- Słyszałem twoją rozmowę z panią Muszką. Jesteś tego pewien? - Spytał przy śniadaniu Lemur Błękitnooki.
- Czy mam inne wyjście? Chyba muszę... trzeba zaryzykować... I tak już postawiłem wszystko na jedną kartę... Jak tak dalej pójdzie, to wysiedzimy tutaj tuzin złotych jaj - wydusiłem po chwili.
- Sprzedamy i będziemy nadziani - uśmiechnął się.
- Pamiętasz, mówiłeś kiedyś, że za wszelką cenę chcesz uniknąć paszczy lwa... - uniósł kubek z kawą do ust.
- Wiem... A teraz sam się do niej pcham... - dokończyłem za niego.
- A jeśli jest tam szansa dla mnie... dla nas? Może paszcza lwa nie jest aż tak straszna, jak ją sobie wyobrażam?
- Jest albo i nie jest. Wszystko wyjdzie w praniu i albo będziesz zadowolony, albo będziesz żałował podjętych kroków...
- I w tym sęk, bo jak się okazuje, to obydwie opcje mogą mieć dwa zakończenia.
- Więc co postanawiasz?
- Trzeba się przygotować, bo jutro rano wybieramy się do paszczy lwa!
Tagi
Anglia
(30)
Antropologia
(296)
Brazylia
(123)
Dzieciństwo
(9)
Dziwne przypadki Katty
(166)
Elbi
(77)
Emigracja
(156)
Fantasmagorie
(46)
Filmy i seriale
(32)
Fotki
(74)
Inne inności
(170)
Inne Lemury
(26)
Katta Supervisor
(7)
Książki
(44)
Lemur Błękitnooki
(187)
Lemur Brązowooki
(47)
Lemur Jasnowłosy
(4)
Lemur Zmartwychwstały
(3)
Markiza
(46)
Odkrycia Lemura
(18)
Okolice Lemurii Małej
(9)
Opowieść na faktach
(3)
Podróże
(82)
Powszechność
(58)
PPirx
(8)
Praca
(90)
Real Katty
(55)
Rozterki Katty
(54)
Sny Katty
(42)
Tęsknota
(71)
Uczucia
(128)
Wrażenia
(275)
Zabytkowe Miasto
(30)
Życiowa filozofia Katty
(49)
piątek, 21 września 2012
czwartek, 20 września 2012
Sen 29. Marchewki
Kierowałem się w stronę łazienki, kiedy to Lemur Błękitnooki zastąpił mi drogę. Uśmiechnąłem się na jego widok, a on w geście ukrytej niespodzianki rozłożył ręce i zrobił filuterną minę. Miał na sobie czarne spodnie od dresu, czerwoną podkoszulkę i na głowie czapkę mikołajkę z wiszącym z boku dzwoneczkiem. W ręku trzymał wielką surową marchewkę, którą co chwilę podchrupywał.
- Do świąt jeszcze 3 miesiące - zauważyłem z poważną miną.
- Ćwiczę już - odparł.
- Będziesz rozdawał dzieciom marchewki w galerii?
- Nie. Będę wchodził do domu przez komin...
- Aaaa...Więc ta marchewka to chyba dobry pomysł...- poklepałem go po ramieniu.
- Zawsze mogę wejść przez okno...
- Oszalałeś!? Nie wybaczyłbym sobie, gdybym miał stracić taki widok!
- Gdzie idziesz? - Zapytał.
- Kąpać się...
- Hmmm... - zmrużył oczy. - A masz dużo piany?
- Mam... A co..., chcesz się dołączyć?
- Jeszcze pytasz...
- Do świąt jeszcze 3 miesiące - zauważyłem z poważną miną.
- Ćwiczę już - odparł.
- Będziesz rozdawał dzieciom marchewki w galerii?
- Nie. Będę wchodził do domu przez komin...
- Aaaa...Więc ta marchewka to chyba dobry pomysł...- poklepałem go po ramieniu.
- Zawsze mogę wejść przez okno...
- Oszalałeś!? Nie wybaczyłbym sobie, gdybym miał stracić taki widok!
- Gdzie idziesz? - Zapytał.
- Kąpać się...
- Hmmm... - zmrużył oczy. - A masz dużo piany?
- Mam... A co..., chcesz się dołączyć?
- Jeszcze pytasz...
środa, 19 września 2012
Sen 28. Mary
Wlał mleko do salaterki z płatkami i powoli zamieszał je łyżeczką. Milcząco patrzył w załączony telewizor. Zdaje się, że tylko obserwował zmieniąjace się obrazy, gdyż głos odbiornika był wyciszony.
- Wspomniałeś wczoraj o zniknięciu... - usadowiłem się naprzeciwko niego z kubkiem dymiącego kakao. - Zasmuciłeś mnie tym...
- Wiem... - spojrzał na mnie i po chwili uciekł wzrokiem w stronę migającego telewizora. - Czy zastanawiałeś się nad tym, jak zareaguje Elbi, gdy się o nas dowie? - Zapytał Lemur Błękitnooki poważnym głosem, oparł się o krzesło i założył ręce na piersi. - Jak myślisz, co pomyśli o tym wszystkim? O tym, że tu jestem, że śpimy w jednym łóżku i że się kochamy?
Wziąłem głęboki oddech.
- Nie wiem... Wystraszy się pewnie, zniknie jeszcze bardziej niż zniknął ostatnio... Nie wiem...
- No właśnie... Czyż nie jestem tu przeciwko niemu? A jeśli coś mu się odmieni, odszuka numer do ciebie i zechce się skontaktować?
- Skądże! Elbi to Elbi, a ty to ty!
- Ale jesteś tu z nami obydwoma jednocześnie... - Błękitnooki rozłożył ręce i zastygł niby posąg.
- A jakby miał się dowiedzieć o tobie? - Spytałem po chwili. - Nie mam z nim kontaktu, ostatni raz widziałem go kilka lat temu... Wtedy bez słowa minął mnie na ulicy...
- Przecież rozmawiałeś z nim wczoraj wieczorem.
- Wiem. Ale to nie to samo co rozmowa z tobą. Lemurku Błękitnooki, ty jesteś obok mnie, a Elbi jest z tej drugiej strony.
- Sam nas zdradzisz, sam mu wyjawisz, jeśli już o tym nie wie, że tu bywam i dlatego wolę zniknąć z własnej woli. To tylko kwestia czasu. Ja zniknę, on wróci.
Drgnąłem. Postawiłem kubek na stole i ze zdumienia otworzyłem usta. Lemur Błękitnooki siedział prosto na krześle naprzeciwko i patrzył na mnie swymi przejmująco niebieskimi oczyma.
- Wiem, co masz na myśli... Uważasz, że on wie? - Spytałem go.
- Może jeszcze nie wie tego na sto procent, ale może się domyślać, że tu jestem... Albo - wie o nas, i sam mu o tym powiedziałeś.
- Elbi zna te słowa? Myślisz? Ale jak mógł na nie trafić?
- Uważam, że ktoś mu podpowiedział, gdzie jesteś, gdzie... razem jesteśmy... Ktoś zdradził Elbiemu nasze miejsce, a ty sam mu powiedziałeś o mnie... o nas...
- Rozumiem Lemurku Błękitnooki... Teraz Elbi zniknie całkowicie, pozna prawdę o mnie i o sobie samym i zamknie się w swoim świecie mocniej niż kiedykolwiek do tej pory i przepadnie na zawsze.
- Wystraszy się jak wtedy?
- Pewnie wystraszy się jeszcze bardziej i w panice ukryje się nawet poza naszymi snami albo...
- Hmmm??
- Albo Elbi, zapędzony w kozi róg i pozbawiony oddechu, będzie chciał mnie zniszczyć i przez to odzyskać spokojny sen... - przeraziłem się swoją myślą.
- Tak też może być. Zatem musisz uważać na to, co mówisz jemu i w ogóle co mówisz - pokiwał głową Lemur Błękitnooki, po czym wstał i, wychodząc z kuchni, na pożegnanie pocałował mnie w czoło. Uśmiechnąłem się i dostrzegłem w twarzy Błękitnookiego majaczące rysy Elbiego. Wiedziałem, że to już nie jest sen.
- Wspomniałeś wczoraj o zniknięciu... - usadowiłem się naprzeciwko niego z kubkiem dymiącego kakao. - Zasmuciłeś mnie tym...
- Wiem... - spojrzał na mnie i po chwili uciekł wzrokiem w stronę migającego telewizora. - Czy zastanawiałeś się nad tym, jak zareaguje Elbi, gdy się o nas dowie? - Zapytał Lemur Błękitnooki poważnym głosem, oparł się o krzesło i założył ręce na piersi. - Jak myślisz, co pomyśli o tym wszystkim? O tym, że tu jestem, że śpimy w jednym łóżku i że się kochamy?
Wziąłem głęboki oddech.
- Nie wiem... Wystraszy się pewnie, zniknie jeszcze bardziej niż zniknął ostatnio... Nie wiem...
- No właśnie... Czyż nie jestem tu przeciwko niemu? A jeśli coś mu się odmieni, odszuka numer do ciebie i zechce się skontaktować?
- Skądże! Elbi to Elbi, a ty to ty!
- Ale jesteś tu z nami obydwoma jednocześnie... - Błękitnooki rozłożył ręce i zastygł niby posąg.
- A jakby miał się dowiedzieć o tobie? - Spytałem po chwili. - Nie mam z nim kontaktu, ostatni raz widziałem go kilka lat temu... Wtedy bez słowa minął mnie na ulicy...
- Przecież rozmawiałeś z nim wczoraj wieczorem.
- Wiem. Ale to nie to samo co rozmowa z tobą. Lemurku Błękitnooki, ty jesteś obok mnie, a Elbi jest z tej drugiej strony.
- Sam nas zdradzisz, sam mu wyjawisz, jeśli już o tym nie wie, że tu bywam i dlatego wolę zniknąć z własnej woli. To tylko kwestia czasu. Ja zniknę, on wróci.
Drgnąłem. Postawiłem kubek na stole i ze zdumienia otworzyłem usta. Lemur Błękitnooki siedział prosto na krześle naprzeciwko i patrzył na mnie swymi przejmująco niebieskimi oczyma.
- Wiem, co masz na myśli... Uważasz, że on wie? - Spytałem go.
- Może jeszcze nie wie tego na sto procent, ale może się domyślać, że tu jestem... Albo - wie o nas, i sam mu o tym powiedziałeś.
- Elbi zna te słowa? Myślisz? Ale jak mógł na nie trafić?
- Uważam, że ktoś mu podpowiedział, gdzie jesteś, gdzie... razem jesteśmy... Ktoś zdradził Elbiemu nasze miejsce, a ty sam mu powiedziałeś o mnie... o nas...
- Rozumiem Lemurku Błękitnooki... Teraz Elbi zniknie całkowicie, pozna prawdę o mnie i o sobie samym i zamknie się w swoim świecie mocniej niż kiedykolwiek do tej pory i przepadnie na zawsze.
- Wystraszy się jak wtedy?
- Pewnie wystraszy się jeszcze bardziej i w panice ukryje się nawet poza naszymi snami albo...
- Hmmm??
- Albo Elbi, zapędzony w kozi róg i pozbawiony oddechu, będzie chciał mnie zniszczyć i przez to odzyskać spokojny sen... - przeraziłem się swoją myślą.
- Tak też może być. Zatem musisz uważać na to, co mówisz jemu i w ogóle co mówisz - pokiwał głową Lemur Błękitnooki, po czym wstał i, wychodząc z kuchni, na pożegnanie pocałował mnie w czoło. Uśmiechnąłem się i dostrzegłem w twarzy Błękitnookiego majaczące rysy Elbiego. Wiedziałem, że to już nie jest sen.
wtorek, 18 września 2012
Sen 27. A za milion lat...
- Wiesz, że któregoś dnia definitywnie zniknę z twoich światów? - Zagaił rozmowę Lemur Błękitnooki, gdy tylko położyliśmy się do łóżka.
Zmarszczyłem czoło.
- Dlaczego tak mówisz?
- Prawa fizyki... Prawa logiki... Może nawet prawa boskie...
- Bóg do naszych spraw się nie wtrąca - chciałem uciąć temat. - A fizyka i logika są po naszej stronie.
- Tak uważasz?
- Oczywiście...
- To dlaczego widujemy się tylko w snach? Wizjach... Majakach... Zwidach i koszmarach... Hmmm??
Zastanawiałem się zbyt długo, gdyż zwrócił głowę w moją stronę i czekał na odpowiedź.
- Bo sny i zwidy nie mają granic...
- To nie jest odpowiedź - stanowczo odparł.
- Ale jakie to ma znaczenie? Jesteśmy razem, a to jest najważniejsze.
- Odpowiedz, proszę - nalegał.
Wsparł głowę na ramieniu i wpatrywał się we mnie. Pomimo ciemności widziałem ciemny kształt brwi na jego jasnym czole. Unósł je nieco do góry i czekał.
- Nie mogę żyć w twoim świecie, a ty w moim tak. Chociaż w taki sposób, niedotykalny i pozazmysłowy, nie jesteś odległą mgłą, jesteś jak zapach kwiatu w moim domu.
- Pojmujesz to wszystko zbyt bardzo zmysłowo.
- Miłość jest zmysłowa!
- A co to jest miłość twoim zdaniem?
- To to, że jesteś obok mnie. To, że rozmawiamy. To, że oddychamy tym samym powietrzem i mamy wspólne ciepło pod kocem. To, że patrzysz na mnie, a ja patrzę na ciebie i mogę cię dotknąć, przytulić.
- Ale to wszystko jest nadal tylko majakiem...
- Wiem i właśnie to boli najbardziej... Może kiedyś, w nieokreślonej przyszłości, gdy świat się rozpadnie i złoży na nowo, będzie mi dane spotkać ciebie ponownie i zmysłowo objąć twoją twarz i złożyć na niej pocałunek jak tamtego wieczoru i wyszeptać "Kocham..."
- Skoro się znów spotkamy w tej przyszłości, to i przyjdzie nam znów się rozstać...
- Tak... I znów będę na ciebie czekał milion lat...
- Będziesz czekał?
- Tak...
Zmarszczyłem czoło.
- Dlaczego tak mówisz?
- Prawa fizyki... Prawa logiki... Może nawet prawa boskie...
- Bóg do naszych spraw się nie wtrąca - chciałem uciąć temat. - A fizyka i logika są po naszej stronie.
- Tak uważasz?
- Oczywiście...
- To dlaczego widujemy się tylko w snach? Wizjach... Majakach... Zwidach i koszmarach... Hmmm??
Zastanawiałem się zbyt długo, gdyż zwrócił głowę w moją stronę i czekał na odpowiedź.
- Bo sny i zwidy nie mają granic...
- To nie jest odpowiedź - stanowczo odparł.
- Ale jakie to ma znaczenie? Jesteśmy razem, a to jest najważniejsze.
- Odpowiedz, proszę - nalegał.
Wsparł głowę na ramieniu i wpatrywał się we mnie. Pomimo ciemności widziałem ciemny kształt brwi na jego jasnym czole. Unósł je nieco do góry i czekał.
- Nie mogę żyć w twoim świecie, a ty w moim tak. Chociaż w taki sposób, niedotykalny i pozazmysłowy, nie jesteś odległą mgłą, jesteś jak zapach kwiatu w moim domu.
- Pojmujesz to wszystko zbyt bardzo zmysłowo.
- Miłość jest zmysłowa!
- A co to jest miłość twoim zdaniem?
- To to, że jesteś obok mnie. To, że rozmawiamy. To, że oddychamy tym samym powietrzem i mamy wspólne ciepło pod kocem. To, że patrzysz na mnie, a ja patrzę na ciebie i mogę cię dotknąć, przytulić.
- Ale to wszystko jest nadal tylko majakiem...
- Wiem i właśnie to boli najbardziej... Może kiedyś, w nieokreślonej przyszłości, gdy świat się rozpadnie i złoży na nowo, będzie mi dane spotkać ciebie ponownie i zmysłowo objąć twoją twarz i złożyć na niej pocałunek jak tamtego wieczoru i wyszeptać "Kocham..."
- Skoro się znów spotkamy w tej przyszłości, to i przyjdzie nam znów się rozstać...
- Tak... I znów będę na ciebie czekał milion lat...
- Będziesz czekał?
- Tak...
Sen 26. Pomimo upływu czasu
- Czy wiesz, mój drogi, że tak całkiem niedawno zaczął się 5 rok naszej znajomości?
- Hmmm... To już tyle czasu szukasz nieistniejącego sensu wspólnej egzystencji?
- Cieszę się, że tu jesteś.
- Jestem, nie będąc - wzruszył ramionami Lemur Błękitnooki.
- Cóż... Najważniejsze w tym chaosie istnień jest to, że nadal jestem zakochany po uszy w twoim głosie, w tym twoim francuskim "r", niebieskim spojrzeniu i w tym, czego tak nie lubisz - w wąskim, prostym nosku.
- W prostym nosku? Hmmm... Chyba trochę przesadzasz...
- Taki sam ma Justin Kirk i jest dzięki niemu niesamowicie przystojnym facetem. Mógłbym tak wymieniać i wymieniać... - wszedłem mu w słowo.
- Justin Kirk?!
- Tak! Jednak tak na serio urzekła i uwiodła mnie twoja inteligencja, spokój i opanowanie. I gust! Tak, to jest coś! Twój gust!
- Jak zwykle przesadzasz - odparował Elbi ze zdziwioną miną.
- Wiem swoje, a ty wiesz swoje.
- Hmmm... To już tyle czasu szukasz nieistniejącego sensu wspólnej egzystencji?
- Cieszę się, że tu jesteś.
- Jestem, nie będąc - wzruszył ramionami Lemur Błękitnooki.
- Cóż... Najważniejsze w tym chaosie istnień jest to, że nadal jestem zakochany po uszy w twoim głosie, w tym twoim francuskim "r", niebieskim spojrzeniu i w tym, czego tak nie lubisz - w wąskim, prostym nosku.
- W prostym nosku? Hmmm... Chyba trochę przesadzasz...
- Taki sam ma Justin Kirk i jest dzięki niemu niesamowicie przystojnym facetem. Mógłbym tak wymieniać i wymieniać... - wszedłem mu w słowo.
- Justin Kirk?!
- Tak! Jednak tak na serio urzekła i uwiodła mnie twoja inteligencja, spokój i opanowanie. I gust! Tak, to jest coś! Twój gust!
- Jak zwykle przesadzasz - odparował Elbi ze zdziwioną miną.
- Wiem swoje, a ty wiesz swoje.
![]() |
Justin Kirk w "Aniołach w Ameryce" |
poniedziałek, 17 września 2012
Sen 25. Podobieństwo
- Wiesz, że jesteś bardzo podobny do pewnego aktora z "Listy Schindlera"? Nawet jego głos ma taką samą barwę jak twój... - Zagadnąłem go dziś w kuchni.
- Wiem. To przecież byłem ja - odparł Lemur Błękitnooki.
- Wiem. To przecież byłem ja - odparł Lemur Błękitnooki.
Sen 24. We mgle tajemnic
Drzwi zaskrzypiały ciuchutko. Duży biały kot śpiący w nogach łóżka podniósł głowę i błyszczącymi oczyma świdrował ciemność. Po chwili wyciągnął do przodu łapy, wygiął grzbiet i miękko przeszedł w stronę poduszki, by zeskoczyć stamtąd na dywan i czmychnąć pod łóżko.
Przez szparę pod drzwiami do sypialni zaczęła wdzierać się gęsta mgła. Najpierw spowiła nieprzeniknionymi oparami kąty, zawisła nieruchomo pod sufitem, wpełzła we frędzle zasłon i pomiędzy nici dywanu. Zastygła niczym zeszklona żelatyna, unieruchamiając w swym wnętrzu każdy sprzęt, powietrze, rosę potu na czole śpiącego, jego sny i myśli, w tym uciśnieniu przestała krążyć jego krew i płyny ustrojowe. W bursztynowej pułapce blaskiem seledynowego utajenia mignęły oczy uwięzionego kota, który, wydając gardłowy pomruk, zastygł z półotwartym pyszczkiem. Mgła wdarła się do jego wnętrza, otoczyła jego wnętrzności, wlała się do komór serca, wypełniła swą gęstością zwoje mózgowe i uśpiła zwierzę. Blask jego oczu znikł, zaciągając matową zasłonę na białka i źrenice. Cały pokój znieruchomiał i zdrętwiał.
Drzwi ponownie skrzypnęły i przez szczelinę wsunęła się do pokoju dłoń. Długie i subtelne palce odnalazły kontakt i załączyły górne światło. Podniosłem głowę i ujrzałem znaną sobie postać. Usiadłem na łóżku, podwinąłem nogi pod siebie i czekałem aż podejdzie. Z początku nie zauważyłem, że korpus mojego ciała nadal leży pod pościelą. Obok mnie spał kot zwinięty w kłębek, lecz gdy chciałem go pogłaskać, moja dłoń zapadła się niby w unikalnym widmie i zaczęła znikać. Dotkąłem swojej twarzy, lecz niczego tam nie było. Przeniosłem rękę na śpiącego siebie i wyczułem fizyczny opór ciała. Było zimne i jakby skamieniałe. Nie oddychało, lecz drżało niby z zimna. Przyjrzałem się sobie - lekko rozchylone usta, lekko zaróżowione poliki, gładkie czoło i jasne włosy rozrzucone na podusze, a wiele z nich w nieładzie pokrywało część twarzy i bezczelnie wdzierało się do oczu, ust i uszu. Chciałem je odgarnać na bok, lecz jakby zmagnesowane wracały na swoje miejsce.
Postać zbliżyła się do łóżka i była już na wyciągnięcie ręki. Gdy usiadła, biały kot już siedział na jej kolanach i wyniośle przeciągał się i prosił o pieszczoty. Oparłem głowę o pobliskie drzewo i zapatrzyłem się w niebo. Chmury płynęły pchane niewidzialnym wiatrem, pośród nich kołował sokół bądź jastrząb. Przykryłem rąbkiem kołdry śpiącego kota, by nie stał się ofiarą drapieżnika i wziąłem do ręki dłoń mojego towarzysza. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się. Wskazał niemym gestem stolik i zza siebie wyciągnął kruche ciastka z makiem i dwa kubki kawy. Usiedliśmy. Kot od razu wskoczył na stół i prosił o łakocie. Nawet nie zdążył się zbliżyć, gdy ze świstem z nieba spadł sokół i wbił szpony w jego grzbiet. Na stole zakotłowało się, kubki przewróciły się, ciastka pospadały na dywan. Lampa nad stołem huśtała się we wszystkie strony. Mój towarzysz wstał i pogłaskał sokoła po głowie, a ten uleciał w niebo, zabierając ze sobą swoją zdobycz.
Zaczęło się ściemniać. Ani boczna lampka, ani światło górne nie dawały wystarczającej jasności. Las zaczynał pogrążać się we śnie. Wstaliśmy od stołu i przeszliśmy do sypialni. Pocałował mnie w czoło i położył się obok. Naciągnął kołdrę i poprawił poduchy. Obudzony kot wyszedł spod łóżka i, miaucząc, wskoczył na pościel. Pogłaskał go i spojrzał mi w oczy.
- Chyba popełniłeś błąd - szepnął.
- Wiem...
- Jesteś tak daleko i tak blisko zarazem - wydusiłem po chwili.
- Zawsze jestem za daleko - wsunął rękę pod mój kark i mogłem do niego przylgnąć bardziej. Czułem bicie jego serca. Słyszałem, jak przymykał powieki i gdy głęboko wzdychał, jego klatka piersiowa się podnosiła i opadała.
- Martwisz się tym? - Spytałem.
- Nie, raczej nie. Nasza bliskość jest nieokreślona - odparł.
- Wiem, że nie ma ciebie tutaj i już nie będzie - wyszeptałem i ucałowałem go w czoło.
- Właśnie. Trzeba nam trwać, będąc blisko oddalonymi od siebie...
- Nadzieja umarła, gdy...
- Nie, to umarł tamten czas - oddał pocałunek i zamknął oczy.
Mgła zniknęła i zasnęliśmy przytuleni z kotem w nogach pośród szumu jesiennego wiatru.
Przez szparę pod drzwiami do sypialni zaczęła wdzierać się gęsta mgła. Najpierw spowiła nieprzeniknionymi oparami kąty, zawisła nieruchomo pod sufitem, wpełzła we frędzle zasłon i pomiędzy nici dywanu. Zastygła niczym zeszklona żelatyna, unieruchamiając w swym wnętrzu każdy sprzęt, powietrze, rosę potu na czole śpiącego, jego sny i myśli, w tym uciśnieniu przestała krążyć jego krew i płyny ustrojowe. W bursztynowej pułapce blaskiem seledynowego utajenia mignęły oczy uwięzionego kota, który, wydając gardłowy pomruk, zastygł z półotwartym pyszczkiem. Mgła wdarła się do jego wnętrza, otoczyła jego wnętrzności, wlała się do komór serca, wypełniła swą gęstością zwoje mózgowe i uśpiła zwierzę. Blask jego oczu znikł, zaciągając matową zasłonę na białka i źrenice. Cały pokój znieruchomiał i zdrętwiał.
Drzwi ponownie skrzypnęły i przez szczelinę wsunęła się do pokoju dłoń. Długie i subtelne palce odnalazły kontakt i załączyły górne światło. Podniosłem głowę i ujrzałem znaną sobie postać. Usiadłem na łóżku, podwinąłem nogi pod siebie i czekałem aż podejdzie. Z początku nie zauważyłem, że korpus mojego ciała nadal leży pod pościelą. Obok mnie spał kot zwinięty w kłębek, lecz gdy chciałem go pogłaskać, moja dłoń zapadła się niby w unikalnym widmie i zaczęła znikać. Dotkąłem swojej twarzy, lecz niczego tam nie było. Przeniosłem rękę na śpiącego siebie i wyczułem fizyczny opór ciała. Było zimne i jakby skamieniałe. Nie oddychało, lecz drżało niby z zimna. Przyjrzałem się sobie - lekko rozchylone usta, lekko zaróżowione poliki, gładkie czoło i jasne włosy rozrzucone na podusze, a wiele z nich w nieładzie pokrywało część twarzy i bezczelnie wdzierało się do oczu, ust i uszu. Chciałem je odgarnać na bok, lecz jakby zmagnesowane wracały na swoje miejsce.
Postać zbliżyła się do łóżka i była już na wyciągnięcie ręki. Gdy usiadła, biały kot już siedział na jej kolanach i wyniośle przeciągał się i prosił o pieszczoty. Oparłem głowę o pobliskie drzewo i zapatrzyłem się w niebo. Chmury płynęły pchane niewidzialnym wiatrem, pośród nich kołował sokół bądź jastrząb. Przykryłem rąbkiem kołdry śpiącego kota, by nie stał się ofiarą drapieżnika i wziąłem do ręki dłoń mojego towarzysza. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się. Wskazał niemym gestem stolik i zza siebie wyciągnął kruche ciastka z makiem i dwa kubki kawy. Usiedliśmy. Kot od razu wskoczył na stół i prosił o łakocie. Nawet nie zdążył się zbliżyć, gdy ze świstem z nieba spadł sokół i wbił szpony w jego grzbiet. Na stole zakotłowało się, kubki przewróciły się, ciastka pospadały na dywan. Lampa nad stołem huśtała się we wszystkie strony. Mój towarzysz wstał i pogłaskał sokoła po głowie, a ten uleciał w niebo, zabierając ze sobą swoją zdobycz.
Zaczęło się ściemniać. Ani boczna lampka, ani światło górne nie dawały wystarczającej jasności. Las zaczynał pogrążać się we śnie. Wstaliśmy od stołu i przeszliśmy do sypialni. Pocałował mnie w czoło i położył się obok. Naciągnął kołdrę i poprawił poduchy. Obudzony kot wyszedł spod łóżka i, miaucząc, wskoczył na pościel. Pogłaskał go i spojrzał mi w oczy.
- Chyba popełniłeś błąd - szepnął.
- Wiem...
- Jesteś tak daleko i tak blisko zarazem - wydusiłem po chwili.
- Zawsze jestem za daleko - wsunął rękę pod mój kark i mogłem do niego przylgnąć bardziej. Czułem bicie jego serca. Słyszałem, jak przymykał powieki i gdy głęboko wzdychał, jego klatka piersiowa się podnosiła i opadała.
- Martwisz się tym? - Spytałem.
- Nie, raczej nie. Nasza bliskość jest nieokreślona - odparł.
- Wiem, że nie ma ciebie tutaj i już nie będzie - wyszeptałem i ucałowałem go w czoło.
- Właśnie. Trzeba nam trwać, będąc blisko oddalonymi od siebie...
- Nadzieja umarła, gdy...
- Nie, to umarł tamten czas - oddał pocałunek i zamknął oczy.
Mgła zniknęła i zasnęliśmy przytuleni z kotem w nogach pośród szumu jesiennego wiatru.
Subskrybuj:
Posty (Atom)