wtorek, 27 sierpnia 2019

597. Markiza na horyzoncie

Zadzwoniła wczoraj wieczorem. Numer był zastrzeżony, więc nie przeczuwałem, że to może być ona. Odebrałem połączenie. Nawet nie zdążyłem o nic zapytać, gdy się wydarła: "Wiem, co chcesz zrobić! Uważaj! Nie ze mną takie gierki!" I rozłączyła się.
Zadzwoniłem do Błękitnookiego. "Do mnie też dzwoniła", oznajmił, głęboko wzdychając. "Spotkajmy się", zaproponował. "Kiedy?", zapytałem. "Jak najszybciej...", chciał jeszcze coś powiedzieć, lecz przerwało nam.

sobota, 24 sierpnia 2019

596. Co powiedział mi Carlos

"Spośród wszystkich moich znajomych jesteś jedyny, który ma tak dużo sekretów".

To najlepszy komplement, jaki kiedykolwiek usłyszałem.

czwartek, 15 sierpnia 2019

595. Chłopięce zabawy

(580)

Filozoficzne pytania o końce i początki, czyli: "Czy ktoś widział Wojtka i Staszka?" (cz.2)

Przyłożył ucho do piersi i słuchał bicia mego serca. Oddychał głęboko i równo, czułem jak drżał. Jedną rękę położyłem na jego plecach, a palcami drugiej przeczesywałem jego włosy. Zaczął mruczeć. Nagle poderwał się i "zawisł" nade mną. Jego twarz znajdowała się dokładnie nad moją. Pomimo ciemności potrafiłem rozpoznać jego rysy. Oczy mu błyszczały. Nie uśmiechał się. Patrzył tak, jakby chciał mnie przenicować lub rozpruć.
"Co?", zapytałem. "Czy wiesz, co to jest... To... tu i teraz, wczoraj i przedwczoraj... Myślałem o tym, że tak nie może być, ale ciągle mnie to fascynuje i nie mogę przestać", nadal wbijał we mnie swój mocny wzrok. "Nie wiem dokładnie", odparłem po chwili. "Czasami wiem, ale nie umiem powiedzieć, że wiem na pewno, bo coś się zmieniło, coś jest innego i dzieje się to w dziwny sposób... Ja też nie mogę przestać...", szepnąłem i zacząłem chichotać, gdyż w swój specyficzny sposób przewrócił oczyma. Czasami robił tak, gdy się niecierpliwił. "Nawet nie pamiętam tego, kiedy się zaczęło i kiedy zacząłem o tym myśleć... Tak naprawdę to chyba nigdy się nad tym nie zastanawiałem...", mruczałem pod nosem jakby sam do siebie. "To było tego dnia, kiedy się poznaliśmy", stwierdził stanowczo, "Nie ma innej możliwości..."
"Kilka dni temu słyszałem rozmowę mojej mamy z twoją...", Staszek zwinął usta w ciup i zmrużył oczy. "Taaak?", zaciekawił mnie. Wsparłem się na łokciach, a on się nieco odchylił do tyłu. "Rozmawiały o nas...", dodał po chwili, a jego oczy zwęziły się i przybrały postać rogalików. "To było coś złego?", czułem, jak serce zaczyna mi łomotać, a gardło się ścisnęło. "Mówiły coś o skomplikowanej zażyłości i naturalnych problemach dorastania, że nie trzeba się niczym przejmować, bo to jest nieszkodliwe i że to wszystko przeminie... I twoja mama powiedziała, że ona się nie będzie martwić, bo będzie, co będzie. I moja mama się z nią zgodziła", Staszek usiadł obok mnie po turecku i zapatrzył się w szemrzącą rzekę. Zastanowiły mnie te słowa. "Co to znaczy, że to wszystko przeminie? Nie chcę, by to przemijało, nie chcę, by było inaczej. Nie rozumiem tego", w mojej głowie myśli biły się ze sobą niczym stado wygłodniałych kruków walczących o padlinę. Staszek przez chwilę patrzył na mnie, zwinnie nachylił się w moją stronę i nasze usta zetknęły się.
"Hooop! Hoop!", ciszę rozdarł nagły okrzyk z drugiego brzegu Odry. Staszek odsunął się i syknął. Spojrzałem w stronę, skąd dobiegało wołanie. "Ciiiii... To Marcin... Nie odpowiadaj", podał mi rękę. Staliśmy obok siebie ze stopami zanurzonymi w wodzie, zupełnie nadzy, tak jak nas bozia stworzyła i patrzyliśmy w nieprzeniknioną ciemność rzeki. Okryci nocą, ukryci w sobie, skryci dla innych - trzymaliśmy się za ręce i myśleliśmy o dali. O tym, co jest i o tym, co będzie. "Hooop! Hoop! Wojteek!", rozległo się ponowne nawoływanie.
"Nie musimy wszystkiego rozumieć", odezwał się Staszek. "I nic się nie zmieni", dodał po chwili. "Dobrze. Wracajmy już", zaproponowałem.
Weszliśmy do wody. Tym razem płynęło się znacznie ciężej, gdyż było pod prąd. Odra wydawała się chłodniejsza i nurt jakby mocniej napierał i porywał. Zmęczeni, dygocąc z wysiłku i chłodu, wygramoliliśmy się na brzeg. Po omacku odszukaliśmy miejsce, gdzie się rozebraliśmy, lecz, ku naszemu zaskoczeniu, nasze ubrania zniknęły.                      

środa, 14 sierpnia 2019

594. Chłopięce zabawy

(580)

Upiory najczęściej przychodzą nocą

Znad Odry wracaliśmy okrężną drogą. Piaszczysta ścieżka wiła się półkolem między polami. Daleko przed nami, w rozpalonym powietrzu, drżały dachy ledwo widocznych domów, gdzieś z lewej strony warczał kombajn. Kilka osób pracowało daleko w polu. Ich sylwetki przypominały biegające mrówki. Zbierano zżętą słomę, wiązano ją w snopy i układano w stogi.
Dochodziła połowa sierpnia. Z nieba lał się żar. Przystanęliśmy na rozstaju dróg, tuż przy drewnianej kapliczce. Marcin Gawęcki, nasz najlepszy kumpel, oparł rower o pień drzewa i przyłożył rękę do czoła. Dostrzegł coś na końcu dróżki ginącej w borze i uporczywie się temu przypatrywał. Miał na sobie jedynie dżinsowe spodenki, nierówno przycięte i wystrzępione tuż nad kolanami. Staszek położył rower na wysuszonej trawie, usiadł obok niego i wyciągnął z chlebaka butelkę wody. Pił chciwie. Następnie dał wodę Marcinowi, a ten podał mi. "Jedźmy już stąd", westchnął Marcin i chwycił za kierownicę. "Odpocznijmy tu chwilę. Rozpływam się", stęknął Stachu i wyłożył się w cieniu brzóz. "Nie lubię tego miejsca... Jest przeklęte", Marcin zerknął trwożnie na kapliczkę, a potem rozejrzał się dokoła. "Przeklęte?", zainteresowałem się. Stachu podparł się na łokciach i, mrużąc oczy, przyglądał się pracującym ludziom na odległym polu.
Marcin zwrócił się w naszą stronę, wsparł ręce na biodrach i lekko kiwnął głową. "Babcia opowiadała mi o tym miejscu", zaczął mówić z przejęciem. "Jest nawiedzone. Wiele osób ze wsi widziało tu upiora w czarnym kapeluszu. Wyłazi nocą spod ziemi i przychodzi do wsi. Stuka w okna i pije krew krów w oborach. Te krowy potem zdychają".
Patrzył na nas z nieokreśloną miną. "Nie znacie tej historii?", spytał z niedowierzaniem. "To chodzi o tego księdza, co to powiesił się na belce w dzwonnicy?", zapytał Stachu, marszcząc czoło. "Dziadek kiedyś o tym opowiadał", wtrąciłem się. "Mówił mi, że dawno temu zginęła mu jałówka, że przepadła jak kamień w wodzie. Nikt dokładnie nie wiedział, co się z nią wtedy stało", ponownie sięgnąłem po butelkę wody. "Tak! Dokładnie!", Marcin uniósł nieco głos i rozłożył ręce. "Ponoć pochowano go tutaj, gdzieś między tymi brzozami, a po kilku dniach, po tym jak go tu pochowano, ludzie, którzy wracali z lasu, znaleźli rozkopany grób i ślady butów na drodze. Tak jakby ktoś szedł stąd do wsi...", chłopak wskazał ręką w stronę dalekich zabudowań. "To dlatego zbudowano tu kapliczkę?", spojrzałem na wysoki pień brzozy. "Która i tak nie chroni wsi przed upiorami", Stachu uśmiechnął się i wsiadł na rower.
Zatrzymaliśmy się przy bramce naszego podwórka. Ciszę letniego popołudnia przeciął daleki pomruk zbliżającej się burzy. Niebo nad odległą ścianą boru rozjaśniła błyskawica. Marcin uniósł nieco do góry przednie koło kolarzówki i spiął się. "To na razie, chłopaki! Do jutra!", zawołał przez ramię i odjechał w kierunku starego młyna.
Schowaliśmy rowery w szopce i weszliśmy do domu. Zauważyłem, że babcia ma gościa. Ktoś siedział z nią przy kuchennym stole. Nie mogłem go rozpoznać, gdyż do wejścia zwrócony był plecami. Był to jakiś chłopak, chyba któryś z naszych kolegów ze szkoły. "Kto to?", szepnął Staszek. Wzruszyłem ramionami. Weszliśmy do kuchni. Babcia zerknęła na nas smutną miną, a gość zwrócił się w naszą stronę. W tym momencie huknęło gdzieś za domem. Burza dotarła do wsi. Stachu spojrzał na mnie, a ja na niego. Skamienieliśmy.
           

poniedziałek, 5 sierpnia 2019

593. Topielec

Szybkimi ruchami zrzucił buty i dżinsy. Bez zawahania wszedł do wartkiej wody. Obserwowałem, jak brnął po pas przez wzburzoną rzekę. Jakieś trzy metry przed nim, nieco ponad toń, wystawało powalone drzewo. Woda zdarła liście i pieniła się wściekle pomiędzy szkieletami gałęzi. Błękitnooki jedną ręką chwycił się pnia, a drugą próbował sięgnąć topielca. Niestety, utknął w takim miejscu, że można było chwycić go jedynie od strony napierającej wody. Bzyczek powolnymi ruchami minął przełamany pień i ruszył pod prąd. Dla równowagi przytrzymywał się wystającej gałęzi. Obawiałem się, że nie zdąży, gdyż topielec chwiał się na boki i groził mu upadek wprost w wzburzoną rzekę. Gdy już prawie udało się chwycić go, ten wygiął się i przechylił na krawędzi. Woda zalała mu głowę, lecz ostatkiem sił uniósł się i utrzymał bezpieczną pozycję. Bzyczek zwinnym ruchem chwycił go za kark i przyciągnął do siebie. Wypuściłem przytrzymywane przez chwilę w płucach powietrze. Gdy dotarli na brzeg, chciałem przejąć topielca, lecz ten naprężył się, wydał głęboki pomruk i jednym susem wyrwał się z rąk Błękitnookiego. Z odległości spojrzał na nas z wyrzutem i dał dyla w pobliskie krzaki.
- Niewdzięcznik! - Zawołał za nim Błękitnooki.
- Co za kot! Wariat! - Bąknąłem.
- Patrz, jak mnie podrapał... - jęknął Bzyczek.
- Niewdzięcznik! - Rzuciłem w kierunku kota, którego już dawno przy nas nie było.        

niedziela, 4 sierpnia 2019

592. Uważaj na mnie!

Jestem tęczową zarazą!
Jestem niebezpieczny! Dla siebie i dla Ciebie. Także dla Twojej ciotki, babki, sąsiadki, wujka, dziadka i montera anten satelitarnych!
Bulwersuję swym istnieniem! Bulwersuję tym, że jestem...
Najpierw skradam się. Ukrywam za szafą, za płotem, za ławką w parku i na dnie sadzawki. Potem atakuję jak pijawka - przysysam się do twej wolności i ograniczam ją.
Unikaj mnie w mieście - nie siadaj obok mnie w tramwaju, w autobusie, omijaj szerokim łukiem na chodniku, unikaj mnie w kinie, w sklepie, w pubie, nie stawaj obok mnie na przystanku.
Jestem tęczową zarazą!
Nie patrz na mnie - możesz oślepnąć. Nie podawaj mi ręki - poparzysz się. Nie odzywaj się do mnie - możesz stracić głos. Nie oddychaj tym samym powietrzem - dostaniesz rozedmy. Nie czytaj mojego bloga - tragicznie zginą Twoje szare komórki.
Tak! Chyba masz rację!
Unikaj mnie najsilniej, jak tylko możesz. Chroń przede mną swoje rybki w akwarium, kaktusy i paprotki, odgrodź ode mnie swoją plantację buraków, ziemniaków, kukurydzy, czy też bananów, myj ręce po powrocie do domu, używaj antytęczowego dezodorantu i antytęczowych sanitariatów.
Uważaj na mnie, bo mógłbym przejść obok Ciebie, podać Ci rękę na powitanie i lekko się do Ciebie uśmiechnąć lub też mógłbym nieświadomie otrzeć się o rękaw Twojej kurtki w kolejce w markecie...
Tak na serio to nie gryzę, nie kopię, nie drapię, nie wyzywam i nie przeklinam zbyt mocno..., nawet też nie śmierdzę...
Ale bój się mnie, bo jestem tęczową zarazą!

poniedziałek, 22 lipca 2019

591. Tajemnice zmartwychwstałej przeszłości

Od ponad tygodnia Bzyczek jest w Zabytkowym Mieście. Rozmawiamy co drugi, trzeci dzień, najczęściej późnym wieczorem, kiedy to podtrzymuje mnie na duchu po ciężkim dniu w pracy. Nasza ostatnia, piątkowa rozmowa chyba zapadnie na zawsze w mojej pamięci.
Było jakoś po 22.30, gdy zadzwonił. "Nie uwierzysz, co dziś się mi przytrafiło", wypalił od razu. "Opowiadaj", zaciekawił mnie ton jego głosu. "Umówiłem się z Basią na rynku", zaczął mówić. "Czekałem na nią na ławce, gdy nagle podszedł do mnie jakiś gościu. "Piotrek??" Zapytał. Wyglądał na totalnie zaskoczonego. Ja w sumie chyba też! Zmrużyłem oczy i przyjrzałem się mu dokładniej i zamarłem. To był on! Poznałem go! Z wrażenia zacząłem się jąkać! Podał mi rękę na powitanie. "Co ty tu robisz? Jesteś na wakacjach? A gdzie jest Wojtek?", pytał, patrząc wprost w moją twarz, a ja stałem jak słup soli! "Skąd wiedziałeś, że tu będę?", głupio zapytałem. "Mam dobrych informatorów!", zaśmiał się. Spojrzałem na niego, a on spoważniał. "Przecież żartuję! Nie wiedziałem. To przypadek, że cię tu spotkałem", sprawnie odparł. Chciałem coś powiedzieć, lecz zaczął znów pytać: "A Wojtek jest w mieście? Co u niego? Słyszałem, że zmienił pracę..." Wytrzeszczyłem oczy i zachłysnąłem się... "Skąd wiesz, że...", nie skończyłem, gdyż stanęła przy nas Baśka. Błękitnooki spojrzał na nią i skinął jej głową. "Miło było cię znów zobaczyć", klepnął mnie w ramię i odszedł".
Wysłuchałem opowieści Bzyczka i z niedowierzającą miną krótko skomentowałem: "O ja pierdole..." "No właśnie! Ja też!"
Długo potem nie mogłem zasnąć, ciągle myślałem o ich rozmowie, ale jednego faktu nie potrafiłem sobie wyobrazić (nadal tego nie potrafię): Błękitnooki na powitanie podaje rękę Bzyczkowi. Przecież takie rzeczy się nie zdarzają...
A może to był tylko sen?     

niedziela, 21 lipca 2019

590. Krótka relacja z wyjazdu do Hiszpanii i Portugalii

Już jakiś czas temu wróciliśmy z urlopu. Praktycznie od razu powrót do pracy i nie było zbyt wiele czasu na notatkę (do tej pory nie posegregowałem zdjęć i nie ogarnąłem się dokładnie). Nie wiem, ale porównując ten wyjazd z ubiegłorocznym objazdem Andaluzji, tym razem było ciężej - dłużej (10 dni w trasie) i ciężej (2 kraje).

Zrealizowaliśmy 90% założonego planu. Z powodu przebudowy i prac remontowych nie byliśmy na madryckim Plaza de Espana z pomnikiem Don Kichota i Sancho Pansy, z braku czasu nie weszliśmy w Toledo do wnętrz Alcazaru, a w Lizbonie straciliśmy zwiedzanie klasztoru Hieronimitów (w poniedziałki nieczynne) oraz nie skończyliśmy zwiedzania katedry ze względu na rozpoczynający się serwis (wyproszono nas!). Za to Salamankę zwiedziliśmy prawie na 150%.

Ci, którzy obserwują mnie na Instagramie lub na FB, na bieżąco mogli zobaczyć część ciekawszych zdjęć, tu zamieszczę tylko kilka wraz z krótkim opisem.

1. Madryt - stolica Hiszpanii. Na tak duże miasto 3 dni to zbyt mało, by zobaczyć wszystkie najciekawsze miejsca. Wybraliśmy te najpopularniejsze dla turystów - Zamek Królewski (Alcazar), Katedra Almudena, piękny Park Retiro, Ogród Botaniczny, miejskie place - Plaza Mayor i Plaza del Sol oraz kilka innych, do tego ciekawe miejsca jak klasztor klarysek Descalzas Reales (chyba najpiękniejszy klasztor jaki kiedykolwiek widziałem, wielka szkoda że nie wolno fotografować wnętrz), egipska świątynia Debod czy Bazylika San Francisco El Grande. Oczywiście tych miejsc było znacznie więcej, wymieniłem tylko te najważniejsze.
Madryt zastaliśmy w trakcie przygotowań do Gay Pride - mnóstwo ludzi, pobudowane sceny w centrum, imprezy wieczorami, wszędzie tęczowe flagi. Jednego wieczoru wybraliśmy się na imprezę związaną z paradą - sympatyczni ludzie, otwarci, uśmiechnięci, wyśmienite drinki, tańce na ulicach i dobra muzyka.
Katedra Almudena
Pałac Królewski
Pałac Kryształowy w Parku Retiro
Upadły Anioł w Parku Retiro
2. Toledo - do Toledo pojechaliśmy z samego rana pociągiem i wróciliśmy do Madrytu późnym wieczorem. Całe miasteczko znajduje się na liście Unesco i nieco przypomina Asyż. Nad miastem góruje reprezentatywny Alcazar (do którego nie udało się wejść) oraz ogromna katedra Santa Iglesia. Jej wnętrza powaliły mnie na kolana. Zwiedziliśmy uroczy gotycki Monasterio de San Juan de los Reyes oraz Bazylikę Iglesia de Santo Tome, gdzie znajduje się obraz El Greco "Pogrzeb hrabiego Orgaza". Stałem przed nim oniemiały - wychwytywałem odniesienia do sztuki bizantyjskiej i podziwiałem przecudną izokefaliczną kompozycję (było to moje marzenie - zobaczyć oryginał właśnie tego obrazu El Greco). Sporo oryginałów mogliśmy zobaczyć także w galerii katedry toledańskiej - są tam obrazy El Greco, de Goya, Caravaggio, van Dyck'a, Rafaela Sanzio, Giovanniego Belliniego oraz Jacobo i Francesco Bassano. W zakrystii znajduje się także zbiór średniowiecznych manuskryptów i liturgicznych artefaktów.
Widok na Alcazar w Toledo
Wnętrza katedry w Toledo
średniowieczne manuskrypty
Jacobo Bassano "Presentacion de Jesus en el Templo"
Krużganki w Monasterio de San Juan de los Reyes
3. Salamanka - śmiało mogę powiedzieć, że to miasto jest moim faworytem w turystyce. Jedno z najpiękniejszych hiszpańskich miast, jakie do tej pory zwiedziłem.Podobnie jak Toledo Salamanka w całości znajduje się na liście Unesco. Tam było można na własnej skórze poczuć hiszpański klimat. W centrum tego miasteczka znajduje się Plaza Mayor (wyczytałem, że to największy rynek w całej Hiszpanii), Uniwersytet, średniowieczna Katedra oraz Casa de las Conchas, czyli Dom Muszli. Budynek ten jest sercem Salamanki, gdyż ściśle wiąże się z historią miasta i większość legend i podań miejskich dotyczy właśnie tego miejsca.
Katedra to prawdziwy majstersztyk architektoniczny - stara romańska katedra (z połowy 12 wieku) oraz nowa katedra (z początku 16 wieku) to tak naprawdę jeden budynek. Obie katedry są tak połączone ze sobą, że tworzą jednolitą całość. A wnętrza... Palce lizać! Uczta dla oczu! Coś wspaniałego! Ostatni raz pod tak ogromnym wrażeniem byłem, gdy zwiedzałem katedrę w Sevilli, gdzie znajduje się grobowiec Krzysztofa Kolumba. Przepiękne wnętrza oraz artefakty katedry w Salamance warte są wszystkiego! Z wieży rozpościera się widok na miasto. Na górę wspięliśmy się w odpowiednim czasie. Weszliśmy do sali z dzwonami, gdy te zaczęły bić! Huk potężny!
I na koniec - na głównym tympanonie katedry znaleźć można płaskorzeźbę kosmonauty - odebrałem to jako mały architektoniczny żart, a w rzeczywistości to symbol, ukazujący historię tego budynku, to taki pomost pomiędzy przeszłością i przyszłością.
Niedaleko od centrum znajduje się bazylika Convento de San Esteban. Zwiedzając wnętrza, miałem wrażenie, że przeniosłem się do średniowiecza - mroczne i chłodne krypty, krużganki, freski, antyki, kręte schody, ukryte przejścia w ścianach, stare i zaśniedziałe lustra, odbijające sprzęty i wywołujące wrażenie trójwymiarowości.
Uniwersytet i Dom Muszli
Katedra w Salamance
Grobowce w Starej Katedrze
Kosmonauta na tympanonie Nowej Katedry
Convento de San Esteban
Convento de San Esteban
Dzwony na wieży katedry w Salamance
4. Lizbona - stolica Portugalii. Wprost z Salamanki autokarem udaliśmy się do Lizbony. Przejazd, z krótkimi postojami, trwał ponad 8 godzin. Było tu znacznie chłodniej niż w centrum Hiszpanii i mogliśmy nieco odetchnąć od upałów (w Madrycie jednego dnia po południu było 49 stopni!) 3 dni, podobnie jak w Madrycie, są niewystarczające na to, by zobaczyć całe miasto i poczuć jego klimat. Wybraliśmy najbardziej reprezentatywne miejsca i nie zawiedliśmy się.
Chciałbym zaznaczyć, że zwiedzanie Lizbony wymaga niezłej kondycji - miasto położone jest na wzgórzach i pieszo trzeba co chwilę wspinać się po stromych i wąskich uliczkach, którymi pędzą krótkie i sprawne tramwaje - to wizytówka Lizbony.
Pierwszego dnia zwiedziliśmy centrum i okolice - sercem miasta są dwa place: Praca de Comercio i Praca de Rossio połączone główną promenadą Rua Augusta. Nad dzielnicą Alfamą góruje zamek Castelo de S. Jorge. Z jego murów roztacza się panorama na Lizbonę. Schodząc ze wzgórza, udaliśmy się do National Pantheon (Church of Santa Engracia), gdzie pochowany jest Vasco da Gama oraz do klasztoru Monastery Sao Vicente de Fora. W klasztorze tym, zbudowanym w stylu klasycystycznym, zobaczyć można setki kafelkowych mozaik, będącymi rękodziełami reprezentatywnymi dla Lizbony i całej Portugalii. Z dachu roztacza się piękna panorama na Alfamę oraz na całe miasto. Po południu udaliśmy się na odległy zabytkowy cmentarz Prazeres, powstały w 1883 roku po epidemii cholery (gdzieś czytałem, że w najstarszej części tego cmentarza pochowane (przeniesione) zostały także ofiary trzęsienia ziemi z 1775 roku, kiedy to zginęło ponad 90 tys. ludzi, a Lizbona była zrównana z ziemią). W rodzinnych grobowcach, niektórych dotkniętych upływem czasu, można zobaczyć trumny - zniszczone, połamane i rozpadające się.
Drugiego dnia przepłynęliśmy na drugą stronę zatoki do Almady i wspięliśmy się na wzgórze, by zobaczyć figurę Chrystusa (mniejsza replika Chrystusa z Rio) oraz wiszący most (replika Golden Gate), a następnie pojechaliśmy do Belem, by podziwiać Belem Tower. Nie udało się wejść do klasztoru Hieronimitów, gdyż akurat w tym dniu był zamknięty.
Torre de Belem
Praca de Comercio
National Pantheon (Santa Engracia)
Most nad zatoką
Prazeres - sztuka cmentarna
Wnętrza Monastery Sao Vicente de Fora
Trzeciego dnia wyjechaliśmy pociągiem do Porto, by tam udać się na lotnisko i wrócić do domu.