niedziela, 21 lipca 2019

590. Krótka relacja z wyjazdu do Hiszpanii i Portugalii

Już jakiś czas temu wróciliśmy z urlopu. Praktycznie od razu powrót do pracy i nie było zbyt wiele czasu na notatkę (do tej pory nie posegregowałem zdjęć i nie ogarnąłem się dokładnie). Nie wiem, ale porównując ten wyjazd z ubiegłorocznym objazdem Andaluzji, tym razem było ciężej - dłużej (10 dni w trasie) i ciężej (2 kraje).

Zrealizowaliśmy 90% założonego planu. Z powodu przebudowy i prac remontowych nie byliśmy na madryckim Plaza de Espana z pomnikiem Don Kichota i Sancho Pansy, z braku czasu nie weszliśmy w Toledo do wnętrz Alcazaru, a w Lizbonie straciliśmy zwiedzanie klasztoru Hieronimitów (w poniedziałki nieczynne) oraz nie skończyliśmy zwiedzania katedry ze względu na rozpoczynający się serwis (wyproszono nas!). Za to Salamankę zwiedziliśmy prawie na 150%.

Ci, którzy obserwują mnie na Instagramie lub na FB, na bieżąco mogli zobaczyć część ciekawszych zdjęć, tu zamieszczę tylko kilka wraz z krótkim opisem.

1. Madryt - stolica Hiszpanii. Na tak duże miasto 3 dni to zbyt mało, by zobaczyć wszystkie najciekawsze miejsca. Wybraliśmy te najpopularniejsze dla turystów - Zamek Królewski (Alcazar), Katedra Almudena, piękny Park Retiro, Ogród Botaniczny, miejskie place - Plaza Mayor i Plaza del Sol oraz kilka innych, do tego ciekawe miejsca jak klasztor klarysek Descalzas Reales (chyba najpiękniejszy klasztor jaki kiedykolwiek widziałem, wielka szkoda że nie wolno fotografować wnętrz), egipska świątynia Debod czy Bazylika San Francisco El Grande. Oczywiście tych miejsc było znacznie więcej, wymieniłem tylko te najważniejsze.
Madryt zastaliśmy w trakcie przygotowań do Gay Pride - mnóstwo ludzi, pobudowane sceny w centrum, imprezy wieczorami, wszędzie tęczowe flagi. Jednego wieczoru wybraliśmy się na imprezę związaną z paradą - sympatyczni ludzie, otwarci, uśmiechnięci, wyśmienite drinki, tańce na ulicach i dobra muzyka.
Katedra Almudena
Pałac Królewski
Pałac Kryształowy w Parku Retiro
Upadły Anioł w Parku Retiro
2. Toledo - do Toledo pojechaliśmy z samego rana pociągiem i wróciliśmy do Madrytu późnym wieczorem. Całe miasteczko znajduje się na liście Unesco i nieco przypomina Asyż. Nad miastem góruje reprezentatywny Alcazar (do którego nie udało się wejść) oraz ogromna katedra Santa Iglesia. Jej wnętrza powaliły mnie na kolana. Zwiedziliśmy uroczy gotycki Monasterio de San Juan de los Reyes oraz Bazylikę Iglesia de Santo Tome, gdzie znajduje się obraz El Greco "Pogrzeb hrabiego Orgaza". Stałem przed nim oniemiały - wychwytywałem odniesienia do sztuki bizantyjskiej i podziwiałem przecudną izokefaliczną kompozycję (było to moje marzenie - zobaczyć oryginał właśnie tego obrazu El Greco). Sporo oryginałów mogliśmy zobaczyć także w galerii katedry toledańskiej - są tam obrazy El Greco, de Goya, Caravaggio, van Dyck'a, Rafaela Sanzio, Giovanniego Belliniego oraz Jacobo i Francesco Bassano. W zakrystii znajduje się także zbiór średniowiecznych manuskryptów i liturgicznych artefaktów.
Widok na Alcazar w Toledo
Wnętrza katedry w Toledo
średniowieczne manuskrypty
Jacobo Bassano "Presentacion de Jesus en el Templo"
Krużganki w Monasterio de San Juan de los Reyes
3. Salamanka - śmiało mogę powiedzieć, że to miasto jest moim faworytem w turystyce. Jedno z najpiękniejszych hiszpańskich miast, jakie do tej pory zwiedziłem.Podobnie jak Toledo Salamanka w całości znajduje się na liście Unesco. Tam było można na własnej skórze poczuć hiszpański klimat. W centrum tego miasteczka znajduje się Plaza Mayor (wyczytałem, że to największy rynek w całej Hiszpanii), Uniwersytet, średniowieczna Katedra oraz Casa de las Conchas, czyli Dom Muszli. Budynek ten jest sercem Salamanki, gdyż ściśle wiąże się z historią miasta i większość legend i podań miejskich dotyczy właśnie tego miejsca.
Katedra to prawdziwy majstersztyk architektoniczny - stara romańska katedra (z połowy 12 wieku) oraz nowa katedra (z początku 16 wieku) to tak naprawdę jeden budynek. Obie katedry są tak połączone ze sobą, że tworzą jednolitą całość. A wnętrza... Palce lizać! Uczta dla oczu! Coś wspaniałego! Ostatni raz pod tak ogromnym wrażeniem byłem, gdy zwiedzałem katedrę w Sevilli, gdzie znajduje się grobowiec Krzysztofa Kolumba. Przepiękne wnętrza oraz artefakty katedry w Salamance warte są wszystkiego! Z wieży rozpościera się widok na miasto. Na górę wspięliśmy się w odpowiednim czasie. Weszliśmy do sali z dzwonami, gdy te zaczęły bić! Huk potężny!
I na koniec - na głównym tympanonie katedry znaleźć można płaskorzeźbę kosmonauty - odebrałem to jako mały architektoniczny żart, a w rzeczywistości to symbol, ukazujący historię tego budynku, to taki pomost pomiędzy przeszłością i przyszłością.
Niedaleko od centrum znajduje się bazylika Convento de San Esteban. Zwiedzając wnętrza, miałem wrażenie, że przeniosłem się do średniowiecza - mroczne i chłodne krypty, krużganki, freski, antyki, kręte schody, ukryte przejścia w ścianach, stare i zaśniedziałe lustra, odbijające sprzęty i wywołujące wrażenie trójwymiarowości.
Uniwersytet i Dom Muszli
Katedra w Salamance
Grobowce w Starej Katedrze
Kosmonauta na tympanonie Nowej Katedry
Convento de San Esteban
Convento de San Esteban
Dzwony na wieży katedry w Salamance
4. Lizbona - stolica Portugalii. Wprost z Salamanki autokarem udaliśmy się do Lizbony. Przejazd, z krótkimi postojami, trwał ponad 8 godzin. Było tu znacznie chłodniej niż w centrum Hiszpanii i mogliśmy nieco odetchnąć od upałów (w Madrycie jednego dnia po południu było 49 stopni!) 3 dni, podobnie jak w Madrycie, są niewystarczające na to, by zobaczyć całe miasto i poczuć jego klimat. Wybraliśmy najbardziej reprezentatywne miejsca i nie zawiedliśmy się.
Chciałbym zaznaczyć, że zwiedzanie Lizbony wymaga niezłej kondycji - miasto położone jest na wzgórzach i pieszo trzeba co chwilę wspinać się po stromych i wąskich uliczkach, którymi pędzą krótkie i sprawne tramwaje - to wizytówka Lizbony.
Pierwszego dnia zwiedziliśmy centrum i okolice - sercem miasta są dwa place: Praca de Comercio i Praca de Rossio połączone główną promenadą Rua Augusta. Nad dzielnicą Alfamą góruje zamek Castelo de S. Jorge. Z jego murów roztacza się panorama na Lizbonę. Schodząc ze wzgórza, udaliśmy się do National Pantheon (Church of Santa Engracia), gdzie pochowany jest Vasco da Gama oraz do klasztoru Monastery Sao Vicente de Fora. W klasztorze tym, zbudowanym w stylu klasycystycznym, zobaczyć można setki kafelkowych mozaik, będącymi rękodziełami reprezentatywnymi dla Lizbony i całej Portugalii. Z dachu roztacza się piękna panorama na Alfamę oraz na całe miasto. Po południu udaliśmy się na odległy zabytkowy cmentarz Prazeres, powstały w 1883 roku po epidemii cholery (gdzieś czytałem, że w najstarszej części tego cmentarza pochowane (przeniesione) zostały także ofiary trzęsienia ziemi z 1775 roku, kiedy to zginęło ponad 90 tys. ludzi, a Lizbona była zrównana z ziemią). W rodzinnych grobowcach, niektórych dotkniętych upływem czasu, można zobaczyć trumny - zniszczone, połamane i rozpadające się.
Drugiego dnia przepłynęliśmy na drugą stronę zatoki do Almady i wspięliśmy się na wzgórze, by zobaczyć figurę Chrystusa (mniejsza replika Chrystusa z Rio) oraz wiszący most (replika Golden Gate), a następnie pojechaliśmy do Belem, by podziwiać Belem Tower. Nie udało się wejść do klasztoru Hieronimitów, gdyż akurat w tym dniu był zamknięty.
Torre de Belem
Praca de Comercio
National Pantheon (Santa Engracia)
Most nad zatoką
Prazeres - sztuka cmentarna
Wnętrza Monastery Sao Vicente de Fora
Trzeciego dnia wyjechaliśmy pociągiem do Porto, by tam udać się na lotnisko i wrócić do domu.

niedziela, 23 czerwca 2019

587. The Grey's gay couple

Zrobię wyjątek i zamieszczę filmik z YouTube.
Chyba zakochałem się w obu lekarzach, może nie w nich samych, ale w stylu ich relacji.

Levi, niezdarny gaduła, sympatyczny nerd (to bardzo brzydkie słowo, ale pasujące) mieszkający z matką, ciągle w szafie, zakochany marzyciel, chyba nieco zakompleksiony CONTRA opanowany i pewny siebie Nico. Mieszanka wybuchowa! Obaj uzupełniają się wyjątkowo.
Poluję na cały sezon.
To trzeba zobaczyć!

A w pracy wycyganiłem cały weekend dla siebie!
Wczoraj wciągnąłem się w serial The Night Shift. Dziś wieczorem kolejnych pięć odcinków.
Do rozpoczęcia urlopu pozostał tydzień!

poniedziałek, 17 czerwca 2019

586. Dobra rada: "Jeśli chcesz się z kimś pokłócić - pożycz mu pieniądze"

Moim znajomym całkowicie poodbijało!

Odwaliło Kirkowi! Odwaliło Rollowi!

Rollo "pożyczył" kasę od wielu osób i przepadł. Przyszedł do mnie jakiś czas temu i prawie płakał, że nie ma pieniędzy na rent. Jako że znamy się od bardzo dawna i uważałem go za poważnego gościa, pożyczyłem mu ponad stówę. Umówiliśmy się, że odda przed moim urlopem. Zgodził się.
W ubiegłym tygodniu spotkałem w mieście naszego wspólnego znajomego. Powiedział mi, że Rollo pożyczył od niego i jeszcze od dwóch innych osób pieniądze i znikł. Postanowiłem do niego napisać, bo rzeczywiście od prawie dwóch tygodni się nie odzywał. Wspomniałem, że mój urlop wkrótce się zaczyna i czy pamięta o długu. Rollo odpisał następnego dnia w stylu: mam iść się pieprzyć, jestem idiotą, który chce wyciągnąć kasę od niego, mam się iść pierdolić, bo on odda kasę lub nie, odda kiedy będzie się mu chciało, mam się od niego odwalić i pocałować go w dupę, fuck you, fuck you, fuck you..." I zablokował możliwość jakiegokolwiek kontaktu. ZDĘBIAŁEM!
Jak się okazało, Rollo rzucił robotę i nie szukał innej. Utracił pokój, bo nie płacił. Kłamał w żywe oczy, że potrzebuje na rent. Pożyczył kasę od każdego, kogo znał i spierdolił. Nie wiadomo gdzie jest i co robi.

Zadzwoniłem wczoraj do Kirka, bo w sumie on Rolla zna trochę lepiej niż ja. Nie wdawałem się w szczegóły, zapytałem tylko o to, czy ma kontakt z Rollem. Powiedział, że Rollo zablokował go na FB już dawno temu i w ostatnich słowach kazał mu się pierdolić. ZDĘBIAŁEM po raz drugi. Powiedziałem, że jestem wściekły na Rolla i muszę go dorwać zanim zwieje z Anglii, a Kirk spokojnie mi oznajmił, że on mu przebaczył i ja też powinienem, że modli się za niego, że polecił jego ciało i duszę bogu, że moja złość jest strasznym grzechem, że muszę zacząć się modlić za siebie, wierzyć w boga, oczyścić się, bo złość jest grzechem i nie będę zbawiony..."
Z wrażenia aż usiadłem. ZDĘBIAŁEM po raz trzeci. W pewnym momencie przerwałem melodyjny głos Kirka i syknąłem do niego: "Co ty, kurwa, pierdolisz?!" I rozłączyłem się.

Po raz kolejny przekonałem się, by nie być zbyt dobrym i wyrozumiałym dla innych. Bardzo ciężko jest znaleźć złoty środek postępowania - gdy odmawiasz pomocy innym, jesteś egoistą i świnią, gdy pomagasz, wychodzisz na tym jak Zabłocki na mydle. Straty stratami, ale kompletnie nie ogarniam tego, że przyjaciel mówi i robi coś takiego swojemu przyjacielowi.
Kiedyś gdzieś czytałem, że to właśnie nasz najlepszy przyjaciel w kryzysowej sytuacji przemienia się w najokrutniejszego i najniebezpieczniejszego wroga. I jest to prawdą.

585. Po dwóch stronach życia

Pat umarła w ubiegłą środę o 13.55.
Asystowaliśmy jej przy obiedzie. Siedziałem na krawędzi łóżka i próbowałem zachęcić, by choć spróbowała obiadu, Alex w tym czasie przygotowywała dla niej specjalny żel do picia. Pat odchylała głowę w bok i uciekała wzrokiem w kierunku pustego fotela przy oknie - patrzyła na niego, unosiła rękę, jakby na coś wskazywała. Nagle położyła głowę na poduszce, wzięła głęboki wdech i zastygła. Po kilku sekundach wypuściła powietrze, lecz jej ciało było już martwe.
Nadal siedziałem na krawędzi łóżka z talerzem na tacy i łyżką w ręku i nie mogłem się ruszyć. Patrzyłem osłupiały na twarz Pat, a w sobie czułem tylko łomotanie serca i wzrastającą pustkę. Alex stała po drugiej stronie łóżka z twarzą bladą jak ściana. Cichutko wyszliśmy z pokoju Pat, by zawiadomić menadżera i sporządzić protokół. Zerknąłem na zegarek - były cztery minuty po 14.

Wiele razy byłem przy zmarłym rezydencie, ale po raz pierwszy rezydent umarł w mojej obecności, tuż obok mnie. Chwycił mnie tamtego dnia jakiś nieokreślony lęk. Przez dwa lub trzy dni huczało mi w głowie, a po dziś słyszę świst uchodzącego z Pat ostatniego oddechu...
Czasami nienawidzę swojej pracy...

Z moich obserwacji wynika, że praktycznie wszyscy rezydenci odchodzą w bardzo podobny sposób. Gołym okiem można zauważyć pierwsze symptomy zbliżającego się końca.
Osoba, która wcześniej jakoś sobie radziła, nagle zapada się w sobie. Ktoś towarzyski, rozmowny, chętnie przebywający z innymi, ciekawy prostych faktów, np. tego, co będzie na kolację, zaczyna się izolować. Nie chce iść do pokoju dziennego, nie przychodzi do jadalni, nie przychodzi pogawędzić do recepcji, nie chce iść na spacer do ogrodu. Ten ktoś zamyka się w pokoju, obojętnieje i najczęściej patrzy w okno. Taki stan pojawia się około tygodnia, czasami dwóch przed odejściem. Potem następuje tzw. "etap łóżkowy". Rezydent kładzie się do łóżka i już z niego nie wstaje, pomimo tego że wcześniej był aktywny. Staje się coraz bardziej apatyczny, nie reaguje na to, że opiekun lub członek rodziny wchodzi do jego pokoju, czasami złości się o proste czynności, które zakłócają jego spokój, jak przebranie się w czyste ubrania lub pomoc w umyciu się.
Potem przestają jeść. Nie jedzą samodzielnie, trzeba ich karmić, ale i to sprawia im trudność. Obojętnym wzrokiem patrzą w próżnię. Nic nie jedzą, tak jakby chcieli się oczyścić. I potem umierają. Najczęściej w nocy, samotni, obojętni, pogodzeni z losem, pogrążeni w ostatnich snach lub we wspomnieniach.
To, że zbliża się ich koniec, wiedzą na pewno, ale czy się boją? Myślałem nad tym. Nie. Chyba nie. Właśnie ten wstępny okres izolacji jest dla nich pewną formą przygotowania się i jest też czasem podsumowań życia.

Chciałbym zaznaczyć, że powyższe spostrzeżenia są tylko i wyłącznie wnioskami wyniesionymi z własnych obserwacji i nie mogą służyć za jakiekolwiek medyczne odniesienia.

środa, 5 czerwca 2019

584. Obrażona manadżerka

Przyszła do mnie wczoraj jedna z menadżerek i powiedziała: "Weźmiesz jutro dodatkową zmianę? Wiesz, że nie mamy ludzi i potrzebujemy dodatkowych rąk do pomocy..." Odmówiłem, gdyż był to z rzędu mój piąty dzień pracy, a poza tym mam trochę prywatnych spraw do załatwienia. Obraziła się na mnie nawet pomimo tego, gdy oznajmiłem jej, że wziąłem dodatkowy dzień w przyszłą niedzielę, kiedy to powinienem mieć wolne.
To, że nie mają personelu jest bezsprzecznie ich winą (wczoraj jedna z dziewczyn mi oznajmiła, że złożyła rezygnację). Jest nas coraz mniej...
Właśnie to przyczyniło się także do pewnego incydentu. Wczoraj rano na piętrze z rezydentami z demencją była tylko jedna z nowych dziewczyn. Nie ma doświadczenia w pracy z takimi ludźmi, gdzie trzeba mieć oczy dokoła głowy. Była sama na piętrze. Z tego, co mi powiedziano, tuż przed śniadaniem pomagała jednej rezydentce się ubrać, gdy ta, całkiem bez powodu, wpadła w złość i najpierw poszarpała ją za włosy, a potem dotkliwie ugryzła w rękę. Dziewczyna musiała iść do szpitala na opatrunek. Ciekaw jestem, jak się to skończy, bo jeśli coś takiego się zdarza, a zdarza się czasami, że rezydenci biją opiekunów, to zawsze winę ponosi opiekun, gdyż rezydent jest nietykalny. W przypływie niedowierzania kręcę tylko głową, gdy ktoś mi mówi, że ktoś tam był ukarany za to, że został oblany przez rezydenta gorącą herbatą...
Z utęsknieniem czekam na urlop. Naprawdę jestem zmęczony. Nic mi się nie chce, nic nie czytam, rzadko piszę ze znajomymi, od czasu do czasu załączę jakiś film, ale nie potrafię dotrwać do jego końca. Z domu wychodzę tuż przed 9 rano, wracam do domu po 21. Naprawdę jestem zmęczony... 

piątek, 31 maja 2019

583. Lalunia z Bollywood, selfie i zasrane pieluchy

Już z utęsknieniem wyczekuję swojego urlopu! Od jutra zaczynam skreślać dni w kalendarzu, bo tak się nie mogę doczekać wyjazdu, a tu został jeszcze cały miesiąc...
Jestem wykończony nawałem pracy (nie tylko zresztą ja, bo mój zmiennik, Carlos, też już ledwo zipie). W ostatnim miesiącu wiele osób odeszło i mamy duże braki w personelu. Niestety, ilość naszych rezydentów wciąż wzrasta.
Aktualnie mamy 64 podopiecznych i np. w kuchni jest tylko jedna osoba, która musi oblecieć 3 piętra z trolleyami (każdego dnia zmiana trolleya na każdym piętrze odbywa się 5 razy)!
Tak samo jest na piętrach - kilka dni temu na piętrze z demencją był przez cały dzień tylko jeden opiekun! Jeden opiekun na 21 rezydentów z demencją, których trzeba pilnować, prowadzać pod ręce, bo upadają i się potykają, karmić, ubierać, przebierać, myć... Taki staruszek potrafi się złościć i rzucać rzeczami, potrafi zaciekle się kłócić i wyzywać, nawet uderzyć, potrafi uciec i tak się schować, że przez kilka godzin się go szuka. Na drugim piętrze, gdzie rezydenci w ogóle nie wstają z łóżek, było dwóch opiekunów...
Z tego co słyszałem, już poszły skargi do biura głównego, że menadżerki w ogóle się nie przejmują brakami w kadrze i ciągle przyjmują nowych podopiecznych. Liczy się forsa, a nie pracownik.

Nowoprzyjęci pracownicy rezygnują już po kilku dniach. Przychodzą i odchodzą, przychodzą i odchodzą. I tak w kółko. Rozmawiałem ostatnio o tym z Carlosem. "A zauważyłeś, kogo przyjmują?", zapytał, gdy siedzieliśmy na fajce. "Same dziewczęta, takie 18 i 19 - stki z wymalowanymi paznokciami, włosami jak kopa siana, makijażem jak z Bollywood i smartfonem w każdej dłoni! I teraz taka lalunia musi iść zmienić zasraną pieluchę dziadkowi, umyć go, ubrać, zmienić pościel, gdy ten krzyczy, wyzywa, łapie za włosy, bije i drapie po rękach. I tak kilkanaście razy dziennie! Wiesz, takie lalunie przychodzą tu, bo myślą, że będą siedziały na tyłkach i robiły sobie przez pół dnia selfie... Nie szukają konkretnych osób, a biorą dzieci, bo taniej się im płaci za godzinę pracy..."

Ostatnio odmówiłem wzięcia dodatkowych dni, gdyż uzbierało mi się trochę spraw prywatnych: zmiana umowy o dom w agencji, problemy z możliwością upadku biura podróży - Thomas Cook (!!), w którym na początku maja kupiłem 5 biletów lotniczych na moją wrześniową wyprawę na koniec świata (w końcu się odważyłem na ten wyjazd, dostałem wizę, zmodyfikowałem trasę, opracowałem atrakcje, które chcę zobaczyć, zabukowałem 6 lotów i kupiłem plecak. Dopiero w drugiej połowie sierpnia planuję rezerwować hotele. Przede mną wyprawa na 2 kontynenty: 5 krajów, 5 miast, z czego 2 to przepotężne aglomeracje, które spędzają mi sen z powiek, ponad 50 godzin w samolotach i ponad 40 tysięcy kilometrów do przebycia). Jeśli uda mi się zrealizować 80 % tego, co mam w planach i jeśli uda mi się wrócić w jednym kawałku do domu - będę z siebie dumny i zadowolony.
Ale to dopiero na przełomie września i października, bo wcześniej, 1. lipca, lecimy na 10 dni na południe Europy. Doczekać się nie mogę!      

środa, 8 maja 2019

582. Nieprzydatność rzeczy. Przypadek samotnego umierania

John umierał świadomie i boleśnie. Złośliwy rak prostaty, ostatnie stadium. W takim stanie przywieziono go do nas ze szpitala. Ponoć tak chciała rodzina. Przywieźli go tylko po to, by w odosobnieniu od nich umarł spokojnie pod naszym czujnym okiem.
Przyjęliśmy go we trójkę, zaraz jakoś po śniadaniu: ja, Lisa i Alex. John patrzył tępo w sufit i ciężko oddychał. Gdy rodzina odjechała, włożyliśmy na niego świeżą piżamę. Za każdym ruchem wyginał się nam do tyłu i krzyczał. Zaciskał dłonie w pięści i uderzał nimi w materac. Gdy w końcu udało nam się go przebrać i ułożyć, zwiotczał, uspokoił się. Ruszał tylko oczyma, jakby czegoś lub kogoś szukał. Jego źrenice biegały non stop od lewej do prawej. Jego dość płytki oddech przeszedł w poświst.
Po południu przyjechały do niego dwie panie. Przywiozły jego rzeczy: trochę ubrań, zdjęcia w ramkach, książki, gazety, jakieś plastikowe i porcelanowe figurki, pocztówki, maskotki, sztuczne kwiaty w wazoniku i haftowaną poduszkę. Udekorowały jego pokój i odeszły.
John krzyczał jedynie w trakcie zmiany pampersów, mycia i ubierania piżamy. Zwykle leżał niemy. Ruszał jedynie oczyma. Jego oddech był jak świst wiatru.
John zmarł ósmego dnia pobytu u nas. Umarł cichuteńko i tak bardzo samotnie. Przez tych osiem dni ani jedna osoba z jego rodziny go nie odwiedziła, nikt przez ten czas nawet nie zadzwonił, by się o niego zapytać. Nikt nie pojawił się nawet w chwili, gdy lekarze zabierali jego ciało.
Dwa dni później przyjechało dwóch mężczyzn po rzeczy Johna. Z tego, co ustaliliśmy był to jego syn oraz wnuk. Ten pierwszy nie odstawiał telefonu od ucha, a ten drugi szybkimi ruchami wrzucał chaotycznie rzeczy Johna do kartonu. Podpisali protokół i poszli. Patrzyliśmy na nich z okna, gdy wyszli przed budynek. Ten pierwszy nadal gadał przez telefon, drugi podszedł do śmietników, otworzył kontener i wrzucił pudło do środka. Wsiedli do samochodu i odjechali.
Spojrzałem na Alex. Po jej twarzy ciekły łzy.      

sobota, 30 marca 2019

581. Wpuść chłopa do łazienki to ci mydło zeżre

Oglądamy z mamą program "Dżentelmeni i wieśniacy". Pytam:
- Ciekawe, która z tych dwóch ról by do mnie pasowała...
- Ta wieśniacka - odpowiada mama bez zastanowienia.
Unoszę nieco brwi i na nią spoglądam.
- Zresztą... Kto by cię tam na swoje salony wpuścił... - wzruszyła ramionami.
- Hmm...