piątek, 23 czerwca 2017

490. Telefon

Wczoraj późnym wieczorem dzwonił do mnie Bzyczek. Przenieśliśmy się na skype i zeszło nam prawie 1,5 godziny. Opowiedziałem mu, co się stało w mojej byłej już pracy. Skwitował tylko: "Wracaj do domu. Tu znajdziesz pracę w ciągu dwóch dni. Pojeździmy po mieście, popytamy. Jeśli chcesz, możesz też wrócić do poprzedniego zakładu." Zapewniłem go, że jeśli sprawa z nową pracą z Rollem nie wypali lub rypnie się, wrócę do Belo...

piątek, 16 czerwca 2017

489. Śmieci

Wczoraj rano, tuż po dziewiątej, zadzwonił do mnie nasz menadżer regionalny i zapytał: "Czy wiesz o tym, że firma zamyka nasze placówki?" "Tak. Wiem." - odparłem. "Właśnie się to stało. Czy możesz przyjść najszybciej jak się da?" Zaczął czytać mi jakieś oświadczenie, gdy nagle mu przerwałem: "Czy to znaczy, że wczoraj (tzn. w środę) była moja ostatnia zmiana?!" "Tak..." Zatkało mnie totalnie.
Stało się to bez zapowiedzi, z dnia na dzień. Wczoraj każdy z nas po kolei dostawał taki telefon. Wszyscy jesteśmy zszokowani, gdyż jeszcze w ubiegłym tygodniu mówiono, że będziemy normalnie pracować do połowy września lub nawet do października. Jestem tym załamany, bo, po pierwsze, nagle nie mam pracy, po drugie, cały nasz wkład i poświęcenie dla naszego sklepu przepadły, po trzecie, nie spotkam się już nigdy więcej na jednej zmianie z moim przyjacielem Rollem...
Firma potraktowała nas jak śmieci - ja, Rollo, Frida, Andy, Marko, starsza pani, Jamie, Moo, Lee, Lu i drugi Lee zostaliśmy wywaleni na ulicę w ciągu jednego dnia.
Jakoś nie mogę przyjąć do wiadomości tego, że w ubiegły wtorek była nasza ostatnia wspólna zmiana, moja i Rolla... Lee zawsze nam mówił: "Wy jak jesteście razem na zmianie, to droczycie się ze sobą jak mąż i żona..." I odchodził do kas, "bo nie mógł nas przesłuchać." Kto mi będzie robił teraz taki bałagan na hali, jak zawsze robił to Rollo?
I teraz nagle koniec... Nie potrafię tego pojąć, to stało się zbyt szybko, nie było czasu na przygotowanie się. 

czwartek, 15 czerwca 2017

488. Londyn

Zdjęcie z internetu
Jesteśmy głęboko poruszeni pożarem apartamentowca Grenfell Tower w zachodniej części miasta. Ogromna tragedia. Współczujemy wszystkim.
Nigdy nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co się wydarzy i wobec tego zawsze trzeba być przygotowanym na najgorsze.
W tym roku Londynem co chwilę wstrząsa jakaś tragedia. Jak nie zamachy terrorystyczne - pod Big Benem, na London Bridge, to teraz pożar wieżowca. A to dopiero połowa tego fatalnego roku...

poniedziałek, 8 maja 2017

487. Czy w piekle mają fajki?

Czasami zdarza się, że na swojej drodze życia spotykam dziwnych lub całkiem kopniętych ludzi. Wzruszam wtedy ramionami i odchodzę. Nie lubię wdawać się z nimi w jakiekolwiek dyskusje. Po prostu irytują mnie i nie lubię tracić dla nich swojego czasu.
Wczoraj przytrafiła mi się przezabawna sytuacja. W trakcie przerwy wyszedłem przed budynek i usiadłem na ławce. Odpaliłem papierosa (jeszcze czasami palę, ale już znacznie mniej) i obserwowałem wszystkich dokoła. Nagle przysiadł się do mnie jakiś gościu. Zwrócił się w moją stronę i wlepił we mnie wzrok. Nie zareagowałem.
- Daj mi papierosa - nagle się odezwał.
- Sorry, to mój ostatni - odparłem, nawet na niego nie patrząc.
- To daj mi tego, co masz... - i gapi się na mnie jak cielę.
Spojrzałem na niego wzrokiem spod byka.
- To mój ostatni - wycedziłem powoli.
- Daj mi tego papierosa - nie odpuszczał.
- Nie! - Odwróciłem głowę i zaciągnąłem się.
- Daj mi papierosa - powtórzył.
- Nie!
Już miałem się podnieść i odejść, gdy znów się odezwał:
- Pójdziesz za to do piekła - patrzył na mnie i lekko kiwał głową.
Parsknąłem pod nosem i odszedłem.

wtorek, 2 maja 2017

486. Z tęsknotą w tle

W tym miesiącu Elbi będzie obchodzić symboliczne urodziny. Zastanawiam się, czy czasem nie posłać mu kartki z życzeniami na adres firmy... Nie będzie wiedział od kogo, ale to chyba nawet dobrze.
Czasami tak sobie myślę, co w danej chwili robi. Nie jest to jakaś natrętna myśl, raczej wspomnienie kogoś, kogo nadal się kocha... Akurat śmieszne się wydaje to sformułowanie w odniesieniu do niego, bo kochać, tak prawdziwie, przecież można kogoś obok siebie, kogoś, z kim ma się kontakt, a nie kogoś, kto przypuszczalnie nie pamięta mojego imienia... Ale nieraz się tak dzieje...
Na jednej z wieczornych zmian stanął mi przed oczyma obraz, gdy po raz pierwszy w życiu go zobaczyłem. Pojawiła się wtedy chwilowa myśl: "Żałuję dnia, kiedy cię poznałem, bo pomimo że cię nie ma, ciągle tu jesteś". Złapałem się na tym kilkakrotnie, że właśnie tak zaczynam o nim myśleć: "Żałuję, że cię poznałem." Ale tam, głęboko w środku siebie, wiem, że to nieprawda!
Mój ulubiony nagrobek w katedrze

Zaczyna straszyć mnie upływ czasu. I to nie tylko ze względu, że oddala nas od siebie coraz bardziej. Ale tak ogólnie. Całościowo. Przyglądałem się dziś Rollo, jak uwijał się przy swoim stanowisku. Było to rano, a już kończy się dzień. Gdy żartowaliśmy, spojrzałem dosłownie na sekundę w jego brązowe oczy i zrobiło mi się przykro, gdyż wkrótce, po zamknięciu firmy, rozejdziemy się prawdopodobnie na zawsze. Tak samo było z Elbim. Trzymanie się za ręce nad rzeką i analizowanie odcieni błękitu jego oczu przepadły w odmętach przeszłości. Może kiedyś to było ważne, teraz też jest, ale już znacznie mniej. Liczy się to, co teraz i jeszcze nie ma tego, co będzie kiedyś. Przemijają nie tylko ludzie, przemija także pamięć o ich uczuciach i o tym, co ich kiedyś łączyło. Po części umieramy każdego kolejnego dnia. Oddalamy się. Odchodzimy w niepamięć i zostaje po nas tylko kurz, który i tak zostanie rozwiany przez wiatr.  

piątek, 28 kwietnia 2017

485. Szary Aniołek

Najpierw kręcił się obok i bacznie zerkał w moją stronę. Potem, tak po prostu i bez żadnego powodu, wskoczył mi na kolano.
Szkoda, że później nie zabrał mnie ze sobą...

Aniołek
 

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

484. Ironia życia

To, czego czasami najbardziej pragniemy, zazwyczaj jest dla nas nieosiągalne, zaś zranione marzenia doprowadzają do samobójstwa.

piątek, 21 kwietnia 2017

483. Zamiast seksu

- A jak się mają twoje sprawy miłosne? Masz kogoś? - Zapytał mnie w środę JT.
- Nie - odparłem krótko.
- To jak to tak? Dobrze kogoś mieć..., przytulić się..., mieć seks... - kontynuował.
- Wolę pójść na spacer i podziwiać gwiazdy - odpowiedziałem.
Spojrzał na mnie spod byka.
- Aha... - wydusił.

482. Krótki misz-masz

1. Uzależniłem się od serialu "Walking Death". Tak ogólnie to nie oglądam seriali z różnych względów (wyjątkiem są "Tudorzy', których wybiórczo załączam co jakiś czas). Pomimo tego, że ten serial ma głupią fabułę z krwawą sieczką w planie pierwszym, to jest wysoko uzależniający. Odcinek za odcinkiem i tak upływa cały wieczór, a i nierzadko pół nocy. Skończyłem szósty sezon i nastała przerwa, gdyż nie mam nic więcej.

2. W przywołanym wyżej serialu pojawiają się dwa wątki branżowe: jeden kobiecy, drugi męski. Lubię, gdy czasami, tak całkiem bez zapowiedzi, w filmie lub serialu pojawia się branżowy motyw. Wątek żeński ciągnie się dość długo i nie jest zbyt mocno wyeksponowany, natomiast rozczarowałem się drugim wątkiem, gdyż wydaje się, jakby w trakcie reżyser o nim zapomniał. Związek chłopaków ukazuje się nagle i jest mocno podkreślony, lecz z czasem motyw ten zanika, rozpada się i wielokrotnie można dostrzec, że bohaterowie są dla siebie jakby obcy, jakby się nie znali (np. w połowie sezonu szóstego, po wielkiej bitwie z zombie, chłopaki stoją obok siebie jak obcy sobie ludzie).  

3. Wiemy już, dlaczego Lu tak wszystkich kąsa w ostatnim czasie. Otóż musi zapłacić za całe szkolenie menadżerskie. Likwidacja firmy to co innego, gdyż normalnie będziemy funkcjonować prawdopodobnie przez pół roku (może dłużej) i Lu miałaby szansę odpracować koszty egzaminu, a to że sobie wpadła i musi pójść na wcześniejsze zwolnienie powoduje, że musi uiścić opłatę z własnej kieszeni (w polskiej walucie to ponad 6 tys. złotych).

4. Nie mam zielonego pojęcia, co będzie za pół roku, kiedy zamkną naszą firmę. Przeraża mnie fakt szukania nowej pracy i zaczynania wielu spraw od zera - nowe obowiązki, nowi ludzie, nowe miejsce. Rollo chce jechać do stolicy i przejąć od siostry jakiś interes, Moo chce zabrać mnie ze sobą do swojej starej pracy, a ja zaczynam na poważnie myśleć albo o powrocie do Polski, albo o ponownym wyjeździe do Belo Horizonte.

5. Trzeba pójść i ściąć włosy. Zaczęły mocno wypadać. Szkoda mi ich bardzo, bo wyhodowałem długie do łopatek. Chciałbym, by była to tylko wiosenna wymiana futra...

6. W domu kompletna cisza. Mój współlokator poleciał do Polski, a ja zostałem sam. Jakiś czas temu nawiedził mnie Rollo. Przyniósł dwie flaszki whisky i prawie do czwartej nad ranem siedzieliśmy i gadaliśmy. Chciałem mu potem naszykować kanapę do spania, lecz ten spojrzał na mnie i zapytał: "A po co to?" "Gdzieś musisz spać", odparłem. "Przecież będę spał z tobą...", uśmiechnął się.

7. Trzeba mi nadrobić zaległości w czytaniu. Tak więc zaczynam...

niedziela, 9 kwietnia 2017

481. Dwie wiadomości

Gruchnęły wczoraj u nas w pracy dwie wiadomości: dobra i zła.
zła: firma sprzedała naszą sieć sklepów i w przeciągu roku będziemy zlikwidowani i wszyscy, bez wyjątku, pójdą na bruk,
dobra: Lu jest w ciąży i wkrótce pomachamy jej łapkami na pożegnanie (przypomniała mi się scena z takiej komedii "Kochany urwis" - gdy rozrabiaka odchodził z sierocińca, dzieciaki zrobiły balangę na całego i puszczały z okien balony. My zrobimy tak samo, a dodatkowo pójdziemy z Rollo urżnąć się do półprzytomności).  

Lu jest po prostu niesamowita!
Wczoraj prowadziła wojnę z Rollo, dziś ze mną, w sumie to ja do niej warczałem, bo sprowokowała mnie swoją nieudolnością. Pyskowała do mnie jak wariatka, zagroziłem jej, że jak się nie uspokoi, to złożymy z Rollo na nią skargę do menadżera regionalnego i do głównej menadżerki, która oblała ją na egzaminie. Zrobiła się na twarzy czerwona jak burak i nadęła jak balon. Wyszła z hali, trzaskając drzwiami za sobą.
Dziwię się, że jej się tak w ogóle chce wojować ze wszystkimi i to na każdej jej zmianie. Nie ogarniam jej kompletnie.

piątek, 7 kwietnia 2017

480. W matni snów

Ostatnio miewam bardzo dziwne sny.
Spotykają się w nich osoby, które w rzeczywistości nigdy się nie widziały i raczej nie zetkną się ze sobą. Rozmawiają o mnie i zawsze każą mi gdzieś pójść.
Śnił mi się kolega z emigracji rozmawiający z dawną dyrektorką szkoły. Pokazywała mu ona mój stary referat z metodyki nauczania i zachwycała się lodami, które akurat spożywała. Kolega ten przeskakiwał z nogi na nogę, gdyż chciało mu się sikać, kręcił głową i wskazywał palcem na pobliską księgarnię. Tam, zamiast książek, była wystawa butów. Spotkałem tam nauczycielkę historii z liceum. Dałem jej swoje buty i boso wyszedłem ze sklepu.
Śnił mi się mały Bruno. Bawił się z psem trzy razy większym od niego. Czepiał się długiej sierści, szarpał ogon, wsadzał głowę psu do pyska, uszu, nosa. Upominałem go, lecz się nie słuchał. Potem przyszła moja mama wraz z mamą Bruno i zabrały psa ze sobą, a chłopiec się rozkrzyczał straszliwie. Długo nie mogłem go uspokoić i wrzuciłem go do rzeki.
Śniła mi się moja anglistka z liceum. Kazała mi gnieść jakieś ciasto, a było go tak dużo, że nie sięgałem szczytu, tylko ugniatałem boki bezkształtnej masy. Potem ktoś przyszedł i pokazywał mi, jak kleić rogale i bułki. Anglistka wpisywała nam oceny do dziennika.
Często śni mi się moja uczelnia. Czuję presję sesji i prac zaliczeniowych i ciągle prześladuje mnie oblana praca semestralna z ontologii. Podpieram ściany, włóczę się po korytarzach i próbuję napisać w myślach dobry scenariusz zaliczenia tego strasznego przedmiotu.
    

niedziela, 2 kwietnia 2017

479. Obietnica

Obiecałem dziś Bzyczkowi, że w maju lub w czerwcu przyjadę do niego do Belo Horizonte.

478. Kogut

(464)
Staszek uwielbiał pomagać dziadkowi w pracach gospodarskich.
Jego rodzice kupili niewielki dom za zakolem rzeki, lecz nie uprawiali ziemi i nie trzymali żadnych hodowlanych zwierząt. Na ich podwórku, koło studni, tuż przy wejściu do sadu, stała duża huśtawka na metalowym stelażu, a koło niej błyszczał w słońcu blat okrągłego stołu. Pamiętam, że często siadywały tam nasze mamy, rozmawiały, paliły papierosy i piły herbatę.
Stasio wiele razy prosił rodziców o zakup psa lub kota. Odmawiali, tłumacząc, że przy zwierzętach jest dużo obowiązków i trzeba je pilnować, karmić, szczepić, a one i tak zazwyczaj uciekają lub giną bezpowrotnie. Spuszczał wtedy głowę i rył butem bruzdę w piasku, a gdy nie umiał powstrzymać łez, odwracał się i przybiegał do nas. Chyba na naszym podwórku czuł się szczęśliwy.
Potrafił pół dnia uganiać się za dziadkiem. Nosił wraz z nim wiadra karmy dla świń, wkładał krowom siano do przegród, sypał ziarno do żłobów, wrzucał buraki do rozdrabniarki. Wbiegał czasami do kuchni i, rozpromieniony, wypijał szklankę mleka i uciekał z powrotem na pole, gdyż wiedział, że dziadek będzie wyprowadzał konia ze stajni. 
Dla mnie to wszystko było całkiem normalne. Pomimo tego że urodziłem się w wielkim mieście, całe swoje życie spędzałem na wsi. Często obserwowałem Staszka, jak radośnie wspinał się przy pomocy dziadka na grzbiet konia i paradował na nim niby Napoleon lub gdy, trzymając w ręku kij z czerwoną wstążką "oprowadzał" stadko kur po podwórzu i po ogrodzie. Babcia dawała mu czasem suchy chleb, a on rzucał okruszyny kurom i te posłusznie biegały za nim dokoła domu. Znał je wszystkie i zawsze odgadywał, której brakowało.
Pewnej niedzieli Staszek przybiegł do nas z samego rana. Szykowaliśmy się wtedy do kościoła.
- Babciu, a masz trochę chleba? - Zawołał z sieni.
- Dziadek już dał kurom jeść - odparła babcia.
- Ale to na później będzie - nalegał Staszek.
- Sprawdź w komórce. Ale nie dawaj im zbyt dużo - próbowała go upomnieć.
- Dobrze, babciu - odparł, wchodząc do komórki.
Nagle rozległ się przeraźliwy krzyk Staszka. Babcia szybkim krokiem udała się w stronę ciemnego pomieszczenia. Pobiegłem za nią. Z małego pokoju wyszła moja mama. Weszliśmy do komórki. Staszek zanosił się płaczem. Stał nad blaszaną miednicą, z której wystawały żółte kogucie nogi. Bezgłowy ptak leżał na piersi z szeroko rozłożonymi skrzydłami.
- To był mój kogut... - wyjąkał Staś.
Ukucnął nad martwym ptakiem i zaczął go głaskać.
- Chodź, Stasiu - babcia próbowała go wziąć za rękę.
- To był mój kogut - powtórzył.
- Kurki hoduje się właśnie po to, by... - babcia próbowała go odciągnąć od miednicy.
- Nie! - Krzyknął i wyrwał rękę.
- Chodź, Stasiulku, pójdziemy do kościółka, a potem kupimy watę na patyku - uklękła przy nim moja mama.
- Nie! - Krzyknął ponownie, wyrwał się i wybiegł z komórki.
Stasio obraził się na wszystkich i przez kilka dni nie przychodził do babcinego domu. Tego samego dnia, późnym popołudniem odwiedziła nas jego mama. Powiedziała, że syn zaprzysiągł jej, iż nigdy więcej w swoim życiu nie będzie jadł niedzielnych obiadów.
(...)

piątek, 31 marca 2017

477. Zatem już koniec

Kończy się czas urlopu. Rzeczywistość już czeka. Wczoraj na skrzynkę dostałem grafik na następny tydzień i mam wrażenie, że chcą mnie tam od razu wykończyć. Prócz poniedziałku, przeznaczonego na podróż, nie mam ani jednego dnia wolnego - dali mi ciągiem siedem dni po 10 godzin dziennie... Wspomnienie urlopu bardzo szybko zniknie w tumanach gęstej mgły codziennych obowiązków.

Urlop minął bardzo szybko. Zrealizowałem zaledwie 20% planów, ale za to odpocząłem w domu, spędzając czas na słodkim nicnierobieniu, z książką w ręku lub po prostu przed telewizorem. Lepiej będzie, jak przemilczę program na TVP 1 i 2 (nie dało się słuchać żadnego serwisu informacyjnego ze względu na stan polskiej "polityki" <to jest po prostu żenujące>), za to naoglądałem się na zapas W11, Kryminalnych, niań, sądów oraz "Gogglebox. Przed telewizorem". Ten ostatni program powodował u mnie wybuchy śmiechu i zapewniał mi dobry humor.

Wraz z Bzyczkiem pojechaliśmy do Wrocławia oraz wybraliśmy się wspólnie do Katowic oraz na krótko do Zabytkowego Miasta. Nie dałem rady wybrać się do Krakowa, ani nie spotkałem się z bliskimi znajomymi w Zabytkowym Mieście. Postaram się nadrobić to następnym razem, gdyż do tego czasu doprowadzę się do "lepszego stanu używalności", gdyż, nie owijając w bawełnę, przez ostatnie pół roku totalnie zszedłem na psy i wstyd mi było tak się pokazać swoim znajomym...

Wyjeżdżam w najbliższy poniedziałek, a do pracy wracam już we wtorek. W kilka dni po mnie, w piątek, do Belo Horizonte wraca Bzyczek. Umówiliśmy się na spotkanie latem w Londynie, chyba że do tego czasu coś się zmieni.

I na koniec coś, czym mogę się pochwalić - przez ostatnie trzy tygodnie spaliłem tylko cztery papierosy. Ograniczam i chcę rzucić.

wtorek, 21 marca 2017

475. Pytania bez odpowiedzi

Byliśmy dziś na zakupach w Katowicach. Bzyczek dziwnie obserwował mnie cały czas. Potem, siedząc przy kawie w galerii w centrum miasta, Bzyczek zagadnął mnie: "Powinieneś wrócić do Belo Horizonte." Spojrzałem na niego dość ostro, lecz nie spuścił wzroku i dodał: "Chcę cię prosić, byś przemyślał sprawę i wrócił do domu." Nie odpowiedziałem. "Nie tylko ja za tobą tęsknię. Chłopcy Alvarezów do tej pory pytają o ciebie. Nie zapomnieli." Spojrzałem na niego i nasz wzrok się skrzyżował. "A może ty przeniesiesz się do mnie?", zapytałem, wiedząc, że moje pytanie będzie formą retoryczną. Zapatrzył się w blat stolika i nie odpowiedział.

niedziela, 19 marca 2017

474. (...)

Przyjechał jakoś po godz. 16.30.
Wszedł do mieszkania i "Dzień dobry", powiedział.
Teraz śpi w małym pokoju.

czwartek, 16 marca 2017

473. A gdzie jest drugi pan?

Jakoś po południu nawiedziła mnie moja sąsiadka, Cyklopka. Zaprosiłem ją do środka. Usiadła na rogówce, postawiła talerzyk z makowcem na ławie. "Słyszałam, że przyjechał pan do domu", zaczęła i bardzo ostrożnie rozglądała się po pokoju. "Tak. Dostałem urlop", odparłem. "Trzeba mi odpocząć, zmienić klimat, otoczenie...", odparłem i poprawiłem roletę w oknie. Cyklopka obserwowała mnie uważnie. "A drugiego pana to znowu nie ma?", zapytała i wlepiła we mnie wzrok. "Pani Elżunia coś mi tam wspominała, że drugi pan też ma ponoć przyjechać..." "Ach, ta moja mama! Zawsze wszystko musi wypaplać." Uniosłem kubek z zimną już herbatą do ust. Cyklopka nadal na mnie zerkała. "Drugi pan przyjeżdża w tę niedzielę", powiedziałem po chwili. Miałem wrażenie, że jej ulżyło i poczuła przypływ zadowolenia. "Porozmawiacie sobie, spędzicie trochę czasu i wszystko będzie dobrze", nikły uśmiech pojawił się na jej pulchnej twarzy. "Drugi pan, prosto z lotniska, pojedzie do swoich rodziców. Nie będzie go tutaj", odparłem z twardym przekonaniem. "Jak to?", skrzywiła się. Wzruszyłem ramionami. "To nie wrócicie razem do Ameryki?!", była zaskoczona i zawiedziona jednocześnie. Ponownie wzruszyłem ramionami i spojrzałem przez okno na sąsiedni blok - w jednym z okien na czwartym piętrze stał szczupły mężczyzna. Chyba wieszał firany...