środa, 16 maja 2018

553. Chłopięce zabawy

(541)

Pamięć tego, co było

Nawet wtedy nie przypuszczałem, że prawie całe lato tamtego roku spędzę tylko z Jackiem. Były to ostatnie dni czerwca - słoneczne, suche, nawet gorące, przeplatane krótkimi, lecz gwałtownymi burzami. Staszek na cały okres wakacji wyjeżdżał ze swymi rodzicami nad morze. Zajechali do nas, by się pożegnać. Nasze mamy usiadły na ławce i rozmawiały, a Stachu, dumny i zadowolony, w kółko paplał o pływaniu łódką i wędkowaniu. Było mi smutno, że wyjeżdża na tak długo.
Wtem na podwórko wmaszerował Jacek. W jednej ręce trzymał plastikowe wiadro, w drugiej siatkę na ryby na długim trzonku. Staszek z rozdziawioną buzią na niego patrzył. "Chodź tu, Jacuś na chwilkę!", zawołała go mama Staszka. Chłopiec podszedł do ławki. Ciocia Agata ucałowała go w policzek i odgarnęła na bok jasne włosy. "Idziesz na ryby?", zapytała. Jacuś spojrzał na mnie i się uśmiechnął. "Koło młyna jest dużo cierników", powiedział po chwili. Dwa razy tego mi powtarzać nie było trzeba. Założyłem kaloszki, wziąłem ze składziku swój podbierak i wiaderko i byłem gotów do wyjścia. Staszek zerkał na nas z zazdrością. "Mamo, a czy my musimy dzisiaj jechać?", zapytał z żalem. "Chcę pójść z nimi do młyna...", wzdychał ze smutkiem. "Będziesz łowił ryby z tatą nad morzem", uśmiechnęła się ciocia Agata. "To nie to samo...", jęknął i usiadł na ławce. Gdy nadszedł czas odjazdu, ze łzami w oczach wsiadł do samochodu. Po chwili pojazd zniknął za zakrętem, a my pobiegliśmy w kierunku młyna i tamy na rzece.

***
Tak naprawdę młyn był młynem już tylko z nazwy. Wiele lat wcześniej budynek ten spłonął wraz z całym wyposażeniem. Zostało po nim jedynie ogromne drewniane koło toczące wodę ze stawu. Dom odbudowano i mieszkała tam koleżanka mojej mamy wraz z rodziną. Wszyscy nas tam znali. Tuż przy młynie rozlewał się duży staw. Od strony lasu i pól stała duża tama ze śluzą, regulująca dopływ wody z Odry. Gdy było sucho, rolnicy spuszczali przez nią wodę wprost na pola. Od strony wsi i młyna stała druga, mniejsza tama. Z niej woda spadała na młyńskie koło i obracała je, a powstały w ten sposób strumień łączył się z małą rzeczką i przecinał wzdłuż całą wieś. Na dużą tamę nie wolno było nam chodzić i kąpać się w jej pobliżu, znów na małej bawiliśmy się całymi dniami - ja, Jacek, Staszek oraz inne dzieciaki ze wsi. Skakaliśmy do wody, nurkowaliśmy, łapaliśmy żaby i raki, wodowaliśmy ręcznie robione łódki.
Gdy byliśmy nastolatkami, lubiliśmy z Błękitnookim przychodzić nad staw o zmierzchu. Siadaliśmy na grobli lub na dużej tamie i, oparci o siebie plecami, słuchaliśmy rechotu żab, cykad i świerszczy, delikatnego szelestu szuwarów i tataraku. Księżyc odbijał się na wodzie, a my rozmawialiśmy. O wszystkim - o nas, o przyszłości, przeszłości, szkole, kolejnej wycieczce, o głupiej Ance, która próbowała całować chłopaków na przerwach, o naszych rodzicach i dziadkach i o domu, który należało już wyremontować.
Tak naprawdę to chyba było nasze ulubione miejsce - wspominaliśmy okres wczesnego dzieciństwa, gdy przychodziliśmy tu we trzech, by siatkami łapać cierniki, kąpać się lub zrywać brązowe pałki tataraku, o które później piekliła się babcia, gdyż pęczniały i wybuchały w domu tysiącem kłaków puchu. Potem przychodziliśmy już tylko we dwóch. Było inaczej. Rozmawialiśmy lub siedzieliśmy bez słów, gdyż nasze milczenie było także rozmową.

***
W kilka dni po wyjeździe Staszka dziadek zaprzągł konia i szykował wóz do wyjazdu do lasu. Miał przywieźć drzewo, które zostało po wyrębie. Uprosiliśmy go, by wziął nas ze sobą. Zabraliśmy też naszą Nukę. Od strony wałów i zakola Odry wjechaliśmy do ciemnego boru. Jacuś był tu po raz pierwszy. Rozglądał się dokoła z otwartą buzią, słuchał odgłosów lasu i chłonął jego zapach. Był podekscytowany. Po drodze zajrzeliśmy na powojenny cmentarz. Wszystkie mogiły skryte były w mroku. Po powrocie do domu babcia nie mogła opędzić się od setki jego pytań. Na kolację przyszła ciocia Lucyna, mama Jacka. Siedzieliśmy wszyscy przy stole w ogrodzie - dziadkowie, moja mama, ciocia i my. Dziadek zaczął opowiadać o wojnie i wspominać swoich kolegów, którzy zginęli w walkach (miał 17 lat, gdy wybuchło powstanie warszawskie).
Spędziliśmy wspólnie całe lato - chodziliśmy z dziadkiem i z Nuką do lasu na jeżyny i grzyby, kąpaliśmy się w rzece i w stawie, łapaliśmy cierniki i raki, pomagaliśmy przy sianokosach i żniwach, jeździliśmy z ciocią Lucyną na jarmark do miasta.
Bardzo się zżyłem z Jacusiem, był takim moim młodszym bratem. Któregoś dnia chwycił mnie za rękę, uśmiechnął i "Kocham cię", wyszeptał. Stał naprzeciwko mnie. Wiatr rozwiewał mu jasne włosy, a przydługa grzywka przykrywała cały nos. Odgarniał ją co chwilę na bok. Takiego go właśnie pamiętam - drobnego chłopca o niebieskich oczach i rozwianych jasnych włosach. Wtedy nawet nie przypuszczałem, że to będzie ostatnie nasze wspólne lato. Później świat się skończył.

Wakacje się kończyły i z utęsknieniem czekaliśmy na powrót Stasia.              

552. Z okazją

Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, Elbi :)
Fotka z sieci.

poniedziałek, 7 maja 2018

551. Słów kilka o zachowaniach ludzkich. Dwie historie z życia wzięte

Nie mam ostatnio weny do pisania. Jestem zmęczony psychicznie. Fizycznie także. Na moich barkach kolejny 10-dniowy maraton w dwóch pracach. Wolny dzień będę miał dopiero w niedzielę. A potem kolejny maraton i kolejny...
I tak aż do 25 czerwca kiedy to lecę do Hiszpanii. Jeden dzień poświęcę na plażowanie w Maladze i zwiedzanie miasta, potem wybieram się na objazd: Granada, Kordoba, Sewilla i - jeśli wystarczy czasu - Kadyks i Gibraltar. Przynajmniej odpocznę psychicznie. Pracuje u nas bardzo miła dziewczyna z Hiszpanii. Często z nią rozmawiam, a ostatnio nawet ćwiczę hiszpańskie zdania. Ostrzegła mnie: "Weź dobry faktor, bo będzie tam naprawdę gorąco!" Pamiętam, że kiedyś zwiedzałem Rzym i Neapol w sierpniowych upałach. Pompeje były tak nagrzane od słońca, że czułem się, jakbym wszedł do piekarnika. Czekam na ten urlop jak na zmiłowanie...
Poczyniłem także wstępne plany na kolejny wyjazd, ten jesienny. Tym razem wybiorę się na daleką eskapadę wraz z Panem eM... Ale to już nie będzie Europa...

Czasami zachowanie ludzi, szczególnie tych z mojego otoczenia, przeraża mnie, budzi niesmak, zdziwienie, czasami złość lub litość. Nie ze wszystkimi tak jest, gdyż mam kontakt także z ludźmi poważnymi i znającymi zasady współbycia i współpracy. Tak jest na przykład z Ester, dziewczyną z Hiszpanii, o której wspomniałem wyżej, z Lisą, z Kate i kilkoma innymi. Stawiając naprzeciwko tych osób taką rozhisteryzowaną hipochondryczkę Helen lub June, która przeze mnie jest Czerwcowym Wężem nazywana, powstanie pomiędzy nimi przeogromna przepaść. To po prostu dwa odrębne światy.
Dawniej Czerwcowy Wąż pracowała razem z Helen na jednym florze. Najlepsze przyjaciółki chodzące w parze, trzymające się za ręce i patrzące na siebie jak w lusterko, takie typowe nierozłączne ciotki-klotki na rowerach z zapyziałej i zapomnianej wsi, gdzie psy dupami szczekają. Można rzec - w kupie siła, ale czasami się zdarzało, że jednej z nich nie było w pracy... I właśnie wtedy się okazywało, jak wielka jest to przyjaźń. Jedna drugą w łyżce wody by utopiła... Obrzucały się takim błotem, że wstyd powtarzać... Czerwcowy Wąż wręcz płakała: "Bóg ją pokarał, że musi z Helen pracować", i posyłała ją do stu diabłów i do nie wiadomo czego jeszcze... Kolejnego dnia panikowała Helen: "Ja przy niej nerwowych spazmów dostaję! Ona ciągle mnie poucza! Ręce mi się trzęsą, jestem zestresowana, płakać mi się chce!" I jak to bywa w takich bajkach - dnia kolejnego Czerwcowy Wąż spotkała się z Helen na jednej zmianie i na powitanie: sto buziaków, uśmiechy od ucha do ucha, padanie sobie w ramiona i śpiewne szlochy: "Jak się masz, kochana?" "Dobrze. A ty, moja droga?"
W miarę możliwości ograniczam kontakt z nimi do maksimum. Czasami mijam się z nimi na florach, wtedy tylko kiwam głową na powitanie, szczególnie Czerwcowemu Wężowi, bo Helen to odwraca głowę w drugą stronę i udaje, że mnie nie widzi.
Mogę nawet zaryzykować tezę, że ostatnio jakby lepiej było z Czerwcowym Wężem - zagaduje mnie i zaczęła "normalnie" ze mną rozmawiać. Ale i tak na kilometr wyczuwam jej fałsz. Zacząłem nieco realizować logikę pewnego polskiego przysłowia - jeśli wejdziesz między wrony... Nie znaczy to, że zacząłem być fałszywy i wszystkich obgadywać, po prostu zacząłem grać tak jak oni. I tak jakby się coś zmieniło.
Jednego dnia Czerwcowy Wąż zapytała mnie: "Czy ty znasz Biblię?" Zaskoczyła mnie. "Oczywiście", odparłem, "Stary Testament, Nowy Testament, Psalmy, Ewangelie... Ale nie jestem praktykujący...", dodałem po chwili. Zmrużyła oczy jak kot, pokiwała głową i zaczęła ze mną "normalnie" rozmawiać. Pomiędzy nami nie ma jakiejś wielkiej przyjaźni, po prostu tolerujemy się. Mi to wystarcza, bo i tak za grosz jej nie ufam. Wiem, że jej fałsz i obłuda nigdy z niej nie wyjdą - to osoba, która, składając ręce na piersiach i spoglądając w niebo, powie prosto w twarz: "Niechaj Bóg ci wynagrodzi. Będę się za ciebie modlić!", ale w rzeczywistości za plecami trzyma nóż, który bez zawahania jest w stanie wbić swemu rozmówcy w plecy.
Inaczej rzecz się ma z Helen. Z nią rozmijam się praktycznie bez słowa. Patrzę nieraz na nią z litością i kiwam tylko głową. To osoba pełna pretensji do wszystkich i dosłownie za wszystko: za wodę, którą pije, za powietrze, którym oddycha, za uniform, który ubiera do pracy, za rezydentów, wokół których trzeba chodzić. Zawsze towarzyszy jej cierpiętniczy wyraz twarzy, zawsze jest zmęczona i ubolewająca, cierpiąca i chora - boli ją ręka, palec, oko, włosy, a to nie może po schodach chodzić, a to dusi ją coś w windzie, raz jest jej za gorąco, raz za zimno, nie lubi, gdy świeci słońce, nie lubi, gdy pada deszcz, nie lubi, gdy wieje wiatr.
Helen jest przekonana, że wszyscy ludzie dokoła niej powinni być na jej usługach, i tak ich traktuje. Moje kontakty z nią ograniczają się tylko do powiedzenia "Good morning", zresztą i tak nigdy odpowiedzi nie otrzymuję - Helen udaje, że mnie nie widzi. Tak samo się zachowuje, gdy przychodzi do kuchni - wchodzi, rozgląda się, wskazuje palcem na przygotowany obiad i pyta: "To moje?" Bierze i wychodzi. Nie ma żadnego "dzień dobry, dziękuję, na razie, do zobaczenia, przepraszam, nawet typowego - pocałuj się w dupę - też nie ma". Wiele razy widziałem, jak na jej widok, Jimmy, szef kuchni, z niedowierzaniem kręcił głową.
Pamiętam jedną sytuację, która dała mi sporo do myślenia. Na drugim florze minąłem się z Helen, która ubrana była po cywilnemu (to był jej day off). Rzuciłem jej "Good morning". Oczywiście nie odpowiedziała i minęła mnie jak powietrze. Potem dowiedziałem się od Tam, że gdy Helen ma dzień wolny, a musi przyjechać do ośrodka wypełnić jakieś dokumenty, to w ogóle z nikim nie rozmawia, bo ona nie utrzymuje żadnych prywatnych kontaktów z ludźmi, z którymi pracuje. Tam opowiedziała mi jedną historyjkę: "Wyobraź sobie, że spotkałam kiedyś Helen w sklepie. Podchodzę do niej i witam się z nią, a ta patrzy na mnie zszokowana, rozgląda się dokoła wystraszona, jakby się bała, że ktoś nas razem przyuważy i szepcze do mnie - Ale ja dziś nie jestem w pracy - i odeszła". Tam machnęła ręką i dodała: "Nie przejmuj się tym. Ona taka jest wobec wszystkich". I wtedy wpadło mi do głowy rozwiązanie, jak postępować z Helen - zostaw ją w spokoju i nie narzucaj się ze swym "Good morning", bo ona odbiera to jak atak na jej osobę, mijaj ją jak powietrze. I ostatnio tak właśnie postępuję.

Wygadałem się trochę. Ulżyło mi. Czasami myślę, że to mój trudny charakter powoduje, że ludzie mnie odrzucają i skreślają. Okazuje się jednak wielokrotnie, że potrafię wyciągnąć rękę do kontaktu. lecz ta ręka zostaje odepchnięta nie z mojej winy. Najważniejszy jest jednak jeden fakt, którego nauczyłem się w kontaktach z tak trudnymi ludźmi jak Helen czy Czerwcowy Wąż - czasami warto trzymać język za zębami i odejść bez zbędnego komentarza - szczery komplement lub szczera uwaga dla niektórych ludzi okazuje się być zniewagą lub po prostu atakiem na ich osobę.  

czwartek, 26 kwietnia 2018

550. Gość

W miniony poniedziałek przyjechał do mnie Bzyczek.
Prawdopodobnie jesienią wracam do Belo Horizonte.

Dużo ostatnio pracuję - dwie prace pochłaniają każdą godzinę, na wszystko brakuje czasu, nie mam nawet kiedy wyjść do banku czy do sklepu po nowe tenisówki.

Kupiłem bilety na samolot. W czerwcu lecę na kolejną włóczęgę z plecakiem. Tym razem południowa Europa. Zaplanowałem sobie dotrzeć do czterech miejsc. Myślę, że się uda.

 

niedziela, 1 kwietnia 2018

549. Dobre kino


W tej scenie przede wszystkim muzyka! Niesamowite brzmienie! Szczególnie na mocnych słuchawkach. Zresztą - cały film to świetna muzyczna uczta (coś dla oka także się znajdzie). Polecam!

sobota, 31 marca 2018

548. Czy to już?

Czy to już naprawdę Wielkanoc??? Czas ucieka jak szalony! Czuję wręcz jego przepływ na skórze...
Praca w dwóch miejscach zdominowała moje życie - brak wolnych dni, ciągle w biegu, każdego dnia coś się dzieje, mało czasu dla siebie, zbyt mało... Gdzieś uda mi się coś poczytać (powieść Greena skończyłem po miesiącu!), coś gdzieś posłuchać (moja MP3 ledwo już zipie) i tyle mam przyjemności z mijających dni...
Dziś sobota wielkanocna, a ja idę na nocną zmianę. Mogłem odmówić, nic by się nie stało, ale zbieram na kolejną samotną wyprawę w czerwcu. Dotrwam!

czwartek, 15 marca 2018

547. Kilka wrażeń z wyjazdu

W swój własny indywidualny i niezależny sposób "zdobyłem" Bliski Wschód:
- trzy kraje: Egipt, Jordania i Izrael (osobno Palestyna),
- trzy morza: Czerwone, Martwe i Śródziemne,
- dwie pustynie: Wadi Rum w Jordanii i Negew w Izraelu,
- dwie stolice: Amman i Tel Aviv,
- Jezioro Galilejskie,
- miasta: Sharm El Sheik, Akaba, Amman, Dżarasz, Nazaret, Cezarea, Jaffa, Tel Aviv, Jerozolima i Betlejem,
- zabytki: Petra, ruiny rzymskie w Dżarasz i Cezarei, zamki krzyżowców w Jerozolimie, Masada - twierdza Heroda.

Przemierzając Wadi Rum miałem wrażenie, że wylądowałem na Marsie! Ceglaste skały, czerwonawy piach, wąwozy oraz nieskazitelna cisza:


Petra, swym urokiem, powaliła mnie na kolana:


Dżarasz urzekło mnie rzymskimi zabytkami i strefami archeologicznymi:


Cezarea to piękne stare miasto na wybrzeżu Morza Śródziemnego:


Jerozolima to kulturowy tygiel. Krzyżują się tu największe religie (islam, chrześcijaństwo i judaizm), a ludzie różnych narodowości i obyczajów mieszkają obok siebie: Żydzi (ortodoksyjni i nieortodoksyjni), Arabowie, Ormianie, Palestyńczycy, Jordańczycy, Syryjczycy, Egipcjanie, Europejczycy. Jerozolima jest miastem, gdzie obok siebie stoi meczet, kościół ormiański, grecki, cerkiew i świątynia katolicka.


Brzeg Morza Martwego to pustkowie. Upał i ciężkie powietrze męczą. Woda jest gęsta jak olej.


Wyjazd uważam za udany.
Nawiasem mówiąc, już mam pomysł na kolejną wyprawę.

wtorek, 6 marca 2018

546. Namiastki

Od minionej soboty jestem w Polsce.
Podróż z Anglii była koszmarna. Kraj zasypany śniegiem - odwołane pociągi, autobusy, zamknięte lotniska. Utknąłem w trasie, nie dotarłem na lotnisko - patrząc na straty - oprócz biletów i zdrowia, moje spóźnienie to cała doba i mnóstwo straconej kasy na "inne" formy transportu do Polski.
Dziś wieczorem wylatuję na Bliski Wschód na małą włóczęgę - na samotną wyprawę z aparatem po pustyni i wybrzeżu Morza Śródziemnego. Planuję nocować pod gołym niebem i przez całą noc obserwować gwiazdy i galaktyki. W taki sposób odzyskam zagubiony gdzieś spokój i odnajdę swoją namiastkę szczęśliwości.

wtorek, 20 lutego 2018

545. Złe sny i złe nawyki

O godzinie 3.40 nad ranem wybudził mnie dzwonek telefonu. Byłem zły, gdyż spać położyłem się jakoś przed pierwszą w nocy. Na wyświetlaczu dostrzegłem imię Błękitnookiego. Odebrałem dopiero po chwili: "Co się stało, że dzwonisz w środku nocy?", zapytałem zaspanym głosem, nie odrywając głowy od poduchy. "Miałem straszny sen o tobie... Totalne wariactwo! Obudziłem się mokry jak szczur! Czy u ciebie wszystko w porządku?", wrzucał słowa do telefonu niczym zacinający się karabin maszynowy. "Jaki sen? O czym ty mówisz? U mnie jest przed czwartą rano...", oparłem głowę na ręce i próbowałem nieco oprzytomnieć. "A co ty teraz robisz?", zapytałem. "Siedzę w ogrodzie. Piję. Palę. Patrzę w niebo. Rozmyślam", mówił coraz ciszej. "Coś ty powiedział?!", z wrażenia aż usiadłem na pościeli. "Pamiętasz ten wieczór, kiedy po komersie poszliśmy z całą naszą paczką nad Odrę?", nagle zmienił temat. "Aha...", potwierdziłem. "Upiliśmy się i potem była ta cała jatka z policją i znaleźli nasze ubrania na brzegu..." "Do czego zmierzasz?", przerwałem mu. "Właśnie to mi się śniło...", wyszeptał. "Powiedz mi, ile wypiłeś?", teraz to ja zmieniłem temat. "Jest Thomas w domu?", zapytałem. "Nie. Siedzę sam", odpowiedział dopiero po chwili. "Jest w pracy?", nadal drążyłem. "Nie wiem...", odparł. "Jak to nie wiesz?!", chyba zbyt się zagalopowałem w swojej dociekliwości. "Po prostu nie wiem", spokojnie odpowiedział i nagle się rozłączył. Chciałem do niego oddzwonić, lecz jego telefon już był wyłączony. Zakląłem pod nosem i zapatrzyłem się w podłogę. Do spania już nie wróciłem.       

sobota, 17 lutego 2018

544. Tajemnice domu żywych i umarłych

W przeciągu ostatniego miesiąca miejsce pracy stało się moim drugim domem. W ramach możliwości wziąłem dodatkowe zmiany za tych, którzy z różnych powodów byli nieobecni. Zacząłem też rozmawiać i zaprzyjaźniać się z pracownikami, nawet któregoś dnia usłyszałem, że mówią o mnie dobrze, że zmieniłem się i stałem się bardziej otwarty. To miłe. Cieszy mnie to, że pracuję z "fajnymi" ludźmi. Dość często przesiaduję także z naszymi rezydentami. Wołają mnie do siebie, zapraszają na pogawędki lub partyjkę kart lub szachów, pijemy razem herbatki lub kawki i wcinamy ciasteczka.
Jednak miejsce to jest nie tylko miejscem wesołych pogaduszek, to miejsce, gdzie nasi rezydenci umierają. To jest ich dom. Mieszkają tu aż do śmierci. Po śmierci także. Ich byty pozostają w murach całego budynku. Na jak długo, tego nie wiem.
Mary Jane "spotkałem" pod koniec ubiegłego roku (wpis nr 539), a potem jeszcze dwa razy. Raz stała na końcu korytarza na trzecim piętrze. Dostrzegłem ją kątem oka, gdy wyszedłem z kuchni. Gdy zwróciłem się w jej stronę, spojrzała na mnie i zniknęła za rogiem. I drugi raz, jakiś tydzień temu, gdy stałem na tym samym korytarzu wraz z moim szefem i omawiałem z nim nową rotę. Po prostu wyszła zza rogu i spokojnym, dość szybkim, płynącym wręcz "krokiem" minęła nas. Zawiesiłem się w połowie jakiegoś słowa i wodziłem za nią wzrokiem do momentu, aż zniknęła w bocznym korytarzu (mój szef zauważył moją konsternację i wybałuszył oczy, pytając: "Co ci jest? Wyglądasz, jakbyś ducha zobaczył... Spojrzałem na niego nieco zszokowany i wydukałem: "Nic... To była tylko... Och, nic już..." A potem patrzył na moje ręce, gdyż próbowałem ukryć przed nim, rozcierając przedramiona, ostro zarysowaną gęsią skórkę).

Korytarz, na którym pojawia się Mary Jane.
Prócz Mary Jane widziałem jeszcze dwa inne byty. Na ławce, w położonym tuż obok domu małym parku, przesiaduje staruszek z kocem na kolanach, a na parterze, zawsze w tym samym miejscu, stoi wysoki mężczyzna w kapeluszu. O tego drugiego zapytałem jednego dnia, w dyskretny i bardzo zawoalowany sposób, jedną z kelnerek. "A skąd wiesz, że był tutaj taki rezydent?", wypaliła od razu. "Coś mi się o nim o uszy obiło", skłamałem. "Ten pan (tu wymieniła jego imię) zmarł jesienią zeszłego roku. Nie możesz go pamiętać, bo tu jeszcze nie pracowałeś". Już miałem jej powiedzieć, że widziałem go rano przy drzwiach jego dawnego pokoju, ale w ostatniej chwili ugryzłem się w język.
Ludzie nie lubią historii o duchach, boją się ich lub po prostu ironicznie się uśmiechają, słuchając o ludziach, którzy mogą mieć z nimi kontakt.

A teraz historia o żywych.
Pisałem kiedyś o rozhisteryzowanej Helen. Jest straszliwie pamiętliwa i zacięta. Ja też taki umiem być, choć to nie przeszkadza mi w płataniu jej figli (chyba właśnie poprzez te żarty tak bardzo się zacięła).
W kuchni dzwoni telefon. Podchodzę. Na wyświetlaczu widzę, że to ktoś z drugiego piętra.
- Słucham - pytam.
- Mówi Helen z drugiego piętra... - rozpoznaję jej piskliwy głosik i już mi miga ostrzegawcza lampka nad głową.
- Och, przykro mi, ale nie wiem, gdzie jest Helen... - odpowiadam.
- Ale to ja jestem Helen - piska do słuchawki.
- Ale Helen tutaj nie ma - już prawie duszę się ze śmiechu.
- To ja jestem Helen... - słyszę nacisk w jej głosie.
- Chyba widziałem ją na pierwszym piętrze... Mam iść jej poszukać? - Zapytałem.
Walnęła słuchawką.
Potem widziałem ją na drugim piętrze. Odwróciła się do mnie plecami i z wielkim fochem gdzieś poszła.
Najlepszą przyjaciółką Helen jest Czerwiec (ang. June). To kobieta o jeszcze gorszym charakterze i paskudnym obejściu. Ogólnie to mówię na nią Wąż, ale to już chyba będzie inna opowieść.

piątek, 9 lutego 2018

543. Jedno zdjęcie mówi wszystko

Pożegnanie bez pożegnania... Zdjęcie własne, zakaz kopiowania (kadr z filmu).

542. Wciąż śpię

Doznaję szeregu snów astralnych.
Podobają mi się.
Ciągle się czegoś uczę i dowiaduję nowego.
Nie wiem, czy chciałbym tak całkiem się obudzić.
Podoba mi się tam.

środa, 10 stycznia 2018

541. Chłopięce zabawy

(531)
Zgubne zabawki

Wiosna była sucha, ciepła i słoneczna. Czas przed Wielkanocą. Chorowałem wtedy na świnkę i w babcinej chustce, zawiązanej wokół głowy, siedziałem na ławce przed domem i nudziłem się okropnie. Postraszono mnie, że jak będę biegał i próbował wchodzić na drzewa lub na drabinę, świnka urwie się i zostanie po niej wielka dziura. Uwierzyłem i byłem bardzo grzeczny. Jednak mój "świnkowy" stan był zupełnie obojętny Staszkowi i Jackowi. Zakolegowali się i wspólnie bawili.
Tamtego dnia dokazywali w domu. Biegali po pokojach, kuchni i komórce z wystruganymi z patyków pistoletami, skakali ze schodów prowadzących na strych lub zjeżdżali po poręczach. Kilkakrotnie albo jeden, albo drugi zderzył się z babcią lub zaczepił o stołek lub ławę. W pewnym momencie babcia wzięła ścierkę i pogoniła ich z domu, krzycząc: "Uciekać mi stąd! Jeszcze bidy napytają, zwalą jaki gorący garnek albo co tam innego!" Obaj zatrzymali się przy oknie. "Babciu, to gdzie mamy pójść się bawić?", zapytał Staszek. "Do stodoły idźcie! Na sianie sobie poskaczcie, a nie tu w domu", machnęła ścierką i odwróciła się w stronę pieca.
Dwa razy nie trzeba było im tego powtarzać. Wybiegli z domu i skierowali się w stronę stodoły. Wielkie drewniane wrota zamknięte były tylko na skobel. Stachu uchylił drzwi i obaj zniknęli w mrocznym pomieszczeniu. Zaciekawiony poszedłem za nimi.
Na środku stodoły zazwyczaj stał wóz z długim dyszlem. Za nim dziadek ustawił rozdrabniarkę do buraków cukrowych oraz sieczkarnię. Czasami pracowałem z nim przy przygotowywaniu pasz dla krów i konia. Lubiłem wrzucać do niej buraki lub rzepy i przyglądać się, jak dwa kręcące się zębate wały je porywają i wciągają gdzieś do środka, by po chwili wypadły z boku, posiekane na kawałeczki wielkości kostki cukru. Przy ścianie stały ogromne beczki z owsem, pszenicą i żytem, dalej drewniane dzieże, wiadra i sprzęt gospodarski.
Śmiech i wesołe okrzyki chłopaków dobiegały z piętra stodoły. Stanąłem przed drabiną i spojrzałem w górę. Postawiłem stopę na pierwszym szczeblu, potem na drugim i jakimś dziwnym sposobem wylazłem na samą górę. Staszek wraz z Jackiem wchodzili po drugiej drabinie na poprzeczną belkę pod dachem i skakali na kopę siana. Bawili się przednio. Skoczył Jacuś. Najpierw utrzymał się na nogach, lecz potem stracił równowagę i upadł na plecy. "Auuu, auuu", zawołał i masował obolałe ramię. Stachu kucnął obok i zaczął odgarniać płaty siana. Po chwili naszym oczom ukazała się podłużna drewniana skrzynia. Stałem obok i przyglądałem się, jak Stachu wraz z Jackiem mocują się z jej wiekiem. Nagle deska zgrzytnęła i skrzynia się otwarła.
Zaniemówiliśmy, a po chwili rozległy się głębokie ochy i achy. Najpierw Staszek wyciągnął z niej dwa metalowe hełmy, potem straszną maskę z długą gumową rurą, dwa zardzewiałe sztylety i cztery czarne pistolety. Na dnie skrzyni walały się naboje, metalowe guziki, dwa czarne ciężkie jajka i jakieś drobiazgi, które nie wiadomo czym były. "Ale super! Chciałbym taki mieć", jęknął Jacek, próbując otworzyć czarny pistolet, po czym wziął do ręki dziwne jajo i z zaciekawieniem je badał. "Pobawmy się nimi, a potem je tu damy z powrotem", zawołał uradowany Staszek. "Dobra!", zgodził się Jacuś. Poskładaliśmy do skrzyni pozostałe przedmioty i wyszliśmy na podwórko.
Stachu wraz z Jackiem ustalili zasady nowej zabawy, a ja wróciłem na ławkę przed dom. Obserwowałem ich, gdy biegali dokoła domu z czarnymi pistoletami. Chowali się w kurniku, za studnią, w węglarce, wbiegali do stajni i szopki. Nagle Stachu wybiegł zza studni i zderzył się z idącą z ogródka babcią. Dla zabawy wycelował w nią pistoletem i zawołał: "Babcia, poddaj się!" Babcia odgoniła go od siebie machnięciem ręki, zaśmiała się i weszła do domu, lecz po chwili wyszła na podwórko i, trzymając fartuch w rękach, rozglądała dokoła.
"Wojciu, gdzie Stasiu?", zapytała. "Bawi się w wojnę z Jackiem", odparłem. "A skąd macie takie pistolety?", zapytała ponownie. "Ze skrzynki. Ze stodoły", odpowiedziałem, niczego złego nie podejrzewając. Rzuciła fartuch na ławkę i potruchtała do drewutni, gdzie dziadek rąbał drzewo. Po chwili oboje biegli w stronę ogrodu, gdzie bawił się Staszek. Poderwałem się z ławki i pędem pobiegłem za nimi.
Staszek stanął na baczność, gdy usłyszał wołania dziadków, a gdy dostrzegł ich pędzących ku sobie, przeraził się. Rzucił pistolet w zagony kartofli i zaczął iść w ich stronę. Zdyszany dziadek złapał go za ramiona i potrząsnął nim. "Co wziąłeś ze skrzynki? Mów, dzieciaku! Co wzięliście ze stodoły?!" "Stasiulku, to bardzo ważne! Powiedz, bo to nie są zabawki!", nachyliła się nad nim babcia. Stałem za nimi i widziałem, jak Staszek nabrał powietrza w płuca i rozpłakał się. Szlochając, powtarzał: "Ja nie wiedziałem... Ja nie chciałem... Zabrałem pistolet..." I ręką wskazał, gdzie wcześniej go wyrzucił. "Co jeszcze? Powiedz!", naciskała babcia. "Jaaceek... teeż... ma... pistooo...let... i... i... i...", zapowietrzył się i wył wniebogłosy. "Pistolet i co?!", zapytał przerażony dziadek. "Czarne jaj...ko...", wydusił Stachu. "Jajko?", żachnął się dziadek. "Takie czarne, ciężkie..." i pokazał dłońmi jego wielkość. "Jezusieńku kochany", zakwiliła babcia. "Tam jest...", Staszek wskazał palcem na zagrodę dla kur. Jak na zawołanie wszyscy spojrzeliśmy we wskazanym kierunku.
Jacuś, trzymając pod pachą papierową torbę, kruszył kurom i kaczkom suchy chleb. Co chwilę ocierał rękawem nos i odgarniał na bok przydługą grzywkę. Gdy dostrzegł biegnących do niego dziadków i usłyszał ich nawoływania, przestraszył się. Niechcąco upuścił torbę i zrobił kilka kroków do tyłu. Wsunął rączkę do kieszeni i wyciągnął z niej czarne ciężkie jajo (pistolet odłożył już z powrotem do skrzyni, ale jajo sobie zostawił, bo bardzo mu się podobało). Chciał je ukryć, lecz nie wiedział gdzie. Spojrzał na stojący niedaleko kurnik. Zacisnął na nim palce, zamachnął się i rzucił je do środka...                                    

niedziela, 31 grudnia 2017

540. Krótkie podsumowanie

Kolejny rok się kończy...
Co tu dużo gadać - dla mnie rok 2017 był rokiem złym, niedobrym, nierównym, chaotycznym, nerwowym, stresującym, dołującym i męczącym. Jakoś przez niego przebrnąłem... Nie wiem, jak znalazłem w sobie tak duże zaparcie, by to wszystko pokonać...

PRACA:
Tak katastrofalnego roku w strefie zawodowej jeszcze nie miałem...
Pięć różnych miejsc pracy... W czerwcu, tak bez zapowiedzi, bez uprzedzenia, firma zamknęła nasz sklep. W ciągu jednego dnia jedenaście osób poszło na ulicę. Menadżer regionalny wręczył nam jakieś papierki, wypisał jakieś oświadczenie o upadłości, obiecał dać referencje (czego nie zrobił) i otworzył nam drzwi. Na pożegnanie pomachał nam ręką zza szyby. I tyle go widzieliśmy...
W wyniku likwidacji podstawowego miejsca pracy straciłem też swoją drugą, weekendową pracę w restauracji, gdyż nie było możliwości połączenia jej z nową pracą...

Drugim miejscem była moja dawna firma, w której pracowałem na początku emigracyjnego życia... To był ogromny błąd... Ci wszyscy ludzie doprowadzali mnie tam do pasji... Pięć osób stało z rękoma w kieszeniach, a jedna robiła wszystko... Zauważyłem, że oddział ten bardzo upadł na jakości produkcji, spadły higiena i czystość miejsca pracy, przestano dbać o dobre warunki pracy oraz o kwalifikacje pracowników (brudne uniformy, brudna hala produkcyjna, brudny sprzęt, menadżer nie zwracający uwagi na jakość produkcji, pracownicy robiący wszystko "na odwal się", supervisor, który nie potrafi wykonać podstawowych zadań!!). Zrezygnowałem po dwóch tygodniach.

Potem wyjechałem z Anglii z nadzieją znalezienia pracy w Polsce... Chodziłem, pytałem, zaglądałem, dawałem swoje cv (okrojony, skrócony, przekłamany i tym samym fałszywy świstek papieru!!). Patrzono na mnie, jakbym w sierpniu urwał się z choinki... Po ponad miesiącu wróciłem do UK...

Trzecie miejsce... To było piekło... Zrezygnowałem po sześciu dniach... (Rollo wytrzymał w tej samej firmie, ale w innym mieście, zaledwie dwa dni...).

Czwartym miejscem jest aktualna praca w sąsiednim mieście. Minęły już trzy miesiące, jak tam jestem.
W miniony piątek (29 grudnia) zadzwonił do mnie szef restauracji. Potrzebował wsparcia na sali, a że miałem wolny dzień, poszedłem im pomóc. Myślałem, że jednorazowo... Ponownie zaproponował mi pracę u siebie... Nie wiem, czy dam radę na dwa miejsca...

ŻYCIE:
Rok temu napisałem, że marzy mi się samotna wyprawa gdzieś na koniec świata i zaszycie się w jakichś odludnych zakątkach z aparatem i ciszą dokoła...
Udałoby się, gdyby firma nie zamknęła mojego sklepu i tym samym nie zostałbym skazany na tułaczkę po różnych firmach... Ech...

Znów nie udało się z przeczytaniem 52 książek wg portalu lubimyczytac.pl
Chyba nigdy "nie zaliczę" cyfry 52...
Przeczytałem tylko 23 książki (w roku 2014 - 32 pozycje, w roku 2015 - 31 pozycji, w roku 2016 - 25 pozycji). Ciągle spadam!
Najlepsze przeczytane książki:
Anna McPartlin "Gdzieś tam w szczęśliwym miejscu"
Benjamin Alire Saenz "Inne zasady lata" (czytana drugi raz)
Mikołaj Milcke "Różowe kartoteki"
Jakub Małecki "Błędy"
Anna Onichimowska "Koniec gry"
John Boyne "Chłopiec na szczycie góry"

Jedynym udanym akcentem tego roku jest "bycie samym dla siebie". To mi wyszło dość dobrze!
Niczego sobie nie życzę na 2018 rok.
Chciałbym jedynie więcej czytać i znacznie lepiej pisać...

wtorek, 26 grudnia 2017

539. Mary Jane Pabescon

Urwanie głowy miałem wczoraj w pracy...
Wszystko ucichło i uspokoiło się dopiero po godzinie 16., gdy zjedzono świąteczny obiad, napito się kawy, skosztowano puddingu i rozpakowano upominki. Zadowoleni rezydenci rozeszli się do pokojów, a my mogliśmy usiąść i nieco odsapnąć. Lisa, bardzo sympatyczna i pomocna koleżanka, pomogła mi pozbierać wszystko ze stołów i popakować jedzenie, które zostało. W dużym kubku zrobiła sobie kawę i wróciła do recepcji, by przygotować listy na wieczór, a mi zostało przewiezienie całego ambarasu do kuchni na trzecim piętrze.
Załadowałem zmywarkę brudnymi naczyniami, gdy jarzeniówki zamigotały kilka razy, zgasły i znów się rozświetliły. Wzruszyłem ramionami, przyszykowałem drugi wsad i zjechałem na dół po resztę naczyń. Wjechałem trolleyem do windy i nacisnąłem guzik z numerem 3. Po chwili drzwi windy się rozsunęły i otoczyły mnie kompletne ciemności. Wszystkie światła były wygaszone. Pchnąłem trolley przez ciemny korytarz w stronę kuchennych drzwi, skąd, przez pionowe szybki, przebijało światło. Wszedłem do środka i stanąłem jak wryty. Czułem, jak moje serce najpierw staje dęba, a potem bierze udział w gonitwie o złotą podkowę. Gdy udało mi się unormować oddech, zrobiłem kilka kroków naprzód.
Przede mną, przy bocznym stole, bokiem do mnie, stała drobna staruszka. Palcem lewej ręki jakby coś rysowała na blacie stołu. Jej długa do samej podłogi nocna koszula była biała jak śnieg. Spojrzała na mnie dopiero wtedy, gdy się do niej zbliżyłem. Miała nieco zdziwioną minę. "Chyba się zgubiłam. Nie wiem, jak wrócić do pokoju", powiedziała dość mocnym głosem. W tej chwili uświadomiłem sobie sens całej sytuacji i zaśmiałem się pod nosem z własnej głupoty i zbyt bogatej wyobraźni. "Zaprowadzę cię. Zjedziemy na dół windą. Tak będzie najlepiej", uśmiechnąłem się i wziąłem kobietę pod ramię.
"Moja córka znów o mnie zapomniała... Są święta, a ona do mnie nie przyszła...", odezwała się i wyrwała swą rękę. "Są święta, a tu nie ma choinki...", spojrzała na mnie wymownie. "W kuchni nie stawia się choinek. Jest na dole. Jak chcesz, mogę ci pokazać", uśmiechnąłem się. Nacisnąłem guzik i drzwi windy się rozsunęły. Staruszka zawahała się, ale podałem jej rękę i pomału weszła do środka. "Sama do niej pójdę i powiem jej kilka słów na opamiętanie", ścisnęła mi rękę. "Chcę usiąść. Nogi mnie bolą", zaczęła się żalić. Zjechaliśmy windą na dół i weszliśmy do pokoju dziennego. Posadziłem ją w fotelu tuż przy biblioteczce. Zaczęła się kiwać w tył i w przód i nie reagowała na to, co do niej mówiłem. Nagle oprzytomniała, chwyciła mnie za rękę, spojrzała mi w oczy i wyszeptała: "Rozmawiałam z chłopcem w białej czapce z pomponem. Był z nim biały pies". Drgnąłem. "Co takiego?!", zapytałem zaszokowany i cofnąłem się o kilka kroków, lecz staruszka znów zaczęła się kiwać tam i z powrotem.
Lisę znalazłem w recepcji. "Lisa, chyba zgubiłaś jedną rezydentkę", oznajmiłem jej z uśmiechem. Uniosła brwi w zdumieniu. "W kuchni znalazłem jedną panią. Zgubiła się. Jest w salonce", powiedziałem na jednym wydechu. "Co ty opowiadasz?!", oburzyła się i odrzuciła na plecy, związany na czubku głowy koński ogon. Przeszliśmy do salonu, lecz tam spotkaliśmy jedynie Helen. Staruszka zniknęła. Lisa wzięła się pod boki i wymownie na mnie patrzyła, a ja stałem jak wryty. "Gdzie jest ta pani, co tu była? Siedziała w fotelu...", zapytałem Helen. "Nikogo tu nie było", odparła. "Jak to nie?! Posadziłem ją w fotelu. O, tu! W długiej białej koszuli nocnej. Była w kuchni! Powiedziała mi, że się zgubiła..."
Opisałem najdokładniej, jak tylko potrafiłem, jej wygląd. Helen patrzyła na mnie ze zdziwieniem. "Jak dobrze pamiętam, to tak wyglądała Mary Jane. Ale ona umarła ze dwa lata temu... Jej zdjęcie chyba wisi przy kominku w pokoju z pianinem ", Helen poprawiła jeszcze story przy oknie i wyszła. Wyminąłem Lisę i pobiegłem do drugiego salonu. Pośród zdjęć odnalazłem fotografię kobiety, którą znalazłem w kuchni. Było podpisane - Mary Jane Pabescon. "To ona! Jestem tego pewien!", spojrzałem na Lisę. "Też ci zrobię taki żart, zobaczysz...", odchodząc, posłała mi buziaka na odległość.
Do tej pory zastanawiam się, co takiego ważnego Mary Jane chciała mi powiedzieć...

wtorek, 19 grudnia 2017