wtorek, 21 marca 2017

475. Pytania bez odpowiedzi

Byliśmy dziś na zakupach w Katowicach. Bzyczek dziwnie obserwował mnie cały czas. Potem, siedząc przy kawie w galerii w centrum miasta, Bzyczek zagadnął mnie: "Powinieneś wrócić do Belo Horizonte." Spojrzałem na niego dość ostro, lecz nie spuścił wzroku i dodał: "Chcę cię prosić, byś przemyślał sprawę i wrócił do domu." Nie odpowiedziałem. "Nie tylko ja za tobą tęsknię. Chłopcy Alvarezów do tej pory pytają o ciebie. Nie zapomnieli." Spojrzałem na niego i nasz wzrok się skrzyżował. "A może ty przeniesiesz się do mnie?", zapytałem, wiedząc, że moje pytanie będzie formą retoryczną. Zapatrzył się w blat stolika i nie odpowiedział.

niedziela, 19 marca 2017

474. (...)

Przyjechał jakoś po godz. 16.30.
Wszedł do mieszkania i "Dzień dobry", powiedział.
Teraz śpi w małym pokoju.

czwartek, 16 marca 2017

473. A gdzie jest drugi pan?

Jakoś po południu nawiedziła mnie moja sąsiadka, Cyklopka. Zaprosiłem ją do środka. Usiadła na rogówce, postawiła talerzyk z makowcem na ławie. "Słyszałam, że przyjechał pan do domu", zaczęła i bardzo ostrożnie rozglądała się po pokoju. "Tak. Dostałem urlop", odparłem. "Trzeba mi odpocząć, zmienić klimat, otoczenie...", odparłem i poprawiłem roletę w oknie. Cyklopka obserwowała mnie uważnie. "A drugiego pana to znowu nie ma?", zapytała i wlepiła we mnie wzrok. "Pani Elżunia coś mi tam wspominała, że drugi pan też ma ponoć przyjechać..." "Ach, ta moja mama! Zawsze wszystko musi wypaplać." Uniosłem kubek z zimną już herbatą do ust. Cyklopka nadal na mnie zerkała. "Drugi pan przyjeżdża w tę niedzielę", powiedziałem po chwili. Miałem wrażenie, że jej ulżyło i poczuła przypływ zadowolenia. "Porozmawiacie sobie, spędzicie trochę czasu i wszystko będzie dobrze", nikły uśmiech pojawił się na jej pulchnej twarzy. "Drugi pan, prosto z lotniska, pojedzie do swoich rodziców. Nie będzie go tutaj", odparłem z twardym przekonaniem. "Jak to?", skrzywiła się. Wzruszyłem ramionami. "To nie wrócicie razem do Ameryki?!", była zaskoczona i zawiedziona jednocześnie. Ponownie wzruszyłem ramionami i spojrzałem przez okno na sąsiedni blok - w jednym z okien na czwartym piętrze stał szczupły mężczyzna. Chyba wieszał firany...

środa, 15 marca 2017

472. Rollo cz.2

Przysłał mi dziś wiadomość na Fb:

"Nie ma ciebie zaledwie od 3 dni, a ja już tęsknię za twoim krzywym pyskiem :) :)
Wracaj szybciej! R."

Wypożyczyłem trochę książek, ale jakoś nie mam zbyt wielkiego natchnienia do czytania. Zacząłem od "Gwiezdnego pyłu", lecz jestem zawiedziony. Zwiodły mnie opisy, opinie i recenzje. Stwierdzam otwarcie - fantastyka nie dla mnie.

niedziela, 12 marca 2017

470. Rollo

W ostatni czwartek wpadł do mnie Rollo ze zgrzewką piw i pełną torbą różnych chipsów. Wygrzebałem dodatkowo, ku jego uciesze, pół butelki whisky, skleciłem jakieś kanapki. Siedzieliśmy później na murku w ogródku. Było chłodno, a niebo skrzyło się tysiącem gwiazd. "Wiesz, że gdzieś tam jest życie", przerwał ciszę Rollo i zaciągnął się papierosem. "Na pewno nie wyglądają tak jak my, ludzie, ale są tam. Wiem to. Czuję to", znów przyłożył papieros do ust. Spojrzałem na niego z zaciekawieniem i zapytałem o grecką apokatastazę (nie znał tego terminu, ale po wyjaśnieniu, pokiwał głową). "Tak, to prawda", powiedział. "Nasze życie, tu, na ziemi, to tylko kropla wody w nieskończonym oceanie. Wierzę w to. A ty?" "Też!", odparłem i z wrażenia, że ktoś może wyznawać podobną filozofię życia co ja, zapaliłem kolejnego papierosa. A potem gadaliśmy i gadaliśmy dosłownie o wszystkim - o pracy, o ludziach, o życiu, o problemach związanych z emigracją i o filozofii, i o gwiazdach, i o kosmosie - naszym pierwszym domu bez ścian i bez okien.

(Przede mną jeszcze ostatnia 10-godzinna zmiana i dziś o 1.30 w nocy wyjeżdżam do domu na urlop. Dam radę. Muszę.)

niedziela, 5 marca 2017

469. Złe, dobre i obojętne wieści

Złe:
wczoraj Lu zdała egzamin menadżerski i jestem na siebie po części wściekły, gdyż sam przyłożyłem do tego rękę. Menadżer regionalny nie zauważył jej karygodnego błędu, a ja jak głupi za nią pobiegłem i praktycznie w ostatniej chwili ją przestrzegłem. Regionalny później jej powiedział: "Gdybyś zrobiła to tak, jak zamierzałaś, egzamin masz oblany. No, ale..."
Gdybym był wredny, odwróciłbym głowę i Lu znów by oblała. Przynajmniej mam czyste sumienie, ale zastanawiam się nad jednym - czy jej wczorajsza promocja czasem nie pogorszy naszej sytuacji w pracy...

Dobre:
kupiłem bilety na samolot i w poniedziałek, 13 marca, lecę do Polski na urlop. To całe 3 tygodnie wolnego czasu na czytanie i odpoczywanie! Mam nadzieję, że wyszukane w elektronicznym katalogu książki będą jeszcze dostępne.

Obojętne:
w Zabytkowym Mieście trzeba spotkać mi się z Błękitnookim. Będzie w tym czasie w Polsce. Mamy do omówienia wiele spraw.

środa, 22 lutego 2017

468. Krótka historia żądnej władzy Lu

Lu zwariowała kompletnie! Mało kto z nią rozmawia, ludzie zaczęli jej unikać, nawet jej brat przewraca oczyma, gdy Lu pojawia się w zasięgu wzroku. Ubzdurała ona sobie, że będzie menadżerką zmiany.

Jakieś dwa miesiące temu przyjechał do nas główny menadżer regionalny i Lu pobiegła do niego z żądaniem awansu dla siebie.
- Jak długo tu pracujesz? - Zapytał jej regionalny.
- Od dwóch tygodni - odparła pewnie.
- I po tych dwóch tygodniach chcesz być menadżerką? - Zapytał, poprawiając okulary i zakrywając ręką uśmiech na twarzy.
- Ja mam rodzinę! Małe dziecko! Nie jestem jak wszyscy inni i nie będę sprzątać, bo już od tygodnia myję podłogę po całym dniu! Inni są od sprzątania! - Uniosła głos.
Regionalny spojrzał na nią z dezaprobatą i wyszedł bez słowa. Po chwili namysłu Lu pobiegła za nim.
Tak na serio nie wiemy, co się zdarzyło w biurze za zamkniętymi drzwiami, ale następnego dnia Lu do pracy przyszła w menadżerskiej koszuli. I tego samego dnia zaczęła się jatka.

Pamiętam dzień, kiedy zaczęła pracę. Na halę weszła wtedy nieśmiała dziewczynka z kucykiem (Lu ma 23 lata). Uśmiechała się, pomagała, pytała o wszystko, próbowała z nami żartować. Zaledwie w ciągu jednego dnia przeobraziła się w jędzę.

Już na pierwszej jej zmianie, następnego dnia, gdy włożyła czarną koszulę, zaczęła ustawiać ludzi po kątach. Weszła na halę bez powitania i zaczęła wszystko sprawdzać. Pracowałem wtedy z Rollo, moim najlepszym kumplem, a na kasie stała starsza pani. Lu zaczęła na nią krzyczeć, że coś tam nie było dobrze zrobione. Starsza pani dosłownie zbladła, a my, słysząc krzyki, przeszliśmy do przodu. Lu trzymała w rękach plastikowe tacki, na których wydaje się klientom zamówienia i darła się do kobiety.
- Przecież to trzeba natychmiast umyć! - I rzucała tacki na podłogę. Starsza pani położyła rękę na piersi i spojrzała najpierw na porzucone tacki, a potem na Lu.
- Ja nie będę tego po tobie sprzątać - powiedziała spokojnie i odeszła.
Sprzątnął je dopiero Andy, brat Lu, który przyszedł na popołudniową zmianę i nie wiedział (jeszcze), co się stało.

W kilka dni później sam dość ostro ściąłem się z Lu. Była to sobota, dużo klientów i dużo zamówień. Stałem wtedy na kasie ze starszą panią. Przyszła do pracy tuż przed 12 i już było po niej widać, że nie ma najlepszego humoru. Najpierw ścięła się z Rollo o jakąś kompletną bzdurę, a potem wystartowała do Moo, naszego supervisora (tak naprawdę Moo jest jej przełożonym) i zaczęła mu wydawać polecenia. Moo zacisnął zęby i nic z początku się nie odezwał, a my, na kasach, słyszeliśmy, jak Lu dyryguje wszystkimi na hali (byli też Andy i Marco):
- Podaj mi to, przynieś mi tamto, zrób to i owo, posprzątaj to, a dlaczego to tutaj leży - chodziła i pokazywała palcem.
- Lu, czy ty czasem dziś nie stoisz na kasie? - Moo nie wytrzymał.
- Jestem menadżerką i pracuję wszędzie - odpyskowała.
- Jeszcze nie jesteś i nie wiadomo, czy będziesz - wtrącił się Andy.
- Idź, proszę cię, na kasę - polecił jej Moo, nawet na nią nie patrząc.
Na froncie oparła się o kontuar i obserwowała, jak obsługujemy klientów. Coś się jej nie spodobało, więc wzięła stoper i zaczęła mierzyć nam czas przy przyjmowaniu zamówień.
- Za długo to trwa! - Huknęła do starszej pani.
- Źle to robisz! Najpierw dajesz kwit mi, a potem klientowi - szturchnęła mnie, nie bacząc na klientów przede mną.
- Włóż koszulkę do spodni! - Rozkazała. - Ty też! - Zwróciła się do starszej pani.
Równocześnie spojrzeliśmy na nią, ale odeszliśmy na bok i włożyliśmy koszule w spodnie.
- A teraz idźcie umyć ręce! - Rozkazała.
- I mamy zostawić klientów? - Zapytała starsza pani.
- Dotknęliście spodni, więc trzeba myć ręce!
- Tego nie ma w regulaminie - odezwałem się, a starsza pani dodatkowo to potwierdziła.
- Macie iść umyć ręce! - Uniosła głos.
- Tego nie ma w regulaminie - powtórzyłem wyraźnie, wyminąłem ją i wróciłem do czekającego klienta.
To samo zrobiła starsza pani.
- Macie się mnie słuchać! - krzyknęła i podeszła do mnie. - Mogę z tobą pomówić za drzwiami?
- Zobacz, ile ludzi czeka, nie teraz, jestem zajęty - odparłem i zająłem się klientami, a Lu nadęta jak balon, czerwona jak burak, poszła do chłopaków na halę. W chwilę później znów usłyszeliśmy, jak podniosła głos i ścięła się ponownie z Rollo.
Gdy przeszedł nawał klientów i zrobiło się nieco luźniej, Lu znów zaatakowała.
- Jak do was mówię, macie natychmiast wykonywać moje polecenia! - Krzyknęła do mnie i do starszej pani.
Na hali wszyscy zamarli i zwrócili się w naszą stronę.
- Jak ty się do mnie odnosisz! - Odezwała się starsza pani, zawsze spokojna i opanowana. - Mogłabyś być moją wnuczką i nie jestem twoją koleżanką, byś na mnie tak krzyczała i poniżała mnie przy klientach!
- Jestem menadżerką! - Krzyknęła Lu.
- Nie jesteś żadną menadżerką, nadal jesteś normalnym pracownikiem - nie wytrzymałem. - To, że założyłaś czarną koszulę niczego nie zmienia.
- Napiszę na ciebie skargę! - Zaczęła mi grozić.
- Pisz! Nie boję się ciebie - odpaliłem jej, a ona poczerwieniała jak burak.
- Idziesz do domu! Wyloguj się i idź do domu! - Rozkazała.
Spojrzałem na stojącą obok mnie starszą panią, myśląc, że dobrze jej nie zrozumiałem.
- Nie wolno wysłać ci go do domu - wtrącił się Moo.
- Mogę - odparła.
- Tylko główny menadżer może wysłać pracownika do domu - Moo zaczął się niecierpliwić.
- Ja jestem menadżerką!
- Nie jesteś żadną menadżerką! - Tym razem puściły mu nerwy.
- Moo, pójdę zapalić, bo widzę, że rozmowa z nią nie ma sensu. Trzeba poczekać na Lee (głównego menadżera). Może on coś z tym zrobi. - I wyszedłem na przerwę.
Niestety Lu nie potrafiła odpuścić, dopadła mnie na przerwie i doszło do ostrej awantury (w sumie to ona się wydzierała), a gdy wróciłem na halę, znów wojowała z chłopakami, a w szczególności z Rollo i z Moo.

Tak więc nikt z nią nie chce pracować. Lu ma przeciwko sobie prawie całą załogę: Moo jej nie cierpi, Andy się nie przyznaje, że to jego siostra, Rollo, Marco i ja kompletnie ją ignorujemy, a starsza pani to nawet jej nie poznaje. Jednego dnia Lu chodziła zapłakana, żaliła się, że nikt jej nie lubi i nikt nie chce z nią pracować.
- Dobrze ci tak - skwitował jej żal Andy.

Może trzy tygodnie temu Lu przeszła na częściowy etat i przychodzi tylko w piątki, soboty i niedziele, a tydzień temu oblała swój egzamin na menadżera.

Odbiło jej całkowicie. Dostała koszulę menadżerską i myślała, że może rozstawiać wszystkich po kątach. Starsza pani dobrze powiedziała: "Gdyby Lu miała rację i dobrze znała regulamin, to byśmy się jej słuchali i uszanowali jej pozycję. A ona, żółtodziób z dwutygodniowym stażem, zaczęła traktować wieloletnich i doświadczonych pracowników jak śmieci i dokopywać im. Dodatkowo wymyślała swoje własne zasady, które, pod przymusem, chciała wprowadzić w życie."
Lu się zapomniała i przeoczyła jeden fakt: dobry menadżer pracuje z ludźmi, a nie wywyższa się i ciągle zaznacza granicę: ja - wy.

467. Ludzie się zmieniają

Ostatniej nocy śnił mi się Elbi: przechodziłem obok budynku jego firmy w Zabytkowym Mieście, gdy wyszedł na zewnątrz. Rozpoznałem go po sylwetce i zadbanej fryzurce. Skręcił w moją stronę. By mnie nie dostrzegł, nasunąłem na głowę kaptur i zapaliłem papierosa. Szedł za mną w odległości kilku kroków. Rozmawiał z kimś. Na dźwięk jego pięknego i aksamitnego głosu zabiło mi serce. Nie wiem czemu, ale bałem się, by mnie czasem nie rozpoznał. Uciekłem...

Miałem dziś dziwny dzień. Próbowałem wyrzucić z głowy ten sen, lecz nie umiałem. Ciągle gdzieś w najgłębszych zakamarkach mózgu odzywa się piękny ton jego głosu, a przed oczyma widzę jego sylwetkę i krótko przycięte brązowe włosy. Tak naprawdę ogromnie bałbym się spotkania z nim na żywo, choć bardzo bym tego chciał. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak by zareagował, gdyby mnie rozpoznał, jeśli w ogóle by mnie poznał. Rozmawiałem kiedyś o tym z Katariną i podsunęła mi pewne spostrzeżenie, na które sam nigdy nie zwróciłem uwagi: "Pamiętaj, że Elbi nie jest tą samą osobą co kiedyś. Zmienił się przez te lata i spotkałbyś kogoś z większym bagażem doświadczeń niż dawniej i być może nawet spotkałbyś kogoś zupełnie innego, obcego."
To prawda. Jeśli zdarzy mi się uciec myślami do jego osoby, myślę o nim jako o chłopaku sprzed 8 lat. Zmienił się przez ten czas i nie jest już tym samym Elbim co kiedyś. Pogodziłem się już z tym, że nigdy więcej w tym życiu nie znajdę się w jego towarzystwie i nie porozmawiam z nim. Zostały mi jedynie sny, ale co mi z tego, gdy nawet w nich zacząłem się przed nim chować i uciekać...

czwartek, 2 lutego 2017

466. Śmieci

W sklepach i na wystawach pełno walentynkowego badziewia...
ORAZ:
wielkanocne zajączki na początku lutego :)

sobota, 28 stycznia 2017

465. Rozmowy o życiu

Rozmowa w pracy:
- Wiesz, czasami ciebie nie rozumiem - powiedziała dziś do mnie Lu.
Uniosłem brwi w przypływie zdumienia i czekałem na dalszy wywód.
- Gdy próbuję z tobą pogadać to albo mnie unikasz, albo udajesz zajętego i odchodzisz.
Moje zdumienie wzrosło jeszcze bardziej.
- A o czym chciałabyś ze mną pogadać?
- O wszystkim. O pracy, o ludziach, o życiu...
- O życiu? - Powtórzyłem z niedowierzaniem i wlepiłem w nią wzrok.
- No, o tym co cię interesuje, co lubisz...
- Lubię spokój i gdy ludzie nie zawracają mi głowy...
- Ach... - żachnęła się.
- Ale... - przerwałem jej z naciskiem - mogę pogadać z tobą o życiu, jeśli nadal chcesz.
- Jak myślisz - zacząłem konwersację - czy pitagorejska wizja świata i orfickie ideały życia w jakiś sposób łączyć się mogą ze współczesnymi teoriami metempsychozy i palingenezy?
Drgnęła i zmrużyła oczy jak kot.
- Ostatnio zastanawiałem się także nad problemem empedoklejskiej wizji Sfajrosu i wiecznego przekształcania się pierwiastków w cyklach światotwórczych.
Zaczerwieniła się.
- Ty na serio jesteś nienormalny...
Rozłożyłem ręce.
- Przecież chciałaś rozmawiać ze mną o życiu - zacząłem się bronić.
Patrzyła na mnie i nadal nie rozumiała.
- Spierdalaj - rzuciła i odeszła obrażona.
Ulżyło mi.

Uff, mam już ją z głowy.

PS. Chyba powinienem stworzyć dla siebie właśnie taką dyrektywę w procesie doboru znajomych/przyjaciół - ewentualne spotkanie i wypad na piwo tylko z tymi, którzy nie stchórzą i podejmą dyskusję i będą się trzymać tematu (ja stawiam piwo).

czwartek, 26 stycznia 2017

464. Przyjaciel

Doskonale pamiętam ten dzień, kiedy po raz pierwszy go zobaczyłem.
Bawiliśmy się wtedy ze Stasiem, wówczas moim jedynym przyjacielem, plastikowymi żołnierzami. Z kartonowych pudełek zbudowaliśmy fort, który obstawiony był ze wszystkich stron figurkami koni, kowbojów i Indian. Z kart ustawiliśmy trójkątne namioty imitujące indiańską wioskę.
Wczesną wiosną pogoda była nie najlepsza, więc całe popołudnia spędzaliśmy na domowych zabawach.
Tego dnia babcia krzątała się przy piecu, gdy wszedł do kuchni wraz ze swoją mamą. Trzymał ją za rękę i nieśmiało rozglądał dokoła. Szturchnąłem Staszka i kiwnięciem głowy wskazałem na chłopca. Przez chwilę patrzyliśmy na niego, a gdy nowy kolega usiadł wraz ze swoją mamą przy stole, wróciliśmy do zabawy. Po jakimś czasie moja mama przyprowadziła do nas małego gościa.
- Chłopcy, to jest Jacuś. Weźcie go do siebie - powiedziała i pogłaskała go po jasnych włosach.
Jacuś kucnął pomiędzy nami i patrzył na porozstawiane żołnierzyki.
- Wiesz, jak się zabija Indian ze strzelby? - Zapytał Staszek i palcem wskazał na postać w białym pióropuszu.
- Nie... - szepnął speszony Jacuś.
- O, tak! Bum, bum, bum! - Stasio udawał odgłosy wystrzałów i ręką przewrócił kilka figurek.
- A teraz trzeba spalić indiański obóz! - Znów zawołał i ręką zmiótł szereg trójkątnych namiotów.
Jacek stał z wytrzeszczonymi oczyma i patrzył to na mnie, to na Staszka. Był zagubiony i chyba za bardzo nie rozumiał sensu naszej zabawy. Nagle kucnął i zaczął wybierać z pudła z zabawkami plastikowe zwierzęta - lwy, konie, psy, ptaki. Zebrał karty i ustawił z nich kwadratowe ogrodzenie, a w środku umieścił wybrane figurki.
- Czy to jest zoo? - Zapytał Stasio.
- Nie - zaprzeczył Jacek.
- Farma? - Zapytałem niepewnie.
Uśmiechnął się i spojrzał na mnie. Odsunął ręką na bok przydługą grzywkę, a jego niebieskie oczy, otoczone szeregiem ciemnych rzęs, pojaśniały.
- Zbudujemy farmę - ucieszyłem się.
- Przecież to strasznie nudne... - Staszek obraził się i odszedł do stołu, przy którym siedzieli rodzice i dziadkowie.
Zostałem z Jacusiem sam. Obserwowałem, jak ustawiał domki, wyznaczał chodniki, segregował zwierzęta. Pomimo tego, że był kimś nowym i mi nieznanym, polubiłem go bardzo. Już wtedy czułem, że kiedyś zostanie moim przyjacielem.
(...)

sobota, 14 stycznia 2017

463. Serce na śniegu

Gęsta szarówka nocy rozkładała się ponad świeżą warstwą białego puchu, gdy pchnąłem żelazną furtkę i wszedłem pomiędzy ciszę mogił. Śnieg przysypał ślady i praktycznie zrównał ścieżkę z wysokością niektórych grobów i trzeba było niemal po omacku przedrzeć się na drugą stronę. Dokoła zalegała nieprzenikniona cisza, jedynie gdzieniegdzie stukały o siebie zmarznięte łodyżki cisów i głogów.
Wsunąłem nos w szalik i skierowałem się w stronę kaplicy w starej części cmentarza. Szarówka pogłębiała się. Zaczął sypać drobny śnieżek. Zrzuciłem z ławeczki kopę śniegu i przysiadłem na jej skraju. Przekrzywiony krzyż zwisał nad mogiłą niby złamane drzewo nad urwiskiem. Jakieś wewnętrzne uczucie nakazywało mi poprawienie go, ratowanie tego symbolu ludzkich nadziei przed upadkiem i zgnilizną, lecz z drugiej strony odezwała się moja obojętność i brak chęci i, odwracając wzrok w stronę opuszczonej kaplicy, pozwoliłem mu na powolne rdzewienie i obracanie się w proch. Czekałem na niego. Przyszedłem, by porozmawiać. Chciałem go znów zobaczyć i nacieszyć się jego obecnością. Pomimo swoich lat sześciu zachowywał się jak dorosły mężczyzna, potrafił wysłuchać, doradzić, a nawet skrytykować. Uśmiechnąłem się sam do siebie i moja myśl uciekła w stronę jego utraconej przyszłości - kim by mógł być, gdyby nadal tu był?
Z zamyślenia wyrwał mnie szelest. Dolna gałązka cisu zadrżała i spadł z niej na ziemię śnieg. Oczekiwałem, że właśnie stamtąd wyjdzie w swojej białej czapce z pomponem, lecz minęła minuta, dwie, trzy i nie pojawił się. Gałązka znów zadrżała. Podniosłem się z ławeczki i podszedłem do drzewka. Na twarzy zagościł mi uśmiech, gdyż na śniegu zobaczyłem szarego zająca, który skubał suche źdźbła trawy, rosnące wokół cisu. "Przyjdź już. Gdzie jesteś?", szepnąłem do siebie i zwróciłem się w stronę kaplicy. Z jej wnętrza zionęły chłód i zaduch pleśni. Zerknąłem tylko do środka i wróciłem do mogiły Elbiego i jego mamy. Czekałem dość długo, lecz nie pojawił się. Zmarzłem wystarczająco i postanowiłem wracać do domu. Na śniegu narysowałem palcem duże serce i, nie oglądając się, odszedłem.        

piątek, 13 stycznia 2017

462. Gdzie jest blog?

Cóż to się stało z blogiem Zgorzkniałego?
Nieładnie, mój Panie, nieładnie tak znikać bez słowa wyjaśnienia.

czwartek, 12 stycznia 2017

461. Mąż

Zapytano mnie:
- Dlaczego ty się jeszcze nie ożeniłeś?
- Ponieważ mąż mi nie pozwala... - odparłem, wzruszając ramionami.

środa, 11 stycznia 2017

460. Śnieżne zjawy

Cmentarna furtka zgrzytnęła. Zagłębiając buty w grubej warstwie sztywnego śniegu, minąłem najpierw mały kościółek, a potem wszedłem w alejkę pokrytych białym puchem wysokich i smukłych cisów. Wszystkie mogiły pokryte były pierzynką zmarzniętego śniegu, krzewy, drzewa i dziki głóg zesztywniały i stały niczym wyrzeźbione w marmurze. Brak jakichkolwiek śladów mówił o tym, że od dawna nikogo tutaj nie było. Skręciłem w stronę rozłożystego krzewu dzikiej róży i stanąłem przed małym placykiem, nad którym sterczał stary, przekrzywiony i przerdzewiały krzyż. Zapaliłem znicz, przysiadłem na krańcu ławeczki i przysłuchiwałem się głębokiej ciszy. Próbowałem wyobrazić sobie to miejsce w tamtym dniu... Dziś pusto, cicho, żadnych śladów wokół mogiły, a wtedy tłum ludzi, lament, szloch i poszum szeptanych modlitw.
Już miałem odchodzić, gdy zza sąsiedniego grobowca wyłoniła się postać chłopca w białej wełnianej czapce z dużym pomponem. Dostrzegłem go i ponownie przysiadłem na ławeczce. "Zimno dziś', powiedział i zbliżył się do mogiły. "Dziwnie to miejsce wygląda", stwierdził i wzruszył ramionami. "Rzadko tu przychodzę", dodał po chwili i spojrzał na drewnianą dzwonnicę wiejskiego kościółka. "Dlaczego dziwnie?", zapytałem. Ponownie wzruszył ramionami i usiadł obok mnie. "Nawet kruki przestały tu krakać. Nudno. Nikt tu już nie przychodzi, oprócz ciebie i..." Poczułem na twarzy powiew zimnego wiatru. "Prócz mnie, i...?", zagadnąłem go. "Błękitnooki tu był. Niedawno. Przed świętami", znów spojrzał na kościół. Zrobiło mi się gorąco. Odwinąłem szalik i rozpiąłem kurtkę. "On nadal we mnie nie wierzy...", odezwał się po chwili i opuścił głowę. Przytuliłem go. "To nie twoja wina. On nie rozumie snów, nie potrafi śnić, dlatego też cię nie widzi, nie czuje...", próbowałem go pocieszyć. "Był też tam...", chłopiec ponownie spojrzał na kościółek. Powiodłem wzrokiem w kierunku, w którym patrzył. "Zostawił tam coś...", dodał po chwili. "Oh...", niespodziewanie wyrwało mi się i nim się zorientowałem, Elbi czekał na mnie przy uchylonych wrotach. Potruchtałem tam po skrzypiącym śniegu.
Weszliśmy do ciemnej nawy. Zgniły zaduch pleśni, kilka rzędów ławek, uszkodzone witraże, rozpadający się konfesjonał, obdrapany mały ołtarz, otwarte tabernakulum i figura Maryi w długim płaszczu i z odłamanymi rękami świadczyły o tym, że o kaplicy zapomniano dawno temu. Elbi podszedł do figury i paluszkiem wskazał na stojący pod nią znicz. Wziąłem go do ręki i dostrzegłem w środku złożoną we czworo kartkę. "Siedział tu długo, czekał, aż znicz się spali", chłopiec ściągnął czapkę i jasna grzywka rozsypała się mu po czole. "A potem dał do środka tę kartkę i powiedział kilka razy: nienawidzę cię, nienawidzę cię, nienawidzę cię, i poszedł, trzaskając drzwiami." Bałem się otworzyć znicz. Elbi czekał. "Nie mogę tego wziąć", oznajmiłem po chwili i odstawiłem lampkę pod figurę. "Kiedy do mnie znów przyjdziesz?", patrzył na mnie, a z jego oczu płynęła wielka tęsknota. "Przyjdę. Wkrótce. Obiecuję!", ucałowałem go w policzek, zmierzwiłem jego jasne włosy i spojrzałem w uszkodzony witraż. "Przyjdę", powtórzyłem, lecz głos mój odbił się od pustej ściany, gdyż Elbi zniknął. Zawiązałem szal pod szyją i wyszedłem z kaplicy, zamykając za sobą drewniane drzwi.            

poniedziałek, 9 stycznia 2017

459. Pod kocem

Czemu tu jest tak zimno?
Siedzę pod grubym kocem i nosa spod niego nie wyściubiam. Próbuję czytać, oglądam telewizję i filmy on line (wczoraj przypomniałem sobie "Misia", a dziś moje ukochane "Nad Niemnem").
Cieszę się, że przyjechałem na trochę do domu. Okres przedświąteczny i przed nowym rokiem był w pracy dość ciężki, w ogóle trzy ostatnie miesiące ubiegłego roku były totalną udręką. Ale trzeba korzystać z wolności i cieszyć się nią, gdyż tydzień minie bardzo szybko i trzeba będzie znów emigrować i wrócić do pracy.
Oto moje dzisiejsze empikowe zdobycze:

sobota, 7 stycznia 2017

458. Do domu

Jutro ostatni dzień pracy i w niedzielę z samego rana wylatuję do Polski. Tym razem jadę do domu na krótko, ale ważne jest to, że jadę.
Tak więc -  do zobaczenia w Polsce.