niedziela, 23 czerwca 2019

587. The Grey's gay couple

Zrobię wyjątek i zamieszczę filmik z YouTube.
Chyba zakochałem się w obu lekarzach, może nie w nich samych, ale w stylu ich relacji.

Levi, niezdarny gaduła, sympatyczny nerd (to bardzo brzydkie słowo, ale pasujące) mieszkający z matką, ciągle w szafie, zakochany marzyciel, chyba nieco zakompleksiony CONTRA opanowany i pewny siebie Nico. Mieszanka wybuchowa! Obaj uzupełniają się wyjątkowo.
Poluję na cały sezon.
To trzeba zobaczyć!

A w pracy wycyganiłem cały weekend dla siebie!
Wczoraj wciągnąłem się w serial The Night Shift. Dziś wieczorem kolejnych pięć odcinków.
Do rozpoczęcia urlopu pozostał tydzień!

poniedziałek, 17 czerwca 2019

586. Dobra rada: "Jeśli chcesz się z kimś pokłócić - pożycz mu pieniądze"

Moim znajomym całkowicie poodbijało!

Odwaliło Kirkowi! Odwaliło Rollowi!

Rollo "pożyczył" kasę od wielu osób i przepadł. Przyszedł do mnie jakiś czas temu i prawie płakał, że nie ma pieniędzy na rent. Jako że znamy się od bardzo dawna i uważałem go za poważnego gościa, pożyczyłem mu ponad stówę. Umówiliśmy się, że odda przed moim urlopem. Zgodził się.
W ubiegłym tygodniu spotkałem w mieście naszego wspólnego znajomego. Powiedział mi, że Rollo pożyczył od niego i jeszcze od dwóch innych osób pieniądze i znikł. Postanowiłem do niego napisać, bo rzeczywiście od prawie dwóch tygodni się nie odzywał. Wspomniałem, że mój urlop wkrótce się zaczyna i czy pamięta o długu. Rollo odpisał następnego dnia w stylu: mam iść się pieprzyć, jestem idiotą, który chce wyciągnąć kasę od niego, mam się iść pierdolić, bo on odda kasę lub nie, odda kiedy będzie się mu chciało, mam się od niego odwalić i pocałować go w dupę, fuck you, fuck you, fuck you..." I zablokował możliwość jakiegokolwiek kontaktu. ZDĘBIAŁEM!
Jak się okazało, Rollo rzucił robotę i nie szukał innej. Utracił pokój, bo nie płacił. Kłamał w żywe oczy, że potrzebuje na rent. Pożyczył kasę od każdego, kogo znał i spierdolił. Nie wiadomo gdzie jest i co robi.

Zadzwoniłem wczoraj do Kirka, bo w sumie on Rolla zna trochę lepiej niż ja. Nie wdawałem się w szczegóły, zapytałem tylko o to, czy ma kontakt z Rollem. Powiedział, że Rollo zablokował go na FB już dawno temu i w ostatnich słowach kazał mu się pierdolić. ZDĘBIAŁEM po raz drugi. Powiedziałem, że jestem wściekły na Rolla i muszę go dorwać zanim zwieje z Anglii, a Kirk spokojnie mi oznajmił, że on mu przebaczył i ja też powinienem, że modli się za niego, że polecił jego ciało i duszę bogu, że moja złość jest strasznym grzechem, że muszę zacząć się modlić za siebie, wierzyć w boga, oczyścić się, bo złość jest grzechem i nie będę zbawiony..."
Z wrażenia aż usiadłem. ZDĘBIAŁEM po raz trzeci. W pewnym momencie przerwałem melodyjny głos Kirka i syknąłem do niego: "Co ty, kurwa, pierdolisz?!" I rozłączyłem się.

Po raz kolejny przekonałem się, by nie być zbyt dobrym i wyrozumiałym dla innych. Bardzo ciężko jest znaleźć złoty środek postępowania - gdy odmawiasz pomocy innym, jesteś egoistą i świnią, gdy pomagasz, wychodzisz na tym jak Zabłocki na mydle. Straty stratami, ale kompletnie nie ogarniam tego, że przyjaciel mówi i robi coś takiego swojemu przyjacielowi.
Kiedyś gdzieś czytałem, że to właśnie nasz najlepszy przyjaciel w kryzysowej sytuacji przemienia się w najokrutniejszego i najniebezpieczniejszego wroga. I jest to prawdą.

585. Po dwóch stronach życia

Pat umarła w ubiegłą środę o 13.55.
Asystowaliśmy jej przy obiedzie. Siedziałem na krawędzi łóżka i próbowałem zachęcić, by choć spróbowała obiadu, Alex w tym czasie przygotowywała dla niej specjalny żel do picia. Pat odchylała głowę w bok i uciekała wzrokiem w kierunku pustego fotela przy oknie - patrzyła na niego, unosiła rękę, jakby na coś wskazywała. Nagle położyła głowę na poduszce, wzięła głęboki wdech i zastygła. Po kilku sekundach wypuściła powietrze, lecz jej ciało było już martwe.
Nadal siedziałem na krawędzi łóżka z talerzem na tacy i łyżką w ręku i nie mogłem się ruszyć. Patrzyłem osłupiały na twarz Pat, a w sobie czułem tylko łomotanie serca i wzrastającą pustkę. Alex stała po drugiej stronie łóżka z twarzą bladą jak ściana. Cichutko wyszliśmy z pokoju Pat, by zawiadomić menadżera i sporządzić protokół. Zerknąłem na zegarek - były cztery minuty po 14.

Wiele razy byłem przy zmarłym rezydencie, ale po raz pierwszy rezydent umarł w mojej obecności, tuż obok mnie. Chwycił mnie tamtego dnia jakiś nieokreślony lęk. Przez dwa lub trzy dni huczało mi w głowie, a po dziś słyszę świst uchodzącego z Pat ostatniego oddechu...
Czasami nienawidzę swojej pracy...

Z moich obserwacji wynika, że praktycznie wszyscy rezydenci odchodzą w bardzo podobny sposób. Gołym okiem można zauważyć pierwsze symptomy zbliżającego się końca.
Osoba, która wcześniej jakoś sobie radziła, nagle zapada się w sobie. Ktoś towarzyski, rozmowny, chętnie przebywający z innymi, ciekawy prostych faktów, np. tego, co będzie na kolację, zaczyna się izolować. Nie chce iść do pokoju dziennego, nie przychodzi do jadalni, nie przychodzi pogawędzić do recepcji, nie chce iść na spacer do ogrodu. Ten ktoś zamyka się w pokoju, obojętnieje i najczęściej patrzy w okno. Taki stan pojawia się około tygodnia, czasami dwóch przed odejściem. Potem następuje tzw. "etap łóżkowy". Rezydent kładzie się do łóżka i już z niego nie wstaje, pomimo tego że wcześniej był aktywny. Staje się coraz bardziej apatyczny, nie reaguje na to, że opiekun lub członek rodziny wchodzi do jego pokoju, czasami złości się o proste czynności, które zakłócają jego spokój, jak przebranie się w czyste ubrania lub pomoc w umyciu się.
Potem przestają jeść. Nie jedzą samodzielnie, trzeba ich karmić, ale i to sprawia im trudność. Obojętnym wzrokiem patrzą w próżnię. Nic nie jedzą, tak jakby chcieli się oczyścić. I potem umierają. Najczęściej w nocy, samotni, obojętni, pogodzeni z losem, pogrążeni w ostatnich snach lub we wspomnieniach.
To, że zbliża się ich koniec, wiedzą na pewno, ale czy się boją? Myślałem nad tym. Nie. Chyba nie. Właśnie ten wstępny okres izolacji jest dla nich pewną formą przygotowania się i jest też czasem podsumowań życia.

Chciałbym zaznaczyć, że powyższe spostrzeżenia są tylko i wyłącznie wnioskami wyniesionymi z własnych obserwacji i nie mogą służyć za jakiekolwiek medyczne odniesienia.

środa, 5 czerwca 2019

584. Obrażona manadżerka

Przyszła do mnie wczoraj jedna z menadżerek i powiedziała: "Weźmiesz jutro dodatkową zmianę? Wiesz, że nie mamy ludzi i potrzebujemy dodatkowych rąk do pomocy..." Odmówiłem, gdyż był to z rzędu mój piąty dzień pracy, a poza tym mam trochę prywatnych spraw do załatwienia. Obraziła się na mnie nawet pomimo tego, gdy oznajmiłem jej, że wziąłem dodatkowy dzień w przyszłą niedzielę, kiedy to powinienem mieć wolne.
To, że nie mają personelu jest bezsprzecznie ich winą (wczoraj jedna z dziewczyn mi oznajmiła, że złożyła rezygnację). Jest nas coraz mniej...
Właśnie to przyczyniło się także do pewnego incydentu. Wczoraj rano na piętrze z rezydentami z demencją była tylko jedna z nowych dziewczyn. Nie ma doświadczenia w pracy z takimi ludźmi, gdzie trzeba mieć oczy dokoła głowy. Była sama na piętrze. Z tego, co mi powiedziano, tuż przed śniadaniem pomagała jednej rezydentce się ubrać, gdy ta, całkiem bez powodu, wpadła w złość i najpierw poszarpała ją za włosy, a potem dotkliwie ugryzła w rękę. Dziewczyna musiała iść do szpitala na opatrunek. Ciekaw jestem, jak się to skończy, bo jeśli coś takiego się zdarza, a zdarza się czasami, że rezydenci biją opiekunów, to zawsze winę ponosi opiekun, gdyż rezydent jest nietykalny. W przypływie niedowierzania kręcę tylko głową, gdy ktoś mi mówi, że ktoś tam był ukarany za to, że został oblany przez rezydenta gorącą herbatą...
Z utęsknieniem czekam na urlop. Naprawdę jestem zmęczony. Nic mi się nie chce, nic nie czytam, rzadko piszę ze znajomymi, od czasu do czasu załączę jakiś film, ale nie potrafię dotrwać do jego końca. Z domu wychodzę tuż przed 9 rano, wracam do domu po 21. Naprawdę jestem zmęczony... 

piątek, 31 maja 2019

583. Lalunia z Bollywood, selfie i zasrane pieluchy

Już z utęsknieniem wyczekuję swojego urlopu! Od jutra zaczynam skreślać dni w kalendarzu, bo tak się nie mogę doczekać wyjazdu, a tu został jeszcze cały miesiąc...
Jestem wykończony nawałem pracy (nie tylko zresztą ja, bo mój zmiennik, Carlos, też już ledwo zipie). W ostatnim miesiącu wiele osób odeszło i mamy duże braki w personelu. Niestety, ilość naszych rezydentów wciąż wzrasta.
Aktualnie mamy 64 podopiecznych i np. w kuchni jest tylko jedna osoba, która musi oblecieć 3 piętra z trolleyami (każdego dnia zmiana trolleya na każdym piętrze odbywa się 5 razy)!
Tak samo jest na piętrach - kilka dni temu na piętrze z demencją był przez cały dzień tylko jeden opiekun! Jeden opiekun na 21 rezydentów z demencją, których trzeba pilnować, prowadzać pod ręce, bo upadają i się potykają, karmić, ubierać, przebierać, myć... Taki staruszek potrafi się złościć i rzucać rzeczami, potrafi zaciekle się kłócić i wyzywać, nawet uderzyć, potrafi uciec i tak się schować, że przez kilka godzin się go szuka. Na drugim piętrze, gdzie rezydenci w ogóle nie wstają z łóżek, było dwóch opiekunów...
Z tego co słyszałem, już poszły skargi do biura głównego, że menadżerki w ogóle się nie przejmują brakami w kadrze i ciągle przyjmują nowych podopiecznych. Liczy się forsa, a nie pracownik.

Nowoprzyjęci pracownicy rezygnują już po kilku dniach. Przychodzą i odchodzą, przychodzą i odchodzą. I tak w kółko. Rozmawiałem ostatnio o tym z Carlosem. "A zauważyłeś, kogo przyjmują?", zapytał, gdy siedzieliśmy na fajce. "Same dziewczęta, takie 18 i 19 - stki z wymalowanymi paznokciami, włosami jak kopa siana, makijażem jak z Bollywood i smartfonem w każdej dłoni! I teraz taka lalunia musi iść zmienić zasraną pieluchę dziadkowi, umyć go, ubrać, zmienić pościel, gdy ten krzyczy, wyzywa, łapie za włosy, bije i drapie po rękach. I tak kilkanaście razy dziennie! Wiesz, takie lalunie przychodzą tu, bo myślą, że będą siedziały na tyłkach i robiły sobie przez pół dnia selfie... Nie szukają konkretnych osób, a biorą dzieci, bo taniej się im płaci za godzinę pracy..."

Ostatnio odmówiłem wzięcia dodatkowych dni, gdyż uzbierało mi się trochę spraw prywatnych: zmiana umowy o dom w agencji, problemy z możliwością upadku biura podróży - Thomas Cook (!!), w którym na początku maja kupiłem 5 biletów lotniczych na moją wrześniową wyprawę na koniec świata (w końcu się odważyłem na ten wyjazd, dostałem wizę, zmodyfikowałem trasę, opracowałem atrakcje, które chcę zobaczyć, zabukowałem 6 lotów i kupiłem plecak. Dopiero w drugiej połowie sierpnia planuję rezerwować hotele. Przede mną wyprawa na 2 kontynenty: 5 krajów, 5 miast, z czego 2 to przepotężne aglomeracje, które spędzają mi sen z powiek, ponad 50 godzin w samolotach i ponad 40 tysięcy kilometrów do przebycia). Jeśli uda mi się zrealizować 80 % tego, co mam w planach i jeśli uda mi się wrócić w jednym kawałku do domu - będę z siebie dumny i zadowolony.
Ale to dopiero na przełomie września i października, bo wcześniej, 1. lipca, lecimy na 10 dni na południe Europy. Doczekać się nie mogę!      

środa, 8 maja 2019

582. Nieprzydatność rzeczy. Przypadek samotnego umierania

John umierał świadomie i boleśnie. Złośliwy rak prostaty, ostatnie stadium. W takim stanie przywieziono go do nas ze szpitala. Ponoć tak chciała rodzina. Przywieźli go tylko po to, by w odosobnieniu od nich umarł spokojnie pod naszym czujnym okiem.
Przyjęliśmy go we trójkę, zaraz jakoś po śniadaniu: ja, Lisa i Alex. John patrzył tępo w sufit i ciężko oddychał. Gdy rodzina odjechała, włożyliśmy na niego świeżą piżamę. Za każdym ruchem wyginał się nam do tyłu i krzyczał. Zaciskał dłonie w pięści i uderzał nimi w materac. Gdy w końcu udało nam się go przebrać i ułożyć, zwiotczał, uspokoił się. Ruszał tylko oczyma, jakby czegoś lub kogoś szukał. Jego źrenice biegały non stop od lewej do prawej. Jego dość płytki oddech przeszedł w poświst.
Po południu przyjechały do niego dwie panie. Przywiozły jego rzeczy: trochę ubrań, zdjęcia w ramkach, książki, gazety, jakieś plastikowe i porcelanowe figurki, pocztówki, maskotki, sztuczne kwiaty w wazoniku i haftowaną poduszkę. Udekorowały jego pokój i odeszły.
John krzyczał jedynie w trakcie zmiany pampersów, mycia i ubierania piżamy. Zwykle leżał niemy. Ruszał jedynie oczyma. Jego oddech był jak świst wiatru.
John zmarł ósmego dnia pobytu u nas. Umarł cichuteńko i tak bardzo samotnie. Przez tych osiem dni ani jedna osoba z jego rodziny go nie odwiedziła, nikt przez ten czas nawet nie zadzwonił, by się o niego zapytać. Nikt nie pojawił się nawet w chwili, gdy lekarze zabierali jego ciało.
Dwa dni później przyjechało dwóch mężczyzn po rzeczy Johna. Z tego, co ustaliliśmy był to jego syn oraz wnuk. Ten pierwszy nie odstawiał telefonu od ucha, a ten drugi szybkimi ruchami wrzucał chaotycznie rzeczy Johna do kartonu. Podpisali protokół i poszli. Patrzyliśmy na nich z okna, gdy wyszli przed budynek. Ten pierwszy nadal gadał przez telefon, drugi podszedł do śmietników, otworzył kontener i wrzucił pudło do środka. Wsiedli do samochodu i odjechali.
Spojrzałem na Alex. Po jej twarzy ciekły łzy.      

sobota, 30 marca 2019

581. Wpuść chłopa do łazienki to ci mydło zeżre

Oglądamy z mamą program "Dżentelmeni i wieśniacy". Pytam:
- Ciekawe, która z tych dwóch ról by do mnie pasowała...
- Ta wieśniacka - odpowiada mama bez zastanowienia.
Unoszę nieco brwi i na nią spoglądam.
- Zresztą... Kto by cię tam na swoje salony wpuścił... - wzruszyła ramionami.
- Hmm...

środa, 20 marca 2019

580. Chłopięce zabawy

(553)

Filozoficzne pytania o końce i początki, czyli: "Czy ktoś widział Wojtka i Staszka?"

Czerwiec. Początek lata i wakacji. Koniec szkoły. Wczesnym popołudniem wyszliśmy z babcinego domu w kierunku lasu. Minęliśmy ogród i wydeptaną ścieżką między jabłoniami weszliśmy na pola. Pachniało sianem i ziemią. Tego roku dziadek dość szybko skosił bujną trawę. Leżała teraz rozrzucona małymi kopczykami i schła w czerwcowym słońcu. Z nieba lał się żar.
Daleko przed nami stał ciemny mur boru, a żółty piasek unosił się lekko nad wydmami. Tuż nad Odrą wiało.
Staszek poprawił pasek torby zawieszonej na ramieniu i wskazał palcem na niewidoczne jeszcze zakole rzeki. "Woda do pływania będzie dziś wspaniała", ucieszył się. "Pewnie tak", potwierdziłem.
Zmienił się. Urósł, wydoroślał, jego sylwetka się wydłużyła, a pyzata wcześniej twarz przemieniła się w pociągłą. Włosy mu ściemniały, nos się nieco wydłużył, usta zwężyły, a duże niebieskie oczy przykrywały teraz ciemne wyraziste brwi. Wszyscy widzieli jak się fizycznie zmienia, lecz on sam twierdził, że wszystko jest tak jak było i machał lekceważąco ręką, choć prawdopodobnie skrycie puchł z zadowolenia.
Szliśmy na klasowe spotkanie przy ognisku. Kilka dni wcześniej skończyliśmy ósmą klasę. Babcia wyściskała nas obu, a potem drżącymi rękoma wzięła od nas świadectwa. "O! Teraz to już do Wrocławia pojedziecie. Tam będzie dobra szkoła dla was. Opuścicie nas tu starych...", sapnęła i pokiwała głową. "Babciu...", Staszek chciał coś powiedzieć, lecz w tym momencie do kuchni, wraz z moją mamą, weszli rodzice Staszka.
Z wydmy dostrzegliśmy cztery osoby. Zbierały chrust. Był pośród nich nasz najlepszy kumpel, Marcin Gawęcki. Gdy tylko nas dostrzegł "Hej, hej!", zawołał i uniósł rękę w geście powitania. Zbiegliśmy na dół. W krótszych lub dłuższych odstępach czasu dołączali nasi koledzy i koleżanki. Wkrótce zapłonęło ognisko, a my siedzieliśmy i słuchaliśmy trzaskających w ogniu szczap. Marcin grał na gitarze, dziewczyny śpiewały, a chłopaki wyciągali z plecaków przemycone butelki wina, ktoś zapalił pierwszego papierosa i się krztusił,  ktoś inny opowiadał kawał, inni plotkowali lub obgadywali nauczycieli.
Stachu otworzył swój chlebak i wyciągnął trzy butelki wina. Jedną podał Marcinowi, drugą mi. Łyknął ze swojej i nieco się skrzywił. "Mocne!", potwierdził Marcin. "Domowej roboty. Wziąłem ze strychu", oznajmił z dumą Stachu. Gdy zapadł zmrok, a nasze twarze rozświetlał jedynie blask ogniska, Staszek szturchnął mnie. "Idziemy?", zapytał. Wiedziałem, co się święci. "Idziemy!", potwierdziłem. Szepnąłem Marcinowi do ucha "Wrócimy niebawem", a ten, najpierw zmrużył oczy, a potem uśmiechnął się od ucha do ucha. Weszliśmy w czerń lasu.
"Myślisz, że on wie?", zapytałem. "Taaa...", lakonicznie odparł Staszek i chwycił się mojego ramienia, gdyż zaplątał się w niewidocznych pnączach dzikich jeżyn. "Hmmm...", mruknąłem. "Ale spokojna głowa!", zaśmiał się. "On z tej samej gliny ulepiony!", dodał i zachichotał pod nosem. Przystanąłem i próbowałem w ciemnościach złowić jego wzrok. "Jak to?", zapytałem zdumiony. "Ano tak to!", odparł i rozłożył ramiona.
Stanęliśmy nad brzegiem Odry. Na czarnej i spokojnej tafli rzeki wyraźnie odznaczał się świetlisty tunel księżycowej poświaty. Gdzieś za nami, w gąszczu koron drzew zahuczał puchacz, z zewsząd dokoła, z gęstych traw i zarośli unosił się nocny koncert cykad, świerszczy i rechotu żab. Oparłem głowę na jego ramieniu i z zamkniętymi oczyma słuchałem odgłosów lasu. On zaś zapatrzył się w ciemne niebo. Oddychał równomiernie. "No to jak? Płyniemy?", zapytał szeptem. "Pewnie!", odpowiedziałem i sprawnym ruchem zrzuciłem z siebie polówkę i zacząłem rozpinać spodnie. Patrzył na mnie, gdy się rozbierałem, a gdy stanąłem przed nim w samych kąpielówkach, sam zaczął ściągać ubrania. "To też musimy ściągnąć!", zaśmiałem się i wskazałem na szorty. "Przecież nie wrócimy do domu w mokrych majtkach!", dodałem po chwili. "Racja", szepnął, i już po chwili, nadzy, podtrzymując się pod ramiona, weszliśmy do chłodnej wody. Im bardziej robiło się głębiej, tym nurt rzeki się wzmacniał. Wkrótce ponad wodę wystawały tylko nasze głowy. "Tylko się nie rozdzielajmy!", zauważył i chwycił mnie za rękę. Wypłynęliśmy na środek Odry, a potem wraz z prądem zmierzaliśmy do dalekiego zakola i piaskowej wyspy na środku.
Wyspa ta była naszym tajemnym miejscem spotkań i wielogodzinnych rozmów. Nigdy nikomu o niej nie wspominaliśmy. Była tylko nasza.
Tej nocy było ciepło, nawet bardzo. Przy odległych brzegach unosiły się gęste opary mgły, a woda lekko pluskała odbijając się od brzegów. Wyłożyliśmy się na glinianym klepisku. Głowa przy głowie, ramię przy ramieniu. Palce naszych dłoni odnalazły się w ciemności i splotły. Patrzyliśmy na niebo pełne gwiazd. "Jak my teraz odnajdziemy nasze ubrania?", zapytałem. "Ciiiiii.... nie myśl o tym teraz...", szepnął i objął mnie ramieniem.
(...)                           

wtorek, 19 marca 2019

579. Rozmowy pełne patosu

Scenka z pracy.
Udało mi się wyskoczyć na fajkę. Ucieszyłem się, że w naszym kąciku palaczy nie ma nikogo, bo naprawdę nie miałem ochoty z kimś gadać o głupotach. Nie trwało to zbyt długo. Dosiadła się kobieta w średnim wieku. Pierwszy raz na oczy ją widziałem. Pewnie była z agencji. Zapaliła i zaczęła mi nadawać. Coś jej burknąłem kilka razy (łeb mi pękał od jej ględzenia).
- A skąd jesteś? - Zapytała.
- Stąd! - Strzeliłem.
- Eee, nie... Twój akcent... Pytam poważnie - zwróciła się w moją stronę.
- Z Marsa - burknąłem ponownie.
Zmrużyła oczy, zaciągnęła się papierosem i staksowała mnie wzrokiem.
- Eee... Nie wyglądasz jakbyś stamtąd był! - zaskrzeczała.
- A gdzie to jest? - Zapytała po chwili.
Powoli zwróciłem głowę w jej stronę i tak zastygłem.

Potem byłem zły, bo nawet nie pozwolili mi wypalić fajki w spokoju.

578. "Naprawdę fajnie jest kochać chłopców"


"Jonas" (Boys) to przejmujący francuski dramat z 2018 roku. Znalazłem go przypadkowo i praktycznie od razu wszedł do kanonu moich ulubionych młodzieżowych filmów LGBT. Dobry temat, ciekawa kompozycja, świetna muzyka i gra aktorów - tu wyróżnia się na pewno Nathan - w tej roli Tommy Lee Baik.

Nathan i Jonas
Na początku filmu wydawać by się mogło, że to kolejny nudny obraz o nastolatkach i ich problemach, porażkach, zagubieniu, poszukiwaniu tożsamości, kłótniach z rodzicami i próbach znalezienia przyjaciół. Jest tak i zarazem nie jest.
Jonas i Nathan. Ten pierwszy jest nieśmiały, zagubiony, wyalienowany ze szkolnego środowiska, poszukujący "własnego ja" oraz bratniej duszy, ten drugi jest pewnym siebie zawadiaką, nonszalancki, bezpośredni, czasami arogancki, czasami wręcz bezczelny, wojowniczo nastawiony do świata. Jonas i Nathan są jak dwa odrębne żywioły: ogień i woda.
Po raz pierwszy spotykają się na rozpoczęciu roku szkolnego. Dla obu to trudny okres. Jonas utracił swego najlepszego przyjaciela, a Nathan jest nowym uczniem w szkole. Już na pierwszych zajęciach Nathan dostrzega Jonasa. Puszcza mu oczko. Czy zaiskrzyło? Zaiskrzyło! I to jeszcze jak! Zaprzyjaźniają się, a ich przyjaźń będzie się pogłębiać.
To pierwsza warstwa filmu. Druga rozgrywa się 18 lat później.

Jonas i Nathan
Jonas prowadzi imprezowy tryb życia, jest uzależniony od alkoholu, zdradza swego partnera z poznanymi w klubach chłopakami, nie utrzymuje kontaktu z rodzicami i w celu tylko jemu wiadomym śledzi pewnego chłopaka... Spotkanie z nim oraz rozmowa z jego matką łamią grań wielkich tajemnic, które od wielu lat niszczą życie dwóch rodzin.

Polecam ten film szczególnie młodzieży LGBT (choć nie tylko) ze względu na dydaktyczny jego charakter. Być może losy Nathana i Jonasa oraz to, co ich spotkało będą przestrogą dla innych. Każdy z nas popełnia błędy, ale czasami jedna rozsądna decyzja może zapobiec wielkiej tragedii.

Nathan