sobota, 8 października 2016

Sen 429. Zazwyczaj Lemury odchodzą we mgle. Sen Błękitnookiego

Błękitnooki odłożył książkę, gdy wszedłem do sypialni. Poprawił poduchę za plecami i się mi przyglądał. Miał na sobie czerwoną podkoszulkę od piżamy, a wilgotne włosy zaczesał do góry. Zerknąłem na grzbiet książki: Kazimierz Ajdukiewicz Logika i uniosłem brwi w przypływie zaciekawienia. "Znowu?", zapytałem. Uśmiechnął się. Usiadłem na brzegu łóżka. Przysunął się i objął mnie ramieniem. "Chciałbym opowiedzieć ci mój niesamowity sen", szepnął mi do ucha, zrobił głęboki wdech i zacieśnił swój uścisk.
"Słyszałem skomlenie psa w ogrodzie" - zaczął opowiadać - "był to tak żałosny głos, iż, nawet się nie ubierając, zbiegłem na dół. Wyjrzałem przez okno w kuchni, lecz murawa pokryta była mgłą gęstą jak spienione mleko i nie mogłem rozeznać, z którego miejsca ten głos dochodzi. Zawiązałem tenisówki na bosych stopach i wszedłem do ogrodu. Skierowałem się w stronę zawieszonego hamaka, lecz, ku mojemu zdumieniu, rósł tam ogromny krzew dzikiej róży. Znów dobiegł mnie skowyt. Minąłem różę i zanurzyłem się w mroku chrzęszczących liści, gałązek i pnączy. Szedłem po omacku, gdyż ścieżka była niewidoczna, a kłęby mgły sięgały mi kolan. Ciągle z oddali dochodził mnie głos żalącego się psa. W końcu dotarłem do drewnianego parkanu. Stwierdziłem, że zwierzę jest za nim, lecz nie mogłem tego sprawdzić, gdyż płot ten był nieopisanie wysoki. Zacząłem iść wzdłuż niego i, może po stu metrach, natrafiłem na wykopane w ziemi królicze przejścia. Przeciągnąłem się przez wąski tunel i stanąłem na bezkresnej równinie, która swoim kształtem przypominała lej o delikatnie obniżających się ścianach. Niekończąca się łąka porośnięta była sięgającym mi do łydek rozkwitniętym już wrzosem, a nad nią rozpościerało się niebo lawendowego koloru. Na samym dnie tej przestrzeni stało jezioro, a z jego środka wyrastało przeogromne drzewo, którego korona ginęła w niebotycznie wysoko płynących chmurach. Dokoła brzegów stawu coś się ruszało, drgało, falowało niby fatamorgana. Zrobiłem głęboki wdech, dla dodania sobie otuchy potarłem dłońmi ramiona i zacząłem schodzić w dół..."
Błękitny przerwał opowieść, sięgnął po szklankę z wodą i zapatrzył się w okno. "Co było dalej?", zapytałem. "Zobaczyłem wieczność", szepnął i ucałował mnie w szyję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz