(541)
Pamięć tego, co było
Nawet wtedy nie przypuszczałem, że prawie całe lato tamtego roku spędzę tylko z Jackiem. Były to ostatnie dni czerwca - słoneczne, suche, nawet gorące, przeplatane krótkimi, lecz gwałtownymi burzami. Staszek na cały okres wakacji wyjeżdżał ze swymi rodzicami nad morze. Zajechali do nas, by się pożegnać. Nasze mamy usiadły na ławce i rozmawiały, a Stachu, dumny i zadowolony, w kółko paplał o pływaniu łódką i wędkowaniu. Było mi smutno, że wyjeżdża na tak długo.
Wtem na podwórko wmaszerował Jacek. W jednej ręce trzymał plastikowe wiadro, w drugiej siatkę na ryby na długim trzonku. Staszek z rozdziawioną buzią na niego patrzył. "Chodź tu, Jacuś na chwilkę!", zawołała go mama Staszka. Chłopiec podszedł do ławki. Ciocia Agata ucałowała go w policzek i odgarnęła na bok jasne włosy. "Idziesz na ryby?", zapytała. Jacuś spojrzał na mnie i się uśmiechnął. "Koło młyna jest dużo cierników", powiedział po chwili. Dwa razy tego mi powtarzać nie było trzeba. Założyłem kaloszki, wziąłem ze składziku swój podbierak i wiaderko i byłem gotów do wyjścia. Staszek zerkał na nas z zazdrością. "Mamo, a czy my musimy dzisiaj jechać?", zapytał z żalem. "Chcę pójść z nimi do młyna...", wzdychał ze smutkiem. "Będziesz łowił ryby z tatą nad morzem", uśmiechnęła się ciocia Agata. "To nie to samo...", jęknął i usiadł na ławce. Gdy nadszedł czas odjazdu, ze łzami w oczach wsiadł do samochodu. Po chwili pojazd zniknął za zakrętem, a my pobiegliśmy w kierunku młyna i tamy na rzece.
***
Tak naprawdę młyn był młynem już tylko z nazwy. Wiele lat wcześniej budynek ten spłonął wraz z całym wyposażeniem. Zostało po nim jedynie ogromne drewniane koło toczące wodę ze stawu. Dom odbudowano i mieszkała tam koleżanka mojej mamy wraz z rodziną. Wszyscy nas tam znali. Tuż przy młynie rozlewał się duży staw. Od strony lasu i pól stała duża tama ze śluzą, regulująca dopływ wody z Odry. Gdy było sucho, rolnicy spuszczali przez nią wodę wprost na pola. Od strony wsi i młyna stała druga, mniejsza tama. Z niej woda spadała na młyńskie koło i obracała je, a powstały w ten sposób strumień łączył się z małą rzeczką i przecinał wzdłuż całą wieś. Na dużą tamę nie wolno było nam chodzić i kąpać się w jej pobliżu, znów na małej bawiliśmy się całymi dniami - ja, Jacek, Staszek oraz inne dzieciaki ze wsi. Skakaliśmy do wody, nurkowaliśmy, łapaliśmy żaby i raki, wodowaliśmy ręcznie robione łódki.
Gdy byliśmy nastolatkami, lubiliśmy z Błękitnookim przychodzić nad staw o zmierzchu. Siadaliśmy na grobli lub na dużej tamie i, oparci o siebie plecami, słuchaliśmy rechotu żab, cykad i świerszczy, delikatnego szelestu szuwarów i tataraku. Księżyc odbijał się na wodzie, a my rozmawialiśmy. O wszystkim - o nas, o przyszłości, przeszłości, szkole, kolejnej wycieczce, o głupiej Ance, która próbowała całować chłopaków na przerwach, o naszych rodzicach i dziadkach i o domu, który należało już wyremontować.
Tak naprawdę to chyba było nasze ulubione miejsce - wspominaliśmy okres wczesnego dzieciństwa, gdy przychodziliśmy tu we trzech, by siatkami łapać cierniki, kąpać się lub zrywać brązowe pałki tataraku, o które później piekliła się babcia, gdyż pęczniały i wybuchały w domu tysiącem kłaków puchu. Potem przychodziliśmy już tylko we dwóch. Było inaczej. Rozmawialiśmy lub siedzieliśmy bez słów, gdyż nasze milczenie było także rozmową.
***
W kilka dni po wyjeździe Staszka dziadek zaprzągł konia i szykował wóz do wyjazdu do lasu. Miał przywieźć drzewo, które zostało po wyrębie. Uprosiliśmy go, by wziął nas ze sobą. Zabraliśmy też naszą Nukę. Od strony wałów i zakola Odry wjechaliśmy do ciemnego boru. Jacuś był tu po raz pierwszy. Rozglądał się dokoła z otwartą buzią, słuchał odgłosów lasu i chłonął jego zapach. Był podekscytowany. Po drodze zajrzeliśmy na powojenny cmentarz. Wszystkie mogiły skryte były w mroku. Po powrocie do domu babcia nie mogła opędzić się od setki jego pytań. Na kolację przyszła ciocia Lucyna, mama Jacka. Siedzieliśmy wszyscy przy stole w ogrodzie - dziadkowie, moja mama, ciocia i my. Dziadek zaczął opowiadać o wojnie i wspominać swoich kolegów, którzy zginęli w walkach (miał 17 lat, gdy wybuchło powstanie warszawskie).
Spędziliśmy wspólnie całe lato - chodziliśmy z dziadkiem i z Nuką do lasu na jeżyny i grzyby, kąpaliśmy się w rzece i w stawie, łapaliśmy cierniki i raki, pomagaliśmy przy sianokosach i żniwach, jeździliśmy z ciocią Lucyną na jarmark do miasta.
Bardzo się zżyłem z Jacusiem, był takim moim młodszym bratem. Któregoś dnia chwycił mnie za rękę, uśmiechnął i "Kocham cię", wyszeptał. Stał naprzeciwko mnie. Wiatr rozwiewał mu jasne włosy, a przydługa grzywka przykrywała cały nos. Odgarniał ją co chwilę na bok. Takiego go właśnie pamiętam - drobnego chłopca o niebieskich oczach i rozwianych jasnych włosach. Wtedy nawet nie przypuszczałem, że to będzie ostatnie nasze wspólne lato. Później świat się skończył.
Wakacje się kończyły i z utęsknieniem czekaliśmy na powrót Stasia.
Tagi
Anglia
(30)
Antropologia
(296)
Brazylia
(123)
Dzieciństwo
(9)
Dziwne przypadki Katty
(166)
Elbi
(77)
Emigracja
(156)
Fantasmagorie
(46)
Filmy i seriale
(32)
Fotki
(74)
Inne inności
(170)
Inne Lemury
(26)
Katta Supervisor
(7)
Książki
(44)
Lemur Błękitnooki
(187)
Lemur Brązowooki
(47)
Lemur Jasnowłosy
(4)
Lemur Zmartwychwstały
(3)
Markiza
(46)
Odkrycia Lemura
(18)
Okolice Lemurii Małej
(9)
Opowieść na faktach
(3)
Podróże
(82)
Powszechność
(58)
PPirx
(8)
Praca
(90)
Real Katty
(55)
Rozterki Katty
(54)
Sny Katty
(42)
Tęsknota
(71)
Uczucia
(128)
Wrażenia
(275)
Zabytkowe Miasto
(30)
Życiowa filozofia Katty
(49)