcze dwa razy. Raz stała na końcu korytarza na trzecim piętrze. Dostrzegłem ją kątem oka, gdy wyszedłem z kuchni. Gdy zwróciłem się w jej stronę, spojrzała na mnie i zniknęła za rogiem. I drugi raz, jakiś tydzień temu, gdy stałem na tym samym korytarzu wraz z moim szefem i omawiałem z nim nową rotę. Po prostu wyszła zza rogu i spokojnym, dość szybkim, płynącym wręcz "krokiem" minęła nas. Zawiesiłem się w połowie jakiegoś słowa i wodziłem za nią wzrokiem do momentu, aż zniknęła w bocznym korytarzu (mój szef zauważył moją konsternację i wybałuszył oczy, pytając: "Co ci jest? Wyglądasz, jakbyś ducha zobaczył... Spojrzałem na niego nieco zszokowany i wydukałem: "Nic... To była tylko... Och, nic już..." A potem patrzył na moje ręce, gdyż próbowałem ukryć przed nim, rozcierając przedramiona, ostro zarysowaną gęsią skórkę).

Korytarz, na którym pojawia się Mary Jane.
Prócz Mary Jane widziałem jeszcze dwa inne byty. Na ławce, w położonym tuż obok domu małym parku, przesiaduje staruszek z kocem na kolanach, a na parterze, zawsze w tym samym miejscu, stoi wysoki mężczyzna w kapeluszu. O tego drugiego zapytałem jednego dnia, w dyskretny i bardzo zawoalowany sposób, jedną z kelnerek. "A skąd wiesz, że był tutaj taki rezydent?", wypaliła od razu. "Coś mi się o nim o uszy obiło", skłamałem. "Ten pan (tu wymieniła jego imię) zmarł jesienią zeszłego roku. Nie możesz go pamiętać, bo tu jeszcze nie pracowałeś". Już miałem jej powiedzieć, że widziałem go rano przy drzwiach jego dawnego pokoju, ale w ostatniej chwili ugryzłem się w język.
Ludzie nie lubią historii o duchach, boją się ich lub po prostu ironicznie się uśmiechają, słuchając o ludziach, którzy mogą mieć z nimi kontakt.

A teraz historia o żywych.
Pisałem kiedyś o rozhisteryzowanej Helen. Jest straszliwie pamiętliwa i zacięta. Ja też taki umiem być, choć to nie przeszkadza mi w płataniu jej figli (chyba właśnie poprzez te żarty tak bardzo się zacięła).
W kuchni dzwoni telefon. Podchodzę. Na wyświetlaczu widzę, że to ktoś z drugiego piętra.
- Słucham - pytam.
- Mówi Helen z drugiego piętra... - rozpoznaję jej piskliwy głosik i już mi miga ostrzegawcza lampka nad głową.
- Och, przykro mi, ale nie wiem, gdzie jest Helen... - odpowiadam.
- Ale to ja jestem Helen - piska do słuchawki.
- Ale Helen tutaj nie ma - już prawie duszę się ze śmiechu.
- To ja jestem Helen... - słyszę nacisk w jej głosie.
- Chyba widziałem ją na pierwszym piętrze... Mam iść jej poszukać? - Zapytałem.
Walnęła słuchawką.
Potem widziałem ją na drugim piętrze. Odwróciła się do mnie plecami i z wielkim fochem gdzieś poszła.
Najlepszą przyjaciółką Helen jest Czerwiec (ang. June). To kobieta o jeszcze gorszym charakterze i paskudnym obejściu. Ogólnie to mówię na nią Wąż, ale to już chyba będzie inna opowieść.

piątek, 9 lutego 2018

543. Jedno zdjęcie mówi wszystko

Pożegnanie bez pożegnania... Zdjęcie własne, zakaz kopiowania (kadr z filmu).

542. Wciąż śpię

Doznaję szeregu snów astralnych.
Podobają mi się.
Ciągle się czegoś uczę i dowiaduję nowego.
Nie wiem, czy chciałbym tak całkiem się obudzić.
Podoba mi się tam.

środa, 10 stycznia 2018

541. Chłopięce zabawy

(531)
Zgubne zabawki

Wiosna była sucha, ciepła i słoneczna. Czas przed Wielkanocą. Chorowałem wtedy na świnkę i w babcinej chustce, zawiązanej wokół głowy, siedziałem na ławce przed domem i nudziłem się okropnie. Postraszono mnie, że jak będę biegał i próbował wchodzić na drzewa lub na drabinę, świnka urwie się i zostanie po niej wielka dziura. Uwierzyłem i byłem bardzo grzeczny. Jednak mój "świnkowy" stan był zupełnie obojętny Staszkowi i Jackowi. Zakolegowali się i wspólnie bawili.
Tamtego dnia dokazywali w domu. Biegali po pokojach, kuchni i komórce z wystruganymi z patyków pistoletami, skakali ze schodów prowadzących na strych lub zjeżdżali po poręczach. Kilkakrotnie albo jeden, albo drugi zderzył się z babcią lub zaczepił o stołek lub ławę. W pewnym momencie babcia wzięła ścierkę i pogoniła ich z domu, krzycząc: "Uciekać mi stąd! Jeszcze bidy napytają, zwalą jaki gorący garnek albo co tam innego!" Obaj zatrzymali się przy oknie. "Babciu, to gdzie mamy pójść się bawić?", zapytał Staszek. "Do stodoły idźcie! Na sianie sobie poskaczcie, a nie tu w domu", machnęła ścierką i odwróciła się w stronę pieca.
Dwa razy nie trzeba było im tego powtarzać. Wybiegli z domu i skierowali się w stronę stodoły. Wielkie drewniane wrota zamknięte były tylko na skobel. Stachu uchylił drzwi i obaj zniknęli w mrocznym pomieszczeniu. Zaciekawiony poszedłem za nimi.
Na środku stodoły zazwyczaj stał wóz z długim dyszlem. Za nim dziadek ustawił rozdrabniarkę do buraków cukrowych oraz sieczkarnię. Czasami pracowałem z nim przy przygotowywaniu pasz dla krów i konia. Lubiłem wrzucać do niej buraki lub rzepy i przyglądać się, jak dwa kręcące się zębate wały je porywają i wciągają gdzieś do środka, by po chwili wypadły z boku, posiekane na kawałeczki wielkości kostki cukru. Przy ścianie stały ogromne beczki z owsem, pszenicą i żytem, dalej drewniane dzieże, wiadra i sprzęt gospodarski.
Śmiech i wesołe okrzyki chłopaków dobiegały z piętra stodoły. Stanąłem przed drabiną i spojrzałem w górę. Postawiłem stopę na pierwszym szczeblu, potem na drugim i jakimś dziwnym sposobem wylazłem na samą górę. Staszek wraz z Jackiem wchodzili po drugiej drabinie na poprzeczną belkę pod dachem i skakali na kopę siana. Bawili się przednio. Skoczył Jacuś. Najpierw utrzymał się na nogach, lecz potem stracił równowagę i upadł na plecy. "Auuu, auuu", zawołał i masował obolałe ramię. Stachu kucnął obok i zaczął odgarniać płaty siana. Po chwili naszym oczom ukazała się podłużna drewniana skrzynia. Stałem obok i przyglądałem się, jak Stachu wraz z Jackiem mocują się z jej wiekiem. Nagle deska zgrzytnęła i skrzynia się otwarła.
Zaniemówiliśmy, a po chwili rozległy się głębokie ochy i achy. Najpierw Staszek wyciągnął z niej dwa metalowe hełmy, potem straszną maskę z długą gumową rurą, dwa zardzewiałe sztylety i cztery czarne pistolety. Na dnie skrzyni walały się naboje, metalowe guziki, dwa czarne ciężkie jajka i jakieś drobiazgi, które nie wiadomo czym były. "Ale super! Chciałbym taki mieć", jęknął Jacek, próbując otworzyć czarny pistolet, po czym wziął do ręki dziwne jajo i z zaciekawieniem je badał. "Pobawmy się nimi, a potem je tu damy z powrotem", zawołał uradowany Staszek. "Dobra!", zgodził się Jacuś. Poskładaliśmy do skrzyni pozostałe przedmioty i wyszliśmy na podwórko.
Stachu wraz z Jackiem ustalili zasady nowej zabawy, a ja wróciłem na ławkę przed dom. Obserwowałem ich, gdy biegali dokoła domu z czarnymi pistoletami. Chowali się w kurniku, za studnią, w węglarce, wbiegali do stajni i szopki. Nagle Stachu wybiegł zza studni i zderzył się z idącą z ogródka babcią. Dla zabawy wycelował w nią pistoletem i zawołał: "Babcia, poddaj się!" Babcia odgoniła go od siebie machnięciem ręki, zaśmiała się i weszła do domu, lecz po chwili wyszła na podwórko i, trzymając fartuch w rękach, rozglądała dokoła.
"Wojciu, gdzie Stasiu?", zapytała. "Bawi się w wojnę z Jackiem", odparłem. "A skąd macie takie pistolety?", zapytała ponownie. "Ze skrzynki. Ze stodoły", odpowiedziałem, niczego złego nie podejrzewając. Rzuciła fartuch na ławkę i potruchtała do drewutni, gdzie dziadek rąbał drzewo. Po chwili oboje biegli w stronę ogrodu, gdzie bawił się Staszek. Poderwałem się z ławki i pędem pobiegłem za nimi.
Staszek stanął na baczność, gdy usłyszał wołania dziadków, a gdy dostrzegł ich pędzących ku sobie, przeraził się. Rzucił pistolet w zagony kartofli i zaczął iść w ich stronę. Zdyszany dziadek złapał go za ramiona i potrząsnął nim. "Co wziąłeś ze skrzynki? Mów, dzieciaku! Co wzięliście ze stodoły?!" "Stasiulku, to bardzo ważne! Powiedz, bo to nie są zabawki!", nachyliła się nad nim babcia. Stałem za nimi i widziałem, jak Staszek nabrał powietrza w płuca i rozpłakał się. Szlochając, powtarzał: "Ja nie wiedziałem... Ja nie chciałem... Zabrałem pistolet..." I ręką wskazał, gdzie wcześniej go wyrzucił. "Co jeszcze? Powiedz!", naciskała babcia. "Jaaceek... teeż... ma... pistooo...let... i... i... i...", zapowietrzył się i wył wniebogłosy. "Pistolet i co?!", zapytał przerażony dziadek. "Czarne jaj...ko...", wydusił Stachu. "Jajko?", żachnął się dziadek. "Takie czarne, ciężkie..." i pokazał dłońmi jego wielkość. "Jezusieńku kochany", zakwiliła babcia. "Tam jest...", Staszek wskazał palcem na zagrodę dla kur. Jak na zawołanie wszyscy spojrzeliśmy we wskazanym kierunku.
Jacuś, trzymając pod pachą papierową torbę, kruszył kurom i kaczkom suchy chleb. Co chwilę ocierał rękawem nos i odgarniał na bok przydługą grzywkę. Gdy dostrzegł biegnących do niego dziadków i usłyszał ich nawoływania, przestraszył się. Niechcąco upuścił torbę i zrobił kilka kroków do tyłu. Wsunął rączkę do kieszeni i wyciągnął z niej czarne ciężkie jajo (pistolet odłożył już z powrotem do skrzyni, ale jajo sobie zostawił, bo bardzo mu się podobało). Chciał je ukryć, lecz nie wiedział gdzie. Spojrzał na stojący niedaleko kurnik. Zacisnął na nim palce, zamachnął się i rzucił je do środka...