niedziela, 10 grudnia 2017

537. Oby życzenia się spełniły

Odwiedziłem dziś JT. Przetransportowano go niedawno z kliniki z Nottingham do naszego miejskiego szpitala. Nie poznał mnie. Kompletnie nie wiedział, kim jestem. Wtedy, gdy ocknął się po długiej śpiączce na OIOM-ie, rozpoznał mnie, bo leciutko ścisnął mi rękę. Teraz już nie...
On sam nie wie, gdzie jest, co się stało, jak długo jest chory (że w ogóle jest chory), a na wzmiankę o tym, że jest w szpitalu reaguje głębokim zdumieniem. Powtarza co chwilę, że ci ludzie go tu przyprowadzili, by pooglądał film, ale za chwilę pójdzie zapalić, a potem do domu, bo jutro ma na rano do pracy. I próbuje wstać z łóżka, bo on nie może się spóźnić. Pielęgniarka tłumaczy mu, że jest w szpitalu i nie może nigdzie pójść, JT patrzy zszokowany w ścianę i mówi, że chce iść do swojego pokoju. I tak w kółko...
JT nie jest już tym JT co kiedyś. Prawdopodobnie na zawsze stracił wszystkie charakterystyczne rysy i cechy swojej twarzy, które decydowały o tym, że to jest JT. Dalej to ta sama twarz, ale już zupełnie inna. Taka półobca, półobecna. Ma dwie ok. 4 cm blizny po prawej stronie głowy, ponad skronią i poprzeczną bliznę po tracheotomii, do tego duży spadek wagi i zanik większości mięśni.
Czeka go bardzo długa rehabilitacja. Na pewno odzyska sprawność fizyczną, ale czy wróci do poprzedniej sprawności intelektualnej? Chciałbym, by tak było.         

sobota, 9 grudnia 2017

536. Zawiodłem Helen

Za mną osiem ciężkich dni. Przez siedem ciągnąłem zmiany po 12 godzin. Wczoraj do domu wróciłem prawie na kolanach. Cieszę się, że przetrwałem.
Na domiar złego przyplątało mi się wstrętne przeziębienie. Jednego dnia nie wstałem na czas i biegłem na autobus. Zeszłej nocy męczyła mnie gorączka 39,8... Do tego ból i zawroty głowy, ból mięśni, wymioty i dreszcze. Wczoraj w takim stanie musiałem jechać do pracy, gdyż nie było nikogo, kto mógłby mnie zastąpić... Przetrwałem.
Wczoraj po południu, po raz pierwszy w nowej pracy, ściąłem się dość ostro z jedną panią. Helen jej na imię. Jest to pani o cierpiętniczym wyrazie twarzy, narzekająca na wszystko i wszystkich, codziennie chora i zmęczona, obrażona nawet na powietrze, którym oddycha. Wczoraj ukazała swoje kolejne oblicze - panikę i wyćwiczoną histerię. Zawiodłem Helen. Nie uległem podniesionemu tonowi głosu, tupaniu nóżką, machaniu rękoma z zaciśniętymi piąstkami, uderzaniu piąstką w blat stołu, krzykom przechodzącym w spazmatyczny płacz, szlochaniu i chwytaniu się za głowę, rzuceniu tacy na podłogę... "Masz mi natychmiast to przynieść!", krzyczała do mnie. "Nie", odpowiedziałem spokojnie, usiadłem przy stoliku i obserwowałem z wzrastającym uśmiechem, co histeryczka będzie robić (Kirk, mój dobry znajomy, uciekł). "Czy ty się ze mnie śmiejesz?", huknęła po chwili. "Tak", odparłem spokojnie. I tym doprowadziłem ją do pasji... Dobrze, że wrócił Kirk, bo nie wiem, jakby się ta scena skończyła...
No, przykro mi, ale mam ogromną awersję do ludzi z takim typem charakteru - do histeryków jak ta Helen oraz do świadomych złośliwców, którzy działają z premedytacją tylko po to, by okazać jak mają innych głęboko. Nie przyjmuję żadnego tłumaczenia w tej kwestii. Po prostu nie!

sobota, 2 grudnia 2017

535. Kolejny rok

Foto z internetu.

Najpierw dostałem smsa: "Przyjdę wieczorem". Czekałem w napięciu, gdyż wiedziałem, że prawdopodobnie stało się coś poważnego. Przyszedł. Usiadł w fotelu i po chwili oznajmił: "Odchodzę. To koniec. Lepiej będzie, jak mnie znienawidzisz." I wyszedł, a ja stałem, niemy i ogłuszony, i patrzyłem za nim, jak zbiega po schodach i znika w ciemności...

Dziś mija dziewiąty rok bez Elbiego.
I nic nie można z tym zrobić.
Można jedynie pamiętać.
Ale czy On pamięta?
Choć odrobinkę?

czwartek, 30 listopada 2017

534. Wysłannik

Ostatniej nocy coś najpierw na mnie wskoczyło, a potem przygniotło swoim ciężarem. Wyrwany z głębokiego snu, zagubiony w aktywności jaźni, próbowałem się bronić. Chciałem zrzucić z siebie napastnika wolną ręką, lecz zaplątałem się w kocu i samoistnie unieruchomiłem. Agresor wykorzystał moje chwilowe zachwianie i skoczył mi do twarzy. Zaczął mnie lizać i radośnie skowyczeć. Udało mi się zapalić nocną lampkę. Tuż przy mnie siedział biały pies. Patrzył na mnie swoimi wielkimi, czarnymi jak węgle, oczyma i merdał ogonem. "Nuka!", zawołałem i przyciągnąłem zwierzę do siebie. Skakała mi po nogach, wyginała w grzbiecie, lizała po twarzy i szyi i radośnie skowyczała. "Nusia! Nunia! Co ty tu robisz?", przemawiałem do psa. "Dlaczego jesteś tu sama?", zapytałem ponownie, "A gdzie jest Elbi?" Zgasiłem światło z nadzieją, że chłopiec wejdzie do pokoju, gdy będzie w nim zupełnie ciemno. Zamiast tego Nuka zeskoczyła z łóżka i usiadła tuż przy drzwiach. Niepokojąco na mnie patrzyła i niecierpliwiła się. Dawała wyraźne sygnały, by z nią pójść. Włożyłem dresowe spodnie i bluzę z kapturem. Pies zbiegł na dół i usiadł przy wejściu. Co chwilę oglądał się i ponaglał mnie. Wsunąłem bose stopy w tenisówki i otworzyłem drzwi. Nuka wyślizgnęła się na zewnątrz i zaczęła wesoło szczekać.
Wyszedłem przed dom. Zobaczyłem, jak zwierzę opiera się łapami o nogi dość wysokiego chłopaka i oddaje jego pieszczotom. Nie potrafiłem rozpoznać nocnego gościa. Po chwili zwrócił się w moją stronę, a mnie przeszedł nikły dreszcz. Uśmiechnął się i zbliżył z wyciągniętą do mnie ręką. Instynktownie cofnąłem się. "Witaj. Już kiedyś się widzieliśmy", powiedział pięknym melodyjnym głosem. "Wyglądałem wtedy trochę inaczej... znaczy się... znacznie gorzej... bo... ja wtedy... spałem... to znaczy nie spałem... zdecydowali, że mam zostać dłużej... i oto jestem!", zaczął się jąkać, gdy tylko dostrzegł moje zakłopotanie. Nadal stał z wyciągniętą do mnie dłonią, lecz, nie widząc mojego zainteresowania, szybko schował ją w kieszeni dżinsowej katany.
Oparłem się ramieniem o futrynę i obserwowałem nieznajomego, jak bawi się z moim psem. Nuka biegała wokół niego i wesoło poszczekiwała. Ufała mu, jakby znała go od zawsze. Chłopak od czasu do czasu zerkał w moją stronę, lecz nie odezwał się. Widocznie czekał na mój pierwszy krok. "Nuka!", zawołałem, "Chodź! Idziemy już" i pchnąłem drzwi na oścież. Zwierzę posłusznie weszło do mieszkania i już miałem wejść za nim do środka, gdy usłyszałem ciche zawołanie: "Zaczekaj..." Chłopak, trzymając ręce w kieszeniach kurtki i z nieco zwieszoną głową, zrobił kilka kroków w moją stronę. "Nie uprzedzono cię, że mam przyjść?", zapytał. "Nie", odparłem, patrząc na jego jasnobrązowe włosy i pogodną twarz. Czułem, że gdzieś go już widziałem, ale nie mogłem sobie przypomnieć gdzie i w jakich okolicznościach. Znów wyciągnął do mnie rękę: "Jestem Pietro!", oznajmił radośnie. "Różnie mnie wołają - Piotrek, Pietro, Pierrot albo Peter, albo Pietia. Od zawsze przyjmuję to samo imię, a jego wariant zależy od tego, gdzie akurat mnie poślą", uzupełnił swoją prezentację, wyszczerzył zęby i ciekawie na mnie spoglądał.    
(...)     

poniedziałek, 27 listopada 2017

533. Podwójne spotkanie

Dostrzegłem go ze szczytu pagórka. Siedział na głazie i coś czytał. Promienie słoneczne spadały z jego ramion i niknęły w lekko pomarszczonej toni rzeki. Poprawiłem czapkę i zacząłem schodzić w dół. Usłyszał mnie. Podniósł głowę znad książki. Najpierw zapatrzył się przed siebie, zlustrował dokładnie drugi brzeg, a potem powoli obrócił w moją stronę. "Spóźniłeś się!", zawołał i przystawił dłoń do czoła, tworząc daszek przeciw słońcu.
Zeskoczyłem na chrzęszczące kamienie i śmiało do niego podszedłem. Dopiero z bliska zauważyłem, że ma podwinięte do kolan spodnie, a stopy zanurzone w wartkiej wodzie. Niedaleko leżały tenisówki z rozrzuconymi na boki sznurowadłami i dżinsowy plecak. "Cześć", powiedziałem i usiadłem tuż obok. "Cześć", odparł i zmrużył oczy, gdy dotknąłem ustami jego policzka. "Jeśli chcesz, to w plecaku jest termos z herbatą i jakieś drożdżówki. Kupiłem po drodze", oznajmił i wsunął na nos duże okulary przeciwsłoneczne. "Napiłbym się dobrego piwa", poprawiłem czapkę na głowie, zsunąłem buty i zanurzyłem stopy w chłodnej wodzie.
Błękitnooki skinął ręką w stronę kelnera. Chłopak drgnął i majestatycznie, niby kot po poręczy balkonu, podszedł do nas. "Piwo dla mojego przyjaciela, proszę", złożył zamówienie, nawet na niego nie patrząc. "A czy panu coś podać?", uprzejmie zapytał kelner i skrzywił się, gdyż dostrzegł nasze bose zapiaszczone stopy i porzucone obok stolika buty. Uniósł dumnie głowę do góry i z udawaną obojętnością czekał na odpowiedź. "Nie. Dziękuję", odparł Błękitnooki. "Mam tu swoją herbatę", wyciągnął z plecaka termos i wlał do kubka brązowy płyn. Kelner z wrażenia rozchylił usta, lecz odszedł bez słowa. Wrócił po kilku minutach, niosąc na tacy puchar z piwem. Stanął na swoim poprzednim miejscu, skąd zerkał na nas z oburzoną miną.
"Czy zauważyłeś, że od jakiegoś czasu podąża za nami mężczyzna w szarym płaszczu?", zapytał nagle Błękitnooki, nie odrywając oczu od książki. Dopiero po chwili go zauważyłem. Stał nieco zgarbiony przy klombach pod miejskim zegarem. Miał chudą, zapadniętą twarz i mocne cienie pod oczami, a na łysej czaszce łuszczyła się skóra. Spod jego rozpiętego płaszcza wystawała długa biała szpitalna koszula. Patrzył na nas. "Widziałem go już kiedyś... W autobusie... I dziś także, gdy szedłem, by spotkać się z tobą...", oznajmiłem, nie odrywając wzroku od obcej mi postaci. "Opowiadał mi już o tym, ale pomimo tego chciałbym, byś też mi o tym opowiedział" Błękitnooki, w przypływie ciekawości, nachylił się w moją stronę.
"W ostatnią niedzielę spóźniłem się na mój zwykły autobus i musiałem jechać inną linią", zacząłem. "Gdy tylko wszedłem do środka, wyczułem jego obecność. Był eteryczny jak nikt inny. Musnąłem go wzrokiem tylko przez sekundę, lecz to wystarczyło, by wiedział, że go widzę. Zrozumiał, że go widzę. Zająłem miejsce tuż przy oknie po prawej stronie. Próbowałem wpatrzeć się w nocną przestrzeń, lecz wnętrze autobusu odbijało się w szybie. Jego odbicie też widziałem. Patrzył na mnie wytrzeszczonymi oczyma i tak jakby coś mówił, szeptał modlitwę lub recytował wiersz. Nagle podniósł się i usiadł na pustym siedzeniu po mojej lewej stronie. W szybie dostrzegłem jego schorowaną twarz i zamknąłem oczy. Przez chwilę szeptał mi coś do ucha, a potem umilkł. Autobus szarpnął i się zatrzymał. Zerknąłem w lewo, ale jego już nie było, a inni pasażerowie zachowywali się tak, jakby nic się nie wydarzyło. Nikt niczego nie zauważył".
Błękitnooki oparł się na krześle i zamyślił. "A w jakiś czas potem przyśniłeś mi się ty...", kontynuowałem swoją opowieść. "Staliśmy na naszej ulicy w Zabytkowym Mieście i wspominaliśmy nasze spotkanie nad rzeką. Chwyciliśmy się za ręce i poszliśmy na spacer w stronę zamku". "Tak, tak, to prawda. Ale to dopiero się zdarzy. Dzisiaj. W sumie za chwilę..." Zsunął się z kamienia i zaczął brodzić dokoła. "Chodź! Popływamy!", zawołał radośnie i zaczął na mnie chlapać. Szybkim ruchem ściągnął koszulkę i dał nura w wodę. "Chodź! Jest fantastycznie!", zawołał. Długo nie dałem się namawiać i wskoczyłem za nim do wody.
Wyłożeni na kamienistym brzegu rzeki schnęliśmy w promieniach popołudniowego słońca. Z leniwej drzemki wybudził nas radosny okrzyk: "Hola! Tam na dole!" Równocześnie spojrzeliśmy w tamtą stronę. Na moście stała para naszych przyjaciół. Machali do nas. Włożyliśmy koszulki, pozbieraliśmy nasze rzeczy i, trzymając w rękach tenisówki, wspięliśmy się po skarpie na most. Tam schwyciliśmy się za ręce i pomaszerowaliśmy w stronę zamku w centrum miasta...                                        

czwartek, 16 listopada 2017

532. Spadająca gwiazda

Zaskoczył mnie. Patrzyłem na profil jego twarzy i chłonąłem jej piękno. Wyciągnął nogi do przodu i oparł się o ławkę. Najpierw odchylił głowę do tyłu, a potem skierował się w moją stronę. Wytrzymałem siłę jego spojrzenia. "Prawie nic się nie zmieniłeś", szepnął. "Schudłeś trochę i masz teraz długie włosy...", uśmiechnął się. "Ładne...", wyciągnął rękę i pewnie chciał schwycić zagubione luźne pukle, lecz lekko się odsunąłem. "Przyjechałem, żeby cię zobaczyć i pobyć trochę przy tobie... Tęsknię za tobą", ponownie wyciągnął rękę w moją stronę. "Też za tobą tęsknię. I to bardzo...", szepnąłem. "Pamiętasz, gdy raz wracaliśmy na rowerach od cioci Wandy i zlał nas deszcz?", rozpromienił się. "Skoczyliśmy wtedy z mostu do rzeki i pływaliśmy w gęstej ulewie", patrzył na mnie, ciągle się uśmiechając. "Taaak... Naskarżył na nas wtedy sąsiad, że na golasa biegaliśmy nad rzeką... To było w jakieś wakacje... Przyjechałeś do nas na wieś... I wtedy to właśnie... My...", patrzyłem wprost w jego błękitne oczy. "Chciałbym znów się tak poczuć...", nabrał powietrza w płuca. "Byliśmy wtedy nastolatkami", zanurzyłem palce w jego ciemnej czuprynie. Nachylił się w moją stronę i szepnął: "Nieważne", i położył głowę na moim ramieniu, "Po prostu chciałbym znów tak się poczuć...", powtórzył. Gładziłem jego potargane włosy i wdychałem ich zapach. Słyszałem jak przymknął oczy i zaczął cichutko wzdychać i mruczeć. Ciągle trzymał moją drugą rękę blisko siebie. Nagle drgnął. "Słyszysz świst wiatru?", zapytał. "Dlaczego tym razem tak szybko?", niespokojnie na mnie spojrzał. Zacząłem uważnie nasłuchiwać. "Tak... Chyba słyszę...", szepnąłem. Przywarł do mnie jeszcze mocniej. "Nie chcę wracać. Chcę zostać. Tutaj. Przy tobie...", załkał. Otarłem wierzchem dłoni spływające po jego pięknej twarzy łzy i zsunąłem mu z oczu długą jasną grzywkę. "Kocham cię", szepnąłem i ucałowałem w policzek. Uśmiechnął się lekko. Pomogłem założyć mu białą czapkę z wielkim pomponem i białe rękawiczki. Błysnęło i jasnowłosy chłopiec zniknął. Siedziałem potem dość długo na tej samej ławce i rozmyślałem. Zapomniałem o czasie i o sobie samym. Z odrętwienia wywołał mnie odgłos kwilenia jakiegoś ptaszęcia. Daleko na horyzoncie zaistniała smuga nowego dnia, a wysoko, nad moją głową, spadła w ciemność nieba złota gwiazda. "Dobranoc, kochany!", pomyślałem i udałem się w stronę domu.    

niedziela, 12 listopada 2017

531. Chłopięce zabawy

(478)
Sporo czasu musiało minąć zanim Staszek zaakceptował Jacusia jako nowego kolegę. Zawsze bawił się tylko ze mną i wszystkie tajemnicze wyprawy za ogrodzenie gospodarstwa planował poza jego plecami. Twierdził, że Jacek to maminsynek, ciągle narzeka, a nawet ryczy bez powodu, wlecze się i opóźnia marsz przez pole czy las. Gdy tylko nadarzała się okazja, dokuczał mu. Czasami zabierał jego szmacianego psa o długich łapach i uszach i wrzucał go gdzieś w niedostępne miejsce. Najczęściej był to dach węglarki za domem, na który nie potrafiliśmy wleźć, lub któreś drzewo w sadzie.
Jednego dnia Staszek zabrał Jacusiowi zabawkę i uciekł z nią na podwórko. Tam wsadził szmacianego psa do metalowego wiadra, zaczepił je na haku i zawiesił nad rantem studni. Ręką zatrzymał przerażonego Jacka i wytłumaczył mu, na czym polegać będzie nowa zabawa. Chłopiec, z rozdziawioną buzią i wzrokiem wlepionym w misia, pokiwał głową na zgodę. Staliśmy obok i przyglądaliśmy się, jak Staszek wkłada do wiadra cegły. "To będzie świetna rakieta!", zapewnił. Spojrzał w głąb studni i pchnął wiadro. Runęło w dół z zawrotną prędkością, obijając się o kamienne ściany i huknęło o taflę wody. "Jupiiii!", wrzasnął Staszek i zachwycony, uniósłszy ręce do góry, skakał radośnie.
W tym też momencie ze stodoły wyszedł dziadek. Podszedł do nas i podejrzliwie patrzył to na nas, to na studnię. "A co tutaj robicie?", zapytał i zaczął wyciągać łańcuch na górę. Po chwili naszym oczom ukazało się wiadro pełne wody. Usłyszeliśmy Jackowe "Och!" Dziadek odpiął je i poszedł w stronę stodoły, a my w milczeniu spoglądaliśmy to na siebie, to na studnię. "Tylko nie rycz!", Staszek szturchnął Jacka w ramię. Podszedłem do krawędzi studni i zerknąłem w dół. Nic nie było widać. Szmaciany pies zaginął. Nikomu o tym nie powiedzieliśmy.
Od tego właśnie zdarzenia Stasiu przyjął Jacka do naszej dwójki i zaakceptował go jako swojego nowego przyjaciela. Zaczęliśmy bawić się i rozrabiać we trzech.

***
Szczególnie latem i wczesną jesienią praktycznie wszędzie na wsi można było znaleźć coś ciekawego do roboty. Dla takich nicponi jak my nic się nie ukryło. Jeśli sam czegoś nie wymyśliłem, to robili to Staszek albo Jacek, który to z czasem okazał się większym rozrabiaką niż my dwaj razem wzięci.
W słotne i chłodne dni zaszywaliśmy się na strychu. W przepastnych szafach zawsze znajdowaliśmy coś ciekawego. Były to stare fotografie i pocztówki poprzewiązywane tasiemkami, dziwne zabawki na kółkach, przybory toaletowe i kuchenne, stęchłe i zapleśniałe księgi w skórzanych oprawach. O wszystkich tych rzeczach już dawno zapomniano, a ich poprzedni właściciele pomarli lub zginęli w czasie drugiej wojny.
Wielokrotnie słuchaliśmy dziadkowych lub babcinych opowieści o wojnie. O bombardowaniu wsi, o uciekających ludziach, płonących domach i zabitych zwierzętach. Chodziliśmy potem do tych miejsc z opowieści i szukaliśmy jakichkolwiek śladów po bombie, która rozerwała dom na strzępy.
Dla mnie i dla Stacha jedynym namacalnym dowodem na to, iż te opowieści były prawdziwe, był cmentarz w lesie, na który chodzić nam zabroniono. Któregoś dnia babcia wspomniała o rodzinie Bialickich, która zginęła od wybuchu bomby. Powiedziała też, że wszyscy pochowani są w lesie. Widziałem wtedy ten błysk w oczach Staszka! Wiedziałem, że pójdziemy tam, by to sprawdzić. Wyprawiliśmy się tam kilka dni później. Cóż to była za przygoda! Włożyliśmy kaloszki i spodnie ogrodniczki, odpięliśmy też naszą białą Nukę. I pomaszerowaliśmy. By dotrzeć do linii lasu trzeba było najpierw przejść przez nasze ziemniaczane pole i łąkę, potem przeprawić się przez wały i zakole rzeki, przejść przez peegerowskie pastwiska, przeskoczyć strumień i na końcu wspiąć się na piaskową wydmę, za którą stał ciemny bór.
Dla nas to był inny świat. Przejście na ukryte w gąszczu groby znaliśmy z wypraw z dziadkiem lub wujkiem, lecz tym razem było inaczej. Byliśmy tu po raz pierwszy sami. Zauważyłem, że Staszek zmienił się na twarzy. Najpierw był podekscytowany, bez przerwy o czymś gadał i oczy mu błyszczały, teraz spoważniał, ucichł, nasłuchiwał odgłosów i badał otoczenie. Nie tak łatwo znaleźliśmy grób Bialickich. Znajdował się on z samego brzegu, w rozległej rozpadlinie, na bardzo nierównym terenie. Płyta była przełamana na trzy kawałki. "Czyli babcia mówiła prawdę!", odezwałem się jako pierwszy. "Taaa", pokiwał głową i spojrzał na mnie. "Teraz musimy znaleźć w ich domu tę bombę, co to ich zabiła!", oznajmił dumnie. "Aha", pokiwałem głową na zgodę. Wracaliśmy nieco inną drogą. Z piaskowej skarpy skręciliśmy w brzezinowy zagajnik, minęliśmy strumień, budynki peeger-u i przez most weszliśmy do wsi. Poszliśmy wprost do domu Jacka. Pomimo setki jego pytań, nie zdradziliśmy tego, skąd wracamy. W porze obiadowej pogoda uległa pogorszeniu. Nad wsią przeszła burza. Zamknęliśmy się na strychu i układaliśmy plany kolejnej wyprawy do lasu.               

poniedziałek, 6 listopada 2017

530. Rollo i JT

JT przeżył operację.
Stan ciężki stabilny.
Tętniak w głowie.
Śmierć krążyła wokół...
Nie wpuściliśmy jej do środka...

Dobre wieści:
Rollo wraca wkrótce do UK.

czwartek, 2 listopada 2017

528. Nasze dawne Dziady

Dzień Zmarłych.
Gdy byliśmy dzieciakami, lubiliśmy to święto. Zdarzało się nawet, że 1. listopada leżał już śnieg.
W ten dzień od samego rana w domu trwało zamieszanie - szukanie potrzebnych rzeczy, czyszczenie palt i kurtek, przekładanie zniczy i wieńców, przygotowywanie późnego obiadu dla dalszej rodziny, która zjeżdżała się i spotykała na cmentarzu. Dziadek znosił ze strychu krzesełka, które ustawiano dokoła rozsuniętego stołu, mama rozkładała obrusy i zastawę, liczyła szklanki, dzbanki i kubki, układała wszystko na stole tak, by nikomu niczego nie brakło, babcia mieszała w kuchni drewnianymi łyżkami dymiące potrawy w wielkich saganach - pachniało bigosem, zupą warzywną, gołąbkami, pieczenią i roladkami.
Próbowaliśmy wtedy z Błękitnookim przydać się w każdej pracy - albo polerowaliśmy lnianymi ściereczkami sztućce, albo układaliśmy talerze, albo przenosiliśmy różne rzeczy z miejsca na miejsce (potem ich szukano przez cały wieczór), dokładaliśmy do pieca, mieszaliśmy zupy, przynosiliśmy wodę ze studni. Czuliśmy się w jakiś sposób przydatni.
Część dalszej rodziny przyjeżdżała najczęściej w porze obiadowej. Przychodzili także bliscy przyjaciele rodziny. Także Elbi z rodzicami. Siadano wówczas przy stole, rozmawiano, pito kawę i herbatę, zjadano ciasto (główny obiad był zawsze po powrocie z cmentarza). W tym czasie najczęściej zabieraliśmy naszych kuzynów i kuzynki na strych. Tam mieliśmy unikalny plac zabaw! Pośród starych, zakurzonych przedwojennych mebli potrafiliśmy wyśmienicie bawić się w chowanego (uwielbialiśmy z Błękitnookim wchodzić do przeogromnych piętrowych dwudrzwiowych szaf, które skrzypiały, trzeszczały i zgrzytały w tajemniczy dla nas sposób), za co później byliśmy łajani przez rodziców, gdyż nasze ubrania były w opłakanym stanie i trzeba było je w ostatniej chwili zmieniać.
Na cmentarzu spotykaliśmy dalszą rodzinę - siostry babci lub dziadka, kuzynki mamy, jakieś ciotki i wujków, którzy chcieli nas przytulać (Błękitnooki krzywił się i w ukryciu wywieszał język, gdy starsza pani w futrze śmierdzącym naftaliną przytulała go i głaskała po głowie). W końcu wymykaliśmy się spod wzroku dziadków i mam i krążyliśmy pomiędzy grobami. Dołączały do nas kuzynki i już razem planowaliśmy zabawę - moczyliśmy palce w gorącym wosku, który, zastygając, tworzył kolorowe nakładki. Potem chodziliśmy z rękami uniesionymi do góry i podziwialiśmy nasze palce i całe dłonie uwalane woskiem ze zniczy (pamiętam, że dostało mi się wtedy za powypalane dziury w rękawach nowej kurtki).
Zmierzchało, gdy wracaliśmy do domu. Zasiadano do stołu i podawano obiad. Z ogrodu dostrzec można było daleką pomarańczowo-czerwoną łunę, unoszącą się nad cmentarzem. Z Błękitnookim czekaliśmy w podnieceniu na dziadka, gdyż zbliżała się najciekawsza dla nas część tego dnia. Dziadek zaprzęgał konie do wozu i jechaliśmy na stary cmentarz w lesie. Czasami dołączały do nas kuzynki, ale bały się później i nie schodziły z wozu. Był to cmentarz z czasów przedwojennych i okresu wojny. Większość starych grobów się zapadła, a w ich miejscu znajdowały się zagłębienia poprzecinane splątanymi korzeniami. Były tam groby żołnierzy i powstańców oraz ludzi z pobliskich wiosek, rozstrzelanych przez Niemców. Były tam też groby poniemieckie, zapomniane i zniszczone. Pamiętam, że rodzice i dziadkowie zabraniali nam samodzielnego chodzenia na ten cmentarz (daleko położony od domu, w gęstym borze pełnym rowów, zapadlin i wykrotów, do tego zapadnięte i półotwarte groby pełne ostrych krawędzi). Złamaliśmy ten zakaz chyba trzy razy. Dziś nie ma już najmniejszego śladu po tym miejscu.
Późnym wieczorem rodzina rozchodziła się. Niektórzy, szczególnie starsi ludzie, szli raz jeszcze na cmentarz z wieńcami i okruchami suchego chleba. Śpiewano pieśni, odmawiano różaniec, modlono się i rozmawiano z duchami, które to przychodziły po datki (babcia mówiła mi kiedyś, że ten chleb daje się duchom zagubionym, włóczącym się i szukającym swego miejsca). Przed spaniem często wchodziliśmy na strych i przez małe okienko patrzyliśmy na łunę nad cmentarzem.
Dziś już nie ma takich Dziadów. Można za to zalogować się na internetowej stronie cmentarza i "zapalić" na wirtualnych grobach wirtualne świeczuszki...            

poniedziałek, 23 października 2017

526. Idzie noc...

Nadchodzi noc... Czas na dobry horror.
Dwa screeny z Entity - chyba najbardziej przerażającej sceny w całym filmie.
Aż mam ciarki na ciele...
Zdjęcia nie najlepszej jakości, gdyż zrobiłem je telefonem.
Matt

Kate

piątek, 20 października 2017

525. Radarowe problemy


Zauważyłem, że gejradar JT jest zepsuty lub mocno uszkodzony! Zaliczył już kilka wpadek. Mam z niego niezły ubaw, gdy z zawiedzioną miną opowiada o kolejnym niepowodzeniu: "Wczoraj przy barze zarywałem do super faceta... Boski! Mówię ci! Przyszła potem jakaś laska i uwiesiła się na nim jak szympans na drzewie... Zrozumiałem, że on jest hetero i zachciało mi się wyć..."
Któregoś dnia JT zapytał o mój typ męskiej urody. Pokazałem mu zdjęcie pewnego pana, a on krótko skwitował: "Całkiem przeciętny gej". Spojrzałem na niego nieco zdziwiony, gdyż z tego, co mi wiadomo, mężczyzna ze zdjęcia jest heteroseksualny. Chwilę później ponownie strzelił gafę! Tym razem podsunąłem mu zdjęcie Granta, bardzo przystojnego mężczyzny, który trzy lata temu poślubił swojego partnera. "A co o nim sądzisz?", zapytałem. JT spojrzał na mnie z wyrzutem: "Kogo ty mi tu pokazujesz?! Przecież to normalny heteryk! Fe!", i machnął ręką z dezaprobatą. W przypływie zdumienia uniosłem brwi i uciąłem temat.
Śmiem twierdzić, że zepsuł mu się, jak do tej pory niezawodny, radar! Mój jest znacznie przytępiony lub też nakierowany na nieco inne aspekty, choć zdarzyło mi się ostatnio bezbłędnie rozpoznać swojego. Stało się to pierwszego dnia w poprzedniej pracy piekłem nazwanej - wszedł na halę chłopak, spojrzałem na niego i od razu wiedziałem. Wywąchałem go jak pies. Prawdopodobnie z nim było tak samo, bo mówił do mnie "my darling". No, ale już tam nie pracuję i nigdy potem go już nie widziałem.

czwartek, 19 października 2017

524. Kiwanie głową na zgodę

Minął prawie miesiąc od ostatniego wpisu... Dni uciekają mi jak zwariowane, zaczynam pomału gubić się w ich liczeniu, sprawdzaniu i pamiętaniu niektórych zdarzeń. Nie pisałem tu z wielu różnych przyczyn, czasami nawet ze sobą całkowicie niepowiązanych.

1. W końcu znalazłem pracę taką, która mi odpowiada. Podpisałem kontrakt i, jak do tej pory, jestem zadowolony. Cztery zmiany w tygodniu po 10 godzin każda, trzy dni wolnego (jeśli zajdzie taka potrzeba - będą dzwonić na dodatkowe godziny). Jest spokojnie, nikt nie pogania, nikt krzywo nie patrzy, nikt nie zaczepia i nie zadaje głupich pytań, tak jak to było w poprzednim miejscu. Jest nas w sumie pięć osób - cztery na full time i chłopak na part time. Zauważyłem, że bywa też wesoło i zabawnie. W ostatni wtorek to uśmiech nie schodził mi z twarzy. Przez prawie całą zmianę Jim i Matt prześcigali się w wygłupach - śpiewali i "tańczyli" do muzyki z radia, szczególnie upodobali sobie One way or another grupy One Direction. Puszczali to w kółko i, dosłownie, darli się, parodiując wykonawców (po powrocie do domu aż musiałem sprawdzić któż to jest ten One Direction). Gdybym widział ich pierwszego dnia, pewnie pomyślałbym, że mam do czynienia z totalnie zakręconą parą gejów (w pozytywnym wydaniu oczywiście).

2. Wszystko wyglądałoby ładnie i pięknie, gdyby nie jeden fakt... Zawsze tak mam, że gdy coś zaczyna się układać, wyjaśniać i porządkować, zdarza się coś, na co nie mam żadnego wpływu (teraz ktoś będzie zły, że nic wcześniej nie powiedziałem). Tydzień temu wróciło moje zapalenie korzonków. Drugi dzień w nowej pracy, a mnie połamało w krzyżu. Ludzie przestraszyli się, a ja ze sztucznym uśmiechem powiedziałem: "Nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz to mam". Idiotyczna sytuacja. Tym razem, na całe szczęście, ból jest znacznie łagodniejszy niż rok temu, kiedy to, po fatalnym upadku, lekarze zbierali mnie z ulicy... Dzięki końskim dawkom leków (źrenice pewnie mam jak ping-pongi) chodzę i potrafię zrobić koło siebie to, co potrzeba (nawet nie zdajecie sobie sprawy, jakim wyzwaniem przy zapaleniu korzonków jest założenie skarpetek...)

3. Doskwiera mi czytelniczy kryzys. Sprawdziłem na Fb i ostatnią książkę przeczytałem 15 sierpnia!! Sam w to nie mogę uwierzyć! Właśnie spojrzałem na półkę... Leżą tam cztery książki wypożyczone z biblioteki w Polsce... Uuuu... Jutro tam zadzwonię...

4. Założyłem sobie konto na Instagramie. Podoba mi się efekt niektórych filtrów na fotkach. JT przejrzał zdjęcia i ze zdziwioną miną mi mówi: "Dałeś fotę z tęczową flagą?!" Wzruszyłem ramionami i: "No i co z tego...", odparłem mu. "I dobrze", pokiwał głową na zgodę.            

niedziela, 24 września 2017

523. Błędy logicznego myślenia

Rozmowa z JT, jak przeważnie zawsze, wpływa na mnie deprymująco. Dziś zrobiło mi się bardzo przykro i łzy napłynęły mi do oczu. Ukryłem to przed nim. Nie wiedząc o tym, podważył i zmieszał z błotem moje dotychczasowe wyobrażenia na temat ludzi LGBT, szczególnie gejów.
Nieraz mam wrażenie, że ludzie, którzy mnie otaczają, są bardziej spostrzegawczy, bardziej mądrzy, inteligentni i doświadczeni. Na podstawie obserwacji innych potrafią wyciągać doskonałe wnioski, potrafią dobrze podsumowywać i oceniać. A ja? Zostaję daleko z tyłu. Czasami rozkładam ręce i otwieram szeroko oczy w przypływie zdumienia, myśląc, że ktoś sobie ze mnie po prostu kpi. Czemu ja tak nie potrafię?
Dawno temu zapętliłem się we własnych mitach. Prawdopodobnie do życia powołałem je w czasach Elbiego. Dopiero po upływie tylu lat (w grudniu minie dziewięć) dostrzegam i rozumiem szczególnie jeden fakt: Elbi strasznie nabałaganił w moim życiu i sprzątam po nim aż do dziś. Czasami te mity ciążą mi, czasami parzą ręce, czasami spętlają moją logikę. Ale to przecież moje mity! Jak ja mogę bez nich egzystować? Czy to w ogóle możliwe?
Czasami nie wiem, kim jestem. Zastanawiałem się któregoś wieczoru, jak potoczyłoby się moje życie, gdybym tamtego dnia zignorował jego wiadomość i nigdy go nie poznał. Może byłbym dziś lepszym człowiekiem? Mówi się, że niektórzy ludzie pojawiają się w naszym życiu w jakimś celu. Śmiem uważać, że jego celem było zniszczenie mojej ówczesnej siły i wpędzenie w wieloletnią depresję, tym samym odrzeć mnie z osobistych zalet. Nie mam pojęcia, dlaczego nikt mnie wtedy przed nim nie ostrzegł. Z drugiej strony nurtuje mnie pytanie: co by było, gdyby jednak wtedy został? Czy dotarlibyśmy razem do tego, co jest teraz? Być może tak, być może nie.
Chciałem wytłumaczyć JT, że myli się w wielu kwestiach, że wrzuca wszystkich do jednego wora. Chciałem podać mu kilka przykładów i tym samym udowodnić, iż się myli. Zrezygnowałem jednak i ugryzłem się w język. Nie muszę mu się tłumaczyć z własnych wyborów oraz z tego, w co wierzę i dlaczego. To moje życie i mogę zrobić z nim, co mi się podoba.   

sobota, 23 września 2017

522. Come on Home


Zakochałem się w tej piosence i jej melodii.
To wykonanie wręcz omotało mną i nie może wyjść mi z głowy.
Leżę na łóżku z zamkniętymi oczyma i słucham.
Po dziesiątym razie jestem w stanie latać.
Utwór ten jest podkładem muzycznym w filmie ze ślubu Granta i Josha.
Najlepszy efekt muzyczny dają małe silne słuchawki.