Przyszła do mnie wczoraj jedna z menadżerek i powiedziała: "Weźmiesz jutro dodatkową zmianę? Wiesz, że nie mamy ludzi i potrzebujemy dodatkowych rąk do pomocy..." Odmówiłem, gdyż był to z rzędu mój piąty dzień pracy, a poza tym mam trochę prywatnych spraw do załatwienia. Obraziła się na mnie nawet pomimo tego, gdy oznajmiłem jej, że wziąłem dodatkowy dzień w przyszłą niedzielę, kiedy to powinienem mieć wolne.
To, że nie mają personelu jest bezsprzecznie ich winą (wczoraj jedna z dziewczyn mi oznajmiła, że złożyła rezygnację). Jest nas coraz mniej...
Właśnie to przyczyniło się także do pewnego incydentu. Wczoraj rano na piętrze z rezydentami z demencją była tylko jedna z nowych dziewczyn. Nie ma doświadczenia w pracy z takimi ludźmi, gdzie trzeba mieć oczy dokoła głowy. Była sama na piętrze. Z tego, co mi powiedziano, tuż przed śniadaniem pomagała jednej rezydentce się ubrać, gdy ta, całkiem bez powodu, wpadła w złość i najpierw poszarpała ją za włosy, a potem dotkliwie ugryzła w rękę. Dziewczyna musiała iść do szpitala na opatrunek. Ciekaw jestem, jak się to skończy, bo jeśli coś takiego się zdarza, a zdarza się czasami, że rezydenci biją opiekunów, to zawsze winę ponosi opiekun, gdyż rezydent jest nietykalny. W przypływie niedowierzania kręcę tylko głową, gdy ktoś mi mówi, że ktoś tam był ukarany za to, że został oblany przez rezydenta gorącą herbatą...
Z utęsknieniem czekam na urlop. Naprawdę jestem zmęczony. Nic mi się nie chce, nic nie czytam, rzadko piszę ze znajomymi, od czasu do czasu załączę jakiś film, ale nie potrafię dotrwać do jego końca. Z domu wychodzę tuż przed 9 rano, wracam do domu po 21. Naprawdę jestem zmęczony...
Tagi
Anglia
(30)
Antropologia
(296)
Brazylia
(123)
Dzieciństwo
(9)
Dziwne przypadki Katty
(166)
Elbi
(77)
Emigracja
(156)
Fantasmagorie
(46)
Filmy i seriale
(32)
Fotki
(74)
Inne inności
(170)
Inne Lemury
(26)
Katta Supervisor
(7)
Książki
(44)
Lemur Błękitnooki
(187)
Lemur Brązowooki
(47)
Lemur Jasnowłosy
(4)
Lemur Zmartwychwstały
(3)
Markiza
(46)
Odkrycia Lemura
(18)
Okolice Lemurii Małej
(9)
Opowieść na faktach
(3)
Podróże
(82)
Powszechność
(58)
PPirx
(8)
Praca
(90)
Real Katty
(55)
Rozterki Katty
(54)
Sny Katty
(42)
Tęsknota
(71)
Uczucia
(128)
Wrażenia
(275)
Zabytkowe Miasto
(30)
Życiowa filozofia Katty
(49)
środa, 5 czerwca 2019
piątek, 31 maja 2019
583. Lalunia z Bollywood, selfie i zasrane pieluchy
Już z utęsknieniem wyczekuję swojego urlopu! Od jutra zaczynam skreślać dni w kalendarzu, bo tak się nie mogę doczekać wyjazdu, a tu został jeszcze cały miesiąc...
Jestem wykończony nawałem pracy (nie tylko zresztą ja, bo mój zmiennik, Carlos, też już ledwo zipie). W ostatnim miesiącu wiele osób odeszło i mamy duże braki w personelu. Niestety, ilość naszych rezydentów wciąż wzrasta.
Aktualnie mamy 64 podopiecznych i np. w kuchni jest tylko jedna osoba, która musi oblecieć 3 piętra z trolleyami (każdego dnia zmiana trolleya na każdym piętrze odbywa się 5 razy)!
Tak samo jest na piętrach - kilka dni temu na piętrze z demencją był przez cały dzień tylko jeden opiekun! Jeden opiekun na 21 rezydentów z demencją, których trzeba pilnować, prowadzać pod ręce, bo upadają i się potykają, karmić, ubierać, przebierać, myć... Taki staruszek potrafi się złościć i rzucać rzeczami, potrafi zaciekle się kłócić i wyzywać, nawet uderzyć, potrafi uciec i tak się schować, że przez kilka godzin się go szuka. Na drugim piętrze, gdzie rezydenci w ogóle nie wstają z łóżek, było dwóch opiekunów...
Z tego co słyszałem, już poszły skargi do biura głównego, że menadżerki w ogóle się nie przejmują brakami w kadrze i ciągle przyjmują nowych podopiecznych. Liczy się forsa, a nie pracownik.
Nowoprzyjęci pracownicy rezygnują już po kilku dniach. Przychodzą i odchodzą, przychodzą i odchodzą. I tak w kółko. Rozmawiałem ostatnio o tym z Carlosem. "A zauważyłeś, kogo przyjmują?", zapytał, gdy siedzieliśmy na fajce. "Same dziewczęta, takie 18 i 19 - stki z wymalowanymi paznokciami, włosami jak kopa siana, makijażem jak z Bollywood i smartfonem w każdej dłoni! I teraz taka lalunia musi iść zmienić zasraną pieluchę dziadkowi, umyć go, ubrać, zmienić pościel, gdy ten krzyczy, wyzywa, łapie za włosy, bije i drapie po rękach. I tak kilkanaście razy dziennie! Wiesz, takie lalunie przychodzą tu, bo myślą, że będą siedziały na tyłkach i robiły sobie przez pół dnia selfie... Nie szukają konkretnych osób, a biorą dzieci, bo taniej się im płaci za godzinę pracy..."
Ostatnio odmówiłem wzięcia dodatkowych dni, gdyż uzbierało mi się trochę spraw prywatnych: zmiana umowy o dom w agencji, problemy z możliwością upadku biura podróży - Thomas Cook (!!), w którym na początku maja kupiłem 5 biletów lotniczych na moją wrześniową wyprawę na koniec świata (w końcu się odważyłem na ten wyjazd, dostałem wizę, zmodyfikowałem trasę, opracowałem atrakcje, które chcę zobaczyć, zabukowałem 6 lotów i kupiłem plecak. Dopiero w drugiej połowie sierpnia planuję rezerwować hotele. Przede mną wyprawa na 2 kontynenty: 5 krajów, 5 miast, z czego 2 to przepotężne aglomeracje, które spędzają mi sen z powiek, ponad 50 godzin w samolotach i ponad 40 tysięcy kilometrów do przebycia). Jeśli uda mi się zrealizować 80 % tego, co mam w planach i jeśli uda mi się wrócić w jednym kawałku do domu - będę z siebie dumny i zadowolony.
Ale to dopiero na przełomie września i października, bo wcześniej, 1. lipca, lecimy na 10 dni na południe Europy. Doczekać się nie mogę!
Jestem wykończony nawałem pracy (nie tylko zresztą ja, bo mój zmiennik, Carlos, też już ledwo zipie). W ostatnim miesiącu wiele osób odeszło i mamy duże braki w personelu. Niestety, ilość naszych rezydentów wciąż wzrasta.
Aktualnie mamy 64 podopiecznych i np. w kuchni jest tylko jedna osoba, która musi oblecieć 3 piętra z trolleyami (każdego dnia zmiana trolleya na każdym piętrze odbywa się 5 razy)!
Tak samo jest na piętrach - kilka dni temu na piętrze z demencją był przez cały dzień tylko jeden opiekun! Jeden opiekun na 21 rezydentów z demencją, których trzeba pilnować, prowadzać pod ręce, bo upadają i się potykają, karmić, ubierać, przebierać, myć... Taki staruszek potrafi się złościć i rzucać rzeczami, potrafi zaciekle się kłócić i wyzywać, nawet uderzyć, potrafi uciec i tak się schować, że przez kilka godzin się go szuka. Na drugim piętrze, gdzie rezydenci w ogóle nie wstają z łóżek, było dwóch opiekunów...
Z tego co słyszałem, już poszły skargi do biura głównego, że menadżerki w ogóle się nie przejmują brakami w kadrze i ciągle przyjmują nowych podopiecznych. Liczy się forsa, a nie pracownik.
Nowoprzyjęci pracownicy rezygnują już po kilku dniach. Przychodzą i odchodzą, przychodzą i odchodzą. I tak w kółko. Rozmawiałem ostatnio o tym z Carlosem. "A zauważyłeś, kogo przyjmują?", zapytał, gdy siedzieliśmy na fajce. "Same dziewczęta, takie 18 i 19 - stki z wymalowanymi paznokciami, włosami jak kopa siana, makijażem jak z Bollywood i smartfonem w każdej dłoni! I teraz taka lalunia musi iść zmienić zasraną pieluchę dziadkowi, umyć go, ubrać, zmienić pościel, gdy ten krzyczy, wyzywa, łapie za włosy, bije i drapie po rękach. I tak kilkanaście razy dziennie! Wiesz, takie lalunie przychodzą tu, bo myślą, że będą siedziały na tyłkach i robiły sobie przez pół dnia selfie... Nie szukają konkretnych osób, a biorą dzieci, bo taniej się im płaci za godzinę pracy..."
Ostatnio odmówiłem wzięcia dodatkowych dni, gdyż uzbierało mi się trochę spraw prywatnych: zmiana umowy o dom w agencji, problemy z możliwością upadku biura podróży - Thomas Cook (!!), w którym na początku maja kupiłem 5 biletów lotniczych na moją wrześniową wyprawę na koniec świata (w końcu się odważyłem na ten wyjazd, dostałem wizę, zmodyfikowałem trasę, opracowałem atrakcje, które chcę zobaczyć, zabukowałem 6 lotów i kupiłem plecak. Dopiero w drugiej połowie sierpnia planuję rezerwować hotele. Przede mną wyprawa na 2 kontynenty: 5 krajów, 5 miast, z czego 2 to przepotężne aglomeracje, które spędzają mi sen z powiek, ponad 50 godzin w samolotach i ponad 40 tysięcy kilometrów do przebycia). Jeśli uda mi się zrealizować 80 % tego, co mam w planach i jeśli uda mi się wrócić w jednym kawałku do domu - będę z siebie dumny i zadowolony.
Ale to dopiero na przełomie września i października, bo wcześniej, 1. lipca, lecimy na 10 dni na południe Europy. Doczekać się nie mogę!
środa, 8 maja 2019
582. Nieprzydatność rzeczy. Przypadek samotnego umierania
John umierał świadomie i boleśnie. Złośliwy rak prostaty, ostatnie stadium. W takim stanie przywieziono go do nas ze szpitala. Ponoć tak chciała rodzina. Przywieźli go tylko po to, by w odosobnieniu od nich umarł spokojnie pod naszym czujnym okiem.
Przyjęliśmy go we trójkę, zaraz jakoś po śniadaniu: ja, Lisa i Alex. John patrzył tępo w sufit i ciężko oddychał. Gdy rodzina odjechała, włożyliśmy na niego świeżą piżamę. Za każdym ruchem wyginał się nam do tyłu i krzyczał. Zaciskał dłonie w pięści i uderzał nimi w materac. Gdy w końcu udało nam się go przebrać i ułożyć, zwiotczał, uspokoił się. Ruszał tylko oczyma, jakby czegoś lub kogoś szukał. Jego źrenice biegały non stop od lewej do prawej. Jego dość płytki oddech przeszedł w poświst.
Po południu przyjechały do niego dwie panie. Przywiozły jego rzeczy: trochę ubrań, zdjęcia w ramkach, książki, gazety, jakieś plastikowe i porcelanowe figurki, pocztówki, maskotki, sztuczne kwiaty w wazoniku i haftowaną poduszkę. Udekorowały jego pokój i odeszły.
John krzyczał jedynie w trakcie zmiany pampersów, mycia i ubierania piżamy. Zwykle leżał niemy. Ruszał jedynie oczyma. Jego oddech był jak świst wiatru.
John zmarł ósmego dnia pobytu u nas. Umarł cichuteńko i tak bardzo samotnie. Przez tych osiem dni ani jedna osoba z jego rodziny go nie odwiedziła, nikt przez ten czas nawet nie zadzwonił, by się o niego zapytać. Nikt nie pojawił się nawet w chwili, gdy lekarze zabierali jego ciało.
Dwa dni później przyjechało dwóch mężczyzn po rzeczy Johna. Z tego, co ustaliliśmy był to jego syn oraz wnuk. Ten pierwszy nie odstawiał telefonu od ucha, a ten drugi szybkimi ruchami wrzucał chaotycznie rzeczy Johna do kartonu. Podpisali protokół i poszli. Patrzyliśmy na nich z okna, gdy wyszli przed budynek. Ten pierwszy nadal gadał przez telefon, drugi podszedł do śmietników, otworzył kontener i wrzucił pudło do środka. Wsiedli do samochodu i odjechali.
Spojrzałem na Alex. Po jej twarzy ciekły łzy.
Przyjęliśmy go we trójkę, zaraz jakoś po śniadaniu: ja, Lisa i Alex. John patrzył tępo w sufit i ciężko oddychał. Gdy rodzina odjechała, włożyliśmy na niego świeżą piżamę. Za każdym ruchem wyginał się nam do tyłu i krzyczał. Zaciskał dłonie w pięści i uderzał nimi w materac. Gdy w końcu udało nam się go przebrać i ułożyć, zwiotczał, uspokoił się. Ruszał tylko oczyma, jakby czegoś lub kogoś szukał. Jego źrenice biegały non stop od lewej do prawej. Jego dość płytki oddech przeszedł w poświst.
Po południu przyjechały do niego dwie panie. Przywiozły jego rzeczy: trochę ubrań, zdjęcia w ramkach, książki, gazety, jakieś plastikowe i porcelanowe figurki, pocztówki, maskotki, sztuczne kwiaty w wazoniku i haftowaną poduszkę. Udekorowały jego pokój i odeszły.
John krzyczał jedynie w trakcie zmiany pampersów, mycia i ubierania piżamy. Zwykle leżał niemy. Ruszał jedynie oczyma. Jego oddech był jak świst wiatru.
John zmarł ósmego dnia pobytu u nas. Umarł cichuteńko i tak bardzo samotnie. Przez tych osiem dni ani jedna osoba z jego rodziny go nie odwiedziła, nikt przez ten czas nawet nie zadzwonił, by się o niego zapytać. Nikt nie pojawił się nawet w chwili, gdy lekarze zabierali jego ciało.
Dwa dni później przyjechało dwóch mężczyzn po rzeczy Johna. Z tego, co ustaliliśmy był to jego syn oraz wnuk. Ten pierwszy nie odstawiał telefonu od ucha, a ten drugi szybkimi ruchami wrzucał chaotycznie rzeczy Johna do kartonu. Podpisali protokół i poszli. Patrzyliśmy na nich z okna, gdy wyszli przed budynek. Ten pierwszy nadal gadał przez telefon, drugi podszedł do śmietników, otworzył kontener i wrzucił pudło do środka. Wsiedli do samochodu i odjechali.
Spojrzałem na Alex. Po jej twarzy ciekły łzy.
sobota, 30 marca 2019
581. Wpuść chłopa do łazienki to ci mydło zeżre
Oglądamy z mamą program "Dżentelmeni i wieśniacy". Pytam:
- Ciekawe, która z tych dwóch ról by do mnie pasowała...
- Ta wieśniacka - odpowiada mama bez zastanowienia.
Unoszę nieco brwi i na nią spoglądam.
- Zresztą... Kto by cię tam na swoje salony wpuścił... - wzruszyła ramionami.
- Hmm...
- Ciekawe, która z tych dwóch ról by do mnie pasowała...
- Ta wieśniacka - odpowiada mama bez zastanowienia.
Unoszę nieco brwi i na nią spoglądam.
- Zresztą... Kto by cię tam na swoje salony wpuścił... - wzruszyła ramionami.
- Hmm...
środa, 20 marca 2019
580. Chłopięce zabawy
(553)
Filozoficzne pytania o końce i początki, czyli: "Czy ktoś widział Wojtka i Staszka?"
Czerwiec. Początek lata i wakacji. Koniec szkoły. Wczesnym popołudniem wyszliśmy z babcinego domu w kierunku lasu. Minęliśmy ogród i wydeptaną ścieżką między jabłoniami weszliśmy na pola. Pachniało sianem i ziemią. Tego roku dziadek dość szybko skosił bujną trawę. Leżała teraz rozrzucona małymi kopczykami i schła w czerwcowym słońcu. Z nieba lał się żar.
Daleko przed nami stał ciemny mur boru, a żółty piasek unosił się lekko nad wydmami. Tuż nad Odrą wiało.
Staszek poprawił pasek torby zawieszonej na ramieniu i wskazał palcem na niewidoczne jeszcze zakole rzeki. "Woda do pływania będzie dziś wspaniała", ucieszył się. "Pewnie tak", potwierdziłem.
Zmienił się. Urósł, wydoroślał, jego sylwetka się wydłużyła, a pyzata wcześniej twarz przemieniła się w pociągłą. Włosy mu ściemniały, nos się nieco wydłużył, usta zwężyły, a duże niebieskie oczy przykrywały teraz ciemne wyraziste brwi. Wszyscy widzieli jak się fizycznie zmienia, lecz on sam twierdził, że wszystko jest tak jak było i machał lekceważąco ręką, choć prawdopodobnie skrycie puchł z zadowolenia.
Szliśmy na klasowe spotkanie przy ognisku. Kilka dni wcześniej skończyliśmy ósmą klasę. Babcia wyściskała nas obu, a potem drżącymi rękoma wzięła od nas świadectwa. "O! Teraz to już do Wrocławia pojedziecie. Tam będzie dobra szkoła dla was. Opuścicie nas tu starych...", sapnęła i pokiwała głową. "Babciu...", Staszek chciał coś powiedzieć, lecz w tym momencie do kuchni, wraz z moją mamą, weszli rodzice Staszka.
Z wydmy dostrzegliśmy cztery osoby. Zbierały chrust. Był pośród nich nasz najlepszy kumpel, Marcin Gawęcki. Gdy tylko nas dostrzegł "Hej, hej!", zawołał i uniósł rękę w geście powitania. Zbiegliśmy na dół. W krótszych lub dłuższych odstępach czasu dołączali nasi koledzy i koleżanki. Wkrótce zapłonęło ognisko, a my siedzieliśmy i słuchaliśmy trzaskających w ogniu szczap. Marcin grał na gitarze, dziewczyny śpiewały, a chłopaki wyciągali z plecaków przemycone butelki wina, ktoś zapalił pierwszego papierosa i się krztusił, ktoś inny opowiadał kawał, inni plotkowali lub obgadywali nauczycieli.
Stachu otworzył swój chlebak i wyciągnął trzy butelki wina. Jedną podał Marcinowi, drugą mi. Łyknął ze swojej i nieco się skrzywił. "Mocne!", potwierdził Marcin. "Domowej roboty. Wziąłem ze strychu", oznajmił z dumą Stachu. Gdy zapadł zmrok, a nasze twarze rozświetlał jedynie blask ogniska, Staszek szturchnął mnie. "Idziemy?", zapytał. Wiedziałem, co się święci. "Idziemy!", potwierdziłem. Szepnąłem Marcinowi do ucha "Wrócimy niebawem", a ten, najpierw zmrużył oczy, a potem uśmiechnął się od ucha do ucha. Weszliśmy w czerń lasu.
"Myślisz, że on wie?", zapytałem. "Taaa...", lakonicznie odparł Staszek i chwycił się mojego ramienia, gdyż zaplątał się w niewidocznych pnączach dzikich jeżyn. "Hmmm...", mruknąłem. "Ale spokojna głowa!", zaśmiał się. "On z tej samej gliny ulepiony!", dodał i zachichotał pod nosem. Przystanąłem i próbowałem w ciemnościach złowić jego wzrok. "Jak to?", zapytałem zdumiony. "Ano tak to!", odparł i rozłożył ramiona.
Stanęliśmy nad brzegiem Odry. Na czarnej i spokojnej tafli rzeki wyraźnie odznaczał się świetlisty tunel księżycowej poświaty. Gdzieś za nami, w gąszczu koron drzew zahuczał puchacz, z zewsząd dokoła, z gęstych traw i zarośli unosił się nocny koncert cykad, świerszczy i rechotu żab. Oparłem głowę na jego ramieniu i z zamkniętymi oczyma słuchałem odgłosów lasu. On zaś zapatrzył się w ciemne niebo. Oddychał równomiernie. "No to jak? Płyniemy?", zapytał szeptem. "Pewnie!", odpowiedziałem i sprawnym ruchem zrzuciłem z siebie polówkę i zacząłem rozpinać spodnie. Patrzył na mnie, gdy się rozbierałem, a gdy stanąłem przed nim w samych kąpielówkach, sam zaczął ściągać ubrania. "To też musimy ściągnąć!", zaśmiałem się i wskazałem na szorty. "Przecież nie wrócimy do domu w mokrych majtkach!", dodałem po chwili. "Racja", szepnął, i już po chwili, nadzy, podtrzymując się pod ramiona, weszliśmy do chłodnej wody. Im bardziej robiło się głębiej, tym nurt rzeki się wzmacniał. Wkrótce ponad wodę wystawały tylko nasze głowy. "Tylko się nie rozdzielajmy!", zauważył i chwycił mnie za rękę. Wypłynęliśmy na środek Odry, a potem wraz z prądem zmierzaliśmy do dalekiego zakola i piaskowej wyspy na środku.
Wyspa ta była naszym tajemnym miejscem spotkań i wielogodzinnych rozmów. Nigdy nikomu o niej nie wspominaliśmy. Była tylko nasza.
Tej nocy było ciepło, nawet bardzo. Przy odległych brzegach unosiły się gęste opary mgły, a woda lekko pluskała odbijając się od brzegów. Wyłożyliśmy się na glinianym klepisku. Głowa przy głowie, ramię przy ramieniu. Palce naszych dłoni odnalazły się w ciemności i splotły. Patrzyliśmy na niebo pełne gwiazd. "Jak my teraz odnajdziemy nasze ubrania?", zapytałem. "Ciiiiii.... nie myśl o tym teraz...", szepnął i objął mnie ramieniem.
(...)
Filozoficzne pytania o końce i początki, czyli: "Czy ktoś widział Wojtka i Staszka?"
Czerwiec. Początek lata i wakacji. Koniec szkoły. Wczesnym popołudniem wyszliśmy z babcinego domu w kierunku lasu. Minęliśmy ogród i wydeptaną ścieżką między jabłoniami weszliśmy na pola. Pachniało sianem i ziemią. Tego roku dziadek dość szybko skosił bujną trawę. Leżała teraz rozrzucona małymi kopczykami i schła w czerwcowym słońcu. Z nieba lał się żar.
Daleko przed nami stał ciemny mur boru, a żółty piasek unosił się lekko nad wydmami. Tuż nad Odrą wiało.
Staszek poprawił pasek torby zawieszonej na ramieniu i wskazał palcem na niewidoczne jeszcze zakole rzeki. "Woda do pływania będzie dziś wspaniała", ucieszył się. "Pewnie tak", potwierdziłem.
Zmienił się. Urósł, wydoroślał, jego sylwetka się wydłużyła, a pyzata wcześniej twarz przemieniła się w pociągłą. Włosy mu ściemniały, nos się nieco wydłużył, usta zwężyły, a duże niebieskie oczy przykrywały teraz ciemne wyraziste brwi. Wszyscy widzieli jak się fizycznie zmienia, lecz on sam twierdził, że wszystko jest tak jak było i machał lekceważąco ręką, choć prawdopodobnie skrycie puchł z zadowolenia.
Szliśmy na klasowe spotkanie przy ognisku. Kilka dni wcześniej skończyliśmy ósmą klasę. Babcia wyściskała nas obu, a potem drżącymi rękoma wzięła od nas świadectwa. "O! Teraz to już do Wrocławia pojedziecie. Tam będzie dobra szkoła dla was. Opuścicie nas tu starych...", sapnęła i pokiwała głową. "Babciu...", Staszek chciał coś powiedzieć, lecz w tym momencie do kuchni, wraz z moją mamą, weszli rodzice Staszka.
Z wydmy dostrzegliśmy cztery osoby. Zbierały chrust. Był pośród nich nasz najlepszy kumpel, Marcin Gawęcki. Gdy tylko nas dostrzegł "Hej, hej!", zawołał i uniósł rękę w geście powitania. Zbiegliśmy na dół. W krótszych lub dłuższych odstępach czasu dołączali nasi koledzy i koleżanki. Wkrótce zapłonęło ognisko, a my siedzieliśmy i słuchaliśmy trzaskających w ogniu szczap. Marcin grał na gitarze, dziewczyny śpiewały, a chłopaki wyciągali z plecaków przemycone butelki wina, ktoś zapalił pierwszego papierosa i się krztusił, ktoś inny opowiadał kawał, inni plotkowali lub obgadywali nauczycieli.
Stachu otworzył swój chlebak i wyciągnął trzy butelki wina. Jedną podał Marcinowi, drugą mi. Łyknął ze swojej i nieco się skrzywił. "Mocne!", potwierdził Marcin. "Domowej roboty. Wziąłem ze strychu", oznajmił z dumą Stachu. Gdy zapadł zmrok, a nasze twarze rozświetlał jedynie blask ogniska, Staszek szturchnął mnie. "Idziemy?", zapytał. Wiedziałem, co się święci. "Idziemy!", potwierdziłem. Szepnąłem Marcinowi do ucha "Wrócimy niebawem", a ten, najpierw zmrużył oczy, a potem uśmiechnął się od ucha do ucha. Weszliśmy w czerń lasu.
"Myślisz, że on wie?", zapytałem. "Taaa...", lakonicznie odparł Staszek i chwycił się mojego ramienia, gdyż zaplątał się w niewidocznych pnączach dzikich jeżyn. "Hmmm...", mruknąłem. "Ale spokojna głowa!", zaśmiał się. "On z tej samej gliny ulepiony!", dodał i zachichotał pod nosem. Przystanąłem i próbowałem w ciemnościach złowić jego wzrok. "Jak to?", zapytałem zdumiony. "Ano tak to!", odparł i rozłożył ramiona.
Stanęliśmy nad brzegiem Odry. Na czarnej i spokojnej tafli rzeki wyraźnie odznaczał się świetlisty tunel księżycowej poświaty. Gdzieś za nami, w gąszczu koron drzew zahuczał puchacz, z zewsząd dokoła, z gęstych traw i zarośli unosił się nocny koncert cykad, świerszczy i rechotu żab. Oparłem głowę na jego ramieniu i z zamkniętymi oczyma słuchałem odgłosów lasu. On zaś zapatrzył się w ciemne niebo. Oddychał równomiernie. "No to jak? Płyniemy?", zapytał szeptem. "Pewnie!", odpowiedziałem i sprawnym ruchem zrzuciłem z siebie polówkę i zacząłem rozpinać spodnie. Patrzył na mnie, gdy się rozbierałem, a gdy stanąłem przed nim w samych kąpielówkach, sam zaczął ściągać ubrania. "To też musimy ściągnąć!", zaśmiałem się i wskazałem na szorty. "Przecież nie wrócimy do domu w mokrych majtkach!", dodałem po chwili. "Racja", szepnął, i już po chwili, nadzy, podtrzymując się pod ramiona, weszliśmy do chłodnej wody. Im bardziej robiło się głębiej, tym nurt rzeki się wzmacniał. Wkrótce ponad wodę wystawały tylko nasze głowy. "Tylko się nie rozdzielajmy!", zauważył i chwycił mnie za rękę. Wypłynęliśmy na środek Odry, a potem wraz z prądem zmierzaliśmy do dalekiego zakola i piaskowej wyspy na środku.
Wyspa ta była naszym tajemnym miejscem spotkań i wielogodzinnych rozmów. Nigdy nikomu o niej nie wspominaliśmy. Była tylko nasza.
Tej nocy było ciepło, nawet bardzo. Przy odległych brzegach unosiły się gęste opary mgły, a woda lekko pluskała odbijając się od brzegów. Wyłożyliśmy się na glinianym klepisku. Głowa przy głowie, ramię przy ramieniu. Palce naszych dłoni odnalazły się w ciemności i splotły. Patrzyliśmy na niebo pełne gwiazd. "Jak my teraz odnajdziemy nasze ubrania?", zapytałem. "Ciiiiii.... nie myśl o tym teraz...", szepnął i objął mnie ramieniem.
(...)
wtorek, 19 marca 2019
579. Rozmowy pełne patosu
Scenka z pracy.
Udało mi się wyskoczyć na fajkę. Ucieszyłem się, że w naszym kąciku palaczy nie ma nikogo, bo naprawdę nie miałem ochoty z kimś gadać o głupotach. Nie trwało to zbyt długo. Dosiadła się kobieta w średnim wieku. Pierwszy raz na oczy ją widziałem. Pewnie była z agencji. Zapaliła i zaczęła mi nadawać. Coś jej burknąłem kilka razy (łeb mi pękał od jej ględzenia).
- A skąd jesteś? - Zapytała.
- Stąd! - Strzeliłem.
- Eee, nie... Twój akcent... Pytam poważnie - zwróciła się w moją stronę.
- Z Marsa - burknąłem ponownie.
Zmrużyła oczy, zaciągnęła się papierosem i staksowała mnie wzrokiem.
- Eee... Nie wyglądasz jakbyś stamtąd był! - zaskrzeczała.
- A gdzie to jest? - Zapytała po chwili.
Powoli zwróciłem głowę w jej stronę i tak zastygłem.
Potem byłem zły, bo nawet nie pozwolili mi wypalić fajki w spokoju.
Udało mi się wyskoczyć na fajkę. Ucieszyłem się, że w naszym kąciku palaczy nie ma nikogo, bo naprawdę nie miałem ochoty z kimś gadać o głupotach. Nie trwało to zbyt długo. Dosiadła się kobieta w średnim wieku. Pierwszy raz na oczy ją widziałem. Pewnie była z agencji. Zapaliła i zaczęła mi nadawać. Coś jej burknąłem kilka razy (łeb mi pękał od jej ględzenia).
- A skąd jesteś? - Zapytała.
- Stąd! - Strzeliłem.
- Eee, nie... Twój akcent... Pytam poważnie - zwróciła się w moją stronę.
- Z Marsa - burknąłem ponownie.
Zmrużyła oczy, zaciągnęła się papierosem i staksowała mnie wzrokiem.
- Eee... Nie wyglądasz jakbyś stamtąd był! - zaskrzeczała.
- A gdzie to jest? - Zapytała po chwili.
Powoli zwróciłem głowę w jej stronę i tak zastygłem.
Potem byłem zły, bo nawet nie pozwolili mi wypalić fajki w spokoju.
578. "Naprawdę fajnie jest kochać chłopców"
"Jonas" (Boys) to przejmujący francuski dramat z 2018 roku. Znalazłem go przypadkowo i praktycznie od razu wszedł do kanonu moich ulubionych młodzieżowych filmów LGBT. Dobry temat, ciekawa kompozycja, świetna muzyka i gra aktorów - tu wyróżnia się na pewno Nathan - w tej roli Tommy Lee Baik.
![]() |
| Nathan i Jonas |
Jonas i Nathan. Ten pierwszy jest nieśmiały, zagubiony, wyalienowany ze szkolnego środowiska, poszukujący "własnego ja" oraz bratniej duszy, ten drugi jest pewnym siebie zawadiaką, nonszalancki, bezpośredni, czasami arogancki, czasami wręcz bezczelny, wojowniczo nastawiony do świata. Jonas i Nathan są jak dwa odrębne żywioły: ogień i woda.
Po raz pierwszy spotykają się na rozpoczęciu roku szkolnego. Dla obu to trudny okres. Jonas utracił swego najlepszego przyjaciela, a Nathan jest nowym uczniem w szkole. Już na pierwszych zajęciach Nathan dostrzega Jonasa. Puszcza mu oczko. Czy zaiskrzyło? Zaiskrzyło! I to jeszcze jak! Zaprzyjaźniają się, a ich przyjaźń będzie się pogłębiać.
To pierwsza warstwa filmu. Druga rozgrywa się 18 lat później.
![]() |
| Jonas i Nathan |
Polecam ten film szczególnie młodzieży LGBT (choć nie tylko) ze względu na dydaktyczny jego charakter. Być może losy Nathana i Jonasa oraz to, co ich spotkało będą przestrogą dla innych. Każdy z nas popełnia błędy, ale czasami jedna rozsądna decyzja może zapobiec wielkiej tragedii.
![]() |
| Nathan |
piątek, 8 marca 2019
577. Jakby było, jakby nie było. Rozmów kilka o życiu i jego koleinach
Zabytkowe Miasto powitało mnie ładną, lecz chłodną pogodą. Bzyczka dostrzegłem tuż przed głównym wejściem do galerii. Niebieska kurtka, czarne spodnie, białe sportowe buty. Stał zwrócony twarzą do szyby i zauważył mnie dopiero wtedy, kiedy stanąłem tuż za nim. W odbiciu okna widziałem, jak się uśmiechnął. Odwrócił się i objął mnie ramionami. Obraz jego twarzy tylko mignął mi przed oczami, ale to wystarczyło, bym dostrzegł coś nienaturalnego. "Ależ się cieszę, że cię widzę", szepnął mi do ucha. Dość długo trzymał mnie w ramionach, a gdy zrobił dwa kroki do tyłu, na pewno dostrzegł moje zaniepokojenie i zszokowanie. Udał, że nie widzi. Grał dobrą rolę i uśmiech nie schodził mu z twarzy. "Jak się masz? Co stoisz jak słup soli? Wejdźmy do środka", odezwał się po chwili i pociągnął mnie za rękę.
Pamiętam wszystkie momenty, kiedy się uśmiechał w podobny sposób. Wtedy, kiedy był zadowolony, radosny i szczęśliwy. Właśnie w tamtej chwili, gdy spojrzałem w jego (lub już nie jego) smutne błękitne oczy, obrazy te stłoczyły się w mojej głowie i pulsowały, kotłowały się niby tłok w samochodowym silniku. To była zarazem jego i nie jego twarz...
Pamiętam, jak rankami siadywał w ratanowym fotelu na tarasie naszego domu. Promienie słoneczne padały wprost na niego, a on spokojnie pił kawę, przeglądał gazety, kartkował książkę lub wpatrywał się w ogród. Wtedy właśnie tak się uśmiechał...
Albo wtedy, gdy zrobił grilla i chwalił się, że sam z procy ustrzelił szkaradne ptaszyska, które każdej nocy darły się z pobliskich drzew..., albo wtedy, kiedy odkrył jeziorko za płaskowyżem, do którego skakaliśmy ze skalnej półki..., albo wtedy, gdy wraz z synami sąsiadów, Bruno i Enrique, biegał wokół stołu i dawał im słodycze..., albo wtedy, gdy pakował nasze walizki przed podróżą do Europy...
Uśmiechnął się też w taki sposób, gdy naszej sąsiadce, Cyklopce powiedział, że jest nowym proboszczem...
Sporo było takich chwil, gdy właśnie taki uśmiech pojawiał się na jego twarzy.
A teraz nie była to jego twarz... Zakola na czole, zapadnięte policzki, podkrążone oczy, wąskie usta zapadnięte w podkówkę, a kiedyś, piękne, proste i długie ciemne brwi - dziś przełamane... Pozostał tylko kolor jego oczu... Głęboki morski błękit...
Usiedliśmy w kącie małej ciastkarni. Obaj mieliśmy ochotę na coś słodkiego. Opowiadał o Belo, o pracy, o nowych projektach, o wyjazdach służbowych do stolicy, o braku czasu praktycznie na wszystko. Raczej nie mówił nic konkretnego. Plątał się. Słuchałem go uważnie i od razu wychwyciłem logikę jego działania: wziął na siebie zbyt dużo obowiązków tylko dlatego, by uciec od problemów.
Wielu ludzi tak robi, szczególnie zaś obarczają się nadmiarem pracy i różnymi wyjazdami, by nie przebywać w domu, jeśli kłopoty właśnie tam się znajdują.
Jak się później okazało, jego problemy były dużo większe niż przewidywałem.
"Powiedz mi, co u ciebie", przerwałem mu w pewnej chwili. "Cały czas opowiadam", zerknął na mnie. "Nie. Mówisz o wszystkim i o niczym. Opowiedz mi o sobie. Jak się masz, jak się czujesz, powiedz mi o planach na wakacje, o tym, co robisz, gdy się nudzisz, co robiłeś ostatnio na obiad, czy utrzymujesz kontakt z Alwarezami. Powiedz mi, kiedy byłeś ostatnio na płaskowyżu, kiedy ostatni raz uprawiałeś seks i czy wysprzątałeś cholerną łazienkę..." Nieco się uniosłem i zacisnąłem zęby. "Wybacz...", szepnąłem. Zastygł i wlepił we mnie wzrok.
Czułem, iż się krępuje. Waha się. Jest niepewny tego, jak mogę zareagować. Pojawiło się w mojej głowie proste pytanie: "Czy on zaczął się mnie bać?"
"Chcesz się przespacerować?", zaproponowałem, by rozładować sytuację. "Możemy odwiedzić moją koleżankę. Pracuje w herbaciarni. Chwilę pogadamy, może ma gotową herbatkę jaśminową... Nawet dobra..." Sięgnął po kurtkę, "No to chodźmy!", odparł. Przeszliśmy przez piętro galerii i zjechaliśmy schodami na dół. Okazało się, że na drzwiach sklepu wisiała tabliczka "Zaraz wracam". Wyszliśmy na parking puścić dyma. Wróciliśmy, lecz sklep nadal był zamknięty. Zrezygnowaliśmy z czekania i poszliśmy w kierunku miasta.
Przysiedliśmy na murach przy zamku. Roztaczał się stamtąd widok na miasto oraz na daleki łańcuch gór.
Bzyczek milczał od jakiegoś czasu. Nic nie mówiłem. Nie pytałem. Czekałem.
"Złożyłem w firmie wniosek o przeniesienie do innego oddziału", oznajmił. Z ukosa spojrzałem na niego. "Oczywiście wiąże się to z przeprowadzką", kontynuował. " W SP niestety się nie widzę... To miasto mnie przytłacza i przeraża... W RJ nie dam sobie rady finansowo, więc zostaje stolica lub jakaś dziura... Jeśli oczywiście mój wniosek zostanie przyjęty...", dodał po chwili i westchnął. "A co, jeśli nie?", zapytałem. Zwrócił się w moją stronę i: "Nie mogę zostać dłużej w Belo", oznajmił stanowczo. "Bo?", odparowałem natychmiast.
Jego wzrok utkwił gdzieś daleko. Zapatrzył się. Zamyślił. Pewnie analizował po raz setny wszystkie argumenty, które gromadził w swej pamięci od długiego czasu. Analizował i wybierał te najlepsze, najtrafniejsze, najlogiczniejsze. Znam sposób jego myślenia i interpretowania faktów, lecz nie spodziewałem się tego, co zamierzał mi powiedzieć.
"Zawsze możesz przyjechać do mnie", powiedziałem. "Może w domu miejsca dużo nie ma, być może nie znajdziesz takiej pracy, jak masz teraz, ale będziesz miał ciszę i spokój". Uśmiechnął się i lekko pokiwał głową.
"Powiesz mi, co się stało?", tym razem postanowiłem pytać o konkrety.
"Chodźmy gdzieś na kawę. Jest mi już zimno", zeskoczył na chodnik i wsadził ręce w kieszenie kurtki. "A może po prostu pojedziemy do domu?", zaproponowałem. "Nie. Jeszcze nie. Chodźmy!", odparł.
Poszliśmy do Delicji. "Jak ja dawno tu nie byłem!", stwierdziłem, rozglądając się dokoła. Praktycznie wszystkie stoliki były wolne. Usiedliśmy w rogu, tuż przy oknie.
"Andrea wróciła do firmy. Teraz to wielka pani! Jest dyrektorką całego działu projektów i, na moje nieszczęście, moją szefową!", zaczął w końcu mówić. "Szarogęsi się na całego! Zaraz trzeciego dnia zrobiła zebranie i oznajmiła, że koniecznie trzeba zrobić kadrowe porządki. Rzuciła na stół nasze teczki z projektami i darła się: "To śmieci! Same śmieci! Tak nie może być!" A potem wysłała mnie na tygodniowe szkolenie do Mendozy! Czy ty to słyszysz?! Do Mendozy! Na mój własny koszt!" Błękitnooki, jakby w przypływie nowej fali niedowierzania, kręcił głową. "Potem, gdy już stamtąd wróciłem, wezwała mnie do siebie i stwierdziła, że moje kwalifikacje są niewystarczające i nie mogę dłużej pracować w dziale projektów. Wyszedłem, trzaskając drzwiami. Następnego dnia faksem wysłałem dwutygodniowe zwolnienie od lekarza. Nie chcę tam już wracać, bo wiem, że cokolwiek bym zrobił, będzie tylko gorzej i gorzej..."
"To dlatego zacząłeś pić?", widząc, że się otworzył, postanowiłem drążyć temat jego tak fatalnego samopoczucia, jak i tragicznego wyglądu. "I tak, i nie", odparł po chwili. "Thomas wrócił do swojej byłej żony...", oznajmił. "I zostałeś sam w domu?", zapytałem. Pokiwał tylko głową.
W trakcie drogi do domu Bzyczek zmienił temat. "Czy wiesz, że znów zacząłem śnić? Często śni mi się nasze drzewo wieczności. Jednego razu udało mi się dotrzeć do jego pnia i zerknąć w górę. To było piękne! Na samym czubku znajduje się ogromna gwiazda. Po jej warkoczu ludzie wspinają się i nikną w obłokach mgły... Wierzysz mi, prawda?", zapytał. "Oczywiście, że tak", odparłem.
Zostawiliśmy samochód na parkingu przed blokiem i wolnym krokiem zmierzaliśmy do domu. Pech chciał, że przed klatką wejściową natknęliśmy się na sąsiadkę Cyklopkę. Rozmawiała z jakąś swoją znajomą. Gdy tylko nas rozpoznała, zamilkła i chyba z doznanego szoku rozchyliła usta i gapiła się na nas niby jak na święty obrazek. Bzyczek kiwnął jej głową jako pierwszy: "Dzień dobry!" Kobiecina z wrażenia nie odpowiedziała. Patrzyła na nas dopóki, dopóty nie zamknęły się za nami drzwi.
Późnym wieczorem Błękitnooki przyszedł do mojego pokoju i położył się obok mnie. Oparł głowę na moim ramieniu i patrzył w sufit. "Pamietasz, jak kiedyś graliśmy w teatrzyk cieni?", zapytał. Wystawił ręce pod światło, a na ścianie pojawiły się cienie. Dołączyłem do zabawy. Po chwili położył rękę na moim sercu. Milczał, a ja słuchałem, jak oddycha. "Opowiesz mi jeszcze raz swój sen o drzewie wieczności?", zapytałem i zanurzyłem palce w jego włosach. "Opowiem", odparł, a ja usłyszałem ukrytą głęboko w jego głosie nutkę ulgi.
Pamiętam wszystkie momenty, kiedy się uśmiechał w podobny sposób. Wtedy, kiedy był zadowolony, radosny i szczęśliwy. Właśnie w tamtej chwili, gdy spojrzałem w jego (lub już nie jego) smutne błękitne oczy, obrazy te stłoczyły się w mojej głowie i pulsowały, kotłowały się niby tłok w samochodowym silniku. To była zarazem jego i nie jego twarz...
Pamiętam, jak rankami siadywał w ratanowym fotelu na tarasie naszego domu. Promienie słoneczne padały wprost na niego, a on spokojnie pił kawę, przeglądał gazety, kartkował książkę lub wpatrywał się w ogród. Wtedy właśnie tak się uśmiechał...
Albo wtedy, gdy zrobił grilla i chwalił się, że sam z procy ustrzelił szkaradne ptaszyska, które każdej nocy darły się z pobliskich drzew..., albo wtedy, kiedy odkrył jeziorko za płaskowyżem, do którego skakaliśmy ze skalnej półki..., albo wtedy, gdy wraz z synami sąsiadów, Bruno i Enrique, biegał wokół stołu i dawał im słodycze..., albo wtedy, gdy pakował nasze walizki przed podróżą do Europy...
Uśmiechnął się też w taki sposób, gdy naszej sąsiadce, Cyklopce powiedział, że jest nowym proboszczem...
Sporo było takich chwil, gdy właśnie taki uśmiech pojawiał się na jego twarzy.
A teraz nie była to jego twarz... Zakola na czole, zapadnięte policzki, podkrążone oczy, wąskie usta zapadnięte w podkówkę, a kiedyś, piękne, proste i długie ciemne brwi - dziś przełamane... Pozostał tylko kolor jego oczu... Głęboki morski błękit...
Usiedliśmy w kącie małej ciastkarni. Obaj mieliśmy ochotę na coś słodkiego. Opowiadał o Belo, o pracy, o nowych projektach, o wyjazdach służbowych do stolicy, o braku czasu praktycznie na wszystko. Raczej nie mówił nic konkretnego. Plątał się. Słuchałem go uważnie i od razu wychwyciłem logikę jego działania: wziął na siebie zbyt dużo obowiązków tylko dlatego, by uciec od problemów.
Wielu ludzi tak robi, szczególnie zaś obarczają się nadmiarem pracy i różnymi wyjazdami, by nie przebywać w domu, jeśli kłopoty właśnie tam się znajdują.
Jak się później okazało, jego problemy były dużo większe niż przewidywałem.
"Powiedz mi, co u ciebie", przerwałem mu w pewnej chwili. "Cały czas opowiadam", zerknął na mnie. "Nie. Mówisz o wszystkim i o niczym. Opowiedz mi o sobie. Jak się masz, jak się czujesz, powiedz mi o planach na wakacje, o tym, co robisz, gdy się nudzisz, co robiłeś ostatnio na obiad, czy utrzymujesz kontakt z Alwarezami. Powiedz mi, kiedy byłeś ostatnio na płaskowyżu, kiedy ostatni raz uprawiałeś seks i czy wysprzątałeś cholerną łazienkę..." Nieco się uniosłem i zacisnąłem zęby. "Wybacz...", szepnąłem. Zastygł i wlepił we mnie wzrok.
Czułem, iż się krępuje. Waha się. Jest niepewny tego, jak mogę zareagować. Pojawiło się w mojej głowie proste pytanie: "Czy on zaczął się mnie bać?"
"Chcesz się przespacerować?", zaproponowałem, by rozładować sytuację. "Możemy odwiedzić moją koleżankę. Pracuje w herbaciarni. Chwilę pogadamy, może ma gotową herbatkę jaśminową... Nawet dobra..." Sięgnął po kurtkę, "No to chodźmy!", odparł. Przeszliśmy przez piętro galerii i zjechaliśmy schodami na dół. Okazało się, że na drzwiach sklepu wisiała tabliczka "Zaraz wracam". Wyszliśmy na parking puścić dyma. Wróciliśmy, lecz sklep nadal był zamknięty. Zrezygnowaliśmy z czekania i poszliśmy w kierunku miasta.
Przysiedliśmy na murach przy zamku. Roztaczał się stamtąd widok na miasto oraz na daleki łańcuch gór.
Bzyczek milczał od jakiegoś czasu. Nic nie mówiłem. Nie pytałem. Czekałem.
"Złożyłem w firmie wniosek o przeniesienie do innego oddziału", oznajmił. Z ukosa spojrzałem na niego. "Oczywiście wiąże się to z przeprowadzką", kontynuował. " W SP niestety się nie widzę... To miasto mnie przytłacza i przeraża... W RJ nie dam sobie rady finansowo, więc zostaje stolica lub jakaś dziura... Jeśli oczywiście mój wniosek zostanie przyjęty...", dodał po chwili i westchnął. "A co, jeśli nie?", zapytałem. Zwrócił się w moją stronę i: "Nie mogę zostać dłużej w Belo", oznajmił stanowczo. "Bo?", odparowałem natychmiast.
Jego wzrok utkwił gdzieś daleko. Zapatrzył się. Zamyślił. Pewnie analizował po raz setny wszystkie argumenty, które gromadził w swej pamięci od długiego czasu. Analizował i wybierał te najlepsze, najtrafniejsze, najlogiczniejsze. Znam sposób jego myślenia i interpretowania faktów, lecz nie spodziewałem się tego, co zamierzał mi powiedzieć.
"Zawsze możesz przyjechać do mnie", powiedziałem. "Może w domu miejsca dużo nie ma, być może nie znajdziesz takiej pracy, jak masz teraz, ale będziesz miał ciszę i spokój". Uśmiechnął się i lekko pokiwał głową.
"Powiesz mi, co się stało?", tym razem postanowiłem pytać o konkrety.
"Chodźmy gdzieś na kawę. Jest mi już zimno", zeskoczył na chodnik i wsadził ręce w kieszenie kurtki. "A może po prostu pojedziemy do domu?", zaproponowałem. "Nie. Jeszcze nie. Chodźmy!", odparł.
Poszliśmy do Delicji. "Jak ja dawno tu nie byłem!", stwierdziłem, rozglądając się dokoła. Praktycznie wszystkie stoliki były wolne. Usiedliśmy w rogu, tuż przy oknie.
"Andrea wróciła do firmy. Teraz to wielka pani! Jest dyrektorką całego działu projektów i, na moje nieszczęście, moją szefową!", zaczął w końcu mówić. "Szarogęsi się na całego! Zaraz trzeciego dnia zrobiła zebranie i oznajmiła, że koniecznie trzeba zrobić kadrowe porządki. Rzuciła na stół nasze teczki z projektami i darła się: "To śmieci! Same śmieci! Tak nie może być!" A potem wysłała mnie na tygodniowe szkolenie do Mendozy! Czy ty to słyszysz?! Do Mendozy! Na mój własny koszt!" Błękitnooki, jakby w przypływie nowej fali niedowierzania, kręcił głową. "Potem, gdy już stamtąd wróciłem, wezwała mnie do siebie i stwierdziła, że moje kwalifikacje są niewystarczające i nie mogę dłużej pracować w dziale projektów. Wyszedłem, trzaskając drzwiami. Następnego dnia faksem wysłałem dwutygodniowe zwolnienie od lekarza. Nie chcę tam już wracać, bo wiem, że cokolwiek bym zrobił, będzie tylko gorzej i gorzej..."
"To dlatego zacząłeś pić?", widząc, że się otworzył, postanowiłem drążyć temat jego tak fatalnego samopoczucia, jak i tragicznego wyglądu. "I tak, i nie", odparł po chwili. "Thomas wrócił do swojej byłej żony...", oznajmił. "I zostałeś sam w domu?", zapytałem. Pokiwał tylko głową.
W trakcie drogi do domu Bzyczek zmienił temat. "Czy wiesz, że znów zacząłem śnić? Często śni mi się nasze drzewo wieczności. Jednego razu udało mi się dotrzeć do jego pnia i zerknąć w górę. To było piękne! Na samym czubku znajduje się ogromna gwiazda. Po jej warkoczu ludzie wspinają się i nikną w obłokach mgły... Wierzysz mi, prawda?", zapytał. "Oczywiście, że tak", odparłem.
Zostawiliśmy samochód na parkingu przed blokiem i wolnym krokiem zmierzaliśmy do domu. Pech chciał, że przed klatką wejściową natknęliśmy się na sąsiadkę Cyklopkę. Rozmawiała z jakąś swoją znajomą. Gdy tylko nas rozpoznała, zamilkła i chyba z doznanego szoku rozchyliła usta i gapiła się na nas niby jak na święty obrazek. Bzyczek kiwnął jej głową jako pierwszy: "Dzień dobry!" Kobiecina z wrażenia nie odpowiedziała. Patrzyła na nas dopóki, dopóty nie zamknęły się za nami drzwi.
Późnym wieczorem Błękitnooki przyszedł do mojego pokoju i położył się obok mnie. Oparł głowę na moim ramieniu i patrzył w sufit. "Pamietasz, jak kiedyś graliśmy w teatrzyk cieni?", zapytał. Wystawił ręce pod światło, a na ścianie pojawiły się cienie. Dołączyłem do zabawy. Po chwili położył rękę na moim sercu. Milczał, a ja słuchałem, jak oddycha. "Opowiesz mi jeszcze raz swój sen o drzewie wieczności?", zapytałem i zanurzyłem palce w jego włosach. "Opowiem", odparł, a ja usłyszałem ukrytą głęboko w jego głosie nutkę ulgi.
niedziela, 3 lutego 2019
576. Byle do środy
Za mną dość ciężki tydzień w pracy. Mordęga i nerwówka.
W piątek wróciłem do domu jakoś około 21.30. Zastałem mojego współlokatora przy komputerze. Chciał rozmawiać o naszym wyjeździe na wakacje oraz uzgodnić jakieś szczegóły z przejazdami. Obiecałem mu, że zejdę na dół, jak tylko się przebiorę. Nie doczekał się. Przyłożyłem na chwilę głowę do poduchy i zasnąłem jak kamień. Wstałem dopiero po 11 godzinach, pół dnia chodziłem po domu skołowany i co chwilę dosypiałem na kanapie. Dopadł mnie jakiś kryzys i mój organizm się chyba zbuntował.
Od ubiegłego piątku Bzyczek jest w Zabytkowym Mieście. Rozmawialiśmy przez telefon kilka razy, oznajmił, że czeka z niecierpliwością na spotkanie, lecz nie chciał wyjawić powodów tej wielkiej niecierpliwości. We wtorek mam 12 godzinną zmianę dzienną i praktycznie zaraz po powrocie do domu będę zbierał się na nocny autobus do Londynu. Najpewniej spotkamy się w środowe późne popołudnie w Zabytkowym Mieście.
W piątek wróciłem do domu jakoś około 21.30. Zastałem mojego współlokatora przy komputerze. Chciał rozmawiać o naszym wyjeździe na wakacje oraz uzgodnić jakieś szczegóły z przejazdami. Obiecałem mu, że zejdę na dół, jak tylko się przebiorę. Nie doczekał się. Przyłożyłem na chwilę głowę do poduchy i zasnąłem jak kamień. Wstałem dopiero po 11 godzinach, pół dnia chodziłem po domu skołowany i co chwilę dosypiałem na kanapie. Dopadł mnie jakiś kryzys i mój organizm się chyba zbuntował.
Od ubiegłego piątku Bzyczek jest w Zabytkowym Mieście. Rozmawialiśmy przez telefon kilka razy, oznajmił, że czeka z niecierpliwością na spotkanie, lecz nie chciał wyjawić powodów tej wielkiej niecierpliwości. We wtorek mam 12 godzinną zmianę dzienną i praktycznie zaraz po powrocie do domu będę zbierał się na nocny autobus do Londynu. Najpewniej spotkamy się w środowe późne popołudnie w Zabytkowym Mieście.
piątek, 25 stycznia 2019
575. Mam o nic nie pytać
Kupiłem bilet na samolot i szóstego lutego lecę do Polski. W Zabytkowym Mieście umówiłem się z Bzyczkiem. W sumie lecę tylko po to, by się tam z nim zobaczyć.
Nie brzmiał zbyt dobrze, gdy ostatnio rozmawialiśmy przez telefon. Miał smutny głos, zacinał się i gubił w konkluzjach, przeskakiwał z tematu na temat, a gdy zapytałem go, co u Thomasa, żachnął się i skwitował krótko: "Nawet nie pytaj!" Zawiesił się, a potem nagle zapytał: "Spotkasz się ze mną, prawda?" "Oczywiście, że tak!", zapewniłem go. Mógłbym przysiąc, że usłyszałem, jak mu ulżyło, gdyż nieco zmienił mu się głos. "Mogę do ciebie jeszcze zadzwonić?", zapytał po chwili. "Możesz", odparłem. Rozłączył się, a mi chyba trochę zakręciło się w głowie. Zaczynam się o niego martwić.
Nie brzmiał zbyt dobrze, gdy ostatnio rozmawialiśmy przez telefon. Miał smutny głos, zacinał się i gubił w konkluzjach, przeskakiwał z tematu na temat, a gdy zapytałem go, co u Thomasa, żachnął się i skwitował krótko: "Nawet nie pytaj!" Zawiesił się, a potem nagle zapytał: "Spotkasz się ze mną, prawda?" "Oczywiście, że tak!", zapewniłem go. Mógłbym przysiąc, że usłyszałem, jak mu ulżyło, gdyż nieco zmienił mu się głos. "Mogę do ciebie jeszcze zadzwonić?", zapytał po chwili. "Możesz", odparłem. Rozłączył się, a mi chyba trochę zakręciło się w głowie. Zaczynam się o niego martwić.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



