Jutro rano wyjeżdżam z Belo Horizonte. W polskim domu będę w sobotę wieczorem. To albo koniec wszystkiego, albo początek czegoś nowego - nie umiem tego przewidzieć. Jest jeszcze trzecia możliwość - mogę wrócić do dotychczasowego marazmu, ale wtedy utknę tu na poważnie. Czy decyzja okazała się trafną, dowiem się za jakiś czas. Nawet nie potrafię określić swego samopoczucia. Obojętność - to chyba najlepsza nazwa na to, co teraz czuję.
Rozmawiałem kilka razy z Błękitnookim. Czeka na mnie. Dalsze decyzje podejmiemy wspólnie. Wrócić do BH i tak będziemy musieli, gdyż mamy tu pełno naszych rzeczy, ale na jak długo, tego nie wiemy, i albo tu zostaniemy, albo się przeprowadzimy w nowe miejsce.
Do zobaczenia na polskiej ziemi.
Tagi
Anglia
(30)
Antropologia
(296)
Brazylia
(123)
Dzieciństwo
(9)
Dziwne przypadki Katty
(166)
Elbi
(77)
Emigracja
(156)
Fantasmagorie
(46)
Filmy i seriale
(32)
Fotki
(74)
Inne inności
(170)
Inne Lemury
(26)
Katta Supervisor
(7)
Książki
(44)
Lemur Błękitnooki
(187)
Lemur Brązowooki
(47)
Lemur Jasnowłosy
(4)
Lemur Zmartwychwstały
(3)
Markiza
(46)
Odkrycia Lemura
(18)
Okolice Lemurii Małej
(9)
Opowieść na faktach
(3)
Podróże
(82)
Powszechność
(58)
PPirx
(8)
Praca
(90)
Real Katty
(55)
Rozterki Katty
(54)
Sny Katty
(42)
Tęsknota
(71)
Uczucia
(128)
Wrażenia
(275)
Zabytkowe Miasto
(30)
Życiowa filozofia Katty
(49)
czwartek, 4 grudnia 2014
wtorek, 2 grudnia 2014
Sen 212. Elbi
Najpierw dostałem smsa: "Przyjdę wieczorem". Czekałem w napięciu, gdyż wiedziałem, że prawdopodobnie stało się coś poważnego. Przyszedł. Usiadł w fotelu i po chwili oznajmił: "Odchodzę. To koniec. Lepiej będzie, jak mnie znienawidzisz." I wyszedł, a ja stałem, niemy i ogłuszony, i patrzyłem za nim, jak zbiega po schodach i znika w ciemności.
To było we wtorek 2 grudnia 2008 roku. W tamten dzień odszedł Elbi. Dziś mamy wtorek 2 grudnia 2014 roku. Nie ma go już pełnych sześć lat, a ja nadal pamiętam jego zapach i barwę głosu, czuję na rękach i na twarzy pozostawione przez niego ciepło na obiciu jego fotela, w którym potem ryczałem przez pół nocy. Jutro zacznie się siódmy rok bez Elbiego.
Dziwne to, że osoba, która jest nam bliską, a może się tylko nam wydaje, że jest bliską, potrafi w ciągu chwili zamienić nasze życie w koszmar. Wybaczyłem, nie czuję żalu, nie mam pretensji, chciałbym tylko kiedyś poznać powód tego, co się stało...
To było we wtorek 2 grudnia 2008 roku. W tamten dzień odszedł Elbi. Dziś mamy wtorek 2 grudnia 2014 roku. Nie ma go już pełnych sześć lat, a ja nadal pamiętam jego zapach i barwę głosu, czuję na rękach i na twarzy pozostawione przez niego ciepło na obiciu jego fotela, w którym potem ryczałem przez pół nocy. Jutro zacznie się siódmy rok bez Elbiego.
Dziwne to, że osoba, która jest nam bliską, a może się tylko nam wydaje, że jest bliską, potrafi w ciągu chwili zamienić nasze życie w koszmar. Wybaczyłem, nie czuję żalu, nie mam pretensji, chciałbym tylko kiedyś poznać powód tego, co się stało...
poniedziałek, 1 grudnia 2014
Sen 211. Tuż przed
Dotrwałem do końca. Za mną ostatnia dzienna zmiana i w ogóle ostatnia. W naszym zakładzie przyjęte jest, że nie przychodzi się w ostatni dzień. Zrobiłem poziom i poszedłem, czym niektórych mocno zadziwiłem, a przy okazji ściąłem się z Marudaną. Miałem na to chyba ochotę, chciałem jej dopiec. Szczekała do mnie jak wściekła, a potem poleciała na skargę do biura. Wyśmiałem ją przy wszystkich.
Czuję ulgę, że to koniec. Popijam wino i zerkam w telewizor. Przede mną cztery dni wolnego, a z samego rana w piątek wyjeżdżam do Polski. Czeka mnie pakowanie, sprzątanie domu, trzeba mi też odwiedzić jednych znajomych, których widziałem dawno temu, a znowuż inni wyciągają mnie na piwo i pogaduchy jeszcze przed wyjazdem. Trzeba mi kupić upominki, gdyż w dzień św. Mikołaja będę w domu. Jak na razie to koniec przygody z emigracją.
Czuję ulgę, że to koniec. Popijam wino i zerkam w telewizor. Przede mną cztery dni wolnego, a z samego rana w piątek wyjeżdżam do Polski. Czeka mnie pakowanie, sprzątanie domu, trzeba mi też odwiedzić jednych znajomych, których widziałem dawno temu, a znowuż inni wyciągają mnie na piwo i pogaduchy jeszcze przed wyjazdem. Trzeba mi kupić upominki, gdyż w dzień św. Mikołaja będę w domu. Jak na razie to koniec przygody z emigracją.
Emigracja zmieniła mnie bardzo. I na lepsze i na gorsze. Na pewno stałem się bardziej wytrwały i stanowczy, mój język stał się cięty, potrafię tak komuś odpyskować i nawtykać inwektyw przy innych, że delikwent odchodzi czerwony jak burak. Kompletnie się nie przejmuję tym, że ktoś się może obrazić lub rozpłakać. Nie przebieram w słowach, nie ufam, a cynizm stał się poniekąd moją tarczą. Nauczyłem się tu palić i kląć jak szewc. Ze stron negatywnych to ucierpiał mój język ojczysty, co widać zresztą po ubóstwie słownictwa blogowego. Zapomniałem wielu słów i terminów, rzadko używam ulubionej frazeologii, gdyż jest ona nieprzetłumaczalna, a krajowcy i tubylcy nie rozumieją kontekstu lub jej znaczenia. I fakt najbardziej istotny - utraciłem kontakt z większością moich polskich znajomych. A to boli najbardziej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)