wtorek, 22 października 2019

604. Kilka wspomnień z wyprawy na koniec świata cz.2.

3. Sydney, Australia

Sydney było głównym celem mojej dalekiej wyprawy.
Samolot Asiana Airlines do Sydney na płycie lotniska w Seulu
Lot z Seulu do Sydney trwał 11 h. 10 min. i był dość niespokojny. Pierwsze turbulencje pojawiły się tuż za Kiusiu, południową wyspą Japonii - rzucało mocno, migały lampki awaryjne, otwierały się luki bagażowe nad fotelami. Drugie turbulencje nastąpiły wcześnie rano, gdy przelatywaliśmy nad Papuą Nową Gwineą i te były dużo silniejsze niż te znad Japonii. Ogólnie to pasażerowie zachowywali się spokojnie, stewardessy wyjaśniały, że w tym rejonie to normalne. Przetrwaliśmy! Przeszedłem przez odprawę paszportową i celną na lotnisku w Sydney i w tak prosty sposób znalazłem się w Australii.

Trasa przelotu
Prawdę mówiąc, trochę byłem spięty przed odprawą, gdyż naczytałem się wcześniej, że granica jest bardzo restrykcyjna - że trzeba się tłumaczyć po co się tu jest, na jak długo, że trzeba rozpakowywać plecak na kontrolach. Nic takiego nie było! Oficer w okienku zeskanował tylko mój paszport, nawet wizy nie sprawdził. Być może było tak, ponieważ po raz pierwszy byłem w Australii. Moja wiza była jedynie sprawdzana w Seulu przy nadaniu bagażu, upewniano się, czy mogę wejść na pokład samolotu lecącego do Sydney. Wszystko było w porządku.
Mój hotel w centrum Sydney
I znów miałem nosa co do lokalizacji hotelu - wszędzie blisko - do Opery i Circular Quay spacerkiem niecałe 10 minut, blisko przystanki i główne miejsca turystyczne.
Pierwsze spotkanie z Operą
Sydney jest niesamowicie malownicze! Nad zatoką góruje Harbour Bridge, budynek sławnej opery oraz wieżowce i apartamentowce rozlokowane dokoła przystani Circular Quay. Tuż za Operą jest wejście do Królewskiego Ogrodu Botanicznego. Dokoła egzotyczna roślinność typowa dla kontynentu australijskiego (tzw. endemity), pełno palm i drzew butelkowych, a na nich stada rozkrzyczanych papug oraz innego ptactwa. W ogrodzie tym czuć jak na dłoni zapach kwiatów oraz wody morskiej. Przepiękne miejsce.
Widok na Operę z Harbour Bridge
Opera nocą
Ogród botaniczny
Drzewo butelkowe w ogrodzie botanicznym
Ogród botaniczny - drzewo butelkowe
Drugim ogrodem, który zaparł mi dech w piersiach, jest Wendy Whiteley Secret Garden. Położony po drugiej stronie zatoki, niedaleko za mini parkiem rozrywki w Lavender Bay. Setki gatunków drzew, krzewów, krzewinek, palm, kwiatów i traw i ogromne paprocie drzewiaste (!!) - to prawdziwy raj. W wąskich przejściach, w nieco mrocznych zaułkach są ukryte ławeczki i stoliki, można na nich przysiąść i podziwiać port, Harbour Bridge i zatokę. Ciszę i spokój tego miejsca przerywa jedynie skrzek papug i śpiew kolorowego ptactwa oraz buszujące w zaroślach indyki.
Secret Garden i widok na most i na zatokę
Indyki w ogrodzie
Paprocie drzewiaste
Gdy schodzimy z Harbour Bridge po przeciwnej stronie zatoki, Secret Garden znajduje się po lewej stronie, natomiast po prawej położona jest dzielnica Kirribilli. Roztacza się stąd widok na serce miasta, czyli Operę, dzielnicę wieżowców oraz na sam most. Dotarłem aż na sam koniec tego wąskiego i długiego niczym palec półwyspu. Spomiędzy domów i wąskich zaułków wyłania się obraz miasta i zatoki.
Widok na miasto z Kirriblli
Panorama na centrum z Kirribilli
Taronga ZOO położone jest dość daleko od centrum. Trzeba płynąć ok. 20 minut promem z Circular Quay. ZOO jest przepięknie położone na wzgórzu nad zatoką, roztacza się stąd panoramiczny widok na dalekie centrum Sydney.
Panorama na miasto
Kangury w ZOO
Paprocie drzewiaste
Ogólnie to trochę byłem rozczarowany, bo nastawiałem się na endemiczną faunę i florę kontynentu, a tu spotkałem typowy przekrój każdego innego ZOO. Z gatunków australijskich było kilka kangurów, koali, emu, dziobaki, kolczatki i wombaty. Warto zobaczyć też smoki z Komodo oraz ogromne żółwie z Galapagos. Bardzo ciekawym doświadczeniem była "wyprawa" na Sumatrę. Najpierw grupa wchodzi do samolotu i leci na Sumatrę. W okienkach pojawiają się widoki na stożki wulkanów, morze, jeziora i nieprzebytą dżunglę. Z samolotu wychodzi się wprost do sumatrzańskiego lasu deszczowego - tropikalna roślinność imituje prawdziwy ekosystem Sumatry (paprocie drzewiaste). Nad głowami latają ptaki, papugi krzyczą gdzieś na palmach, za plecami rozlega się ryk tygrysa... Niesamowite wrażenia!
Na Sumatrze
Na Sumatrze
Sumatrzańskie paprocie drzewiaste
Ogromnym minusem ZOO były grupy rozkrzyczanych dziecisków oraz ich bezczelnych rodziców, którzy czasami gorzej zachowywali się od swych pociech - drą się, przekrzykują, wołają kogoś stojącego po drugiej stronie areny, rozpychają, odpychają innych od szyby czy od siatki tak, by ich dzieci były pierwsze (tu świetna historia - przy wybiegu dla słoni dwie kobiety ustawiły dwoje dzieci tuż przy bramce, brakowało tylko tego, by wsadziły dzieciaki wprost pod słoniowe nogi, w pewnym momencie słonica nabrała wody i chlusnęła nią w te dzieci... Ile było pisku, wrzasku, płaczu i lamentu... Odszedłem stamtąd, bo nie mogłem tego słuchać), rzucają śmieci i odpadki na chodniki...
Smoki z Komodo w Taronga ZOO
Moje oczekiwania w stosunku do egzotycznej fauny i flory spełnione zostały w Wild Life Sydney ZOO oraz w Sea Life Sydney Aquarium. Pierwsze miejsce prezentuje tylko i wyłącznie gatunki australijskie - obok koali, dziobaków i kangurów są tam dziesiątki jadowitych węży, pająków, jaszczurów, smoków, rożnych robali i jadowitych mrówek. Pierwszy raz w życiu widziałem właśnie tam krokodyla różańcowego (prawie 6 metrów, kolos!). Oceanarium przypomina nieco to z Londynu, szkoda że nie mają tam rekina białego.
W Aquarium
Krokodyl różańcowy
Australijskie pająki
Australijskie pająki
Jednego dnia z rana wybrałem się na rejs na otwarty ocean, by obserwować migrujące wieloryby (wrzesień i październik to czas migracji wielorybów na północ). Zbyt dużo ich nie było, ale kilka okazów wystawiło ogon ponad toń wody i można było zrobić fotkę.
Migrujące wieloryby
Ostatnim miejscem, które chciałbym przedstawić to Chinese Garden of Friendship. Znajduje się niedaleko Aquarium. To piękny ogród w chińskim stylu z orientalną azjatycką ornamentyką. Warto to zajrzeć i odpocząć po długim dniu odkrywania centrum Sydney.
Azjatycka architektura w ogrodzie
Iguana
Czapla (?)
Ostatni dzień to w sumie przygotowywania do nocnego wylotu do Malezji - ostatnie zakupy, ostatnie przechadzki, ostatnie zdjęcia opery. Niebo było tego dnia zachmurzone, od strony oceanu wiał chłodny wiatr. Tuż przed godziną 17. przyjechał mój transport i udałem się na sydneyskie lotnisko.
Tak zakończył się mój krótki pobyt w Sydney.
Ostatnie spojrzenie na Operę

wtorek, 15 października 2019

603. Kilka wspomnień z wyprawy na koniec świata cz.1.

Nie zamierzam pisać kolejnego przewodnika, gdyż takich jest na pęczki, chciałbym jedynie utrwalić kilka wspomnień z wyjazdu, które albo mnie rozbawiły, albo zaskoczyły, albo też przeraziły.
Bardzo trudnym zadaniem jest wskazanie najlepszej atrakcji lub najciekawszego miejsca w tak dużej i zróżnicowanej wyprawie, bo niemożliwym jest zestawienie obok siebie na przykład Korei Południowej i Malezji i wskazanie lepszego miejsca. Każdy z odwiedzonych przeze mnie krajów miał swoje wady i zalety, miejsca interesujące i bezbarwne.
Jeszcze przed wyjazdem dokonałem pewnego rankingu: ułożyłem miasta według skali trudności i dedukowałem, gdzie może być najciężej. Założyłem, że największym wyzwaniem w poznawaniu i odkrywaniu będzie Seul, potem Kuala Lumpur, Bandar Seri Begawan, Sydney i na końcu Abu Dhabi, czyli uznałem, że stolica Zjednoczonych Emiratów będzie najłatwiejsza.

Jak to wyszło w praktyce:

1. Abu Dhabi, Zjednoczone Emiraty Arabskie

Po 7 godz. i 40 minutach lotu Airbus A-380 planowo wylądował na lotnisku w Abu Dhabi. Będąc jeszcze na Heathrow cieszyłem się jak dziecko, że polecę wymarzonym samolotem. Odprawa celna i paszportowa bardzo sprawne (tak naprawdę tylko około 30 osób udało się w kierunku wyjścia do miasta, reszta pasażerów przeszła na transfer). Na zewnątrz uderzyło we mnie gorące, ciężkie i suche powietrze (czułem się, jak w suchej saunie). Do hotelu dotarłem ok. 22.30 mokry jak szczur.
Airbus A-380 na płycie lotniska Heathrow
Już na samym początku mapy wprowadziły mnie w błąd. Okazało się, że miasto jest rozległe, a wybrane przeze mnie miejsca są od siebie bardzo oddalone - od hotelu do głównego meczetu ok. 15 kilometrów(!!!), do plaży i Marina Mall ok. 8 km. Trzeba było dokonać błyskawicznej kalkulacji i wybrać to, co najważniejsze.
Mój hotel w centrum (bardzo odległym centrum)
Głównym punktem programu był Sheikh Zayed Grand Mosque. Dostałem się tam... taksówką! W sumie to znalazłem przystanek autobusów miejskich, lecz wszystkie oznaczenia były po arabsku, ale gdy dowiedziałem się, że trzeba gdzieś tam się przesiadać na inny autobus, zrezygnowałem i złapałem taxi. Było to najlepsze rozwiązanie.
Widok na meczet z platformy widokowej
Meczet jest przepiękny. Nie było tłumów, nikt się nie przepychał. Na koniec zostawiłem sobie platformę widokową poza terenem meczetu. Trzeba było przejść ok 1 km. w obie strony. To był wyczyn, gdyż temperatura dobijała do 56 stopni C... Zamontowałem telefon na selfie kiju i zrobiłem dosłownie kilka zdjęć, bo aparat tak się rozgrzał, że parzył w ręce. Wystraszyłem się, że ekran się stopi lub rozleje i potem chłodziłem go w muzeum.
W drodze na platformę widokową
Potem udało mi się wybrać do Marina Mall, zobaczyć luksusowy 7 gwiazdkowy hotel Emirates Palace, Etihad Towers, pospacerowałem po plaży i po sławnej Cornische Promenade.
Etihad Towers
Widok na Marina Mall z Emirates Palace
Ze względu na odległości i wysokie temperatury nie udało mi się zrealizować wszystkiego, co sobie zaplanowałem. Teraz, patrząc na całokształt wyjazdu, Emiraty były dla mnie najtrudniejsze.

2. Seul, Korea Południowa

8,5 godziny lotu do Seulu i znów Airbusem A-380. Odprawa celna i paszportowa błyskawiczna, Koreańczycy nawet nie biją stempli do paszportów.
Trasa przelotu
Byłem ciekaw tego kraju, i to bardzo. Wcześniej odległy, tajemniczy, orientalny i egzotyczny, poza możliwościami do poznania i wyobrażenia sobie. Dziś mogę stwierdzić, bez porównywania z pozostałymi miejscami, że najciekawszy i najbardziej pozytywny (cieszę się, że na ten czas wybrałem Koreę zamiast Tajwanu).
Mój hotelik w Insadong
Miałem nosa co do hotelu. Mały hotelik przy Insadong w historycznej dzielnicy Jongno - gu. Wszystko było pod ręką - centrum Seulu, pałace cesarskie, ogrody, świątynie, mnóstwo sklepów, knajp, restauracji, stacje metra, autobusowe - wszystko dosłownie w obrębie max. 800 metrów.
Koreańskie jedzenie raczej tylko dla tych, którzy lubią eksperymenty kulinarne lub lubią jeść i nie pytać, co jedzą. Mnie odrzuciło, próbowałem, lecz na siłę. Nawet nie zdajecie sobie sprawy z tego, jak bardzo się ucieszyłem, gdy drugiego dnia przymusowej głodówki znalazłem... Burger Kinga! Chyba w tamtym momencie byłem najszczęśliwszym człowiekiem w Seulu!
Gyeongbokgung palace
Głównym punktem programu koreańskiego były cesarskie pałace Seulu. Tutaj jedna uwaga - architektura wszystkich budynków jest praktycznie identyczna, wyglądają prawie tak samo - identyczne dachy, zdobienia, wnętrza, wyposażenie. Odwiedziłem cztery pałace z pięciu: Gyeongbokgung, Deoksugung, Changdeokgung oraz Changgyeonggung (dwa ostatnie znajduja się na liście Unesco).
Changdeokgung Palace


Obejście czterech pałaców zajęło sporo czasu, gdyż przylegający doń teren jest duży, do tego dochodzą cesarskie ogrody, jak na przykład Secret Garden przy Changdeokgung Palace (ogólnie to byłem nieco rozczarowany tym ogrodem, zwiedza się go tylko z przewodnikiem w grupie, a nasza grupa była zbyt liczna. Dość zabawna była reakcja ludzi na informację, iż niektóre partie ogrodu są niebezpieczne dla zwiedzających, gdyż akurat trwa okres lęgowy dla żmij koreańskich i przewodniczka zapytała, czy ktoś chciałby się wycofać i wrócić do wyjścia - wszyscy zgodnie okrzyknęli, że idziemy dalej nawet jeśli żmije by nam po butach się ślizgały).
Grupa w Secret Garden
Bardzo malowniczą i dekoracyjną wręcz okazała się mała buddyjska świątynia Jogyesa w centrum miasta. Najlepiej wybrać się do niej wieczorem, wtedy jest przepięknie oświetlona, a wszystkie drzewa dokoła obwieszone są kolorowymi lampionami. Rozczarowaniem okazała się inna świątynia Jongmyo Shrine - to długi drewniany budynek na pustym placu przypominający bardziej wiejską stodołę niż zabytkowy budynek. Szkoda czasu.
Jogyesa Temple
Bardzo ładnie prezentuje się centrum Seulu.
Centrum Seulu
Centrum Seulu
Korea Południowa jest naprawdę ciekawym miejscem do zwiedzania. Seul oferuje turystom specyficzną atmosferę i wiele obiektów do zwiedzania. Kraj ten jest miejscem, do którego bym chciał wrócić, tym razem na dłużej. Polecam!

niedziela, 13 października 2019

602. Wstępne podsumowanie

Wczoraj po południu wróciłem z wyprawy na koniec świata. Wszystko się udało. Jestem mile zaskoczony, że obyło się bez poważniejszych problemów czy kłopotów (jedynie lotnisko KLIA1 dało mi trochę popalić, ale to akurat przewidywałem). Być może nie zrealizowałem w 100% założonego programu (tak naprawdę to niemożliwe), ale za to jestem dumny z siebie, że wróciłem w jednym kawałku i do tego jeszcze bardzo zadowolony.
Pokonałem ponad 40 tysięcy kilometrów, odbyłem pięć długich lotów (plus jeden krótki), stanąłem na dwóch kontynentach - Azja i Australia, odwiedziłem pięć bardzo różnych od siebie krajów - Emiraty Arabskie, Korea Południowa, Australia, Malezja i Brunei Darussalam oraz pięć dużych miast - Abu Dhabi, Seul, Sydney, Kuala Lumpur oraz Bandar Seri Begawan (to akurat jest dość małe). Jak do tej pory była to wyprawa życia.
Chciałbym od razu podziękować tym, którzy przez cały czas byli ze mną w internetowym kontakcie i dodawali mi otuchy - Agnieszce, Oli, Maćkowi i Asi. Dzięki Wam mogłem wierzyć w to, że wszystko się ułoży i uda oraz na bieżąco dzielić się wrażeniami.
Odnośnie problemów z biurem podróży Thomas Cook - biuro publicznie ogłosiło upadłość w poniedziałek 23 września w dzień mojego wyjazdu. Informację odebrałem tuż przed wylotem do Abu Dhabi, alarmowała mnie też o tym Aga. We wtorek biuro kontaktowało się ze mną telefonicznie oraz przez e-maile. Zapewniono mnie, że moje podróże są opłacone, gdyż lecę innymi liniami lotniczymi - Etihad (Londyn-Abu Dhabi oraz Abu Dhabi-Seul), Asiana Airlines (Seul-Sydney) oraz Royal Brunei (Kuala Lumpur-Bandar Seri Begawan oraz Bandar Seri Begawan-Londyn; przelot na odcinku Sydney-Kuala Lumpur zakupiony był we Flight Center), a odwołane zostały wszystkie loty liniami Thomas Cook. Wszystkie hotele rezerwowałem indywidualnie, więc pobyt nie miał nic wspólnego z biurem. Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie mój bank - przed podróżą zakupiłem tam specjalne ubezpieczenie oraz zgłosiłem wyjazd (było to potrzebne, by móc używać kart płatniczych w Azji i Australii). Moja agentka osobiście dzwoniła do mnie aż dwa razy i upewniała się, czy wszystko jest w porządku, bo Thomas Cook ogłosił upadłość i oferowała pomoc finansową, gdyby coś się wydarzyło. Na szczęście obyło się bez problemów.
20 dni minęło bardzo szybko i trzeba wrócić do rzeczywistości. Co nieco o poszczególnych krajach napiszę, gdy się trochę ogarnę. Na bieżąco starałem się zamieszczać ciekawsze fotki oraz spostrzeżenia na FB, więc ci, którzy mnie tam obserwują, wiedzą, jak było i co się wydarzyło.    
  

niedziela, 22 września 2019

601. A za cztery godziny...


Jestem gotów do podróży na koniec świata. Nie wiadomo, jak potoczą się losy biura podróży. Niech się dzieje, co chce - przede mną podróż na dwa kontynenty - łącznie ponad 40 tysięcy kilometrów do pokonania.
Zostały cztery godziny...
Cheers!

sobota, 21 września 2019

600. "Thomas Cook" - marzenia na krawędzi

Od samego rana radio BBC trąbi o upadku największego biura podróży w Anglii - Thomas Cook. Około godz. 13. podano informację, że w najbliższym czasie - mogą to być godziny lub kolejne dni - oczekiwane jest publiczne oświadczenie o bankructwie firmy (jakoś do tej godziny to nie nastąpiło). BBC poinformowało, że aktualnie poza granicami UK znajduje się ponad 6 tys. turystów, a kolejnych kilka tys. klientów biura czeka na swoje wymarzone wakacje. Nie wiadomo, co będzie z tymi, którzy rozsiani są po całym świecie i z wszystkimi oczekującymi na wyjazd, gdyż Thomas Cook nie ma środków na sprowadzenie klientów do kraju lub zwrot kosztów za urlopy (pewnie tymi sprawami zajmą się specjalne firmy ubezpieczeniowe po ogłoszeniu upadłości).
Zestresowali mnie dziś maksymalnie, gdyż sam jestem klientem biura Thomas Cook i już jutro w nocy wyjeżdżam na koniec świata. Dzień przed moim wyjazdem huknęła taka nowina! Jestem gotowy praktycznie ze wszystkim! Poprzez biuro kupiłem jedynie bilety lotnicze i nie mam zielonego pojęcia, czy moje wszystkie płatności zostały uregulowane - Etihad i Asiana Airlines na pewno, bo dostaję od nich sporo ofert na skrzynkę, ale w ogóle nie odzywa się ostatni przewoźnik - Royal Brunei (mam z nim dwa loty - z Kuala Lumpur na Borneo i z Borneo do Londynu). W sumie moje nazwisko widnieje w wykazie pasażerów, ale czy wszystko jest w porządku? Tego nie wiem i pewnie dopiero dowiem się na miejscu! Naprawdę boję się, że utknę w KL, bo okazać się może, że moje bilety nie istnieją, bo biuro nie uregulowało płatności lub z jakiegoś innego powodu nie polecę dalej (i tym samym nie wrócę do domu).
W trakcie przygotowań całego planu wyprawy starałem się minimalizować trudności i stres i ułatwiać realizację poszczególnych etapów wyjazdu (np. w ostatniej chwili zamieniłem dość trudną podróż z Sydney do Kuala Lumpur z transferem w Hong Kongu <była to najtańsza opcja> - przesiadka i ponad 11 godz. czekania - na przelot bezpośredni), ale naprawdę nie spodziewałem się tego, że dzień przed moim wyjazdem usłyszę wieści o upadku biura, z którym wybieram się w podróż na koniec świata...


Jutro czeka mnie zwariowany dzień - przepakowanie plecaka, ostatnie zakupy, zebranie papierów, przestudiuję raz jeszcze plany lotnisk i dojazdów i przygotuję się do pierwszego etapu - ok. 18 godzin podróży do Abu Dhabi (od wyjścia z domu aż po zameldowanie się w hotelu).

wtorek, 3 września 2019

599. Plany i mapy

Pierwszy port tranzytowy - Abu Dhabi
Jedno z lotnisk na mojej trasie
Im bliżej wyjazdu, tym goręcej. Przygotowania ciągle w toku (zaktualizowałem listę w poprzednim wpisie).
Wczoraj zacząłem studiowanie planów lotnisk i transferów i złapałem się za głowę. Szczególnie jedno lotnisko spędza mi sen z powiek - Kuala Lumpur International Airport. Jest ono moim głównym portem przesiadkowym na Borneo i w drodze powrotnej do Europy. Do tej pory nie ustaliłem lokalizacji mojego terminala (prawdopodobnie jest w budynku terminala satelitarnego X).
Mam wrażenie, że pozostałe lotniska są w miarę do ogarnięcia, ale zdjęcia i plany w sieci nie są tym samym jak zderzenie się na żywo z takim molochem.
Do wyjazdu zostało 19 dni.

Schemat lotniska w Kuala Lumpur

KLIA i KLIA2
 

wtorek, 27 sierpnia 2019

598. Komu w drogę - temu czas!


Odliczanie rozpoczęte!
Przygotowania do wyprawy na koniec świata rozpoczęte!
- wiza - gotowa,
- bilety lotnicze - gotowe,
- rezerwacje hoteli - gotowe,
- specjalne ubezpieczenie - gotowe,
- plan wyprawy - gotowy (choć ciągle coś zmieniam i uzupełniam),
- rejestracja w systemie Odyseusz,
- waluta - zakupiona i zamówiona,
- odprawy online (ustawiłem automatyczne odprawy poprzez aplikacje, wydrukowałem e-tickety, zarezerwowałem miejsca przy oknach, resztę zrobię w check in kioskach na lotniskach),
- zebrałem mapki i plany lotnisk oraz informacje o transferach pomiędzy lotniskami a centrami miast,
- wstępne zakupy - gotowe (nowy plecak, buty, czapka z daszkiem, dokupiłem trochę ubrań i potrzebnych gratów),

Co zostało:
- zamówienie waluty,
- kserokopie i elektroniczne skany wszystkich dokumentów i biletów,
- rejestracja w systemie Odyseusz,
- odprawy online + wydruk kart pokładowych,
- wydruk wstępnych mapek,
- drobne zakupy (np. dobre i wygodne buty, czapka z daszkiem, saszetka na dokumenty),

Lista nie jest jeszcze pełna, ciągle znajduję coś nowego lub przypominam sobie o czymś.

Jestem niesamowicie podekscytowany tą wyprawą (choć z drugiej strony zaczyna trzepać mną stres).
Oczywiście przygotowany jestem tylko teoretycznie, bo wielu spraw nie jestem w stanie przewidzieć.
Pytano się mnie, czy czegoś się boję. Tak! Boję się wypadków, na które nie mam żadnego wpływu - katastrofa naturalna, awaria samolotu lub odwołane loty, strajk lub zamieszki, zamach terrorystyczny, mogę gdzieś poważnie utknąć lub zgubić się, może zdarzyć się jakiś wypadek, może zaginąć mój bagaż... Boję się także skomplikowanych procedur na lotniskach...
Niestety, wybieram się na mój koniec świata w pojedynkę i, jeśli się coś wydarzy, będę zdany tylko i wyłącznie na siebie.

Airbus A-380. Moje dwa pierwsze loty z Etihadem. foto z sieci.
Spełnianie marzeń ma swoje dobre i złe strony!
Aby dotrzeć na mój wymyślony koniec świata czekają mnie trzy długie loty. Już dość dawno temu pisałem na blogu, że moim wielkim marzeniem jest podróż samolotem Airbus A-380. I właśnie takim będę wkrótce leciał! I to aż dwa razy! Dwa loty taką wspaniałą maszyną! Pierwszy lot - 7,5 godz., drugi lot - 8,5 godz. Trzeci lot to Boeing 777 - czas podróży to 11 godz.
I wyląduję na swoim końcu świata!

Boeing 777. Trzeci lot z Asiana Airlines. foto z sieci.
Droga powrotna to znów trzy długie loty... Pierwszy to 9 godz., drugi 2,20 godz. i ostatni, powrotny do Londynu, to 14,40 godz. non stop Boeingiem 787 Dreamliner linii Royal Brunei.

Boeing 787 Dreamliner Royal Brunei. foto z sieci.
Oj, będzie się działo! Doczekać się nie mogę!