niedziela, 8 lipca 2018

558. Na ścieżkach Andaluzji

W miniony poniedziałek wróciliśmy z Hiszpanii. Było naprawdę dobrze! To był ambitny wyjazd. Zrealizowaliśmy 99% z tego, co było w planach (nie weszliśmy jedynie do Pałacu Piłata w Sewilli). Pogoda dopisała (w Granadzie było prawie 46 stopni, natomiast w Kordobie zaskoczył nas kapuśniaczek). Nie było żadnych problemów z zakwaterowaniem ani z przejazdami pomiędzy miastami (przemieszczaliśmy się ALSĄ, jedynie z Sewilli do Malagi wracaliśmy pociągiem). Jedynym minusem całej wyprawy do Andaluzji było to, że czas uciekł nam zbyt szybko i trzeba było wracać do szarej rzeczywistości.

1. Malaga - piękne miasto na południowym wybrzeżu Hiszpanii. Punktem obowiązkowym dla każdego aktywnego turysty jest wspinaczka na wzgórze do twierdzy Gibralfaro oraz zwiedzanie arabskiej Alcazaby. W centrum miasta znajduje się przepiękny park z egzotyczną roślinnością, fontannami, sadzawkami i ławeczkami, na których można wytchnąć od upału.

Widok na Alcazabę od strony portu

Jeden z wielu arabskich dziedzińców w Alcazabie 

Katedra w Maladze
2. Granada - to był dla nas najcięższy dzień. Ranny przejazd z Malagi, odszukanie hotelu i prawie natychmiastowe udanie się do Alhambry, gdyż bilety mieliśmy na konkretną godzinę (zakupiliśmy je online tydzień wcześniej i, jak wynikało z wszelkich informacji, nie wolno było się spóźnić, gdyż wejściówki przepadały i mogły wystąpić problemy z zakupem nowych, gdyż do Pałacu Nasrydów każdego dnia wpuszczana jest konkretna ilość turystów). Do tego nie mogliśmy dopuścić, gdyż Alhambra tego dnia była głównym punktem programu.
Alhambrę zwiedziliśmy w czasie 5,5 godz. w potwornym upale - prawie 46 stopni. Niemożliwością było chodzenie po otwartym terenie, dlatego też schronienia szukaliśmy w miejscach zacienionych. Gdy weszliśmy do Pałacu Nasrydów, nie było z nami zbyt wielu turystów, dlatego też udało się nam zrobić piękne zdjęcia Fontanny z Lwami.
Fontanna z Lwami w Pałacu Nasrydów

Wytchnienie na dziedzińcu Pałacu Nasrydów

Ogrody Generalife w Alhambrze

Ogrody Generalife
3. Kordoba - to niezbyt duże miasteczko nad rzeką Gwadalkiwir. Nad dachami starówki wznosi się katedra oraz wieża, która kiedyś była minaretem. Wokół katedry stoi ogromny arabski meczet z 856 (tak podają przewodniki) kolumnami połączonymi podwójnymi łukami. To Mezquita. Jest ona symbolem miasta i miejscem, do którego przybywają tysiące turystów. Jadąc do Kordoby, obwiałem się właśnie tego, iż nie zobaczymy majestatu Mezquity właśnie przez tłumy ludzi. Jednak udało nam się, gdyż prócz nas, było tam może około 35 osób (podobne obawy miałem przed wejściem do Alhambry). Zwiedzając to urocze miasteczko warto zgubić się w wąskich uliczkach Dzielnicy Żydowskiej.
Most rzymski nad Gwadalkiwirem i katedra

Zewnętrzna fasada Mezquity
Mezquita i jej 856 kolumn
Łuki i kolumny wnętrza Mezquity
Alcazar Królewski w Kordobie
4. Sewilla - to stolica Andaluzji. Miasto oferuje wiele ciekawych miejsc do zwiedzania: katedrę i przylegającą doń Giraldę (wieżę), Alcazar Królewski z pięknymi ogrodami, Plac Hiszpański wraz Parkiem Marii Luizy oraz wiele, wiele innych. Dobrze się stało, że Alcazar zwiedziliśmy zaraz pierwszego dnia, tuż po przybyciu do Sewilli, gdyż, ku naszemu pozytywnemu zaskoczeniu, był to duży obiekt i przejście większości zakamarków i ogrodowych alejek zajęło sporo czasu. Ale warto było! W katedrze znajduje się monumentalny grobowiec Krzysztofa Kolumba oraz ogromny ołtarz - 28 metrów powierzchni, 18 m. szerokości oraz 3 tony złota w misternym zdobnictwie. Prawdziwe dzieło sztuki! Następnie przeszliśmy na Plac Hiszpański, zobaczyliśmy Park Marii Luizy i mijając niektóre miejsca wróciliśmy w okolice Alameda de Hercules, gdzie znajdował się nasz hotel.

Zachmurzone niebo nad Placem Hiszpańskim

Alcazar Królewski w Sewilli

Katedra w Sewilli

Grobowiec Krzysztofa Kolumba
 

piątek, 15 czerwca 2018

556. Nagość nocy

Przebudziłem się, gdy tylko dotknął mego policzka. W mdłym świetle nocnej lampki rozpoznałem rysy jego twarzy: ciemne, równe brwi, mały nos, wąskie usta i lekko odstające uszy. Podparłem się na łokciach i dostrzegłem, jak zrobił dwa kroki do tyłu. Swym zwyczajem odchylił głowę nieco na bok. "Dlaczego jesteś nagi?", zapytałem. Nie odpowiedział. Wysunął ku mnie rękę. "Czemu jesteś nagi?", powtórzyłem. Zlustrował swoje ciało i znów spojrzał na mnie. "Chodź ze mną. Chciałbym ci coś pokazać", szepnął, ledwo co rozchylając usta.
Opuściłem stopy na chłodną podłogę. Stanąłem naprzeciwko i spojrzałem mu prosto w oczy. Położyłem rękę na jego piersi i po chwili zsunąłem ją w dół. "Tęsknię za tobą", szepnąłem i zbliżyłem usta do jego ust. Słyszałem, jak przymknął oczy.
Zeszliśmy na dół i przez tylne drzwi przeszliśmy do małego ogródka. Oparł rękę na krzesełku. "Dlaczego mi nie powiedziałeś?", westchnął. "Czego ci nie powiedziałem?", nie mogłem odczytać jego ukrytych zamierzeń. "Że umarłeś...", patrzył bezpośrednio w moje oczy. "Umarłem?", zamyśliłem się na moment. "Tak. Zeszłej nocy...", jego twarz posmutniała. "Umierałem już wiele razy, ale jeszcze nie udało mi się tego dokonać tak na poważnie...", położyłem mu rękę na ramieniu, a on znów przymknął oczy. "Boję się, że nasze gwiazdy się rozminą i już nigdy się nie spotkamy..." spojrzał w niebo i wskazał błyszczący obiekt. "Wiem, tam jest nasz dom", uprzedziłem jego myśl i przyciągnąłem go do siebie. "Tęsknię za tobą tak bardzo, że nie istnieją żadne słowa, by mogły to wyrazić. Nawet nie wiesz, jak bardzo żałuję, że wtedy puściłem twoją rękę. Przepraszam, że cię wtedy zawiodłem..." "To nie tak...", chciał jeszcze coś powiedzieć, lecz płynące łzy zahamowały jego wywód. "Jestem i będę zawsze tylko dla ciebie", zacząłem ściągać ubranie i po chwili stanąłem przed nim zupełnie nagi. "Co robisz?", zapytał. "Teraz możemy iść tam, gdzie chciałeś mnie zabrać." Rozchyliłem ręką splątane krzewy i razem weszliśmy w ciemność ogrodu.         

555. Takie kino to ja lubię

 
Marc i Sieger
1. "Boys" (Jongens) holenderski film z 2014 roku. Opowieść o dojrzewaniu i o zakochaniu. Zaraz obok "Morze Północne, Texas" należy do moich ulubionych młodzieżowych filmów.


Gabriel i Leonardo
2. "W jego oczach" brazylijski film z 2014 roku. Podobnie jak poprzedni tytuł - film o dojrzewaniu i zakochaniu. Leo jest niewidomym chłopcem. Chodzi do normalnej szkoły i przyjaźni się z Giovaną. Pewnego dnia do ich klasy dołącza Gabriel. Życie całej trójki zaczyna się zmieniać...


Weber i Sasza
3. "Sekret Saszy" (Sasha) dramat produkcji niemieckiej z 2010 roku. Sasza to utalentowany dziewiętnastolatek - gra na fortepianie i chce studiować w szkole muzycznej. Prywatne lekcje gry pobiera u Webera, zawodowego pianisty, w którym potajemnie się kocha. Gdy Sasza wychodzi z szafy przed swoją najlepszą przyjaciółką i gdy wyznaje miłość Weberowi, wszystko zaczyna się gmatwać i komplikować...

Luke i Han
Luke, Han i Ning
4. "Bez słów" chiński dramat z 2012 roku. Ten film wzruszył mnie do głębi. Opowiada historię tragicznej miłości między dwoma studentami - Francuzem Lukiem i Chińczykiem Hanem. Han przyjaźni się z Ning. Planują wyjechać do Europy, by tam studiować na najlepszych uniwersytetach. Ning kocha się w Hanie, traktuje go jak swego przyszłego życiowego partnera, ale chłopak widzi w niej tylko dobrą przyjaciółkę. Gdy pojawia się Luke, Han zaczyna spędzać z nim coraz więcej czasu. Ning staje się zazdrosna i dokonuje na chłopakach straszliwej zemsty. Film kończy się tragicznie dla wszystkich bohaterów.
Han i Luke

środa, 30 maja 2018

554. O kinie LGBT słów kilka

Obejrzałem ostatnio kilka naprawdę ciekawych filmów kina LGBT. Nie wiem czemu, ale trafiam na same przygnębiające obrazy (może podświadomie sam takie wybieram), dające do myślenia, wzbudzające refleksje i jakieś ukryte tęsknoty.



Francis i Tim
1. "Odwet" to kanadyjska produkcja z 2016 roku. Film dość szokujący, ukazujący realia dzisiejszych szkół - problemy nastolatków, dorastanie, dojrzewanie, współzawodnictwo, samoakceptacja, homofobia, lęk przed odrzuceniem, także pierwsza miłość i jej odgórne skazanie na niepowodzenie ze względu na odmienny charakter. Przeczytałem gdzieś w sieci: "nie jest to film ku pokrzepieniu serc". I to jest prawdą, gdyż "Odwet" to rozpaczliwe wołanie o pomoc.
Francis i Tim są najlepszymi przyjaciółmi. Są także parą. Ukrywają się przed światem. Obaj dręczeni i prześladowani przez szkolnych rówieśników. Gdy maltretowany Francis wyjawia publicznie swą orientację, Tim wypiera się go, chroniąc tym siebie. Dochodzi do pierwszej tragedii. Tim postanawia postawić się prześladowcom na własną rękę - pokonać jednego z nich w zawodach sportowych i tym samym upokorzyć, jednak walka w pojedynkę obraca się przeciwko niemu. Pada ofiarą okrutnego szantażu, z którym nie potrafi sobie poradzić (Tim panicznie boi się, by jego orientacja nie wyszła na jaw). Poddaje się i przygotowuje zemstę. Dochodzi do kolejnej tragedii.

Phil i Nicholas
2. "Środek świata" z 2016 roku opowiada historię pierwszej miłości, zdrady i przebaczenia. Pomimo że ukazane wydarzenia posiadają swe wyjaśnienie to tak naprawdę kompozycja filmu jest otwarta i można by było stworzyć opowieść o dalszych losach Phila. Cała fabuła od samego początku naznaczona jest rodzinnymi tajemnicami i niedopowiedzeniami.
Szesnastoletni Phil mieszka wraz z matką i siostrą bliźniaczką w małej miejscowości. Wróciwszy z obozu, zastaje je skłócone - unikają się, nie rozmawiają, krzyczą lub ubliżają sobie, dodatkowo siostra znika na całe noce. Nikt niczego nie chce mu wyjaśnić. Chłopak spędza czas z najlepszą przyjaciółką oraz z nowym kolegą ze szkoły, Nicholasem, który z czasem zostaje jego chłopakiem. Miłosna sielanka jednak nie trwa zbyt długo. Sprawy zaczynają się komplikować i Phil zrywa z Nicholasem. Podwójnie zraniony wyjeżdża z rodzinnej miejscowości.
W filmie tym ciekawie zarysowana jest kwestia przebaczenia: matki i córki - obie kobiety bardzo poważnie zawiniły wobec siebie i czeka je długi okres ponownej wzajemnej akceptacji, oraz Phila wobec Nicholasa i Kat, najlepszej przyjaciółki. Przebaczenie w obrębie członków rodziny jest czymś bardziej skomplikowanym niż wobec przyjaciół, którzy nagle tymi przyjaciółmi być przestali. Jednak jeden fakt jest tutaj niepodważalny - zdrada najlepszego przyjaciela boli najbardziej i nie dziwię się bohaterowi, że tego przebaczenia im nie udzielił. Takiej zdrady się nie wybacza.

Sean i Nathan
3. "120 uderzeń serca" (2017) to kino ciężkiego kalibru. Tematyką jest tutaj miłość oraz umieranie na jedną z najgorszych chorób - AIDS. Nathan przyłącza się do paryskiej organizacji zrzeszającej osoby chore i zarażone wirusem HIV. Grupa ta walczy z różnymi firmami i organizacjami farmaceutycznymi, które ograniczają dostawy nowych leków i ukrywają wyniki badań oraz testów. Na spotkaniach poznaje Seana. Zakochują się w sobie. Nathan zaczyna pomagać swojemu chłopakowi, gdy jego choroba zaczyna się poważnie rozwijać, opiekuje się nim i troszczy się o niego. Jednak uroczy i opiekuńczy czar Nathana pryska z czasem jak bańka mydlana. Przez prawie cały film podziwiałem tego bohatera, lecz już pod sam koniec, tuż po śmierci Seana, straciłem do Nathana cały szacunek. Tak się nie robi, panie kolego...

Pim i Gino
4. "Morze Północne, Texas" to belgijski melodramat z 2011 roku. Takie kino lubię najbardziej. Film przesycony emocjami, tęsknotą i wrażliwością. Introwertyczny Pim żyje we własnym świecie wyobrażeń oraz mieszka z matką, która przez ludzi z otoczenia nazywana jest latawicą. Przyjaźni się z Gino, nieco starszym kolegą z sąsiedztwa. Ich znajomość z czasem przeradza się w poważne uczucie. Pim emocjonalnie angażuje się w relację z Gino, dla którego ich romans jest tylko "dziecięcą zabawą". Gino poznaje dziewczynę i wyjeżdża wraz z nią. Osamotniony chłopak nie potrafi także dogadać się z własną matką, która "zaczęła się opiekować" przyjezdnym Cyganem. Pewnego dnia matka znika wraz z nowym fagasem. Pim przenosi się do domu Gina i zamieszkuje z jego matką i siostrą. Sprawy się komplikują, gdy kobieta umiera...
W roli Pima niesamowicie przystojny i elegancki Jelle Florizoone.

Oliver i Elio
5. "Call me by your name" O tym filmie chyba napisano już wszystko. Nie byłbym sobą, gdybym czegoś nie mógł dodać. Wczoraj obejrzałem film ponownie i nie zmieniłem zdania - Oliver jest postacią negatywną i zasługuje na ostre potępienie, bo to, co zrobił Elio, jest odrażające. Wykorzystał chłopaka, jego młodość, niedoświadczenie i uczucia. Skrzywdził go i zranił na bardzo długo, nawet na całe życie, gdyż pierwsze zakochanie na zawsze pozostaje w pamięci. Nie można tego zapomnieć. Elio miał prawo się w nim zakochać (ma dopiero 17 lat!), zaś Oliver, jako osoba bardziej dojrzała, na pewno widział wszystkie konsekwencje rodzącego się romansu. Wiedział o uczuciach Elio, pozwolił mu na rozkochanie się, a potem go porzucił i wręcz zabił informacją o ślubie. Nienawidzę Pana, Panie Oliverze! Jest Pan egoistyczną świnią!

środa, 16 maja 2018

553. Chłopięce zabawy

(541)

Pamięć tego, co było

Nawet wtedy nie przypuszczałem, że prawie całe lato tamtego roku spędzę tylko z Jackiem. Były to ostatnie dni czerwca - słoneczne, suche, nawet gorące, przeplatane krótkimi, lecz gwałtownymi burzami. Staszek na cały okres wakacji wyjeżdżał ze swymi rodzicami nad morze. Zajechali do nas, by się pożegnać. Nasze mamy usiadły na ławce i rozmawiały, a Stachu, dumny i zadowolony, w kółko paplał o pływaniu łódką i wędkowaniu. Było mi smutno, że wyjeżdża na tak długo.
Wtem na podwórko wmaszerował Jacek. W jednej ręce trzymał plastikowe wiadro, w drugiej siatkę na ryby na długim trzonku. Staszek z rozdziawioną buzią na niego patrzył. "Chodź tu, Jacuś na chwilkę!", zawołała go mama Staszka. Chłopiec podszedł do ławki. Ciocia Agata ucałowała go w policzek i odgarnęła na bok jasne włosy. "Idziesz na ryby?", zapytała. Jacuś spojrzał na mnie i się uśmiechnął. "Koło młyna jest dużo cierników", powiedział po chwili. Dwa razy tego mi powtarzać nie było trzeba. Założyłem kaloszki, wziąłem ze składziku swój podbierak i wiaderko i byłem gotów do wyjścia. Staszek zerkał na nas z zazdrością. "Mamo, a czy my musimy dzisiaj jechać?", zapytał z żalem. "Chcę pójść z nimi do młyna...", wzdychał ze smutkiem. "Będziesz łowił ryby z tatą nad morzem", uśmiechnęła się ciocia Agata. "To nie to samo...", jęknął i usiadł na ławce. Gdy nadszedł czas odjazdu, ze łzami w oczach wsiadł do samochodu. Po chwili pojazd zniknął za zakrętem, a my pobiegliśmy w kierunku młyna i tamy na rzece.

***
Tak naprawdę młyn był młynem już tylko z nazwy. Wiele lat wcześniej budynek ten spłonął wraz z całym wyposażeniem. Zostało po nim jedynie ogromne drewniane koło toczące wodę ze stawu. Dom odbudowano i mieszkała tam koleżanka mojej mamy wraz z rodziną. Wszyscy nas tam znali. Tuż przy młynie rozlewał się duży staw. Od strony lasu i pól stała duża tama ze śluzą, regulująca dopływ wody z Odry. Gdy było sucho, rolnicy spuszczali przez nią wodę wprost na pola. Od strony wsi i młyna stała druga, mniejsza tama. Z niej woda spadała na młyńskie koło i obracała je, a powstały w ten sposób strumień łączył się z małą rzeczką i przecinał wzdłuż całą wieś. Na dużą tamę nie wolno było nam chodzić i kąpać się w jej pobliżu, znów na małej bawiliśmy się całymi dniami - ja, Jacek, Staszek oraz inne dzieciaki ze wsi. Skakaliśmy do wody, nurkowaliśmy, łapaliśmy żaby i raki, wodowaliśmy ręcznie robione łódki.
Gdy byliśmy nastolatkami, lubiliśmy z Błękitnookim przychodzić nad staw o zmierzchu. Siadaliśmy na grobli lub na dużej tamie i, oparci o siebie plecami, słuchaliśmy rechotu żab, cykad i świerszczy, delikatnego szelestu szuwarów i tataraku. Księżyc odbijał się na wodzie, a my rozmawialiśmy. O wszystkim - o nas, o przyszłości, przeszłości, szkole, kolejnej wycieczce, o głupiej Ance, która próbowała całować chłopaków na przerwach, o naszych rodzicach i dziadkach i o domu, który należało już wyremontować.
Tak naprawdę to chyba było nasze ulubione miejsce - wspominaliśmy okres wczesnego dzieciństwa, gdy przychodziliśmy tu we trzech, by siatkami łapać cierniki, kąpać się lub zrywać brązowe pałki tataraku, o które później piekliła się babcia, gdyż pęczniały i wybuchały w domu tysiącem kłaków puchu. Potem przychodziliśmy już tylko we dwóch. Było inaczej. Rozmawialiśmy lub siedzieliśmy bez słów, gdyż nasze milczenie było także rozmową.

***
W kilka dni po wyjeździe Staszka dziadek zaprzągł konia i szykował wóz do wyjazdu do lasu. Miał przywieźć drzewo, które zostało po wyrębie. Uprosiliśmy go, by wziął nas ze sobą. Zabraliśmy też naszą Nukę. Od strony wałów i zakola Odry wjechaliśmy do ciemnego boru. Jacuś był tu po raz pierwszy. Rozglądał się dokoła z otwartą buzią, słuchał odgłosów lasu i chłonął jego zapach. Był podekscytowany. Po drodze zajrzeliśmy na powojenny cmentarz. Wszystkie mogiły skryte były w mroku. Po powrocie do domu babcia nie mogła opędzić się od setki jego pytań. Na kolację przyszła ciocia Lucyna, mama Jacka. Siedzieliśmy wszyscy przy stole w ogrodzie - dziadkowie, moja mama, ciocia i my. Dziadek zaczął opowiadać o wojnie i wspominać swoich kolegów, którzy zginęli w walkach (miał 17 lat, gdy wybuchło powstanie warszawskie).
Spędziliśmy wspólnie całe lato - chodziliśmy z dziadkiem i z Nuką do lasu na jeżyny i grzyby, kąpaliśmy się w rzece i w stawie, łapaliśmy cierniki i raki, pomagaliśmy przy sianokosach i żniwach, jeździliśmy z ciocią Lucyną na jarmark do miasta.
Bardzo się zżyłem z Jacusiem, był takim moim młodszym bratem. Któregoś dnia chwycił mnie za rękę, uśmiechnął i "Kocham cię", wyszeptał. Stał naprzeciwko mnie. Wiatr rozwiewał mu jasne włosy, a przydługa grzywka przykrywała cały nos. Odgarniał ją co chwilę na bok. Takiego go właśnie pamiętam - drobnego chłopca o niebieskich oczach i rozwianych jasnych włosach. Wtedy nawet nie przypuszczałem, że to będzie ostatnie nasze wspólne lato. Później świat się skończył.

Wakacje się kończyły i z utęsknieniem czekaliśmy na powrót Stasia.              

552. Z okazją

Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, Elbi :)
Fotka z sieci.

poniedziałek, 7 maja 2018

551. Słów kilka o zachowaniach ludzkich. Dwie historie z życia wzięte

Nie mam ostatnio weny do pisania. Jestem zmęczony psychicznie. Fizycznie także. Na moich barkach kolejny 10-dniowy maraton w dwóch pracach. Wolny dzień będę miał dopiero w niedzielę. A potem kolejny maraton i kolejny...
I tak aż do 25 czerwca kiedy to lecę do Hiszpanii. Jeden dzień poświęcę na plażowanie w Maladze i zwiedzanie miasta, potem wybieram się na objazd: Granada, Kordoba, Sewilla i - jeśli wystarczy czasu - Kadyks i Gibraltar. Przynajmniej odpocznę psychicznie. Pracuje u nas bardzo miła dziewczyna z Hiszpanii. Często z nią rozmawiam, a ostatnio nawet ćwiczę hiszpańskie zdania. Ostrzegła mnie: "Weź dobry faktor, bo będzie tam naprawdę gorąco!" Pamiętam, że kiedyś zwiedzałem Rzym i Neapol w sierpniowych upałach. Pompeje były tak nagrzane od słońca, że czułem się, jakbym wszedł do piekarnika. Czekam na ten urlop jak na zmiłowanie...
Poczyniłem także wstępne plany na kolejny wyjazd, ten jesienny. Tym razem wybiorę się na daleką eskapadę wraz z Panem eM... Ale to już nie będzie Europa...

Czasami zachowanie ludzi, szczególnie tych z mojego otoczenia, przeraża mnie, budzi niesmak, zdziwienie, czasami złość lub litość. Nie ze wszystkimi tak jest, gdyż mam kontakt także z ludźmi poważnymi i znającymi zasady współbycia i współpracy. Tak jest na przykład z Ester, dziewczyną z Hiszpanii, o której wspomniałem wyżej, z Lisą, z Kate i kilkoma innymi. Stawiając naprzeciwko tych osób taką rozhisteryzowaną hipochondryczkę Helen lub June, która przeze mnie jest Czerwcowym Wężem nazywana, powstanie pomiędzy nimi przeogromna przepaść. To po prostu dwa odrębne światy.
Dawniej Czerwcowy Wąż pracowała razem z Helen na jednym florze. Najlepsze przyjaciółki chodzące w parze, trzymające się za ręce i patrzące na siebie jak w lusterko, takie typowe nierozłączne ciotki-klotki na rowerach z zapyziałej i zapomnianej wsi, gdzie psy dupami szczekają. Można rzec - w kupie siła, ale czasami się zdarzało, że jednej z nich nie było w pracy... I właśnie wtedy się okazywało, jak wielka jest to przyjaźń. Jedna drugą w łyżce wody by utopiła... Obrzucały się takim błotem, że wstyd powtarzać... Czerwcowy Wąż wręcz płakała: "Bóg ją pokarał, że musi z Helen pracować", i posyłała ją do stu diabłów i do nie wiadomo czego jeszcze... Kolejnego dnia panikowała Helen: "Ja przy niej nerwowych spazmów dostaję! Ona ciągle mnie poucza! Ręce mi się trzęsą, jestem zestresowana, płakać mi się chce!" I jak to bywa w takich bajkach - dnia kolejnego Czerwcowy Wąż spotkała się z Helen na jednej zmianie i na powitanie: sto buziaków, uśmiechy od ucha do ucha, padanie sobie w ramiona i śpiewne szlochy: "Jak się masz, kochana?" "Dobrze. A ty, moja droga?"
W miarę możliwości ograniczam kontakt z nimi do maksimum. Czasami mijam się z nimi na florach, wtedy tylko kiwam głową na powitanie, szczególnie Czerwcowemu Wężowi, bo Helen to odwraca głowę w drugą stronę i udaje, że mnie nie widzi.
Mogę nawet zaryzykować tezę, że ostatnio jakby lepiej było z Czerwcowym Wężem - zagaduje mnie i zaczęła "normalnie" ze mną rozmawiać. Ale i tak na kilometr wyczuwam jej fałsz. Zacząłem nieco realizować logikę pewnego polskiego przysłowia - jeśli wejdziesz między wrony... Nie znaczy to, że zacząłem być fałszywy i wszystkich obgadywać, po prostu zacząłem grać tak jak oni. I tak jakby się coś zmieniło.
Jednego dnia Czerwcowy Wąż zapytała mnie: "Czy ty znasz Biblię?" Zaskoczyła mnie. "Oczywiście", odparłem, "Stary Testament, Nowy Testament, Psalmy, Ewangelie... Ale nie jestem praktykujący...", dodałem po chwili. Zmrużyła oczy jak kot, pokiwała głową i zaczęła ze mną "normalnie" rozmawiać. Pomiędzy nami nie ma jakiejś wielkiej przyjaźni, po prostu tolerujemy się. Mi to wystarcza, bo i tak za grosz jej nie ufam. Wiem, że jej fałsz i obłuda nigdy z niej nie wyjdą - to osoba, która, składając ręce na piersiach i spoglądając w niebo, powie prosto w twarz: "Niechaj Bóg ci wynagrodzi. Będę się za ciebie modlić!", ale w rzeczywistości za plecami trzyma nóż, który bez zawahania jest w stanie wbić swemu rozmówcy w plecy.
Inaczej rzecz się ma z Helen. Z nią rozmijam się praktycznie bez słowa. Patrzę nieraz na nią z litością i kiwam tylko głową. To osoba pełna pretensji do wszystkich i dosłownie za wszystko: za wodę, którą pije, za powietrze, którym oddycha, za uniform, który ubiera do pracy, za rezydentów, wokół których trzeba chodzić. Zawsze towarzyszy jej cierpiętniczy wyraz twarzy, zawsze jest zmęczona i ubolewająca, cierpiąca i chora - boli ją ręka, palec, oko, włosy, a to nie może po schodach chodzić, a to dusi ją coś w windzie, raz jest jej za gorąco, raz za zimno, nie lubi, gdy świeci słońce, nie lubi, gdy pada deszcz, nie lubi, gdy wieje wiatr.
Helen jest przekonana, że wszyscy ludzie dokoła niej powinni być na jej usługach, i tak ich traktuje. Moje kontakty z nią ograniczają się tylko do powiedzenia "Good morning", zresztą i tak nigdy odpowiedzi nie otrzymuję - Helen udaje, że mnie nie widzi. Tak samo się zachowuje, gdy przychodzi do kuchni - wchodzi, rozgląda się, wskazuje palcem na przygotowany obiad i pyta: "To moje?" Bierze i wychodzi. Nie ma żadnego "dzień dobry, dziękuję, na razie, do zobaczenia, przepraszam, nawet typowego - pocałuj się w dupę - też nie ma". Wiele razy widziałem, jak na jej widok, Jimmy, szef kuchni, z niedowierzaniem kręcił głową.
Pamiętam jedną sytuację, która dała mi sporo do myślenia. Na drugim florze minąłem się z Helen, która ubrana była po cywilnemu (to był jej day off). Rzuciłem jej "Good morning". Oczywiście nie odpowiedziała i minęła mnie jak powietrze. Potem dowiedziałem się od Tam, że gdy Helen ma dzień wolny, a musi przyjechać do ośrodka wypełnić jakieś dokumenty, to w ogóle z nikim nie rozmawia, bo ona nie utrzymuje żadnych prywatnych kontaktów z ludźmi, z którymi pracuje. Tam opowiedziała mi jedną historyjkę: "Wyobraź sobie, że spotkałam kiedyś Helen w sklepie. Podchodzę do niej i witam się z nią, a ta patrzy na mnie zszokowana, rozgląda się dokoła wystraszona, jakby się bała, że ktoś nas razem przyuważy i szepcze do mnie - Ale ja dziś nie jestem w pracy - i odeszła". Tam machnęła ręką i dodała: "Nie przejmuj się tym. Ona taka jest wobec wszystkich". I wtedy wpadło mi do głowy rozwiązanie, jak postępować z Helen - zostaw ją w spokoju i nie narzucaj się ze swym "Good morning", bo ona odbiera to jak atak na jej osobę, mijaj ją jak powietrze. I ostatnio tak właśnie postępuję.

Wygadałem się trochę. Ulżyło mi. Czasami myślę, że to mój trudny charakter powoduje, że ludzie mnie odrzucają i skreślają. Okazuje się jednak wielokrotnie, że potrafię wyciągnąć rękę do kontaktu. lecz ta ręka zostaje odepchnięta nie z mojej winy. Najważniejszy jest jednak jeden fakt, którego nauczyłem się w kontaktach z tak trudnymi ludźmi jak Helen czy Czerwcowy Wąż - czasami warto trzymać język za zębami i odejść bez zbędnego komentarza - szczery komplement lub szczera uwaga dla niektórych ludzi okazuje się być zniewagą lub po prostu atakiem na ich osobę.  

czwartek, 26 kwietnia 2018

550. Gość

W miniony poniedziałek przyjechał do mnie Bzyczek.
Prawdopodobnie jesienią wracam do Belo Horizonte.

Dużo ostatnio pracuję - dwie prace pochłaniają każdą godzinę, na wszystko brakuje czasu, nie mam nawet kiedy wyjść do banku czy do sklepu po nowe tenisówki.

Kupiłem bilety na samolot. W czerwcu lecę na kolejną włóczęgę z plecakiem. Tym razem południowa Europa. Zaplanowałem sobie dotrzeć do czterech miejsc. Myślę, że się uda.

 

niedziela, 1 kwietnia 2018

549. Dobre kino


W tej scenie przede wszystkim muzyka! Niesamowite brzmienie! Szczególnie na mocnych słuchawkach. Zresztą - cały film to świetna muzyczna uczta (coś dla oka także się znajdzie). Polecam!

sobota, 31 marca 2018

548. Czy to już?

Czy to już naprawdę Wielkanoc??? Czas ucieka jak szalony! Czuję wręcz jego przepływ na skórze...
Praca w dwóch miejscach zdominowała moje życie - brak wolnych dni, ciągle w biegu, każdego dnia coś się dzieje, mało czasu dla siebie, zbyt mało... Gdzieś uda mi się coś poczytać (powieść Greena skończyłem po miesiącu!), coś gdzieś posłuchać (moja MP3 ledwo już zipie) i tyle mam przyjemności z mijających dni...
Dziś sobota wielkanocna, a ja idę na nocną zmianę. Mogłem odmówić, nic by się nie stało, ale zbieram na kolejną samotną wyprawę w czerwcu. Dotrwam!

czwartek, 15 marca 2018

547. Kilka wrażeń z wyjazdu

W swój własny indywidualny i niezależny sposób "zdobyłem" Bliski Wschód:
- trzy kraje: Egipt, Jordania i Izrael (osobno Palestyna),
- trzy morza: Czerwone, Martwe i Śródziemne,
- dwie pustynie: Wadi Rum w Jordanii i Negew w Izraelu,
- dwie stolice: Amman i Tel Aviv,
- Jezioro Galilejskie,
- miasta: Sharm El Sheik, Akaba, Amman, Dżarasz, Nazaret, Cezarea, Jaffa, Tel Aviv, Jerozolima i Betlejem,
- zabytki: Petra, ruiny rzymskie w Dżarasz i Cezarei, zamki krzyżowców w Jerozolimie, Masada - twierdza Heroda.

Przemierzając Wadi Rum miałem wrażenie, że wylądowałem na Marsie! Ceglaste skały, czerwonawy piach, wąwozy oraz nieskazitelna cisza:


Petra, swym urokiem, powaliła mnie na kolana:


Dżarasz urzekło mnie rzymskimi zabytkami i strefami archeologicznymi:


Cezarea to piękne stare miasto na wybrzeżu Morza Śródziemnego:


Jerozolima to kulturowy tygiel. Krzyżują się tu największe religie (islam, chrześcijaństwo i judaizm), a ludzie różnych narodowości i obyczajów mieszkają obok siebie: Żydzi (ortodoksyjni i nieortodoksyjni), Arabowie, Ormianie, Palestyńczycy, Jordańczycy, Syryjczycy, Egipcjanie, Europejczycy. Jerozolima jest miastem, gdzie obok siebie stoi meczet, kościół ormiański, grecki, cerkiew i świątynia katolicka.


Brzeg Morza Martwego to pustkowie. Upał i ciężkie powietrze męczą. Woda jest gęsta jak olej.


Wyjazd uważam za udany.
Nawiasem mówiąc, już mam pomysł na kolejną wyprawę.

wtorek, 6 marca 2018

546. Namiastki

Od minionej soboty jestem w Polsce.
Podróż z Anglii była koszmarna. Kraj zasypany śniegiem - odwołane pociągi, autobusy, zamknięte lotniska. Utknąłem w trasie, nie dotarłem na lotnisko - patrząc na straty - oprócz biletów i zdrowia, moje spóźnienie to cała doba i mnóstwo straconej kasy na "inne" formy transportu do Polski.
Dziś wieczorem wylatuję na Bliski Wschód na małą włóczęgę - na samotną wyprawę z aparatem po pustyni i wybrzeżu Morza Śródziemnego. Planuję nocować pod gołym niebem i przez całą noc obserwować gwiazdy i galaktyki. W taki sposób odzyskam zagubiony gdzieś spokój i odnajdę swoją namiastkę szczęśliwości.

wtorek, 20 lutego 2018

545. Złe sny i złe nawyki

O godzinie 3.40 nad ranem wybudził mnie dzwonek telefonu. Byłem zły, gdyż spać położyłem się jakoś przed pierwszą w nocy. Na wyświetlaczu dostrzegłem imię Błękitnookiego. Odebrałem dopiero po chwili: "Co się stało, że dzwonisz w środku nocy?", zapytałem zaspanym głosem, nie odrywając głowy od poduchy. "Miałem straszny sen o tobie... Totalne wariactwo! Obudziłem się mokry jak szczur! Czy u ciebie wszystko w porządku?", wrzucał słowa do telefonu niczym zacinający się karabin maszynowy. "Jaki sen? O czym ty mówisz? U mnie jest przed czwartą rano...", oparłem głowę na ręce i próbowałem nieco oprzytomnieć. "A co ty teraz robisz?", zapytałem. "Siedzę w ogrodzie. Piję. Palę. Patrzę w niebo. Rozmyślam", mówił coraz ciszej. "Coś ty powiedział?!", z wrażenia aż usiadłem na pościeli. "Pamiętasz ten wieczór, kiedy po komersie poszliśmy z całą naszą paczką nad Odrę?", nagle zmienił temat. "Aha...", potwierdziłem. "Upiliśmy się i potem była ta cała jatka z policją i znaleźli nasze ubrania na brzegu..." "Do czego zmierzasz?", przerwałem mu. "Właśnie to mi się śniło...", wyszeptał. "Powiedz mi, ile wypiłeś?", teraz to ja zmieniłem temat. "Jest Thomas w domu?", zapytałem. "Nie. Siedzę sam", odpowiedział dopiero po chwili. "Jest w pracy?", nadal drążyłem. "Nie wiem...", odparł. "Jak to nie wiesz?!", chyba zbyt się zagalopowałem w swojej dociekliwości. "Po prostu nie wiem", spokojnie odpowiedział i nagle się rozłączył. Chciałem do niego oddzwonić, lecz jego telefon już był wyłączony. Zakląłem pod nosem i zapatrzyłem się w podłogę. Do spania już nie wróciłem.       

sobota, 17 lutego 2018

544. Tajemnice domu żywych i umarłych

W przeciągu ostatniego miesiąca miejsce pracy stało się moim drugim domem. W ramach możliwości wziąłem dodatkowe zmiany za tych, którzy z różnych powodów byli nieobecni. Zacząłem też rozmawiać i zaprzyjaźniać się z pracownikami, nawet któregoś dnia usłyszałem, że mówią o mnie dobrze, że zmieniłem się i stałem się bardziej otwarty. To miłe. Cieszy mnie to, że pracuję z "fajnymi" ludźmi. Dość często przesiaduję także z naszymi rezydentami. Wołają mnie do siebie, zapraszają na pogawędki lub partyjkę kart lub szachów, pijemy razem herbatki lub kawki i wcinamy ciasteczka.
Jednak miejsce to jest nie tylko miejscem wesołych pogaduszek, to miejsce, gdzie nasi rezydenci umierają. To jest ich dom. Mieszkają tu aż do śmierci. Po śmierci także. Ich byty pozostają w murach całego budynku. Na jak długo, tego nie wiem.
Mary Jane "spotkałem" pod koniec ubiegłego roku (wpis nr 539), a potem jeszcze dwa razy. Raz stała na końcu korytarza na trzecim piętrze. Dostrzegłem ją kątem oka, gdy wyszedłem z kuchni. Gdy zwróciłem się w jej stronę, spojrzała na mnie i zniknęła za rogiem. I drugi raz, jakiś tydzień temu, gdy stałem na tym samym korytarzu wraz z moim szefem i omawiałem z nim nową rotę. Po prostu wyszła zza rogu i spokojnym, dość szybkim, płynącym wręcz "krokiem" minęła nas. Zawiesiłem się w połowie jakiegoś słowa i wodziłem za nią wzrokiem do momentu, aż zniknęła w bocznym korytarzu (mój szef zauważył moją konsternację i wybałuszył oczy, pytając: "Co ci jest? Wyglądasz, jakbyś ducha zobaczył... Spojrzałem na niego nieco zszokowany i wydukałem: "Nic... To była tylko... Och, nic już..." A potem patrzył na moje ręce, gdyż próbowałem ukryć przed nim, rozcierając przedramiona, ostro zarysowaną gęsią skórkę).

Korytarz, na którym pojawia się Mary Jane.
Prócz Mary Jane widziałem jeszcze dwa inne byty. Na ławce, w położonym tuż obok domu małym parku, przesiaduje staruszek z kocem na kolanach, a na parterze, zawsze w tym samym miejscu, stoi wysoki mężczyzna w kapeluszu. O tego drugiego zapytałem jednego dnia, w dyskretny i bardzo zawoalowany sposób, jedną z kelnerek. "A skąd wiesz, że był tutaj taki rezydent?", wypaliła od razu. "Coś mi się o nim o uszy obiło", skłamałem. "Ten pan (tu wymieniła jego imię) zmarł jesienią zeszłego roku. Nie możesz go pamiętać, bo tu jeszcze nie pracowałeś". Już miałem jej powiedzieć, że widziałem go rano przy drzwiach jego dawnego pokoju, ale w ostatniej chwili ugryzłem się w język.
Ludzie nie lubią historii o duchach, boją się ich lub po prostu ironicznie się uśmiechają, słuchając o ludziach, którzy mogą mieć z nimi kontakt.

A teraz historia o żywych.
Pisałem kiedyś o rozhisteryzowanej Helen. Jest straszliwie pamiętliwa i zacięta. Ja też taki umiem być, choć to nie przeszkadza mi w płataniu jej figli (chyba właśnie poprzez te żarty tak bardzo się zacięła).
W kuchni dzwoni telefon. Podchodzę. Na wyświetlaczu widzę, że to ktoś z drugiego piętra.
- Słucham - pytam.
- Mówi Helen z drugiego piętra... - rozpoznaję jej piskliwy głosik i już mi miga ostrzegawcza lampka nad głową.
- Och, przykro mi, ale nie wiem, gdzie jest Helen... - odpowiadam.
- Ale to ja jestem Helen - piska do słuchawki.
- Ale Helen tutaj nie ma - już prawie duszę się ze śmiechu.
- To ja jestem Helen... - słyszę nacisk w jej głosie.
- Chyba widziałem ją na pierwszym piętrze... Mam iść jej poszukać? - Zapytałem.
Walnęła słuchawką.
Potem widziałem ją na drugim piętrze. Odwróciła się do mnie plecami i z wielkim fochem gdzieś poszła.
Najlepszą przyjaciółką Helen jest Czerwiec (ang. June). To kobieta o jeszcze gorszym charakterze i paskudnym obejściu. Ogólnie to mówię na nią Wąż, ale to już chyba będzie inna opowieść.