piątek, 28 kwietnia 2017

485. Szary Aniołek

Najpierw kręcił się obok i bacznie zerkał w moją stronę. Potem, tak po prostu i bez żadnego powodu, wskoczył mi na kolano.
Szkoda, że później nie zabrał mnie ze sobą...

Aniołek
 

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

484. Ironia życia

To, czego czasami najbardziej pragniemy, zazwyczaj jest dla nas nieosiągalne, zaś zranione marzenia doprowadzają do samobójstwa.

piątek, 21 kwietnia 2017

483. Zamiast seksu

- A jak się mają twoje sprawy miłosne? Masz kogoś? - Zapytał mnie w środę JT.
- Nie - odparłem krótko.
- To jak to tak? Dobrze kogoś mieć..., przytulić się..., mieć seks... - kontynuował.
- Wolę pójść na spacer i podziwiać gwiazdy - odpowiedziałem.
Spojrzał na mnie spod byka.
- Aha... - wydusił.

482. Krótki misz-masz

1. Uzależniłem się od serialu "Walking Death". Tak ogólnie to nie oglądam seriali z różnych względów (wyjątkiem są "Tudorzy', których wybiórczo załączam co jakiś czas). Pomimo tego, że ten serial ma głupią fabułę z krwawą sieczką w planie pierwszym, to jest wysoko uzależniający. Odcinek za odcinkiem i tak upływa cały wieczór, a i nierzadko pół nocy. Skończyłem szósty sezon i nastała przerwa, gdyż nie mam nic więcej.

2. W przywołanym wyżej serialu pojawiają się dwa wątki branżowe: jeden kobiecy, drugi męski. Lubię, gdy czasami, tak całkiem bez zapowiedzi, w filmie lub serialu pojawia się branżowy motyw. Wątek żeński ciągnie się dość długo i nie jest zbyt mocno wyeksponowany, natomiast rozczarowałem się drugim wątkiem, gdyż wydaje się, jakby w trakcie reżyser o nim zapomniał. Związek chłopaków ukazuje się nagle i jest mocno podkreślony, lecz z czasem motyw ten zanika, rozpada się i wielokrotnie można dostrzec, że bohaterowie są dla siebie jakby obcy, jakby się nie znali (np. w połowie sezonu szóstego, po wielkiej bitwie z zombie, chłopaki stoją obok siebie jak obcy sobie ludzie).  

3. Wiemy już, dlaczego Lu tak wszystkich kąsa w ostatnim czasie. Otóż musi zapłacić za całe szkolenie menadżerskie. Likwidacja firmy to co innego, gdyż normalnie będziemy funkcjonować prawdopodobnie przez pół roku (może dłużej) i Lu miałaby szansę odpracować koszty egzaminu, a to że sobie wpadła i musi pójść na wcześniejsze zwolnienie powoduje, że musi uiścić opłatę z własnej kieszeni (w polskiej walucie to ponad 6 tys. złotych).

4. Nie mam zielonego pojęcia, co będzie za pół roku, kiedy zamkną naszą firmę. Przeraża mnie fakt szukania nowej pracy i zaczynania wielu spraw od zera - nowe obowiązki, nowi ludzie, nowe miejsce. Rollo chce jechać do stolicy i przejąć od siostry jakiś interes, Moo chce zabrać mnie ze sobą do swojej starej pracy, a ja zaczynam na poważnie myśleć albo o powrocie do Polski, albo o ponownym wyjeździe do Belo Horizonte.

5. Trzeba pójść i ściąć włosy. Zaczęły mocno wypadać. Szkoda mi ich bardzo, bo wyhodowałem długie do łopatek. Chciałbym, by była to tylko wiosenna wymiana futra...

6. W domu kompletna cisza. Mój współlokator poleciał do Polski, a ja zostałem sam. Jakiś czas temu nawiedził mnie Rollo. Przyniósł dwie flaszki whisky i prawie do czwartej nad ranem siedzieliśmy i gadaliśmy. Chciałem mu potem naszykować kanapę do spania, lecz ten spojrzał na mnie i zapytał: "A po co to?" "Gdzieś musisz spać", odparłem. "Przecież będę spał z tobą...", uśmiechnął się.

7. Trzeba mi nadrobić zaległości w czytaniu. Tak więc zaczynam...

niedziela, 9 kwietnia 2017

481. Dwie wiadomości

Gruchnęły wczoraj u nas w pracy dwie wiadomości: dobra i zła.
zła: firma sprzedała naszą sieć sklepów i w przeciągu roku będziemy zlikwidowani i wszyscy, bez wyjątku, pójdą na bruk,
dobra: Lu jest w ciąży i wkrótce pomachamy jej łapkami na pożegnanie (przypomniała mi się scena z takiej komedii "Kochany urwis" - gdy rozrabiaka odchodził z sierocińca, dzieciaki zrobiły balangę na całego i puszczały z okien balony. My zrobimy tak samo, a dodatkowo pójdziemy z Rollo urżnąć się do półprzytomności).  

Lu jest po prostu niesamowita!
Wczoraj prowadziła wojnę z Rollo, dziś ze mną, w sumie to ja do niej warczałem, bo sprowokowała mnie swoją nieudolnością. Pyskowała do mnie jak wariatka, zagroziłem jej, że jak się nie uspokoi, to złożymy z Rollo na nią skargę do menadżera regionalnego i do głównej menadżerki, która oblała ją na egzaminie. Zrobiła się na twarzy czerwona jak burak i nadęła jak balon. Wyszła z hali, trzaskając drzwiami za sobą.
Dziwię się, że jej się tak w ogóle chce wojować ze wszystkimi i to na każdej jej zmianie. Nie ogarniam jej kompletnie.

piątek, 7 kwietnia 2017

480. W matni snów

Ostatnio miewam bardzo dziwne sny.
Spotykają się w nich osoby, które w rzeczywistości nigdy się nie widziały i raczej nie zetkną się ze sobą. Rozmawiają o mnie i zawsze każą mi gdzieś pójść.
Śnił mi się kolega z emigracji rozmawiający z dawną dyrektorką szkoły. Pokazywała mu ona mój stary referat z metodyki nauczania i zachwycała się lodami, które akurat spożywała. Kolega ten przeskakiwał z nogi na nogę, gdyż chciało mu się sikać, kręcił głową i wskazywał palcem na pobliską księgarnię. Tam, zamiast książek, była wystawa butów. Spotkałem tam nauczycielkę historii z liceum. Dałem jej swoje buty i boso wyszedłem ze sklepu.
Śnił mi się mały Bruno. Bawił się z psem trzy razy większym od niego. Czepiał się długiej sierści, szarpał ogon, wsadzał głowę psu do pyska, uszu, nosa. Upominałem go, lecz się nie słuchał. Potem przyszła moja mama wraz z mamą Bruno i zabrały psa ze sobą, a chłopiec się rozkrzyczał straszliwie. Długo nie mogłem go uspokoić i wrzuciłem go do rzeki.
Śniła mi się moja anglistka z liceum. Kazała mi gnieść jakieś ciasto, a było go tak dużo, że nie sięgałem szczytu, tylko ugniatałem boki bezkształtnej masy. Potem ktoś przyszedł i pokazywał mi, jak kleić rogale i bułki. Anglistka wpisywała nam oceny do dziennika.
Często śni mi się moja uczelnia. Czuję presję sesji i prac zaliczeniowych i ciągle prześladuje mnie oblana praca semestralna z ontologii. Podpieram ściany, włóczę się po korytarzach i próbuję napisać w myślach dobry scenariusz zaliczenia tego strasznego przedmiotu.
    

niedziela, 2 kwietnia 2017

479. Obietnica

Obiecałem dziś Bzyczkowi, że w maju lub w czerwcu przyjadę do niego do Belo Horizonte.

478. Kogut

(464)
Staszek uwielbiał pomagać dziadkowi w pracach gospodarskich.
Jego rodzice kupili niewielki dom za zakolem rzeki, lecz nie uprawiali ziemi i nie trzymali żadnych hodowlanych zwierząt. Na ich podwórku, koło studni, tuż przy wejściu do sadu, stała duża huśtawka na metalowym stelażu, a koło niej błyszczał w słońcu blat okrągłego stołu. Pamiętam, że często siadywały tam nasze mamy, rozmawiały, paliły papierosy i piły herbatę.
Stasio wiele razy prosił rodziców o zakup psa lub kota. Odmawiali, tłumacząc, że przy zwierzętach jest dużo obowiązków i trzeba je pilnować, karmić, szczepić, a one i tak zazwyczaj uciekają lub giną bezpowrotnie. Spuszczał wtedy głowę i rył butem bruzdę w piasku, a gdy nie umiał powstrzymać łez, odwracał się i przybiegał do nas. Chyba na naszym podwórku czuł się szczęśliwy.
Potrafił pół dnia uganiać się za dziadkiem. Nosił wraz z nim wiadra karmy dla świń, wkładał krowom siano do przegród, sypał ziarno do żłobów, wrzucał buraki do rozdrabniarki. Wbiegał czasami do kuchni i, rozpromieniony, wypijał szklankę mleka i uciekał z powrotem na pole, gdyż wiedział, że dziadek będzie wyprowadzał konia ze stajni. 
Dla mnie to wszystko było całkiem normalne. Pomimo tego że urodziłem się w wielkim mieście, całe swoje życie spędzałem na wsi. Często obserwowałem Staszka, jak radośnie wspinał się przy pomocy dziadka na grzbiet konia i paradował na nim niby Napoleon lub gdy, trzymając w ręku kij z czerwoną wstążką "oprowadzał" stadko kur po podwórzu i po ogrodzie. Babcia dawała mu czasem suchy chleb, a on rzucał okruszyny kurom i te posłusznie biegały za nim dokoła domu. Znał je wszystkie i zawsze odgadywał, której brakowało.
Pewnej niedzieli Staszek przybiegł do nas z samego rana. Szykowaliśmy się wtedy do kościoła.
- Babciu, a masz trochę chleba? - Zawołał z sieni.
- Dziadek już dał kurom jeść - odparła babcia.
- Ale to na później będzie - nalegał Staszek.
- Sprawdź w komórce. Ale nie dawaj im zbyt dużo - próbowała go upomnieć.
- Dobrze, babciu - odparł, wchodząc do komórki.
Nagle rozległ się przeraźliwy krzyk Staszka. Babcia szybkim krokiem udała się w stronę ciemnego pomieszczenia. Pobiegłem za nią. Z małego pokoju wyszła moja mama. Weszliśmy do komórki. Staszek zanosił się płaczem. Stał nad blaszaną miednicą, z której wystawały żółte kogucie nogi. Bezgłowy ptak leżał na piersi z szeroko rozłożonymi skrzydłami.
- To był mój kogut... - wyjąkał Staś.
Ukucnął nad martwym ptakiem i zaczął go głaskać.
- Chodź, Stasiu - babcia próbowała go wziąć za rękę.
- To był mój kogut - powtórzył.
- Kurki hoduje się właśnie po to, by... - babcia próbowała go odciągnąć od miednicy.
- Nie! - Krzyknął i wyrwał rękę.
- Chodź, Stasiulku, pójdziemy do kościółka, a potem kupimy watę na patyku - uklękła przy nim moja mama.
- Nie! - Krzyknął ponownie, wyrwał się i wybiegł z komórki.
Stasio obraził się na wszystkich i przez kilka dni nie przychodził do babcinego domu. Tego samego dnia, późnym popołudniem odwiedziła nas jego mama. Powiedziała, że syn zaprzysiągł jej, iż nigdy więcej w swoim życiu nie będzie jadł niedzielnych obiadów.
(...)

piątek, 31 marca 2017

477. Zatem już koniec

Kończy się czas urlopu. Rzeczywistość już czeka. Wczoraj na skrzynkę dostałem grafik na następny tydzień i mam wrażenie, że chcą mnie tam od razu wykończyć. Prócz poniedziałku, przeznaczonego na podróż, nie mam ani jednego dnia wolnego - dali mi ciągiem siedem dni po 10 godzin dziennie... Wspomnienie urlopu bardzo szybko zniknie w tumanach gęstej mgły codziennych obowiązków.

Urlop minął bardzo szybko. Zrealizowałem zaledwie 20% planów, ale za to odpocząłem w domu, spędzając czas na słodkim nicnierobieniu, z książką w ręku lub po prostu przed telewizorem. Lepiej będzie, jak przemilczę program na TVP 1 i 2 (nie dało się słuchać żadnego serwisu informacyjnego ze względu na stan polskiej "polityki" <to jest po prostu żenujące>), za to naoglądałem się na zapas W11, Kryminalnych, niań, sądów oraz "Gogglebox. Przed telewizorem". Ten ostatni program powodował u mnie wybuchy śmiechu i zapewniał mi dobry humor.

Wraz z Bzyczkiem pojechaliśmy do Wrocławia oraz wybraliśmy się wspólnie do Katowic oraz na krótko do Zabytkowego Miasta. Nie dałem rady wybrać się do Krakowa, ani nie spotkałem się z bliskimi znajomymi w Zabytkowym Mieście. Postaram się nadrobić to następnym razem, gdyż do tego czasu doprowadzę się do "lepszego stanu używalności", gdyż, nie owijając w bawełnę, przez ostatnie pół roku totalnie zszedłem na psy i wstyd mi było tak się pokazać swoim znajomym...

Wyjeżdżam w najbliższy poniedziałek, a do pracy wracam już we wtorek. W kilka dni po mnie, w piątek, do Belo Horizonte wraca Bzyczek. Umówiliśmy się na spotkanie latem w Londynie, chyba że do tego czasu coś się zmieni.

I na koniec coś, czym mogę się pochwalić - przez ostatnie trzy tygodnie spaliłem tylko cztery papierosy. Ograniczam i chcę rzucić.

wtorek, 21 marca 2017

475. Pytania bez odpowiedzi

Byliśmy dziś na zakupach w Katowicach. Bzyczek dziwnie obserwował mnie cały czas. Potem, siedząc przy kawie w galerii w centrum miasta, Bzyczek zagadnął mnie: "Powinieneś wrócić do Belo Horizonte." Spojrzałem na niego dość ostro, lecz nie spuścił wzroku i dodał: "Chcę cię prosić, byś przemyślał sprawę i wrócił do domu." Nie odpowiedziałem. "Nie tylko ja za tobą tęsknię. Chłopcy Alvarezów do tej pory pytają o ciebie. Nie zapomnieli." Spojrzałem na niego i nasz wzrok się skrzyżował. "A może ty przeniesiesz się do mnie?", zapytałem, wiedząc, że moje pytanie będzie formą retoryczną. Zapatrzył się w blat stolika i nie odpowiedział.

niedziela, 19 marca 2017

474. (...)

Przyjechał jakoś po godz. 16.30.
Wszedł do mieszkania i "Dzień dobry", powiedział.
Teraz śpi w małym pokoju.

czwartek, 16 marca 2017

473. A gdzie jest drugi pan?

Jakoś po południu nawiedziła mnie moja sąsiadka, Cyklopka. Zaprosiłem ją do środka. Usiadła na rogówce, postawiła talerzyk z makowcem na ławie. "Słyszałam, że przyjechał pan do domu", zaczęła i bardzo ostrożnie rozglądała się po pokoju. "Tak. Dostałem urlop", odparłem. "Trzeba mi odpocząć, zmienić klimat, otoczenie...", odparłem i poprawiłem roletę w oknie. Cyklopka obserwowała mnie uważnie. "A drugiego pana to znowu nie ma?", zapytała i wlepiła we mnie wzrok. "Pani Elżunia coś mi tam wspominała, że drugi pan też ma ponoć przyjechać..." "Ach, ta moja mama! Zawsze wszystko musi wypaplać." Uniosłem kubek z zimną już herbatą do ust. Cyklopka nadal na mnie zerkała. "Drugi pan przyjeżdża w tę niedzielę", powiedziałem po chwili. Miałem wrażenie, że jej ulżyło i poczuła przypływ zadowolenia. "Porozmawiacie sobie, spędzicie trochę czasu i wszystko będzie dobrze", nikły uśmiech pojawił się na jej pulchnej twarzy. "Drugi pan, prosto z lotniska, pojedzie do swoich rodziców. Nie będzie go tutaj", odparłem z twardym przekonaniem. "Jak to?", skrzywiła się. Wzruszyłem ramionami. "To nie wrócicie razem do Ameryki?!", była zaskoczona i zawiedziona jednocześnie. Ponownie wzruszyłem ramionami i spojrzałem przez okno na sąsiedni blok - w jednym z okien na czwartym piętrze stał szczupły mężczyzna. Chyba wieszał firany...

środa, 15 marca 2017

472. Rollo cz.2

Przysłał mi dziś wiadomość na Fb:

"Nie ma ciebie zaledwie od 3 dni, a ja już tęsknię za twoim krzywym pyskiem :) :)
Wracaj szybciej! R."

Wypożyczyłem trochę książek, ale jakoś nie mam zbyt wielkiego natchnienia do czytania. Zacząłem od "Gwiezdnego pyłu", lecz jestem zawiedziony. Zwiodły mnie opisy, opinie i recenzje. Stwierdzam otwarcie - fantastyka nie dla mnie.

niedziela, 12 marca 2017

470. Rollo

W ostatni czwartek wpadł do mnie Rollo ze zgrzewką piw i pełną torbą różnych chipsów. Wygrzebałem dodatkowo, ku jego uciesze, pół butelki whisky, skleciłem jakieś kanapki. Siedzieliśmy później na murku w ogródku. Było chłodno, a niebo skrzyło się tysiącem gwiazd. "Wiesz, że gdzieś tam jest życie", przerwał ciszę Rollo i zaciągnął się papierosem. "Na pewno nie wyglądają tak jak my, ludzie, ale są tam. Wiem to. Czuję to", znów przyłożył papieros do ust. Spojrzałem na niego z zaciekawieniem i zapytałem o grecką apokatastazę (nie znał tego terminu, ale po wyjaśnieniu, pokiwał głową). "Tak, to prawda", powiedział. "Nasze życie, tu, na ziemi, to tylko kropla wody w nieskończonym oceanie. Wierzę w to. A ty?" "Też!", odparłem i z wrażenia, że ktoś może wyznawać podobną filozofię życia co ja, zapaliłem kolejnego papierosa. A potem gadaliśmy i gadaliśmy dosłownie o wszystkim - o pracy, o ludziach, o życiu, o problemach związanych z emigracją i o filozofii, i o gwiazdach, i o kosmosie - naszym pierwszym domu bez ścian i bez okien.

(Przede mną jeszcze ostatnia 10-godzinna zmiana i dziś o 1.30 w nocy wyjeżdżam do domu na urlop. Dam radę. Muszę.)

niedziela, 5 marca 2017

469. Złe, dobre i obojętne wieści

Złe:
wczoraj Lu zdała egzamin menadżerski i jestem na siebie po części wściekły, gdyż sam przyłożyłem do tego rękę. Menadżer regionalny nie zauważył jej karygodnego błędu, a ja jak głupi za nią pobiegłem i praktycznie w ostatniej chwili ją przestrzegłem. Regionalny później jej powiedział: "Gdybyś zrobiła to tak, jak zamierzałaś, egzamin masz oblany. No, ale..."
Gdybym był wredny, odwróciłbym głowę i Lu znów by oblała. Przynajmniej mam czyste sumienie, ale zastanawiam się nad jednym - czy jej wczorajsza promocja czasem nie pogorszy naszej sytuacji w pracy...

Dobre:
kupiłem bilety na samolot i w poniedziałek, 13 marca, lecę do Polski na urlop. To całe 3 tygodnie wolnego czasu na czytanie i odpoczywanie! Mam nadzieję, że wyszukane w elektronicznym katalogu książki będą jeszcze dostępne.

Obojętne:
w Zabytkowym Mieście trzeba spotkać mi się z Błękitnookim. Będzie w tym czasie w Polsce. Mamy do omówienia wiele spraw.

środa, 22 lutego 2017

468. Krótka historia żądnej władzy Lu

Lu zwariowała kompletnie! Mało kto z nią rozmawia, ludzie zaczęli jej unikać, nawet jej brat przewraca oczyma, gdy Lu pojawia się w zasięgu wzroku. Ubzdurała ona sobie, że będzie menadżerką zmiany.

Jakieś dwa miesiące temu przyjechał do nas główny menadżer regionalny i Lu pobiegła do niego z żądaniem awansu dla siebie.
- Jak długo tu pracujesz? - Zapytał jej regionalny.
- Od dwóch tygodni - odparła pewnie.
- I po tych dwóch tygodniach chcesz być menadżerką? - Zapytał, poprawiając okulary i zakrywając ręką uśmiech na twarzy.
- Ja mam rodzinę! Małe dziecko! Nie jestem jak wszyscy inni i nie będę sprzątać, bo już od tygodnia myję podłogę po całym dniu! Inni są od sprzątania! - Uniosła głos.
Regionalny spojrzał na nią z dezaprobatą i wyszedł bez słowa. Po chwili namysłu Lu pobiegła za nim.
Tak na serio nie wiemy, co się zdarzyło w biurze za zamkniętymi drzwiami, ale następnego dnia Lu do pracy przyszła w menadżerskiej koszuli. I tego samego dnia zaczęła się jatka.

Pamiętam dzień, kiedy zaczęła pracę. Na halę weszła wtedy nieśmiała dziewczynka z kucykiem (Lu ma 23 lata). Uśmiechała się, pomagała, pytała o wszystko, próbowała z nami żartować. Zaledwie w ciągu jednego dnia przeobraziła się w jędzę.

Już na pierwszej jej zmianie, następnego dnia, gdy włożyła czarną koszulę, zaczęła ustawiać ludzi po kątach. Weszła na halę bez powitania i zaczęła wszystko sprawdzać. Pracowałem wtedy z Rollo, moim najlepszym kumplem, a na kasie stała starsza pani. Lu zaczęła na nią krzyczeć, że coś tam nie było dobrze zrobione. Starsza pani dosłownie zbladła, a my, słysząc krzyki, przeszliśmy do przodu. Lu trzymała w rękach plastikowe tacki, na których wydaje się klientom zamówienia i darła się do kobiety.
- Przecież to trzeba natychmiast umyć! - I rzucała tacki na podłogę. Starsza pani położyła rękę na piersi i spojrzała najpierw na porzucone tacki, a potem na Lu.
- Ja nie będę tego po tobie sprzątać - powiedziała spokojnie i odeszła.
Sprzątnął je dopiero Andy, brat Lu, który przyszedł na popołudniową zmianę i nie wiedział (jeszcze), co się stało.

W kilka dni później sam dość ostro ściąłem się z Lu. Była to sobota, dużo klientów i dużo zamówień. Stałem wtedy na kasie ze starszą panią. Przyszła do pracy tuż przed 12 i już było po niej widać, że nie ma najlepszego humoru. Najpierw ścięła się z Rollo o jakąś kompletną bzdurę, a potem wystartowała do Moo, naszego supervisora (tak naprawdę Moo jest jej przełożonym) i zaczęła mu wydawać polecenia. Moo zacisnął zęby i nic z początku się nie odezwał, a my, na kasach, słyszeliśmy, jak Lu dyryguje wszystkimi na hali (byli też Andy i Marco):
- Podaj mi to, przynieś mi tamto, zrób to i owo, posprzątaj to, a dlaczego to tutaj leży - chodziła i pokazywała palcem.
- Lu, czy ty czasem dziś nie stoisz na kasie? - Moo nie wytrzymał.
- Jestem menadżerką i pracuję wszędzie - odpyskowała.
- Jeszcze nie jesteś i nie wiadomo, czy będziesz - wtrącił się Andy.
- Idź, proszę cię, na kasę - polecił jej Moo, nawet na nią nie patrząc.
Na froncie oparła się o kontuar i obserwowała, jak obsługujemy klientów. Coś się jej nie spodobało, więc wzięła stoper i zaczęła mierzyć nam czas przy przyjmowaniu zamówień.
- Za długo to trwa! - Huknęła do starszej pani.
- Źle to robisz! Najpierw dajesz kwit mi, a potem klientowi - szturchnęła mnie, nie bacząc na klientów przede mną.
- Włóż koszulkę do spodni! - Rozkazała. - Ty też! - Zwróciła się do starszej pani.
Równocześnie spojrzeliśmy na nią, ale odeszliśmy na bok i włożyliśmy koszule w spodnie.
- A teraz idźcie umyć ręce! - Rozkazała.
- I mamy zostawić klientów? - Zapytała starsza pani.
- Dotknęliście spodni, więc trzeba myć ręce!
- Tego nie ma w regulaminie - odezwałem się, a starsza pani dodatkowo to potwierdziła.
- Macie iść umyć ręce! - Uniosła głos.
- Tego nie ma w regulaminie - powtórzyłem wyraźnie, wyminąłem ją i wróciłem do czekającego klienta.
To samo zrobiła starsza pani.
- Macie się mnie słuchać! - krzyknęła i podeszła do mnie. - Mogę z tobą pomówić za drzwiami?
- Zobacz, ile ludzi czeka, nie teraz, jestem zajęty - odparłem i zająłem się klientami, a Lu nadęta jak balon, czerwona jak burak, poszła do chłopaków na halę. W chwilę później znów usłyszeliśmy, jak podniosła głos i ścięła się ponownie z Rollo.
Gdy przeszedł nawał klientów i zrobiło się nieco luźniej, Lu znów zaatakowała.
- Jak do was mówię, macie natychmiast wykonywać moje polecenia! - Krzyknęła do mnie i do starszej pani.
Na hali wszyscy zamarli i zwrócili się w naszą stronę.
- Jak ty się do mnie odnosisz! - Odezwała się starsza pani, zawsze spokojna i opanowana. - Mogłabyś być moją wnuczką i nie jestem twoją koleżanką, byś na mnie tak krzyczała i poniżała mnie przy klientach!
- Jestem menadżerką! - Krzyknęła Lu.
- Nie jesteś żadną menadżerką, nadal jesteś normalnym pracownikiem - nie wytrzymałem. - To, że założyłaś czarną koszulę niczego nie zmienia.
- Napiszę na ciebie skargę! - Zaczęła mi grozić.
- Pisz! Nie boję się ciebie - odpaliłem jej, a ona poczerwieniała jak burak.
- Idziesz do domu! Wyloguj się i idź do domu! - Rozkazała.
Spojrzałem na stojącą obok mnie starszą panią, myśląc, że dobrze jej nie zrozumiałem.
- Nie wolno wysłać ci go do domu - wtrącił się Moo.
- Mogę - odparła.
- Tylko główny menadżer może wysłać pracownika do domu - Moo zaczął się niecierpliwić.
- Ja jestem menadżerką!
- Nie jesteś żadną menadżerką! - Tym razem puściły mu nerwy.
- Moo, pójdę zapalić, bo widzę, że rozmowa z nią nie ma sensu. Trzeba poczekać na Lee (głównego menadżera). Może on coś z tym zrobi. - I wyszedłem na przerwę.
Niestety Lu nie potrafiła odpuścić, dopadła mnie na przerwie i doszło do ostrej awantury (w sumie to ona się wydzierała), a gdy wróciłem na halę, znów wojowała z chłopakami, a w szczególności z Rollo i z Moo.

Tak więc nikt z nią nie chce pracować. Lu ma przeciwko sobie prawie całą załogę: Moo jej nie cierpi, Andy się nie przyznaje, że to jego siostra, Rollo, Marco i ja kompletnie ją ignorujemy, a starsza pani to nawet jej nie poznaje. Jednego dnia Lu chodziła zapłakana, żaliła się, że nikt jej nie lubi i nikt nie chce z nią pracować.
- Dobrze ci tak - skwitował jej żal Andy.

Może trzy tygodnie temu Lu przeszła na częściowy etat i przychodzi tylko w piątki, soboty i niedziele, a tydzień temu oblała swój egzamin na menadżera.

Odbiło jej całkowicie. Dostała koszulę menadżerską i myślała, że może rozstawiać wszystkich po kątach. Starsza pani dobrze powiedziała: "Gdyby Lu miała rację i dobrze znała regulamin, to byśmy się jej słuchali i uszanowali jej pozycję. A ona, żółtodziób z dwutygodniowym stażem, zaczęła traktować wieloletnich i doświadczonych pracowników jak śmieci i dokopywać im. Dodatkowo wymyślała swoje własne zasady, które, pod przymusem, chciała wprowadzić w życie."
Lu się zapomniała i przeoczyła jeden fakt: dobry menadżer pracuje z ludźmi, a nie wywyższa się i ciągle zaznacza granicę: ja - wy.