... i leci z górki i pod górkę. Czekanie na dzień, czekanie na noc, czekanie na przyszłość i przeszłość, na słotę i pogodę, na uśmiech i łzy, na przypadek i przeznaczenie, na życie i na śmierć. Matematyczna oś czasu i niewiadoma równań i nierówności. Czas. Czekanie. Miłość. Grzech. Przebaczenie. Tęsknota.
Kilka dni temu wyjechała Markiza. Jej fotel bujany jeszcze stoi w kącie i jutro będę musiał go zanieść na strych. Wyjechał także Lemur Błękitnooki. Odwiozłem go do Belo Horizonte na samolot do Brasilii, a stamtąd poleciał do Europy. Żegnał się ze łzami w oczach. Założył swoją ulubioną biało-czerwoną koszulkę. Nie wiem, na co teraz mam czekać, nie wiem też tego, jak długo mam czekać.
W moim pustym mieszkaniu częściej pojawia się Lemur Brązowooki. Spędza ze mną wieczory, całe dni, zostaje na noc, rozmawiamy, słuchamy muzyki, oglądamy rozgrywki siatkówki i hokeja. Kiedyś czekałem na Błękitnookiego, teraz czekam na Brązowookiego. Lecz co będzie, jak się doczekam? Uśmiech? Wyznanie? Rozczarowanie? Rozpacz? Rozumiem i dostrzegam wszystko to, co stanęło na naszej drodze i nas w pewien sposób połączyło. Rozumiem, lecz nie potrafię tego logicznie wytłumaczyć. Czy 3 miesiące znajomości i 4 miesiące dobrej przyjaźni to wciąż mało? Czy jest to wystarczające? A może wciąż jestem naiwny? To jak z wrzuceniem cegły do studni, z tą różnicą, że wierzę w to, iż cegła ta wypłynie na powierzchnię. Czekanie ma swoje dobre strony, lecz chciałbym umieć czekać bardziej wytrwale, bardziej efektownie i tym czekaniem dojść do mety z napisem: Lemur Brązowooki, nawet pomimo tego, co będzie z nami później.
Tagi
Anglia
(30)
Antropologia
(296)
Brazylia
(123)
Dzieciństwo
(9)
Dziwne przypadki Katty
(166)
Elbi
(77)
Emigracja
(156)
Fantasmagorie
(46)
Filmy i seriale
(32)
Fotki
(74)
Inne inności
(170)
Inne Lemury
(26)
Katta Supervisor
(7)
Książki
(44)
Lemur Błękitnooki
(187)
Lemur Brązowooki
(47)
Lemur Jasnowłosy
(4)
Lemur Zmartwychwstały
(3)
Markiza
(46)
Odkrycia Lemura
(18)
Okolice Lemurii Małej
(9)
Opowieść na faktach
(3)
Podróże
(82)
Powszechność
(58)
PPirx
(8)
Praca
(90)
Real Katty
(55)
Rozterki Katty
(54)
Sny Katty
(42)
Tęsknota
(71)
Uczucia
(128)
Wrażenia
(275)
Zabytkowe Miasto
(30)
Życiowa filozofia Katty
(49)
piątek, 17 maja 2013
czwartek, 9 maja 2013
Sen 69. Wąski krąg codzienności
Sporo dziwnych spraw się dzieje wokół mnie, dziwnych, nieoczekiwanych, nieprzewidzianych, może nawet zaskakujących. Dzień mija za dniem, noc za nocą i nie potrafię już myśleć tak jak kiedyś, nie potrafię pisać tak jak kiedyś, nie potrafię mówić tak jak kiedyś... Nie wiem, kim byłem, nie wiem, kim jestem i nie wiem, kim mógłbym być... Mam dziury w pamięci, wspomnienia spowite mgłą, a niektóre fakty zapadły się w nicość nieistnienia...
Oddycham wodą, widzę w ciemności, czuję bezsmak. To, co było, wydaje się jakby w ogóle nie było i majaczy niby fatamorgana snu utkana z wiotkich pajęczych nici, która pęka, rwie się i przecina wobec drgnięcia powieki otwierającego się oka. To, co było, umknęło i tylko błyszczy bardzo powierzchownie, to tafla srebrnego jeziora, która się zmarszczyła pod wpływem nieopatrznego wpadnięcia weń kamienia.
Sporo dziwnych spraw się dzieje wokół mnie - Elbi odwiedza mnie każdej nocy, Markiza, majacząc, zapadła w swym bujanym fotelu w głęboki, dwutygodniowy sen, Drwal znikł, zostawiając w kącie swoją złotą siekierę, Lemur Błękitnooki nadal zerka na mnie czarno-białym wzrokiem, Lemur Brązowooki stał mi się jeszcze bliższy i nie wiem, czy jest to powód do uśmiechu czy też do płaczu, a ja - Lemur Katta - otwieram okno na oścież i wdycham świeże morskie powietrze...
Oddycham wodą, widzę w ciemności, czuję bezsmak. To, co było, wydaje się jakby w ogóle nie było i majaczy niby fatamorgana snu utkana z wiotkich pajęczych nici, która pęka, rwie się i przecina wobec drgnięcia powieki otwierającego się oka. To, co było, umknęło i tylko błyszczy bardzo powierzchownie, to tafla srebrnego jeziora, która się zmarszczyła pod wpływem nieopatrznego wpadnięcia weń kamienia.
Sporo dziwnych spraw się dzieje wokół mnie - Elbi odwiedza mnie każdej nocy, Markiza, majacząc, zapadła w swym bujanym fotelu w głęboki, dwutygodniowy sen, Drwal znikł, zostawiając w kącie swoją złotą siekierę, Lemur Błękitnooki nadal zerka na mnie czarno-białym wzrokiem, Lemur Brązowooki stał mi się jeszcze bliższy i nie wiem, czy jest to powód do uśmiechu czy też do płaczu, a ja - Lemur Katta - otwieram okno na oścież i wdycham świeże morskie powietrze...
sobota, 27 kwietnia 2013
Sen 68. Nieokreśloność
W dzień moich imienin odbyła się trudna rozmowa z Lemurem Brązowookim. Słuchał uważnie, pytał rzadko. Czuję, że jest po mojej stronie, choć już dawno temu zauważyłem, że go utraciłem. Naszą rozmowę podsumowałem jednym zdaniem: "Aktualnie jestem nikim". Od jakiegoś tygodnia znów zaczęli mi towarzyszyć Pan Pigułek Dzienny i Pan Pigułek Nocny. Czuję się pusty, czuję się wypalony, czuję się beznadziejny.
Śnił mi się Elbi. Byliśmy w naszym starym mieszkaniu, wszedł do pokoju dziennego i stanął tuż przy skrzydłach drzwi. Swoim zwyczajem przechylił głowę na bok i wsadził ręce w kieszenie. Podszedłem do niego i, jak zawsze, zarzuciłem mu ręce na szyję, a on przyciągnął mnie mocno do siebie. Piękny sen, wspaniałe wspomnienie, chyba najpiękniejsze z tych, co mam, bo czuję do tej pory jego bliskość, jego dotyk, zapach i ciepło. Tak bardzo mi go brakuje. A dziś pozostał mi jedynie czarno-biały wzrok Lemurka Błękitnookiego.
Śnił mi się Elbi. Byliśmy w naszym starym mieszkaniu, wszedł do pokoju dziennego i stanął tuż przy skrzydłach drzwi. Swoim zwyczajem przechylił głowę na bok i wsadził ręce w kieszenie. Podszedłem do niego i, jak zawsze, zarzuciłem mu ręce na szyję, a on przyciągnął mnie mocno do siebie. Piękny sen, wspaniałe wspomnienie, chyba najpiękniejsze z tych, co mam, bo czuję do tej pory jego bliskość, jego dotyk, zapach i ciepło. Tak bardzo mi go brakuje. A dziś pozostał mi jedynie czarno-biały wzrok Lemurka Błękitnookiego.
poniedziałek, 15 kwietnia 2013
Sen 67. List
Kochany mój!
Jest środek nocy. Śpisz wtulony w poduszkę, śnisz pewnie o gwiazdach pełnych szczęśliwych ludzi i jesteś nieświadomy tego, że właśnie w tym czasie piszę do Ciebie. Przed tym listem napisałem kilka innych, lecz wszystkie podarłem w strzępy, gdyż brakowało mi słów, nie umiałem uruchomić wyobraźni, by namalować pejzaż przesycony impresjonistyczną wizją uczuć, wreszcie złamałem pióro w punkcie pokonania słabości, ale wtedy już kury piały i uciekła okazja wysłania Ci tych słów kilku...
Jam jest człowiek prosty i prostych słów użyję, by opisać to, co było, co jest i co będzie.
Stałem się człowiekiem najszczęśliwszym, gdy w ten sławetny poniedziałkowy wieczór znalazłem Ciebie w wiklinowym koszu nad rzeką. Siedziałeś w środku "po turecku" i czytałeś książkę. Gdy całkiem przypadkowo Twoja łódź dotknęła brzegu i ugrzęzła pośród świetlistych otoczaków, spojrzałeś na mnie i się uśmiechnąłeś. Odłożyłeś książkę i poszliśmy na spacer. Przemierzyliśmy miasto, rozmawialiśmy o życiu, o filozofii, o literaturze i o historii kina. Pomimo upływu tylu lat nadal pamiętam pierwsze zerknięcie w Twoje oczy - ich błękit pochłonął mnie, przenicował i ugodził strzałą Amora aż po dziś dzień. Później zapytałeś: "Czy chciałbyś jeszcze kiedyś w nie spojrzeć?" Odpowiedziałem Ci, że o niczym innym teraz nie będę marzył..." Prócz głębi oczu z tamtego wieczora pamiętał będę jeszcze ciepło Twoich dłoni...
Z tamtych dni pamiętam tak dużo i tak mało zarazem. Wspomnienia powlekają się mgłą, starzeją się, rozpadają w pył, unoszą w eter i tam kumulują w sny, by potem nocą spaść z powrotem na ziemię i odszukać swojego twórcę.
Śnisz mi się często. Trzymamy się za dłonie, rozmawiamy przy stole w kuchni, jesteśmy razem w naszym domu, słucham Twoich opowieści o nieznanych mi zakątkach świata i wszechświata, które widziałeś i poznałeś, czuję Twój zapach - zmysłowy, ciepły, aromatyczny niby rozsypane na stole kakao. Wiesz, że zrobiłem kiedyś mały eksperyment? Rozsypałem na stole w kuchni kilka łyżek kakao, odczekałem parę minut, zamknąłem oczy i nachyliłem się nad nim. Gdy poczułem zapach, pojawiłeś się przede mną w całej okazałości - stałeś uśmiechnięty, z nieco przechyloną głową, z rękoma w kieszeniach spodni. Powtarzałem potem to dopóty, dopóki, ku mojemu zaskoczeniu, się nie zmaterializowałeś...
W tamtym czasie obaj bawiliśmy się zapałkami. Byłeś draską i pewnego dnia wznieciłeś płomień, po czym nieprzewidywalnym ruchem odciąłeś mu dopływ tlenu i dusi się aż po dziś dzień, bo nie umie ponownie buchnąć ogniem lub skonać doszczętnie...
Dziś męczy mnie tysiące pytań i wątpliwości, serce mi pęka, gdy pomyślę, że w tym czasie i w tej przestrzeni już Ciebie nie zobaczę. Nie boję się śmierci, za to boję się życia bez Ciebie. Gdy tylko mi się śnisz, pytam:"Czy przed śmiercią już nigdy się nie zobaczymy?" Nie potrafię sobie tego nawet wyobrazić, nie umiem tego zrozumieć, że kiedyś umrzemy w poczuciu obcości, oddaleni od siebie, bez wyszeptania swoich imion...
Twoje i moje oczy do samego końca pozostaną błękitne, ale cała reszta z czasem zwiędnie i się skurczy... Chciałbym w tym czasie być przy Tobie. Chciałbym razem z Tobą przejść przez most do świata nicości i chciałbym, by nasze pierwiastki wspólnie dołączyły do czterech żywiołów. Rozpadlibyśmy się razem i razem byśmy złożyli się na nowo. Bylibyśmy jak u zarania dziejów - o dwóch twarzach i jednym sercu (wówczas nie mógłbym patrzeć Ci w oczy, ale za to mielibyśmy wspólne ciepło).
Żyję nadzieją, że milion lat przeminie niby mrugnięcie oka Tytana, a to pozwoli na to, że znów Cię spotkam nad rzeką. Wytrwam tę niepogodę do momentu mej śmierci, będę na nią czekał, a gdy przyjdzie, będę na powrót szczęśliwy.
Do zobaczenia!
Jest środek nocy. Śpisz wtulony w poduszkę, śnisz pewnie o gwiazdach pełnych szczęśliwych ludzi i jesteś nieświadomy tego, że właśnie w tym czasie piszę do Ciebie. Przed tym listem napisałem kilka innych, lecz wszystkie podarłem w strzępy, gdyż brakowało mi słów, nie umiałem uruchomić wyobraźni, by namalować pejzaż przesycony impresjonistyczną wizją uczuć, wreszcie złamałem pióro w punkcie pokonania słabości, ale wtedy już kury piały i uciekła okazja wysłania Ci tych słów kilku...
Jam jest człowiek prosty i prostych słów użyję, by opisać to, co było, co jest i co będzie.
Stałem się człowiekiem najszczęśliwszym, gdy w ten sławetny poniedziałkowy wieczór znalazłem Ciebie w wiklinowym koszu nad rzeką. Siedziałeś w środku "po turecku" i czytałeś książkę. Gdy całkiem przypadkowo Twoja łódź dotknęła brzegu i ugrzęzła pośród świetlistych otoczaków, spojrzałeś na mnie i się uśmiechnąłeś. Odłożyłeś książkę i poszliśmy na spacer. Przemierzyliśmy miasto, rozmawialiśmy o życiu, o filozofii, o literaturze i o historii kina. Pomimo upływu tylu lat nadal pamiętam pierwsze zerknięcie w Twoje oczy - ich błękit pochłonął mnie, przenicował i ugodził strzałą Amora aż po dziś dzień. Później zapytałeś: "Czy chciałbyś jeszcze kiedyś w nie spojrzeć?" Odpowiedziałem Ci, że o niczym innym teraz nie będę marzył..." Prócz głębi oczu z tamtego wieczora pamiętał będę jeszcze ciepło Twoich dłoni...
Z tamtych dni pamiętam tak dużo i tak mało zarazem. Wspomnienia powlekają się mgłą, starzeją się, rozpadają w pył, unoszą w eter i tam kumulują w sny, by potem nocą spaść z powrotem na ziemię i odszukać swojego twórcę.
Śnisz mi się często. Trzymamy się za dłonie, rozmawiamy przy stole w kuchni, jesteśmy razem w naszym domu, słucham Twoich opowieści o nieznanych mi zakątkach świata i wszechświata, które widziałeś i poznałeś, czuję Twój zapach - zmysłowy, ciepły, aromatyczny niby rozsypane na stole kakao. Wiesz, że zrobiłem kiedyś mały eksperyment? Rozsypałem na stole w kuchni kilka łyżek kakao, odczekałem parę minut, zamknąłem oczy i nachyliłem się nad nim. Gdy poczułem zapach, pojawiłeś się przede mną w całej okazałości - stałeś uśmiechnięty, z nieco przechyloną głową, z rękoma w kieszeniach spodni. Powtarzałem potem to dopóty, dopóki, ku mojemu zaskoczeniu, się nie zmaterializowałeś...
W tamtym czasie obaj bawiliśmy się zapałkami. Byłeś draską i pewnego dnia wznieciłeś płomień, po czym nieprzewidywalnym ruchem odciąłeś mu dopływ tlenu i dusi się aż po dziś dzień, bo nie umie ponownie buchnąć ogniem lub skonać doszczętnie...
Dziś męczy mnie tysiące pytań i wątpliwości, serce mi pęka, gdy pomyślę, że w tym czasie i w tej przestrzeni już Ciebie nie zobaczę. Nie boję się śmierci, za to boję się życia bez Ciebie. Gdy tylko mi się śnisz, pytam:"Czy przed śmiercią już nigdy się nie zobaczymy?" Nie potrafię sobie tego nawet wyobrazić, nie umiem tego zrozumieć, że kiedyś umrzemy w poczuciu obcości, oddaleni od siebie, bez wyszeptania swoich imion...
Twoje i moje oczy do samego końca pozostaną błękitne, ale cała reszta z czasem zwiędnie i się skurczy... Chciałbym w tym czasie być przy Tobie. Chciałbym razem z Tobą przejść przez most do świata nicości i chciałbym, by nasze pierwiastki wspólnie dołączyły do czterech żywiołów. Rozpadlibyśmy się razem i razem byśmy złożyli się na nowo. Bylibyśmy jak u zarania dziejów - o dwóch twarzach i jednym sercu (wówczas nie mógłbym patrzeć Ci w oczy, ale za to mielibyśmy wspólne ciepło).
Żyję nadzieją, że milion lat przeminie niby mrugnięcie oka Tytana, a to pozwoli na to, że znów Cię spotkam nad rzeką. Wytrwam tę niepogodę do momentu mej śmierci, będę na nią czekał, a gdy przyjdzie, będę na powrót szczęśliwy.
Do zobaczenia!
czwartek, 11 kwietnia 2013
Sen 66. Połączenie
![]() |
| Zdjęcie autorstwa przyjaciela - G.G. |
- Zbliżają się twoje urodziny, potem imieniny - odezwał się.
- Echhh... nic specjalnego - odparłem. - U nas w rodzinie raczej celebruje się imieniny. Każde kolejne urodziny przywołują świadomość przemijania, ulotności życia i jego marności.
Zapatrzyłem się w okno przysłonięte do połowy granatowymi storami.
- I będę o 9 lat starszy od własnego ojca - dodałem z półuśmiechem i odchyliłem głowę w stronę prażącego słońca.
Spojrzał na mnie z nieco zaskoczoną miną, przysunął się bliżej i przymknął oczy w blasku słonecznych promieni.
Wsparci na łokciach odchyliliśmy się do tyłu. Nasze dłonie, zanurzone w nagrzanym piasku, spotkały się i trwały wzajemnie przez dłuższą chwilę. Wystawiliśmy twarze do pełnego słońca, słuchaliśmy rytmu bicia naszych serc, oddychaliśmy tym samym powietrzem i tęskniliśmy do złączenia się w planetarnym pyle po to, by nigdy więcej się nie szukać.
Potem Błękitnooki poszedł nad brzeg morza. Przywoływał mnie gestami, gdy po kolana stał w wodzie i wyciągał z niej muszle i rozgwiazdy, uśmiechałem się, gdy na głowie i na ramionach siadały mu rybitwy i mewy i krzyczały do niego, by podał im schwytaną w pośpiechu rybę. Błękitnooki udawał, że je odgania, nurkował, wznosił się z nimi ponad wodę i kręcił się dokoła siebie z rozstawionymi ramionami niczym kolorowy bąk w dziecięcym pokoju. Obserwowałem go i swym sercem robiłem zdjęcia, by wkleić je potem do albumu, o istnieniu którego on nawet nie wiedział.
Sięgnąłem za kanapę i przysunąłem kilka poduszek, by podłożyć je pod plecy. Przez okno wpadały do pokoju ostatnie przebłyski zachodzącego słońca. Zerknąłem na śpiącego obok Błękitnookiego i przykryłem go piaskowym kocem. Plaża opustoszała, ptactwo umilkło, słońce skryło się za horyzontem, fale syczały i przewalały się przez siebie z tępym odgłosem wrzenia zimnej wody. Poprawiłem poduszkę pod jego głową, strzepałem na dywan ziarenka piasku i przylgnąłem ustami do jego czoła.
- Zabiorę cię wkrótce do mojego świata - wyszeptał. - Tam już zawsze będziemy razem...
Sen 65. Duże szczęście w małych kroplach deszczu
Wczoraj po południu nad Belo Horizonte przeszła potężna burza. Widząc kłębiące się nad miastem ciemne chmury, wyszedłem do pracy nieco wcześniej, by potem przez okno obserwować ulewę i błyskawice. Wąskie uliczki zamieniły się w potoki, przy studzienkach kanalizacyjnych kipiało z nadmiaru brudnej deszczówki, a szarobura piana, powstała ze zmytego z chodników kurzu, pryskała uciekających przechodniów. Popołudnie się dłużyło, a czas mijał powoli, odmierzany kapaniem wody.
Było dobrze po drugiej w nocy, gdy wyszedłem do domu. Nie spieszyłem się. Włożyłem do uszu swoją mp3 i powolnym krokiem przemierzałem ciche miasto. Wychodząc zza rogu, zauważyłem, że przed drzwiami domu ktoś siedzi. Zbliżając się do niego, zaczynałem go rozpoznawać po sylwetce i ubraniach. Spał lub czuwał. Obok niego leżała średniej wielkości sportowa torba. Nogi podkulił pod siebie, dłonie włożył pod pachy, głowę miał opuszczoną na pierś. Przemoczony był do ostatniej suchej nitki.
Kucnąłem naprzeciwko i wyciągnąłem do niego rękę, lecz on w tym momencie podniósł głowę. Z mokrych włosów spływała mu na twarz woda, okularki miał zaparowane. Uśmiechnął się, wyprostował i przylgnął całym sobą do mnie. Czułem, jak drżał.
-Wróciłem - oznajmił cicho.
- Widzę...
Wziął torbę i wszedł za mną do mieszkania.
Było dobrze po drugiej w nocy, gdy wyszedłem do domu. Nie spieszyłem się. Włożyłem do uszu swoją mp3 i powolnym krokiem przemierzałem ciche miasto. Wychodząc zza rogu, zauważyłem, że przed drzwiami domu ktoś siedzi. Zbliżając się do niego, zaczynałem go rozpoznawać po sylwetce i ubraniach. Spał lub czuwał. Obok niego leżała średniej wielkości sportowa torba. Nogi podkulił pod siebie, dłonie włożył pod pachy, głowę miał opuszczoną na pierś. Przemoczony był do ostatniej suchej nitki.
Kucnąłem naprzeciwko i wyciągnąłem do niego rękę, lecz on w tym momencie podniósł głowę. Z mokrych włosów spływała mu na twarz woda, okularki miał zaparowane. Uśmiechnął się, wyprostował i przylgnął całym sobą do mnie. Czułem, jak drżał.
-Wróciłem - oznajmił cicho.
- Widzę...
Wziął torbę i wszedł za mną do mieszkania.
poniedziałek, 8 kwietnia 2013
Sen 64. Dwa razy na, trzy razy pod
Chyba pomału wracam na tor "normalnego" w moim przypadku funkcjonowania. Wczoraj rano zaczął napierać ucisk w klatce piersiowej, powrócił szum w głowie i ścisk w gardle. Opuściłem stopy na dywan i wezbrało mnie na płacz... Zasępiam się, a myśli wirują bez ładu i składu. Nie wiem, co mi jest. Mam nieraz dwa dni dobre, cztery złe, jeden lepszy, dwa gorsze, choć przeważają te gorsze, bo chodzę skołowany, zamyślam się, milknę, nie umiem sobie miejsca znaleźć, czuję w sobie i dokoła siebie pustkę i dusi mnie jakiś wewnętrzny płacz. Pomału upadam i staję się niczym. W przeciwieństwie do mnie nawet Gregor Samsa był czymś. Ja już nic nie czuję, siebie nie czuję i siebie nie widzę.
Dziś w pracy znów pokaleczyłem ręce. Rozbierałem do czyszczenia jedną z maszyn i pociąłem dłonie na ostrych jej krawędziach. Resztę zrobiła gorąca woda i biały proszek w niej.
To chyba nie jest życie dla mnie. Powinienem być na uczelni i w swojej poprzedniej pracy... Powinienem być w Polsce, bliżej Elbiego, pomimo że on będzie daleko ode mnie... Są nieraz takie chwile, że tak za Nim tęsknię, że rozpadam się od środka i składam na nowo tylko po to, by znów się rozpaść. Gdyby mógł stanąć przede mną, wyciągnąłbym do Niego rękę, lecz, niestety, On mi takiej szansy nie da... Nie zasłużyłem sobie... Może i jestem nikim dla Niego i dla wielu innych ludzi, ale zawsze pozostanie w mojej pamięci...
Tęsknię za Tobą, Lemurku Błękitnooki!
Dziś w pracy znów pokaleczyłem ręce. Rozbierałem do czyszczenia jedną z maszyn i pociąłem dłonie na ostrych jej krawędziach. Resztę zrobiła gorąca woda i biały proszek w niej.
To chyba nie jest życie dla mnie. Powinienem być na uczelni i w swojej poprzedniej pracy... Powinienem być w Polsce, bliżej Elbiego, pomimo że on będzie daleko ode mnie... Są nieraz takie chwile, że tak za Nim tęsknię, że rozpadam się od środka i składam na nowo tylko po to, by znów się rozpaść. Gdyby mógł stanąć przede mną, wyciągnąłbym do Niego rękę, lecz, niestety, On mi takiej szansy nie da... Nie zasłużyłem sobie... Może i jestem nikim dla Niego i dla wielu innych ludzi, ale zawsze pozostanie w mojej pamięci...
Tęsknię za Tobą, Lemurku Błękitnooki!
piątek, 5 kwietnia 2013
Sen 63. Prześwit
Chyba mogę zaryzykować twierdzenie, że za mną 4 dni najlepszego samopoczucia jakie miałem od niepamiętnych czasów. Nic mnie nie goniło, nic nie męczyło, wysypiałem się, zniknął poranny ciężar, który witał mnie po przebudzeniu, wstawałem spokojny i wyciszony. Dni też były inne - lepiej się koncentrowałem, nie miałem gonitwy pustych myśli, nie huczało mi w głowie, nie ściskało w gardle, w pracy byłem sprawniejszy i chyba nawet szybszy. Wczoraj w mieście załatwiłem zaległe sprawy, nieco zmieniłem image u miejscowego fryzjera, a wtorkowe popołudnie i wieczór spędziłem u Brązowookiego. Wróciłem także do porzuconej kiedyś historycznej książki o egzekucji Romanowów. Chciałbym ją skończyć i wrócić do książki o Hawkinsach, także porzuconej przez złe samopoczucie...
Chciałbym, by spłynęło mi jeszcze kilka dobrych dni, by był choć taki piątek, gdyż znów umówiony jestem z Lemurem Brązowookim. Może się nawet do kina wybierzemy...
Chciałbym, by spłynęło mi jeszcze kilka dobrych dni, by był choć taki piątek, gdyż znów umówiony jestem z Lemurem Brązowookim. Może się nawet do kina wybierzemy...
poniedziałek, 1 kwietnia 2013
Sen 62. Improwizując
Wczorajszy wieczór spędzony z Brązowookim wlał we mnie odrobinę ciepła i uśmiechu. Było daleko po północy, jak poszliśmy na... kebab, a potem wracaliśmy, jak dość często się zdarza, gadając i śmiejąc się z rękoma opartymi o nasze ramiona... Do domu wróciłem prawie o 4 rano...
Zaczynam lubić te małe chwile szczęścia.
Szkoda że improwizacja zwycięża...
Zaczynam lubić te małe chwile szczęścia.
Szkoda że improwizacja zwycięża...
piątek, 29 marca 2013
Sen 61. Sam siebie pomału zabijam
Pomału zaczynam wątpić w to, że ta cała blogowa pisanina ma mi w jakiś tam sposób pomóc. To wyrzucanie z siebie myśli, wątpliwości, rozterek, bólu i zagubienia przestało mieć sens. Nie pomaga mi to! Może gdybym umiał lepiej składać słowa, zdania, gdybym umiał lepiej pisać, gdybym miał bogatszą wyobraźnię, by nazwać rzeczy po imieniu, szerszy zakres mądrych słów, byłoby lepiej?? Cóż, prosty ze mnie człowiek i nie potrafię inaczej, lepiej...
Nie pomaga mi także zdjęcie Błękitnookiego stojące tuż przy łóżku (a psychiatra mówiła co innego), nie pomaga mi widywanie się z Brązowookim (nadal jestem naiwnym dużym chłopcem), nie pomaga uśmiechanie się do innych i granie roli człowieka szczęśliwego: "Wszystko u ciebie w porządku?""Tak, oczywiście! A co u ciebie?" - odpowiadam z maską. Po co to wszystko?
Każdego kolejnego dnia moja wewnętrzna pustka się powiększa, każdy kolejny dzień jest przymusem, można przewidzieć, co i o jakiej godzinie będę robił, że w pracy znów pokaleczę dłonie, że biały proszek sypany do wody wyżre mi skórę, że znów trzeba wymyć śmietniki, wymienić worki, pozamiatać, umyć podłogi... I ciągle to samo, w kółko to samo... Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie ma widoków na zmianę tego...
Zabija mnie monotonia każdego kolejnego dnia, nawet tego, który będzie za tydzień, bo będzie dokładnie to samo co dwa tygodnie temu... W mojej poprzedniej pracy każdy dzień był inny i tego właśnie brakuje mi najbardziej...
Chciałbym zniknąć. Naprawdę! Zastanawiałem się wielokrotnie nad tym, co by było, gdybym zniknął. Nic by nie było. Wszystko by nadal toczyło się swoim rytmem - ktoś za mnie myłby śmietniki, firma normalnie by funkcjonowała, jeździłyby autobusy, Brązowooki pracowałby w swojej cafe, przyszłoby lato, potem jesień, zima i znów wiosna. Nic by nie było! A ludzie? Zapomnieliby następnego dnia, gdyż mają swoje sprawy i swoje problemy.
Prawie każdego wieczoru (nocy) kładę się z prośbą na ustach: "Boże, jeśli istniejesz, błagam cię, spraw, bym się nie obudził." I następnego poranka otwieram oczy... Nie wiem po co... By się tylko męczyć...
Chciałbym wyjść z domu któregoś dnia i zniknąć... Tak po prostu... Bez jakiegokolwiek śladu...
Subskrybuj:
Posty (Atom)









