Tagi
Anglia
(30)
Antropologia
(296)
Brazylia
(123)
Dzieciństwo
(9)
Dziwne przypadki Katty
(166)
Elbi
(77)
Emigracja
(156)
Fantasmagorie
(46)
Filmy i seriale
(32)
Fotki
(74)
Inne inności
(170)
Inne Lemury
(26)
Katta Supervisor
(7)
Książki
(44)
Lemur Błękitnooki
(187)
Lemur Brązowooki
(47)
Lemur Jasnowłosy
(4)
Lemur Zmartwychwstały
(3)
Markiza
(46)
Odkrycia Lemura
(18)
Okolice Lemurii Małej
(9)
Opowieść na faktach
(3)
Podróże
(82)
Powszechność
(58)
PPirx
(8)
Praca
(90)
Real Katty
(55)
Rozterki Katty
(54)
Sny Katty
(42)
Tęsknota
(71)
Uczucia
(128)
Wrażenia
(275)
Zabytkowe Miasto
(30)
Życiowa filozofia Katty
(49)
wtorek, 1 listopada 2016
Sen 435. Zjawy
Staram się. Jeszcze się nie poddałem, walczę, choć przygnębienie rozkłada mnie na łopatki. Czuję, jak wzrasta we mnie, pomału dusi, opętuje i przygniata. Skronie pulsują z każdym dniem szybciej i głowa boli. Senność. Zapadam w sen na całą dobę. Słaby to sen, bardzo melancholijny, powolny i grząski. Zaplątał się tam Elbi. Pogłaskał mnie po włosach, uśmiechnął i rozlał po podłodze. Zaplątał się tam Błękitnooki w swojej ulubionej bluzie. Ktoś za nim stał. To Andrea! Chwyciła go za rękę i pociągnęła do siebie. Przebudziłem się. W kącie pokoju ktoś stał. Usiadłem na łóżku, opuściłem stopy na chłodną podłogę. "Czego chcesz?! Odejdź!", zawołałem w stronę widma. Wynurzył się z mroku i swoim sposobem stanął przede mną - wsunął ręce do kieszeni spodni i lekko przekrzywił głowę. "Zatańcz ze mną. Ostatni raz", poprosił i wysunął rękę. Sięgnąłem po kolejną porcję pigułek nasennych. Popiłem wodą z butelki i ponownie przyłożyłem głowę do poduchy. Mara nadal stała w kącie sypialni.
niedziela, 23 października 2016
Sen 434. Sen o deszczu
Śniło mi się, że się obudziłem. Podniosłem się z zapyziałego łóżka i wyjrzałem przez okno. Padało. Było zimno. Chciałem się ubrać, lecz w przypływie złości w kąt kopnąłem bluzę i spodnie. Podszedłem do stolika i jednym uderzeniem ręki zrzuciłem na podłogę wszystkie buteleczki i pudełeczka. Zapatrzyłem się w ścianę i tak skamieniałem. Minęła godzina, dwie, trzy, a ja wciąż gapiłem się w martwą ścianę. W mojej głowie siedział Hefajstos i uderzał młotem w kowadło - łup, łup, łup, łup, łup... Popłynęły łzy. Zapragnąłem wrócić do snu sprzed lat. Przytuliłem głowę do poduszki, kołdrą zakryłem głowę. Słyszałem jeszcze, jak głośno stuknęło serce i nastał nowy dzień. Obudziłem się wyspany i wypoczęty. Dochodziły do mnie odgłosy krzątającego się po kuchni Błękitnookiego. Zarzuciłem na ramiona czerwono-białą bluzę i zszedłem na dół. Ku mojemu zdziwieniu nikogo tam nie było. Przypomniałem sobie, że Błękitny wyjechał do stolicy. Wróciłem do łóżka i odszukałem zawieruszony sen, w którym Bzyczek parzy poranną kawę. Przetarłem oczy i wstałem. Błękitny spał na lewym boku. Nakryłem go kocem i ucałowałem delikatnie w policzek. Na zewnątrz zaczęło padać.
Sen 433. Szczypta historii w cytatach
Czytam od zawsze - fabuły historyczne lub pozycje dokumentalne, lubię popularne obyczajówki i sagi rodzinne, psychologia, filozofia, antropologia, socjologia nie są mi obce, sięgam także po nowości i klasykę różnych kategorii (dziecięca, młodzieżowa i dla dorosłych).
Tym razem sięgnąłem po dokument dotyczący obozów koncentracyjnych w Polsce. Historyczna analiza funkcjonowania czterech obozów zagłady na wschodzie Polski mną wstrząsnęła, gdyż to, co działo się w Chełmnie, Bełżcu, Sobiborze i w Treblince to niewypowiedziany koszmar. Uważałem, że zesłanie do obozu w Oświęcimiu było czymś najgorszym, co mogło spotkać człowieka, jednak po zapoznaniu się z tą książką swoje zdanie nieco zmieniłem.
Wszystkie obozy czasów drugiej wojny były obozami zagłady. Jeśli się miało siły i zdrowie, można było przetrwać Auschwitz lub wywózkę do Niemiec. Tej nadziei nie mieli zesłani do Bełżca lub Treblinki, gdyż od razu zostawali unicestwieni. Ludzie ci nawet nie byli więźniami, ponieważ nie dano im na to żadnej szansy. Śmierć, śmierć, dokoła śmierć. Bełżec i Treblinka to piekło stokroć gorsze niż samo Auschwitz.
Chełmno, relacja świadka (s.46):
"Kiedy byłem ponownie z Bothmannem w lecie 1942 roku, w czasie stawiania ogrodzenia z drągów, widziałem groby, unosił się nad całym tym miejscem nieznośny, słodkawy, silny odór. Musiałem zatykać nos i opuściłem to miejsce tak szybko, jak było to możliwe. Bothmann pokazał mi duże, okrągłe wypukłości, które się tworzyły na długich grobach, z których widoczne w słońcu unosiły się jasne opary. Bothmann powiedział mi, że leży tam 250 tys. pogrzebanych, lecz miało się na tym miejscu znaleźć jeszcze co najmniej 100 tys."
Bełżec, zeznania Franza Stangla, komendanta obozów w Sobiborze i Treblince (s. 55):
"Powiedziano mi, że jeden z grobów się wylał. Umieścili tam zbyt wiele ciał i gnicie nastąpiło tak szybko, że płyny, które były pod spodem, wypychały ciała do góry i zwłoki staczały się ze wzgórza. Widziałem część z nich - o Boże, to było okropne..."
Sobibór, relacja więźnia (s. 59):
"W lutym 1943 roku odwiedził obóz Himmler (...). W tym celu przywieziono z obozu w Lublinie 500 pięknych dziewcząt, ale Himmler nie przyjechał i dziewczęta te poszły do komory gazowej. Gdy kierownictwo obozu znowu otrzymało wiadomość o przyjeździe Himmlera, wówczas znowu przywieziono 500 dziewcząt z obozu w Lublinie (...), rozebrano te 500 dziewcząt do naga i w obecności Himmlera ścięto im włosy. Później podzielono je na dwie grupy. Z tymi grupami przedemonstrowano przed Himmlerem cały proces zniszczenia w obozie sobiborskim (...) i Himmler zadecydował, że obóz w Sobiborze ma pozostać, gdyż pracuje dobrze."
Treblinka, relacja więźnia (s. 63):
"Kiedy wysiedliśmy z wagonów, zobaczyliśmy koszmarny widok: wokół leżały setki ciał. Wszędzie porozrzucane stosy tobołów, ubrań i walizek. SS-mani, Niemcy i Ukraińcy stali na dachach baraków i wściekle strzelali w tłum. Mężczyźni, kobiety i dzieci, krwawiąc padali na ziemię. Powietrze wypełniały płacz i krzyki. Ci, którzy nie byli ranni wskutek strzałów, byli popychani w stronę otwartej bramy na plac otoczony drutem kolczastym, musieli się wspinać po ciałach rannych i martwych."
"To były najbardziej upalne dni sierpnia. Ziemia na terenie masowych grobów falowała z powodu wydobywającego się z ciał gazu... Wymiotowaliśmy i płakaliśmy... Smród był piekielny, gdyż gaz nieustannie się wydobywał z grobów. Śmierdziało straszliwie na milę dookoła obozu."
Niniejsze krótkie omówienie jest przeredagowaną recenzją z mojego profilu na LC.
Tym razem sięgnąłem po dokument dotyczący obozów koncentracyjnych w Polsce. Historyczna analiza funkcjonowania czterech obozów zagłady na wschodzie Polski mną wstrząsnęła, gdyż to, co działo się w Chełmnie, Bełżcu, Sobiborze i w Treblince to niewypowiedziany koszmar. Uważałem, że zesłanie do obozu w Oświęcimiu było czymś najgorszym, co mogło spotkać człowieka, jednak po zapoznaniu się z tą książką swoje zdanie nieco zmieniłem.
Wszystkie obozy czasów drugiej wojny były obozami zagłady. Jeśli się miało siły i zdrowie, można było przetrwać Auschwitz lub wywózkę do Niemiec. Tej nadziei nie mieli zesłani do Bełżca lub Treblinki, gdyż od razu zostawali unicestwieni. Ludzie ci nawet nie byli więźniami, ponieważ nie dano im na to żadnej szansy. Śmierć, śmierć, dokoła śmierć. Bełżec i Treblinka to piekło stokroć gorsze niż samo Auschwitz.
Chełmno, relacja świadka (s.46):
"Kiedy byłem ponownie z Bothmannem w lecie 1942 roku, w czasie stawiania ogrodzenia z drągów, widziałem groby, unosił się nad całym tym miejscem nieznośny, słodkawy, silny odór. Musiałem zatykać nos i opuściłem to miejsce tak szybko, jak było to możliwe. Bothmann pokazał mi duże, okrągłe wypukłości, które się tworzyły na długich grobach, z których widoczne w słońcu unosiły się jasne opary. Bothmann powiedział mi, że leży tam 250 tys. pogrzebanych, lecz miało się na tym miejscu znaleźć jeszcze co najmniej 100 tys."
Bełżec, zeznania Franza Stangla, komendanta obozów w Sobiborze i Treblince (s. 55):
"Powiedziano mi, że jeden z grobów się wylał. Umieścili tam zbyt wiele ciał i gnicie nastąpiło tak szybko, że płyny, które były pod spodem, wypychały ciała do góry i zwłoki staczały się ze wzgórza. Widziałem część z nich - o Boże, to było okropne..."
Sobibór, relacja więźnia (s. 59):
"W lutym 1943 roku odwiedził obóz Himmler (...). W tym celu przywieziono z obozu w Lublinie 500 pięknych dziewcząt, ale Himmler nie przyjechał i dziewczęta te poszły do komory gazowej. Gdy kierownictwo obozu znowu otrzymało wiadomość o przyjeździe Himmlera, wówczas znowu przywieziono 500 dziewcząt z obozu w Lublinie (...), rozebrano te 500 dziewcząt do naga i w obecności Himmlera ścięto im włosy. Później podzielono je na dwie grupy. Z tymi grupami przedemonstrowano przed Himmlerem cały proces zniszczenia w obozie sobiborskim (...) i Himmler zadecydował, że obóz w Sobiborze ma pozostać, gdyż pracuje dobrze."
Treblinka, relacja więźnia (s. 63):
"Kiedy wysiedliśmy z wagonów, zobaczyliśmy koszmarny widok: wokół leżały setki ciał. Wszędzie porozrzucane stosy tobołów, ubrań i walizek. SS-mani, Niemcy i Ukraińcy stali na dachach baraków i wściekle strzelali w tłum. Mężczyźni, kobiety i dzieci, krwawiąc padali na ziemię. Powietrze wypełniały płacz i krzyki. Ci, którzy nie byli ranni wskutek strzałów, byli popychani w stronę otwartej bramy na plac otoczony drutem kolczastym, musieli się wspinać po ciałach rannych i martwych."
"To były najbardziej upalne dni sierpnia. Ziemia na terenie masowych grobów falowała z powodu wydobywającego się z ciał gazu... Wymiotowaliśmy i płakaliśmy... Smród był piekielny, gdyż gaz nieustannie się wydobywał z grobów. Śmierdziało straszliwie na milę dookoła obozu."
Niniejsze krótkie omówienie jest przeredagowaną recenzją z mojego profilu na LC.
Sen 432. Trudne sny
Od ponad tygodnia walczę z narastającym spadkiem... To znów ten czas... Jeszcze nie uległem, jeszcze prę do przodu i jakoś się trzymam. Jak długo wytrzymam?
Jutro wieczorem Błękitnooki wyjeżdża na tydzień do stolicy z nowymi projektami. W domu zostanę sam.
Miewam bardzo dziwne sny - śnił mi się syn Elbiego, którego nigdy na oczy nie widziałem; potem śnił mi się rozkopany grób mojego ojca i na jego dnie szukałem złotej obrączki; śnił mi się dwugłowy pies, leżący koło łóżka i liżący mi stopy; śnił mi się sam Elbi z włosami rozwianymi przez wiatr; śniło mi się też, że znów za nim tęsknię coraz bardziej.
Może to dlatego, że zbliża się kolejna rocznica?
Jutro wieczorem Błękitnooki wyjeżdża na tydzień do stolicy z nowymi projektami. W domu zostanę sam.
Miewam bardzo dziwne sny - śnił mi się syn Elbiego, którego nigdy na oczy nie widziałem; potem śnił mi się rozkopany grób mojego ojca i na jego dnie szukałem złotej obrączki; śnił mi się dwugłowy pies, leżący koło łóżka i liżący mi stopy; śnił mi się sam Elbi z włosami rozwianymi przez wiatr; śniło mi się też, że znów za nim tęsknię coraz bardziej.
Może to dlatego, że zbliża się kolejna rocznica?
wtorek, 11 października 2016
Sen 431. Zdziwienia
Późnym popołudniem pojechaliśmy do centrum Belo na większe zakupy. Zeszło nam trochę i do domu wyjechaliśmy dopiero po godz. 21. Jakież było nasze zdziwienie, gdy, zjeżdżając na osiedlową alejkę, dostrzegliśmy zapalone światła w naszym domu i otwarte drzwi na oścież! "Co do cholery!", huknął Bzyczek i gwałtownie wjechał na podjazd. "Myślę, że to Enrique i Bruno coś zmajstrowali...", rzuciłem i skierowałem się w stronę drzwi. Niemal równocześnie wpadliśmy do salonu i zaniemówiliśmy. Przy stole siedziała Markiza w towarzystwie Baby w czerwonej chuście na głowie i drugiej Baby o dziwnej fizjonomii. Śpiewały jakieś pieśni ludowe i sypały na podłogę jakieś suszone zielsko. Z kuchni, jak gdyby nigdy nic, wyszedł wielki rudy kot, wskoczył na stół i zamiauczał. Na nasz widok kobiety zamilkły. "Co to to nie! Wynosić mi się stąd, i to natychmiast!", krzyknął Bzyczek. Nagłym ruchem ręki chciałem zrzucić brzydkiego kota ze stołu, lecz ten zafuczał i skoczył, wbijając się pazurami w moje ramię. Markiza wstała i uderzyła pięścią w stół, kot czmychnął pod kanapę, a Błękitny wyszedł z domu, wołając: "Mam tego dość!" Wybiegłem za nim.
PS. Trzy razy próbowałem zakończyć spisywanie snu Bzyczka i trzy razy wszystko kasowałem, gdyż nie potrafię przekazać tego, co mi opowiedział. Chyba moje słowa się zmęczyły i nie umiem już pisać...
PS. Trzy razy próbowałem zakończyć spisywanie snu Bzyczka i trzy razy wszystko kasowałem, gdyż nie potrafię przekazać tego, co mi opowiedział. Chyba moje słowa się zmęczyły i nie umiem już pisać...
niedziela, 9 października 2016
Sen 430. Drzewo Wieczności. Snu Błękitnookiego ciąg dalszy
"Gdy coraz bardziej zbliżałem się do jeziora, zacząłem rozpoznawać w falującej przede mną masie ludzkie sylwetki", Błękitnooki odstawił szklankę na stolik i oparł głowę na stosie poduszek.
"Było ich tysiące, może nawet miliony! Byli w różnym wieku, różnej kondycji, niektórzy elegancko ubrani, inni w łachmanach, jeszcze inni kompletnie nadzy. Niektórzy stali w miejscu z opuszczonymi głowami, inni, trzymając ręce przy twarzach, obracali się dokoła siebie, jakby kogoś w tłumie wypatrując, jeszcze inni kucali i grzebali w piachu, chodzili na czworakach, kicali niby zające lub leżeli nieruchomo na plecach lub na brzuchach. Dostrzegłem także kilka par - trzymali się za ręce lub kurczowo obejmowali, bojąc się możliwości rozdzielenia. Nie mogli nic mówić, ponieważ ich usta były zrośnięte, lecz pomimo to nad tym tłumem unosił się przemieszany gwar różnorodnych głosów i szeptów: "Mamo, gdzie jesteś...; Podaj mi rękę, proszę...; Nie pamiętam, co się stało...; Wyszłam tylko do sklepu...; Przepraszam, czy widział pan moją żonę...; Tęsknię za tobą...; Wziąłem lekarstwo i położyłem się do łóżka...; Nigdy więcej mnie nie uderzysz...; Tato, tato, obudź się...; Oddaj mi to, to mój kapelusz...; Dlaczego mnie tak nienawidzisz...; Nie dam sobie rady, to dla mnie zbyt trudne...; Czy ty mnie jeszcze kochasz...; Zakopałam na działce własne dziecko...; Nie wiem, co się stało z tamtym kotem...; Chyba oślepiło mnie jakieś światło...; Tak bardzo boję się zastrzyków...; Gdzie jest moja lalka... "
Stałem pomiędzy nimi i słyszałem ich myśli, patrząc w ich twarze, poznawałem ich historie. Nawoływali się, szukali, pytali, nie wiedzieli, gdzie są i co się z nimi dzieje.
Otoczyli mnie i szarpali. Byłem przerażony! Odwróciłem się nagle, by stamtąd uciec, lecz stanąłem jak wryty. Przede mną stał chłopiec w niebieskiej koszulce i w spodniach ogrodniczkach, a obok niego czekał biały pies, który wesoło merdał ogonem. "Pamiętasz mnie?", zapytał po chwili i sprawnym ruchem głowy odrzucił opadające na oczy półdługie włosy. Patrzyłem na niego i nie mogłem wydusić z siebie ani jednego słowa. "Chodźmy stąd! Tu nie da się rozmawiać", chwycił mnie za rękę i jakby wraz z błyskiem światła znaleźliśmy się w innym miejscu. Staliśmy na brzegu jeziora, nad nami roztaczała się korona przepotężnego drzewa, a pogodni ludzie przechadzali się wzdłuż wody, gawędzili i karmili kaczki i łabędzie.
Usiadłem na pobliskim głazie i obserwowałem go, jak bawił się z psem. Wiedziałem, kim jest, ale bałem się w to uwierzyć. Podszedł do mnie.
"Dlaczego mnie tu sprowadziłeś?", zapytałem. "Ponieważ, pomimo znaków i snów, nadal wątpisz. Uwierzyłeś w gwiazdy i komety, ale nie potrafisz rozmawiać ze swoimi snami. We mnie teraz też nie wierzysz. Myślisz, że jestem tylko snem, który się wkrótce skończy. Wiedz, że nim nie jestem", odpowiedział i pogłaskał psa po głowie. "Od zawsze bałem się ciebie spotkać", wyszeptałem. Wyprostował się. "Gdy otworzysz szerzej oczy, przestaniesz się mnie bać", uśmiechnął się i zrobił dwa kroki do tyłu.
"Tamci wszyscy ludzie - wskazał ręką daleko za siebie - nie wiedzą, gdzie są, nie wiedzą tego, że umarli lub nie chcą tego zaakceptować, bo utknęli w ostatnim momencie swojego życia i próbują dalej żyć. Myślami nadal są w swoich domach i chcą rozmawiać z bliskimi. Minie milion lat zanim dotrą tutaj, nad wodę i odzyskają spokój. Muszą poczekać na swoją kolej".
Słuchałem go uważnie i próbowałem uchwycić sens tego, co mówił. "A gdy tu dotrą, to co potem?" "Większość z nich wybiera nowe życie - rodzą się, żyją, umierają i ponownie trafiają w to samo miejsce co teraz. I znów czekają na swoją kolej."
Usiadł na piasku i zaczął palcem rysować kreski, koła i krzyżyki. "Tylko nieliczni zostają tu na zawsze", dodał po chwili i zapatrzył się w wysokie konary, a biały pies położył łeb na jego kolanie i zasnął.
"Było ich tysiące, może nawet miliony! Byli w różnym wieku, różnej kondycji, niektórzy elegancko ubrani, inni w łachmanach, jeszcze inni kompletnie nadzy. Niektórzy stali w miejscu z opuszczonymi głowami, inni, trzymając ręce przy twarzach, obracali się dokoła siebie, jakby kogoś w tłumie wypatrując, jeszcze inni kucali i grzebali w piachu, chodzili na czworakach, kicali niby zające lub leżeli nieruchomo na plecach lub na brzuchach. Dostrzegłem także kilka par - trzymali się za ręce lub kurczowo obejmowali, bojąc się możliwości rozdzielenia. Nie mogli nic mówić, ponieważ ich usta były zrośnięte, lecz pomimo to nad tym tłumem unosił się przemieszany gwar różnorodnych głosów i szeptów: "Mamo, gdzie jesteś...; Podaj mi rękę, proszę...; Nie pamiętam, co się stało...; Wyszłam tylko do sklepu...; Przepraszam, czy widział pan moją żonę...; Tęsknię za tobą...; Wziąłem lekarstwo i położyłem się do łóżka...; Nigdy więcej mnie nie uderzysz...; Tato, tato, obudź się...; Oddaj mi to, to mój kapelusz...; Dlaczego mnie tak nienawidzisz...; Nie dam sobie rady, to dla mnie zbyt trudne...; Czy ty mnie jeszcze kochasz...; Zakopałam na działce własne dziecko...; Nie wiem, co się stało z tamtym kotem...; Chyba oślepiło mnie jakieś światło...; Tak bardzo boję się zastrzyków...; Gdzie jest moja lalka... "
Stałem pomiędzy nimi i słyszałem ich myśli, patrząc w ich twarze, poznawałem ich historie. Nawoływali się, szukali, pytali, nie wiedzieli, gdzie są i co się z nimi dzieje.
Otoczyli mnie i szarpali. Byłem przerażony! Odwróciłem się nagle, by stamtąd uciec, lecz stanąłem jak wryty. Przede mną stał chłopiec w niebieskiej koszulce i w spodniach ogrodniczkach, a obok niego czekał biały pies, który wesoło merdał ogonem. "Pamiętasz mnie?", zapytał po chwili i sprawnym ruchem głowy odrzucił opadające na oczy półdługie włosy. Patrzyłem na niego i nie mogłem wydusić z siebie ani jednego słowa. "Chodźmy stąd! Tu nie da się rozmawiać", chwycił mnie za rękę i jakby wraz z błyskiem światła znaleźliśmy się w innym miejscu. Staliśmy na brzegu jeziora, nad nami roztaczała się korona przepotężnego drzewa, a pogodni ludzie przechadzali się wzdłuż wody, gawędzili i karmili kaczki i łabędzie.
Usiadłem na pobliskim głazie i obserwowałem go, jak bawił się z psem. Wiedziałem, kim jest, ale bałem się w to uwierzyć. Podszedł do mnie.
"Dlaczego mnie tu sprowadziłeś?", zapytałem. "Ponieważ, pomimo znaków i snów, nadal wątpisz. Uwierzyłeś w gwiazdy i komety, ale nie potrafisz rozmawiać ze swoimi snami. We mnie teraz też nie wierzysz. Myślisz, że jestem tylko snem, który się wkrótce skończy. Wiedz, że nim nie jestem", odpowiedział i pogłaskał psa po głowie. "Od zawsze bałem się ciebie spotkać", wyszeptałem. Wyprostował się. "Gdy otworzysz szerzej oczy, przestaniesz się mnie bać", uśmiechnął się i zrobił dwa kroki do tyłu.
"Tamci wszyscy ludzie - wskazał ręką daleko za siebie - nie wiedzą, gdzie są, nie wiedzą tego, że umarli lub nie chcą tego zaakceptować, bo utknęli w ostatnim momencie swojego życia i próbują dalej żyć. Myślami nadal są w swoich domach i chcą rozmawiać z bliskimi. Minie milion lat zanim dotrą tutaj, nad wodę i odzyskają spokój. Muszą poczekać na swoją kolej".
Słuchałem go uważnie i próbowałem uchwycić sens tego, co mówił. "A gdy tu dotrą, to co potem?" "Większość z nich wybiera nowe życie - rodzą się, żyją, umierają i ponownie trafiają w to samo miejsce co teraz. I znów czekają na swoją kolej."
Usiadł na piasku i zaczął palcem rysować kreski, koła i krzyżyki. "Tylko nieliczni zostają tu na zawsze", dodał po chwili i zapatrzył się w wysokie konary, a biały pies położył łeb na jego kolanie i zasnął.
sobota, 8 października 2016
Sen 429. Zazwyczaj Lemury odchodzą we mgle. Sen Błękitnookiego
Błękitnooki odłożył książkę, gdy wszedłem do sypialni. Poprawił poduchę za plecami i się mi przyglądał. Miał na sobie czerwoną podkoszulkę od piżamy, a wilgotne włosy zaczesał do góry. Zerknąłem na grzbiet książki: Kazimierz Ajdukiewicz Logika i uniosłem brwi w przypływie zaciekawienia. "Znowu?", zapytałem. Uśmiechnął się. Usiadłem na brzegu łóżka. Przysunął się i objął mnie ramieniem. "Chciałbym opowiedzieć ci mój niesamowity sen", szepnął mi do ucha, zrobił głęboki wdech i zacieśnił swój uścisk.
"Słyszałem skomlenie psa w ogrodzie" - zaczął opowiadać - "był to tak żałosny głos, iż, nawet się nie ubierając, zbiegłem na dół. Wyjrzałem przez okno w kuchni, lecz murawa pokryta była mgłą gęstą jak spienione mleko i nie mogłem rozeznać, z którego miejsca ten głos dochodzi. Zawiązałem tenisówki na bosych stopach i wszedłem do ogrodu. Skierowałem się w stronę zawieszonego hamaka, lecz, ku mojemu zdumieniu, rósł tam ogromny krzew dzikiej róży. Znów dobiegł mnie skowyt. Minąłem różę i zanurzyłem się w mroku chrzęszczących liści, gałązek i pnączy. Szedłem po omacku, gdyż ścieżka była niewidoczna, a kłęby mgły sięgały mi kolan. Ciągle z oddali dochodził mnie głos żalącego się psa. W końcu dotarłem do drewnianego parkanu. Stwierdziłem, że zwierzę jest za nim, lecz nie mogłem tego sprawdzić, gdyż płot ten był nieopisanie wysoki. Zacząłem iść wzdłuż niego i, może po stu metrach, natrafiłem na wykopane w ziemi królicze przejścia. Przeciągnąłem się przez wąski tunel i stanąłem na bezkresnej równinie, która swoim kształtem przypominała lej o delikatnie obniżających się ścianach. Niekończąca się łąka porośnięta była sięgającym mi do łydek rozkwitniętym już wrzosem, a nad nią rozpościerało się niebo lawendowego koloru. Na samym dnie tej przestrzeni stało jezioro, a z jego środka wyrastało przeogromne drzewo, którego korona ginęła w niebotycznie wysoko płynących chmurach. Dokoła brzegów stawu coś się ruszało, drgało, falowało niby fatamorgana. Zrobiłem głęboki wdech, dla dodania sobie otuchy potarłem dłońmi ramiona i zacząłem schodzić w dół..."
Błękitny przerwał opowieść, sięgnął po szklankę z wodą i zapatrzył się w okno. "Co było dalej?", zapytałem. "Zobaczyłem wieczność", szepnął i ucałował mnie w szyję.
"Słyszałem skomlenie psa w ogrodzie" - zaczął opowiadać - "był to tak żałosny głos, iż, nawet się nie ubierając, zbiegłem na dół. Wyjrzałem przez okno w kuchni, lecz murawa pokryta była mgłą gęstą jak spienione mleko i nie mogłem rozeznać, z którego miejsca ten głos dochodzi. Zawiązałem tenisówki na bosych stopach i wszedłem do ogrodu. Skierowałem się w stronę zawieszonego hamaka, lecz, ku mojemu zdumieniu, rósł tam ogromny krzew dzikiej róży. Znów dobiegł mnie skowyt. Minąłem różę i zanurzyłem się w mroku chrzęszczących liści, gałązek i pnączy. Szedłem po omacku, gdyż ścieżka była niewidoczna, a kłęby mgły sięgały mi kolan. Ciągle z oddali dochodził mnie głos żalącego się psa. W końcu dotarłem do drewnianego parkanu. Stwierdziłem, że zwierzę jest za nim, lecz nie mogłem tego sprawdzić, gdyż płot ten był nieopisanie wysoki. Zacząłem iść wzdłuż niego i, może po stu metrach, natrafiłem na wykopane w ziemi królicze przejścia. Przeciągnąłem się przez wąski tunel i stanąłem na bezkresnej równinie, która swoim kształtem przypominała lej o delikatnie obniżających się ścianach. Niekończąca się łąka porośnięta była sięgającym mi do łydek rozkwitniętym już wrzosem, a nad nią rozpościerało się niebo lawendowego koloru. Na samym dnie tej przestrzeni stało jezioro, a z jego środka wyrastało przeogromne drzewo, którego korona ginęła w niebotycznie wysoko płynących chmurach. Dokoła brzegów stawu coś się ruszało, drgało, falowało niby fatamorgana. Zrobiłem głęboki wdech, dla dodania sobie otuchy potarłem dłońmi ramiona i zacząłem schodzić w dół..."
Błękitny przerwał opowieść, sięgnął po szklankę z wodą i zapatrzył się w okno. "Co było dalej?", zapytałem. "Zobaczyłem wieczność", szepnął i ucałował mnie w szyję.
czwartek, 6 października 2016
Sen 428. Erka na izbie przyjęć i inne mecyfije z półkuli południowej
Wyjście do miasta w niedzielę wieczorem zakończyło się szkaradnym wypadkiem. Ponownie strzeliło mi w krzyżu i fatalnie upadłem na chodnik. Zblokowało mi kręgosłup i barki i nie mogłem się podnieść. Erka zawiozła mnie do szpitala, jednak zanim załadowano moje kości na nosze, trzeba było uśpić mnie głupim jasiem... Na izbie przyjęć obudziłem się z setką gwiazd nad głową...
Anastazja nie pracuje już ze mną w restauracji! Szef zwolnił ją z pracy, z powodu wiadomego tylko jemu, wysyłając do niej smsa z takąż informacją. Najpierw dziewczyna się popłakała, a potem śmialiśmy się z tego faktu prawie do rozpuku. Teraz ja czekam na podobną wiadomość, gdyż nie byłem ostatnio w pracy dwa razy z powodu mojej niedyspozycji. W tym tygodniu także nie mogę pójść, gdyż ledwo co chodzę. Pojechaliśmy z Błękitnym zawieźć notatkę od lekarza - szef spojrzał na Bzyczka jak na kosmitę i burknął do mnie: "Masz kogoś na swoje miejsce?!" I nie było to pytanie, lecz pretensja z fochem. "Niestety nie", odparłem, a on się nadął i burknął do Bzyczka: "To ty przyjdź!" Błękitny wytrzeszczył oczy, na twarzy i szyi pojawiły mu się czerwone plamy i wydusił: "Nigdy w życiu..." Zapytałem się go potem, dlaczego się tak zdenerwował. "Wiesz co! To totalny chuj! Pracujesz u niego prawie dwa lata, przychodzisz o kulach ze zwolnieniem lekarskim, a on się pyta, czy masz kogoś na swoje miejsce!!" Bzyczek trzasnął drzwiami samochodu i nie odzywał się przez całą drogę do domu.
W pierwszej pracy cyrk. Sami nowi ludzie, przyjezdni menadżerowie wprowadzili swoje zasady. W pierwszym dniu po urlopie byłem pod ustawicznym obstrzałem (w ogóle nie było mnie na rocie). Z początku myśleli, że jestem kimś zupełnie nowym i próbowali mnie uczyć podstawowych zadań, dopiero później się zorientowali, że przecież pracuję na stanowisku supervisora i robili głupie miny. Niestety, drugiego dnia poszedł mi dysk i tyle mnie widzieli (i ja ich także).
Niedobrze się zaczęło.
Anastazja nie pracuje już ze mną w restauracji! Szef zwolnił ją z pracy, z powodu wiadomego tylko jemu, wysyłając do niej smsa z takąż informacją. Najpierw dziewczyna się popłakała, a potem śmialiśmy się z tego faktu prawie do rozpuku. Teraz ja czekam na podobną wiadomość, gdyż nie byłem ostatnio w pracy dwa razy z powodu mojej niedyspozycji. W tym tygodniu także nie mogę pójść, gdyż ledwo co chodzę. Pojechaliśmy z Błękitnym zawieźć notatkę od lekarza - szef spojrzał na Bzyczka jak na kosmitę i burknął do mnie: "Masz kogoś na swoje miejsce?!" I nie było to pytanie, lecz pretensja z fochem. "Niestety nie", odparłem, a on się nadął i burknął do Bzyczka: "To ty przyjdź!" Błękitny wytrzeszczył oczy, na twarzy i szyi pojawiły mu się czerwone plamy i wydusił: "Nigdy w życiu..." Zapytałem się go potem, dlaczego się tak zdenerwował. "Wiesz co! To totalny chuj! Pracujesz u niego prawie dwa lata, przychodzisz o kulach ze zwolnieniem lekarskim, a on się pyta, czy masz kogoś na swoje miejsce!!" Bzyczek trzasnął drzwiami samochodu i nie odzywał się przez całą drogę do domu.
W pierwszej pracy cyrk. Sami nowi ludzie, przyjezdni menadżerowie wprowadzili swoje zasady. W pierwszym dniu po urlopie byłem pod ustawicznym obstrzałem (w ogóle nie było mnie na rocie). Z początku myśleli, że jestem kimś zupełnie nowym i próbowali mnie uczyć podstawowych zadań, dopiero później się zorientowali, że przecież pracuję na stanowisku supervisora i robili głupie miny. Niestety, drugiego dnia poszedł mi dysk i tyle mnie widzieli (i ja ich także).
Niedobrze się zaczęło.
sobota, 1 października 2016
Sen 427. Starość nie radość
Od dwóch dni leżę unieruchomiony. W czwartek w pracy coś strzeliło mi w krzyżu. Pokłuto mnie zastrzykami, nafaszerowano różnymi prochami i tabletkami. I nic! Nadal jęczę i stękam, bo boli jak cholera... Mam wrażenie, że im więcej biorę leków, tym bardziej boli... A najgorsze jest to, że sam do kibelka nawet nie mogę pójść...
Chyba nadszedł już czas, by za ładną urną się rozejrzeć...
Chyba nadszedł już czas, by za ładną urną się rozejrzeć...
poniedziałek, 26 września 2016
Sen 426. Czas w drogę
Nastał koniec!
O 12.30 wylatujemy z Katowic do Luton, a potem nocnym lotem do SP. W domu powinniśmy być jutro po południu.
Do następnego razu!
Cheers!
O 12.30 wylatujemy z Katowic do Luton, a potem nocnym lotem do SP. W domu powinniśmy być jutro po południu.
Do następnego razu!
Cheers!
Subskrybuj:
Posty (Atom)

