czwartek, 15 sierpnia 2019

595. Chłopięce zabawy

(580)

Filozoficzne pytania o końce i początki, czyli: "Czy ktoś widział Wojtka i Staszka?" (cz.2)

Przyłożył ucho do piersi i słuchał bicia mego serca. Oddychał głęboko i równo, czułem jak drżał. Jedną rękę położyłem na jego plecach, a palcami drugiej przeczesywałem jego włosy. Zaczął mruczeć. Nagle poderwał się i "zawisł" nade mną. Jego twarz znajdowała się dokładnie nad moją. Pomimo ciemności potrafiłem rozpoznać jego rysy. Oczy mu błyszczały. Nie uśmiechał się. Patrzył tak, jakby chciał mnie przenicować lub rozpruć.
"Co?", zapytałem. "Czy wiesz, co to jest... To... tu i teraz, wczoraj i przedwczoraj... Myślałem o tym, że tak nie może być, ale ciągle mnie to fascynuje i nie mogę przestać", nadal wbijał we mnie swój mocny wzrok. "Nie wiem dokładnie", odparłem po chwili. "Czasami wiem, ale nie umiem powiedzieć, że wiem na pewno, bo coś się zmieniło, coś jest innego i dzieje się to w dziwny sposób... Ja też nie mogę przestać...", szepnąłem i zacząłem chichotać, gdyż w swój specyficzny sposób przewrócił oczyma. Czasami robił tak, gdy się niecierpliwił. "Nawet nie pamiętam tego, kiedy się zaczęło i kiedy zacząłem o tym myśleć... Tak naprawdę to chyba nigdy się nad tym nie zastanawiałem...", mruczałem pod nosem jakby sam do siebie. "To było tego dnia, kiedy się poznaliśmy", stwierdził stanowczo, "Nie ma innej możliwości..."
"Kilka dni temu słyszałem rozmowę mojej mamy z twoją...", Staszek zwinął usta w ciup i zmrużył oczy. "Taaak?", zaciekawił mnie. Wsparłem się na łokciach, a on się nieco odchylił do tyłu. "Rozmawiały o nas...", dodał po chwili, a jego oczy zwęziły się i przybrały postać rogalików. "To było coś złego?", czułem, jak serce zaczyna mi łomotać, a gardło się ścisnęło. "Mówiły coś o skomplikowanej zażyłości i naturalnych problemach dorastania, że nie trzeba się niczym przejmować, bo to jest nieszkodliwe i że to wszystko przeminie... I twoja mama powiedziała, że ona się nie będzie martwić, bo będzie, co będzie. I moja mama się z nią zgodziła", Staszek usiadł obok mnie po turecku i zapatrzył się w szemrzącą rzekę. Zastanowiły mnie te słowa. "Co to znaczy, że to wszystko przeminie? Nie chcę, by to przemijało, nie chcę, by było inaczej. Nie rozumiem tego", w mojej głowie myśli biły się ze sobą niczym stado wygłodniałych kruków walczących o padlinę. Staszek przez chwilę patrzył na mnie, zwinnie nachylił się w moją stronę i nasze usta zetknęły się.
"Hooop! Hoop!", ciszę rozdarł nagły okrzyk z drugiego brzegu Odry. Staszek odsunął się i syknął. Spojrzałem w stronę, skąd dobiegało wołanie. "Ciiiii... To Marcin... Nie odpowiadaj", podał mi rękę. Staliśmy obok siebie ze stopami zanurzonymi w wodzie, zupełnie nadzy, tak jak nas bozia stworzyła i patrzyliśmy w nieprzeniknioną ciemność rzeki. Okryci nocą, ukryci w sobie, skryci dla innych - trzymaliśmy się za ręce i myśleliśmy o dali. O tym, co jest i o tym, co będzie. "Hooop! Hoop! Wojteek!", rozległo się ponowne nawoływanie.
"Nie musimy wszystkiego rozumieć", odezwał się Staszek. "I nic się nie zmieni", dodał po chwili. "Dobrze. Wracajmy już", zaproponowałem.
Weszliśmy do wody. Tym razem płynęło się znacznie ciężej, gdyż było pod prąd. Odra wydawała się chłodniejsza i nurt jakby mocniej napierał i porywał. Zmęczeni, dygocąc z wysiłku i chłodu, wygramoliliśmy się na brzeg. Po omacku odszukaliśmy miejsce, gdzie się rozebraliśmy, lecz, ku naszemu zaskoczeniu, nasze ubrania zniknęły.                       

środa, 14 sierpnia 2019

594. Chłopięce zabawy

(580)

Upiory najczęściej przychodzą nocą

Znad Odry wracaliśmy okrężną drogą. Piaszczysta ścieżka wiła się półkolem między polami. Daleko przed nami, w rozpalonym powietrzu, drżały dachy ledwo widocznych domów, gdzieś z lewej strony warczał kombajn. Kilka osób pracowało daleko w polu. Ich sylwetki przypominały biegające mrówki. Zbierano zżętą słomę, wiązano ją w snopy i układano w stogi.
Dochodziła połowa sierpnia. Z nieba lał się żar. Przystanęliśmy na rozstaju dróg, tuż przy drewnianej kapliczce. Marcin Gawęcki, nasz najlepszy kumpel, oparł rower o pień drzewa i przyłożył rękę do czoła. Dostrzegł coś na końcu dróżki ginącej w borze i uporczywie się temu przypatrywał. Miał na sobie jedynie dżinsowe spodenki, nierówno przycięte i wystrzępione tuż nad kolanami. Staszek położył rower na wysuszonej trawie, usiadł obok niego i wyciągnął z chlebaka butelkę wody. Pił chciwie. Następnie dał wodę Marcinowi, a ten podał mi. "Jedźmy już stąd", westchnął Marcin i chwycił za kierownicę. "Odpocznijmy tu chwilę. Rozpływam się", stęknął Stachu i wyłożył się w cieniu brzóz. "Nie lubię tego miejsca... Jest przeklęte", Marcin zerknął trwożnie na kapliczkę, a potem rozejrzał się dokoła. "Przeklęte?", zainteresowałem się. Stachu podparł się na łokciach i, mrużąc oczy, przyglądał się pracującym ludziom na odległym polu.
Marcin zwrócił się w naszą stronę, wsparł ręce na biodrach i lekko kiwnął głową. "Babcia opowiadała mi o tym miejscu", zaczął mówić z przejęciem. "Jest nawiedzone. Wiele osób ze wsi widziało tu upiora w czarnym kapeluszu. Wyłazi nocą spod ziemi i przychodzi do wsi. Stuka w okna i pije krew krów w oborach. Te krowy potem zdychają".
Patrzył na nas z nieokreśloną miną. "Nie znacie tej historii?", spytał z niedowierzaniem. "To chodzi o tego księdza, co to powiesił się na belce w dzwonnicy?", zapytał Stachu, marszcząc czoło. "Dziadek kiedyś o tym opowiadał", wtrąciłem się. "Mówił mi, że dawno temu zginęła mu jałówka, że przepadła jak kamień w wodzie. Nikt dokładnie nie wiedział, co się z nią wtedy stało", ponownie sięgnąłem po butelkę wody. "Tak! Dokładnie!", Marcin uniósł nieco głos i rozłożył ręce. "Ponoć pochowano go tutaj, gdzieś między tymi brzozami, a po kilku dniach, po tym jak go tu pochowano, ludzie, którzy wracali z lasu, znaleźli rozkopany grób i ślady butów na drodze. Tak jakby ktoś szedł stąd do wsi...", chłopak wskazał ręką w stronę dalekich zabudowań. "To dlatego zbudowano tu kapliczkę?", spojrzałem na wysoki pień brzozy. "Która i tak nie chroni wsi przed upiorami", Stachu uśmiechnął się i wsiadł na rower.
Zatrzymaliśmy się przy bramce naszego podwórka. Ciszę letniego popołudnia przeciął daleki pomruk zbliżającej się burzy. Niebo nad odległą ścianą boru rozjaśniła błyskawica. Marcin uniósł nieco do góry przednie koło kolarzówki i spiął się. "To na razie, chłopaki! Do jutra!", zawołał przez ramię i odjechał w kierunku starego młyna.
Schowaliśmy rowery w szopce i weszliśmy do domu. Zauważyłem, że babcia ma gościa. Ktoś siedział z nią przy kuchennym stole. Nie mogłem go rozpoznać, gdyż do wejścia zwrócony był plecami. Był to jakiś chłopak, chyba któryś z naszych kolegów ze szkoły. "Kto to?", szepnął Staszek. Wzruszyłem ramionami. Weszliśmy do kuchni. Babcia zerknęła na nas smutną miną, a gość zwrócił się w naszą stronę. W tym momencie huknęło gdzieś tuż za domem. Burza dotarła do wsi. Stachu spojrzał na mnie, a ja na niego. Skamienieliśmy.  
             

poniedziałek, 5 sierpnia 2019

593. Topielec

Szybkimi ruchami zrzucił buty i dżinsy. Bez zawahania wszedł do wartkiej wody. Obserwowałem, jak brnął po pas przez wzburzoną rzekę. Jakieś trzy metry przed nim, nieco ponad toń, wystawało powalone drzewo. Woda zdarła liście i pieniła się wściekle pomiędzy szkieletami gałęzi. Błękitnooki jedną ręką chwycił się pnia, a drugą próbował sięgnąć topielca. Niestety, utknął w takim miejscu, że można było chwycić go jedynie od strony napierającej wody. Bzyczek powolnymi ruchami minął przełamany pień i ruszył pod prąd. Dla równowagi przytrzymywał się wystającej gałęzi. Obawiałem się, że nie zdąży, gdyż topielec chwiał się na boki i groził mu upadek wprost w wzburzoną rzekę. Gdy już prawie udało się chwycić go, ten wygiął się i przechylił na krawędzi. Woda zalała mu głowę, lecz ostatkiem sił uniósł się i utrzymał bezpieczną pozycję. Bzyczek zwinnym ruchem chwycił go za kark i przyciągnął do siebie. Wypuściłem przytrzymywane przez chwilę w płucach powietrze. Gdy dotarli na brzeg, chciałem przejąć topielca, lecz ten naprężył się, wydał głęboki pomruk i jednym susem wyrwał się z rąk Błękitnookiego. Z odległości spojrzał na nas z wyrzutem i dał dyla w pobliskie krzaki.
- Niewdzięcznik! - Zawołał za nim Błękitnooki.
- Co za kot! Wariat! - Bąknąłem.
- Patrz, jak mnie podrapał... - jęknął Bzyczek.
- Niewdzięcznik! - Rzuciłem w kierunku kota, którego już dawno przy nas nie było.        

niedziela, 4 sierpnia 2019

592. Uważaj na mnie!

Jestem tęczową zarazą!
Jestem niebezpieczny! Dla siebie i dla Ciebie. Także dla Twojej ciotki, babki, sąsiadki, wujka, dziadka i montera anten satelitarnych!
Bulwersuję swym istnieniem! Bulwersuję tym, że jestem...
Najpierw skradam się. Ukrywam za szafą, za płotem, za ławką w parku i na dnie sadzawki. Potem atakuję jak pijawka - przysysam się do twej wolności i ograniczam ją.
Unikaj mnie w mieście - nie siadaj obok mnie w tramwaju, w autobusie, omijaj szerokim łukiem na chodniku, unikaj mnie w kinie, w sklepie, w pubie, nie stawaj obok mnie na przystanku.
Jestem tęczową zarazą!
Nie patrz na mnie - możesz oślepnąć. Nie podawaj mi ręki - poparzysz się. Nie odzywaj się do mnie - możesz stracić głos. Nie oddychaj tym samym powietrzem - dostaniesz rozedmy. Nie czytaj mojego bloga - tragicznie zginą Twoje szare komórki.
Tak! Chyba masz rację!
Unikaj mnie najsilniej, jak tylko możesz. Chroń przede mną swoje rybki w akwarium, kaktusy i paprotki, odgrodź ode mnie swoją plantację buraków, ziemniaków, kukurydzy, czy też bananów, myj ręce po powrocie do domu, używaj antytęczowego dezodorantu i antytęczowych sanitariatów.
Uważaj na mnie, bo mógłbym przejść obok Ciebie, podać Ci rękę na powitanie i lekko się do Ciebie uśmiechnąć lub też mógłbym nieświadomie otrzeć się o rękaw Twojej kurtki w kolejce w markecie...
Tak na serio to nie gryzę, nie kopię, nie drapię, nie wyzywam i nie przeklinam zbyt mocno..., nawet też nie śmierdzę...
Ale bój się mnie, bo jestem tęczową zarazą!

poniedziałek, 22 lipca 2019

591. Tajemnice zmartwychwstałej przeszłości

Od ponad tygodnia Bzyczek jest w Zabytkowym Mieście. Rozmawiamy co drugi, trzeci dzień, najczęściej późnym wieczorem, kiedy to podtrzymuje mnie na duchu po ciężkim dniu w pracy. Nasza ostatnia, piątkowa rozmowa chyba zapadnie na zawsze w mojej pamięci.
Było jakoś po 22.30, gdy zadzwonił. "Nie uwierzysz, co dziś się mi przytrafiło", wypalił od razu. "Opowiadaj", zaciekawił mnie ton jego głosu. "Umówiłem się z Basią na rynku", zaczął mówić. "Czekałem na nią na ławce, gdy nagle podszedł do mnie jakiś gościu. "Piotrek??" Zapytał. Wyglądał na totalnie zaskoczonego. Ja w sumie chyba też! Zmrużyłem oczy i przyjrzałem się mu dokładniej i zamarłem. To był on! Poznałem go! Z wrażenia zacząłem się jąkać! Podał mi rękę na powitanie. "Co ty tu robisz? Jesteś na wakacjach? A gdzie jest Wojtek?", pytał, patrząc wprost w moją twarz, a ja stałem jak słup soli! "Skąd wiedziałeś, że tu będę?", głupio zapytałem. "Mam dobrych informatorów!", zaśmiał się. Spojrzałem na niego, a on spoważniał. "Przecież żartuję! Nie wiedziałem. To przypadek, że cię tu spotkałem", sprawnie odparł. Chciałem coś powiedzieć, lecz zaczął znów pytać: "A Wojtek jest w mieście? Co u niego? Słyszałem, że zmienił pracę..." Wytrzeszczyłem oczy i zachłysnąłem się... "Skąd wiesz, że...", nie skończyłem, gdyż stanęła przy nas Baśka. Błękitnooki spojrzał na nią i skinął jej głową. "Miło było cię znów zobaczyć", klepnął mnie w ramię i odszedł".
Wysłuchałem opowieści Bzyczka i z niedowierzającą miną krótko skomentowałem: "O ja pierdole..." "No właśnie! Ja też!"
Długo potem nie mogłem zasnąć, ciągle myślałem o ich rozmowie, ale jednego faktu nie potrafiłem sobie wyobrazić (nadal tego nie potrafię): Błękitnooki na powitanie podaje rękę Bzyczkowi. Przecież takie rzeczy się nie zdarzają...
A może to był tylko sen?     

niedziela, 21 lipca 2019

590. Krótka relacja z wyjazdu do Hiszpanii i Portugalii

Już jakiś czas temu wróciliśmy z urlopu. Praktycznie od razu powrót do pracy i nie było zbyt wiele czasu na notatkę (do tej pory nie posegregowałem zdjęć i nie ogarnąłem się dokładnie). Nie wiem, ale porównując ten wyjazd z ubiegłorocznym objazdem Andaluzji, tym razem było ciężej - dłużej (10 dni w trasie) i ciężej (2 kraje).

Zrealizowaliśmy 90% założonego planu. Z powodu przebudowy i prac remontowych nie byliśmy na madryckim Plaza de Espana z pomnikiem Don Kichota i Sancho Pansy, z braku czasu nie weszliśmy w Toledo do wnętrz Alcazaru, a w Lizbonie straciliśmy zwiedzanie klasztoru Hieronimitów (w poniedziałki nieczynne) oraz nie skończyliśmy zwiedzania katedry ze względu na rozpoczynający się serwis (wyproszono nas!). Za to Salamankę zwiedziliśmy prawie na 150%.

Ci, którzy obserwują mnie na Instagramie lub na FB, na bieżąco mogli zobaczyć część ciekawszych zdjęć, tu zamieszczę tylko kilka wraz z krótkim opisem.

1. Madryt - stolica Hiszpanii. Na tak duże miasto 3 dni to zbyt mało, by zobaczyć wszystkie najciekawsze miejsca. Wybraliśmy te najpopularniejsze dla turystów - Zamek Królewski (Alcazar), Katedra Almudena, piękny Park Retiro, Ogród Botaniczny, miejskie place - Plaza Mayor i Plaza del Sol oraz kilka innych, do tego ciekawe miejsca jak klasztor klarysek Descalzas Reales (chyba najpiękniejszy klasztor jaki kiedykolwiek widziałem, wielka szkoda że nie wolno fotografować wnętrz), egipska świątynia Debod czy Bazylika San Francisco El Grande. Oczywiście tych miejsc było znacznie więcej, wymieniłem tylko te najważniejsze.
Madryt zastaliśmy w trakcie przygotowań do Gay Pride - mnóstwo ludzi, pobudowane sceny w centrum, imprezy wieczorami, wszędzie tęczowe flagi. Jednego wieczoru wybraliśmy się na imprezę związaną z paradą - sympatyczni ludzie, otwarci, uśmiechnięci, wyśmienite drinki, tańce na ulicach i dobra muzyka.
Katedra Almudena
Pałac Królewski
Pałac Kryształowy w Parku Retiro
Upadły Anioł w Parku Retiro
2. Toledo - do Toledo pojechaliśmy z samego rana pociągiem i wróciliśmy do Madrytu późnym wieczorem. Całe miasteczko znajduje się na liście Unesco i nieco przypomina Asyż. Nad miastem góruje reprezentatywny Alcazar (do którego nie udało się wejść) oraz ogromna katedra Santa Iglesia. Jej wnętrza powaliły mnie na kolana. Zwiedziliśmy uroczy gotycki Monasterio de San Juan de los Reyes oraz Bazylikę Iglesia de Santo Tome, gdzie znajduje się obraz El Greco "Pogrzeb hrabiego Orgaza". Stałem przed nim oniemiały - wychwytywałem odniesienia do sztuki bizantyjskiej i podziwiałem przecudną izokefaliczną kompozycję (było to moje marzenie - zobaczyć oryginał właśnie tego obrazu El Greco). Sporo oryginałów mogliśmy zobaczyć także w galerii katedry toledańskiej - są tam obrazy El Greco, de Goya, Caravaggio, van Dyck'a, Rafaela Sanzio, Giovanniego Belliniego oraz Jacobo i Francesco Bassano. W zakrystii znajduje się także zbiór średniowiecznych manuskryptów i liturgicznych artefaktów.
Widok na Alcazar w Toledo
Wnętrza katedry w Toledo
średniowieczne manuskrypty
Jacobo Bassano "Presentacion de Jesus en el Templo"
Krużganki w Monasterio de San Juan de los Reyes
3. Salamanka - śmiało mogę powiedzieć, że to miasto jest moim faworytem w turystyce. Jedno z najpiękniejszych hiszpańskich miast, jakie do tej pory zwiedziłem.Podobnie jak Toledo Salamanka w całości znajduje się na liście Unesco. Tam było można na własnej skórze poczuć hiszpański klimat. W centrum tego miasteczka znajduje się Plaza Mayor (wyczytałem, że to największy rynek w całej Hiszpanii), Uniwersytet, średniowieczna Katedra oraz Casa de las Conchas, czyli Dom Muszli. Budynek ten jest sercem Salamanki, gdyż ściśle wiąże się z historią miasta i większość legend i podań miejskich dotyczy właśnie tego miejsca.
Katedra to prawdziwy majstersztyk architektoniczny - stara romańska katedra (z połowy 12 wieku) oraz nowa katedra (z początku 16 wieku) to tak naprawdę jeden budynek. Obie katedry są tak połączone ze sobą, że tworzą jednolitą całość. A wnętrza... Palce lizać! Uczta dla oczu! Coś wspaniałego! Ostatni raz pod tak ogromnym wrażeniem byłem, gdy zwiedzałem katedrę w Sevilli, gdzie znajduje się grobowiec Krzysztofa Kolumba. Przepiękne wnętrza oraz artefakty katedry w Salamance warte są wszystkiego! Z wieży rozpościera się widok na miasto. Na górę wspięliśmy się w odpowiednim czasie. Weszliśmy do sali z dzwonami, gdy te zaczęły bić! Huk potężny!
I na koniec - na głównym tympanonie katedry znaleźć można płaskorzeźbę kosmonauty - odebrałem to jako mały architektoniczny żart, a w rzeczywistości to symbol, ukazujący historię tego budynku, to taki pomost pomiędzy przeszłością i przyszłością.
Niedaleko od centrum znajduje się bazylika Convento de San Esteban. Zwiedzając wnętrza, miałem wrażenie, że przeniosłem się do średniowiecza - mroczne i chłodne krypty, krużganki, freski, antyki, kręte schody, ukryte przejścia w ścianach, stare i zaśniedziałe lustra, odbijające sprzęty i wywołujące wrażenie trójwymiarowości.
Uniwersytet i Dom Muszli
Katedra w Salamance
Grobowce w Starej Katedrze
Kosmonauta na tympanonie Nowej Katedry
Convento de San Esteban
Convento de San Esteban
Dzwony na wieży katedry w Salamance
4. Lizbona - stolica Portugalii. Wprost z Salamanki autokarem udaliśmy się do Lizbony. Przejazd, z krótkimi postojami, trwał ponad 8 godzin. Było tu znacznie chłodniej niż w centrum Hiszpanii i mogliśmy nieco odetchnąć od upałów (w Madrycie jednego dnia po południu było 49 stopni!) 3 dni, podobnie jak w Madrycie, są niewystarczające na to, by zobaczyć całe miasto i poczuć jego klimat. Wybraliśmy najbardziej reprezentatywne miejsca i nie zawiedliśmy się.
Chciałbym zaznaczyć, że zwiedzanie Lizbony wymaga niezłej kondycji - miasto położone jest na wzgórzach i pieszo trzeba co chwilę wspinać się po stromych i wąskich uliczkach, którymi pędzą krótkie i sprawne tramwaje - to wizytówka Lizbony.
Pierwszego dnia zwiedziliśmy centrum i okolice - sercem miasta są dwa place: Praca de Comercio i Praca de Rossio połączone główną promenadą Rua Augusta. Nad dzielnicą Alfamą góruje zamek Castelo de S. Jorge. Z jego murów roztacza się panorama na Lizbonę. Schodząc ze wzgórza, udaliśmy się do National Pantheon (Church of Santa Engracia), gdzie pochowany jest Vasco da Gama oraz do klasztoru Monastery Sao Vicente de Fora. W klasztorze tym, zbudowanym w stylu klasycystycznym, zobaczyć można setki kafelkowych mozaik, będącymi rękodziełami reprezentatywnymi dla Lizbony i całej Portugalii. Z dachu roztacza się piękna panorama na Alfamę oraz na całe miasto. Po południu udaliśmy się na odległy zabytkowy cmentarz Prazeres, powstały w 1883 roku po epidemii cholery (gdzieś czytałem, że w najstarszej części tego cmentarza pochowane (przeniesione) zostały także ofiary trzęsienia ziemi z 1775 roku, kiedy to zginęło ponad 90 tys. ludzi, a Lizbona była zrównana z ziemią). W rodzinnych grobowcach, niektórych dotkniętych upływem czasu, można zobaczyć trumny - zniszczone, połamane i rozpadające się.
Drugiego dnia przepłynęliśmy na drugą stronę zatoki do Almady i wspięliśmy się na wzgórze, by zobaczyć figurę Chrystusa (mniejsza replika Chrystusa z Rio) oraz wiszący most (replika Golden Gate), a następnie pojechaliśmy do Belem, by podziwiać Belem Tower. Nie udało się wejść do klasztoru Hieronimitów, gdyż akurat w tym dniu był zamknięty.
Torre de Belem
Praca de Comercio
National Pantheon (Santa Engracia)
Most nad zatoką
Prazeres - sztuka cmentarna
Wnętrza Monastery Sao Vicente de Fora
Trzeciego dnia wyjechaliśmy pociągiem do Porto, by tam udać się na lotnisko i wrócić do domu.

niedziela, 23 czerwca 2019

587. The Grey's gay couple

Zrobię wyjątek i zamieszczę filmik z YouTube.
Chyba zakochałem się w obu lekarzach, może nie w nich samych, ale w stylu ich relacji.

Levi, niezdarny gaduła, sympatyczny nerd (to bardzo brzydkie słowo, ale pasujące) mieszkający z matką, ciągle w szafie, zakochany marzyciel, chyba nieco zakompleksiony CONTRA opanowany i pewny siebie Nico. Mieszanka wybuchowa! Obaj uzupełniają się wyjątkowo.
Poluję na cały sezon.
To trzeba zobaczyć!

A w pracy wycyganiłem cały weekend dla siebie!
Wczoraj wciągnąłem się w serial The Night Shift. Dziś wieczorem kolejnych pięć odcinków.
Do rozpoczęcia urlopu pozostał tydzień!

poniedziałek, 17 czerwca 2019

586. Dobra rada: "Jeśli chcesz się z kimś pokłócić - pożycz mu pieniądze"

Moim znajomym całkowicie poodbijało!

Odwaliło Kirkowi! Odwaliło Rollowi!

Rollo "pożyczył" kasę od wielu osób i przepadł. Przyszedł do mnie jakiś czas temu i prawie płakał, że nie ma pieniędzy na rent. Jako że znamy się od bardzo dawna i uważałem go za poważnego gościa, pożyczyłem mu ponad stówę. Umówiliśmy się, że odda przed moim urlopem. Zgodził się.
W ubiegłym tygodniu spotkałem w mieście naszego wspólnego znajomego. Powiedział mi, że Rollo pożyczył od niego i jeszcze od dwóch innych osób pieniądze i znikł. Postanowiłem do niego napisać, bo rzeczywiście od prawie dwóch tygodni się nie odzywał. Wspomniałem, że mój urlop wkrótce się zaczyna i czy pamięta o długu. Rollo odpisał następnego dnia w stylu: mam iść się pieprzyć, jestem idiotą, który chce wyciągnąć kasę od niego, mam się iść pierdolić, bo on odda kasę lub nie, odda kiedy będzie się mu chciało, mam się od niego odwalić i pocałować go w dupę, fuck you, fuck you, fuck you..." I zablokował możliwość jakiegokolwiek kontaktu. ZDĘBIAŁEM!
Jak się okazało, Rollo rzucił robotę i nie szukał innej. Utracił pokój, bo nie płacił. Kłamał w żywe oczy, że potrzebuje na rent. Pożyczył kasę od każdego, kogo znał i spierdolił. Nie wiadomo gdzie jest i co robi.

Zadzwoniłem wczoraj do Kirka, bo w sumie on Rolla zna trochę lepiej niż ja. Nie wdawałem się w szczegóły, zapytałem tylko o to, czy ma kontakt z Rollem. Powiedział, że Rollo zablokował go na FB już dawno temu i w ostatnich słowach kazał mu się pierdolić. ZDĘBIAŁEM po raz drugi. Powiedziałem, że jestem wściekły na Rolla i muszę go dorwać zanim zwieje z Anglii, a Kirk spokojnie mi oznajmił, że on mu przebaczył i ja też powinienem, że modli się za niego, że polecił jego ciało i duszę bogu, że moja złość jest strasznym grzechem, że muszę zacząć się modlić za siebie, wierzyć w boga, oczyścić się, bo złość jest grzechem i nie będę zbawiony..."
Z wrażenia aż usiadłem. ZDĘBIAŁEM po raz trzeci. W pewnym momencie przerwałem melodyjny głos Kirka i syknąłem do niego: "Co ty, kurwa, pierdolisz?!" I rozłączyłem się.

Po raz kolejny przekonałem się, by nie być zbyt dobrym i wyrozumiałym dla innych. Bardzo ciężko jest znaleźć złoty środek postępowania - gdy odmawiasz pomocy innym, jesteś egoistą i świnią, gdy pomagasz, wychodzisz na tym jak Zabłocki na mydle. Straty stratami, ale kompletnie nie ogarniam tego, że przyjaciel mówi i robi coś takiego swojemu przyjacielowi.
Kiedyś gdzieś czytałem, że to właśnie nasz najlepszy przyjaciel w kryzysowej sytuacji przemienia się w najokrutniejszego i najniebezpieczniejszego wroga. I jest to prawdą.

585. Po dwóch stronach życia

Pat umarła w ubiegłą środę o 13.55.
Asystowaliśmy jej przy obiedzie. Siedziałem na krawędzi łóżka i próbowałem zachęcić, by choć spróbowała obiadu, Alex w tym czasie przygotowywała dla niej specjalny żel do picia. Pat odchylała głowę w bok i uciekała wzrokiem w kierunku pustego fotela przy oknie - patrzyła na niego, unosiła rękę, jakby na coś wskazywała. Nagle położyła głowę na poduszce, wzięła głęboki wdech i zastygła. Po kilku sekundach wypuściła powietrze, lecz jej ciało było już martwe.
Nadal siedziałem na krawędzi łóżka z talerzem na tacy i łyżką w ręku i nie mogłem się ruszyć. Patrzyłem osłupiały na twarz Pat, a w sobie czułem tylko łomotanie serca i wzrastającą pustkę. Alex stała po drugiej stronie łóżka z twarzą bladą jak ściana. Cichutko wyszliśmy z pokoju Pat, by zawiadomić menadżera i sporządzić protokół. Zerknąłem na zegarek - były cztery minuty po 14.

Wiele razy byłem przy zmarłym rezydencie, ale po raz pierwszy rezydent umarł w mojej obecności, tuż obok mnie. Chwycił mnie tamtego dnia jakiś nieokreślony lęk. Przez dwa lub trzy dni huczało mi w głowie, a po dziś słyszę świst uchodzącego z Pat ostatniego oddechu...
Czasami nienawidzę swojej pracy...

Z moich obserwacji wynika, że praktycznie wszyscy rezydenci odchodzą w bardzo podobny sposób. Gołym okiem można zauważyć pierwsze symptomy zbliżającego się końca.
Osoba, która wcześniej jakoś sobie radziła, nagle zapada się w sobie. Ktoś towarzyski, rozmowny, chętnie przebywający z innymi, ciekawy prostych faktów, np. tego, co będzie na kolację, zaczyna się izolować. Nie chce iść do pokoju dziennego, nie przychodzi do jadalni, nie przychodzi pogawędzić do recepcji, nie chce iść na spacer do ogrodu. Ten ktoś zamyka się w pokoju, obojętnieje i najczęściej patrzy w okno. Taki stan pojawia się około tygodnia, czasami dwóch przed odejściem. Potem następuje tzw. "etap łóżkowy". Rezydent kładzie się do łóżka i już z niego nie wstaje, pomimo tego że wcześniej był aktywny. Staje się coraz bardziej apatyczny, nie reaguje na to, że opiekun lub członek rodziny wchodzi do jego pokoju, czasami złości się o proste czynności, które zakłócają jego spokój, jak przebranie się w czyste ubrania lub pomoc w umyciu się.
Potem przestają jeść. Nie jedzą samodzielnie, trzeba ich karmić, ale i to sprawia im trudność. Obojętnym wzrokiem patrzą w próżnię. Nic nie jedzą, tak jakby chcieli się oczyścić. I potem umierają. Najczęściej w nocy, samotni, obojętni, pogodzeni z losem, pogrążeni w ostatnich snach lub we wspomnieniach.
To, że zbliża się ich koniec, wiedzą na pewno, ale czy się boją? Myślałem nad tym. Nie. Chyba nie. Właśnie ten wstępny okres izolacji jest dla nich pewną formą przygotowania się i jest też czasem podsumowań życia.

Chciałbym zaznaczyć, że powyższe spostrzeżenia są tylko i wyłącznie wnioskami wyniesionymi z własnych obserwacji i nie mogą służyć za jakiekolwiek medyczne odniesienia.

środa, 5 czerwca 2019

584. Obrażona manadżerka

Przyszła do mnie wczoraj jedna z menadżerek i powiedziała: "Weźmiesz jutro dodatkową zmianę? Wiesz, że nie mamy ludzi i potrzebujemy dodatkowych rąk do pomocy..." Odmówiłem, gdyż był to z rzędu mój piąty dzień pracy, a poza tym mam trochę prywatnych spraw do załatwienia. Obraziła się na mnie nawet pomimo tego, gdy oznajmiłem jej, że wziąłem dodatkowy dzień w przyszłą niedzielę, kiedy to powinienem mieć wolne.
To, że nie mają personelu jest bezsprzecznie ich winą (wczoraj jedna z dziewczyn mi oznajmiła, że złożyła rezygnację). Jest nas coraz mniej...
Właśnie to przyczyniło się także do pewnego incydentu. Wczoraj rano na piętrze z rezydentami z demencją była tylko jedna z nowych dziewczyn. Nie ma doświadczenia w pracy z takimi ludźmi, gdzie trzeba mieć oczy dokoła głowy. Była sama na piętrze. Z tego, co mi powiedziano, tuż przed śniadaniem pomagała jednej rezydentce się ubrać, gdy ta, całkiem bez powodu, wpadła w złość i najpierw poszarpała ją za włosy, a potem dotkliwie ugryzła w rękę. Dziewczyna musiała iść do szpitala na opatrunek. Ciekaw jestem, jak się to skończy, bo jeśli coś takiego się zdarza, a zdarza się czasami, że rezydenci biją opiekunów, to zawsze winę ponosi opiekun, gdyż rezydent jest nietykalny. W przypływie niedowierzania kręcę tylko głową, gdy ktoś mi mówi, że ktoś tam był ukarany za to, że został oblany przez rezydenta gorącą herbatą...
Z utęsknieniem czekam na urlop. Naprawdę jestem zmęczony. Nic mi się nie chce, nic nie czytam, rzadko piszę ze znajomymi, od czasu do czasu załączę jakiś film, ale nie potrafię dotrwać do jego końca. Z domu wychodzę tuż przed 9 rano, wracam do domu po 21. Naprawdę jestem zmęczony... 

piątek, 31 maja 2019

583. Lalunia z Bollywood, selfie i zasrane pieluchy

Już z utęsknieniem wyczekuję swojego urlopu! Od jutra zaczynam skreślać dni w kalendarzu, bo tak się nie mogę doczekać wyjazdu, a tu został jeszcze cały miesiąc...
Jestem wykończony nawałem pracy (nie tylko zresztą ja, bo mój zmiennik, Carlos, też już ledwo zipie). W ostatnim miesiącu wiele osób odeszło i mamy duże braki w personelu. Niestety, ilość naszych rezydentów wciąż wzrasta.
Aktualnie mamy 64 podopiecznych i np. w kuchni jest tylko jedna osoba, która musi oblecieć 3 piętra z trolleyami (każdego dnia zmiana trolleya na każdym piętrze odbywa się 5 razy)!
Tak samo jest na piętrach - kilka dni temu na piętrze z demencją był przez cały dzień tylko jeden opiekun! Jeden opiekun na 21 rezydentów z demencją, których trzeba pilnować, prowadzać pod ręce, bo upadają i się potykają, karmić, ubierać, przebierać, myć... Taki staruszek potrafi się złościć i rzucać rzeczami, potrafi zaciekle się kłócić i wyzywać, nawet uderzyć, potrafi uciec i tak się schować, że przez kilka godzin się go szuka. Na drugim piętrze, gdzie rezydenci w ogóle nie wstają z łóżek, było dwóch opiekunów...
Z tego co słyszałem, już poszły skargi do biura głównego, że menadżerki w ogóle się nie przejmują brakami w kadrze i ciągle przyjmują nowych podopiecznych. Liczy się forsa, a nie pracownik.

Nowoprzyjęci pracownicy rezygnują już po kilku dniach. Przychodzą i odchodzą, przychodzą i odchodzą. I tak w kółko. Rozmawiałem ostatnio o tym z Carlosem. "A zauważyłeś, kogo przyjmują?", zapytał, gdy siedzieliśmy na fajce. "Same dziewczęta, takie 18 i 19 - stki z wymalowanymi paznokciami, włosami jak kopa siana, makijażem jak z Bollywood i smartfonem w każdej dłoni! I teraz taka lalunia musi iść zmienić zasraną pieluchę dziadkowi, umyć go, ubrać, zmienić pościel, gdy ten krzyczy, wyzywa, łapie za włosy, bije i drapie po rękach. I tak kilkanaście razy dziennie! Wiesz, takie lalunie przychodzą tu, bo myślą, że będą siedziały na tyłkach i robiły sobie przez pół dnia selfie... Nie szukają konkretnych osób, a biorą dzieci, bo taniej się im płaci za godzinę pracy..."

Ostatnio odmówiłem wzięcia dodatkowych dni, gdyż uzbierało mi się trochę spraw prywatnych: zmiana umowy o dom w agencji, problemy z możliwością upadku biura podróży - Thomas Cook (!!), w którym na początku maja kupiłem 5 biletów lotniczych na moją wrześniową wyprawę na koniec świata (w końcu się odważyłem na ten wyjazd, dostałem wizę, zmodyfikowałem trasę, opracowałem atrakcje, które chcę zobaczyć, zabukowałem 6 lotów i kupiłem plecak. Dopiero w drugiej połowie sierpnia planuję rezerwować hotele. Przede mną wyprawa na 2 kontynenty: 5 krajów, 5 miast, z czego 2 to przepotężne aglomeracje, które spędzają mi sen z powiek, ponad 50 godzin w samolotach i ponad 40 tysięcy kilometrów do przebycia). Jeśli uda mi się zrealizować 80 % tego, co mam w planach i jeśli uda mi się wrócić w jednym kawałku do domu - będę z siebie dumny i zadowolony.
Ale to dopiero na przełomie września i października, bo wcześniej, 1. lipca, lecimy na 10 dni na południe Europy. Doczekać się nie mogę!      

środa, 8 maja 2019

582. Nieprzydatność rzeczy. Przypadek samotnego umierania

John umierał świadomie i boleśnie. Złośliwy rak prostaty, ostatnie stadium. W takim stanie przywieziono go do nas ze szpitala. Ponoć tak chciała rodzina. Przywieźli go tylko po to, by w odosobnieniu od nich umarł spokojnie pod naszym czujnym okiem.
Przyjęliśmy go we trójkę, zaraz jakoś po śniadaniu: ja, Lisa i Alex. John patrzył tępo w sufit i ciężko oddychał. Gdy rodzina odjechała, włożyliśmy na niego świeżą piżamę. Za każdym ruchem wyginał się nam do tyłu i krzyczał. Zaciskał dłonie w pięści i uderzał nimi w materac. Gdy w końcu udało nam się go przebrać i ułożyć, zwiotczał, uspokoił się. Ruszał tylko oczyma, jakby czegoś lub kogoś szukał. Jego źrenice biegały non stop od lewej do prawej. Jego dość płytki oddech przeszedł w poświst.
Po południu przyjechały do niego dwie panie. Przywiozły jego rzeczy: trochę ubrań, zdjęcia w ramkach, książki, gazety, jakieś plastikowe i porcelanowe figurki, pocztówki, maskotki, sztuczne kwiaty w wazoniku i haftowaną poduszkę. Udekorowały jego pokój i odeszły.
John krzyczał jedynie w trakcie zmiany pampersów, mycia i ubierania piżamy. Zwykle leżał niemy. Ruszał jedynie oczyma. Jego oddech był jak świst wiatru.
John zmarł ósmego dnia pobytu u nas. Umarł cichuteńko i tak bardzo samotnie. Przez tych osiem dni ani jedna osoba z jego rodziny go nie odwiedziła, nikt przez ten czas nawet nie zadzwonił, by się o niego zapytać. Nikt nie pojawił się nawet w chwili, gdy lekarze zabierali jego ciało.
Dwa dni później przyjechało dwóch mężczyzn po rzeczy Johna. Z tego, co ustaliliśmy był to jego syn oraz wnuk. Ten pierwszy nie odstawiał telefonu od ucha, a ten drugi szybkimi ruchami wrzucał chaotycznie rzeczy Johna do kartonu. Podpisali protokół i poszli. Patrzyliśmy na nich z okna, gdy wyszli przed budynek. Ten pierwszy nadal gadał przez telefon, drugi podszedł do śmietników, otworzył kontener i wrzucił pudło do środka. Wsiedli do samochodu i odjechali.
Spojrzałem na Alex. Po jej twarzy ciekły łzy.      

sobota, 30 marca 2019

581. Wpuść chłopa do łazienki to ci mydło zeżre

Oglądamy z mamą program "Dżentelmeni i wieśniacy". Pytam:
- Ciekawe, która z tych dwóch ról by do mnie pasowała...
- Ta wieśniacka - odpowiada mama bez zastanowienia.
Unoszę nieco brwi i na nią spoglądam.
- Zresztą... Kto by cię tam na swoje salony wpuścił... - wzruszyła ramionami.
- Hmm...

środa, 20 marca 2019

580. Chłopięce zabawy

(553)

Filozoficzne pytania o końce i początki, czyli: "Czy ktoś widział Wojtka i Staszka?"

Czerwiec. Początek lata i wakacji. Koniec szkoły. Wczesnym popołudniem wyszliśmy z babcinego domu w kierunku lasu. Minęliśmy ogród i wydeptaną ścieżką między jabłoniami weszliśmy na pola. Pachniało sianem i ziemią. Tego roku dziadek dość szybko skosił bujną trawę. Leżała teraz rozrzucona małymi kopczykami i schła w czerwcowym słońcu. Z nieba lał się żar.
Daleko przed nami stał ciemny mur boru, a żółty piasek unosił się lekko nad wydmami. Tuż nad Odrą wiało.
Staszek poprawił pasek torby zawieszonej na ramieniu i wskazał palcem na niewidoczne jeszcze zakole rzeki. "Woda do pływania będzie dziś wspaniała", ucieszył się. "Pewnie tak", potwierdziłem.
Zmienił się. Urósł, wydoroślał, jego sylwetka się wydłużyła, a pyzata wcześniej twarz przemieniła się w pociągłą. Włosy mu ściemniały, nos się nieco wydłużył, usta zwężyły, a duże niebieskie oczy przykrywały teraz ciemne wyraziste brwi. Wszyscy widzieli jak się fizycznie zmienia, lecz on sam twierdził, że wszystko jest tak jak było i machał lekceważąco ręką, choć prawdopodobnie skrycie puchł z zadowolenia.
Szliśmy na klasowe spotkanie przy ognisku. Kilka dni wcześniej skończyliśmy ósmą klasę. Babcia wyściskała nas obu, a potem drżącymi rękoma wzięła od nas świadectwa. "O! Teraz to już do Wrocławia pojedziecie. Tam będzie dobra szkoła dla was. Opuścicie nas tu starych...", sapnęła i pokiwała głową. "Babciu...", Staszek chciał coś powiedzieć, lecz w tym momencie do kuchni, wraz z moją mamą, weszli rodzice Staszka.
Z wydmy dostrzegliśmy cztery osoby. Zbierały chrust. Był pośród nich nasz najlepszy kumpel, Marcin Gawęcki. Gdy tylko nas dostrzegł "Hej, hej!", zawołał i uniósł rękę w geście powitania. Zbiegliśmy na dół. W krótszych lub dłuższych odstępach czasu dołączali nasi koledzy i koleżanki. Wkrótce zapłonęło ognisko, a my siedzieliśmy i słuchaliśmy trzaskających w ogniu szczap. Marcin grał na gitarze, dziewczyny śpiewały, a chłopaki wyciągali z plecaków przemycone butelki wina, ktoś zapalił pierwszego papierosa i się krztusił,  ktoś inny opowiadał kawał, inni plotkowali lub obgadywali nauczycieli.
Stachu otworzył swój chlebak i wyciągnął trzy butelki wina. Jedną podał Marcinowi, drugą mi. Łyknął ze swojej i nieco się skrzywił. "Mocne!", potwierdził Marcin. "Domowej roboty. Wziąłem ze strychu", oznajmił z dumą Stachu. Gdy zapadł zmrok, a nasze twarze rozświetlał jedynie blask ogniska, Staszek szturchnął mnie. "Idziemy?", zapytał. Wiedziałem, co się święci. "Idziemy!", potwierdziłem. Szepnąłem Marcinowi do ucha "Wrócimy niebawem", a ten, najpierw zmrużył oczy, a potem uśmiechnął się od ucha do ucha. Weszliśmy w czerń lasu.
"Myślisz, że on wie?", zapytałem. "Taaa...", lakonicznie odparł Staszek i chwycił się mojego ramienia, gdyż zaplątał się w niewidocznych pnączach dzikich jeżyn. "Hmmm...", mruknąłem. "Ale spokojna głowa!", zaśmiał się. "On z tej samej gliny ulepiony!", dodał i zachichotał pod nosem. Przystanąłem i próbowałem w ciemnościach złowić jego wzrok. "Jak to?", zapytałem zdumiony. "Ano tak to!", odparł i rozłożył ramiona.
Stanęliśmy nad brzegiem Odry. Na czarnej i spokojnej tafli rzeki wyraźnie odznaczał się świetlisty tunel księżycowej poświaty. Gdzieś za nami, w gąszczu koron drzew zahuczał puchacz, z zewsząd dokoła, z gęstych traw i zarośli unosił się nocny koncert cykad, świerszczy i rechotu żab. Oparłem głowę na jego ramieniu i z zamkniętymi oczyma słuchałem odgłosów lasu. On zaś zapatrzył się w ciemne niebo. Oddychał równomiernie. "No to jak? Płyniemy?", zapytał szeptem. "Pewnie!", odpowiedziałem i sprawnym ruchem zrzuciłem z siebie polówkę i zacząłem rozpinać spodnie. Patrzył na mnie, gdy się rozbierałem, a gdy stanąłem przed nim w samych kąpielówkach, sam zaczął ściągać ubrania. "To też musimy ściągnąć!", zaśmiałem się i wskazałem na szorty. "Przecież nie wrócimy do domu w mokrych majtkach!", dodałem po chwili. "Racja", szepnął, i już po chwili, nadzy, podtrzymując się pod ramiona, weszliśmy do chłodnej wody. Im bardziej robiło się głębiej, tym nurt rzeki się wzmacniał. Wkrótce ponad wodę wystawały tylko nasze głowy. "Tylko się nie rozdzielajmy!", zauważył i chwycił mnie za rękę. Wypłynęliśmy na środek Odry, a potem wraz z prądem zmierzaliśmy do dalekiego zakola i piaskowej wyspy na środku.
Wyspa ta była naszym tajemnym miejscem spotkań i wielogodzinnych rozmów. Nigdy nikomu o niej nie wspominaliśmy. Była tylko nasza.
Tej nocy było ciepło, nawet bardzo. Przy odległych brzegach unosiły się gęste opary mgły, a woda lekko pluskała odbijając się od brzegów. Wyłożyliśmy się na glinianym klepisku. Głowa przy głowie, ramię przy ramieniu. Palce naszych dłoni odnalazły się w ciemności i splotły. Patrzyliśmy na niebo pełne gwiazd. "Jak my teraz odnajdziemy nasze ubrania?", zapytałem. "Ciiiiii.... nie myśl o tym teraz...", szepnął i objął mnie ramieniem.
(...)