Z kuchni wyrwało mnie łomotanie do drzwi. Mnąc ścierkę w rękach, zerknąłem przez judasza. Sąsiadka z piętra wyżej. Jędza w skołtunionym szlafroku i z rozjazgotanym kudłatym jorkiem pod pachą. Otworzyłem drzwi. Doleciał do mnie smród słodkiej i stęchłej perfumy. "Panie sąsiedzie...", wysunęła pewnie brodę w moją stronę i bacznie, pomijając moją postać, lustrowała wnętrze mieszkania. "Całe rano ujadał i wył wasz pies! Spać nie można! Mieszkać nie można! Nic nie można!", piskliwie wyrzucała z siebie gorzkie żale, ciągle czegoś za mną wypatrując. "Pies?", najpierw zapytałem, a potem stanowczo jej oznajmiłem: "Tutaj przecież nie ma psa!" "Hrow! Hrow! Hrow! Hrow!" nagle rozległy się za mną ciężkie basowe szczeknięcia. "Czy ja dziś, kurwa, wyglądam na idiotkę?", zapytała z triumfem. Rzuciłem ścierkę na szafkę i szybko udałem się do dużego pokoju. Sąsiadka chyba tylko na to czekała, gdyż, bez zaproszenia, potruchtała za mną. W fotelu siedział Średni Cezar i palił papierosa. "Ty tak na serio?", wydarłem się do niego. "Hrow! Hrow! Hrow!", zaszczekał w kierunku skamieniałej z wrażenia kobiety. Ta, po chwili, jak ryba otworzyła usta, od razu połykając pół tony powietrza, spojrzała na mnie, zbyt szybko mrugając oczyma, nieco tracąc przy tym równowagę, poprawiła kudłatego jorka pod pachą i z idiotyczną miną, jak napruta sarenka, poskakała w kierunku drzwi wyjściowych.
Tagi
sobota, 10 kwietnia 2021
piątek, 9 kwietnia 2021
646. Pięciozłotówka wrzucona w błoto
"Czy to jest normalne, co on wyprawia??", Błękitny z wyrzutem spojrzał najpierw na mnie, a potem uniesieniem głowy wskazał na Średniego Cezara. Zerknąłem na tamtego z politowaniem. Stał przy oknie. Zawinął się w firanę jak egipska mumia i próbował obgryzać, jak jeszcze nigdy w porze zimowej wcześniej kwitnącą, trawę świętojańską. Na pomoc wzywał wszystkich świętych, klął jak szewc i szczerzył zęby, a gdy się odkręcił z firany, nie patrząc na płynący z zewnątrz ziąb, otworzył okno i nerwowo zapalił papierosa. "Rzucając mu wtedy na ulicy tę pięciozłotówkę, wylałeś nasze dziecko z kąpielą", stwierdziłem, odnosząc się do sytuacji. "Gore!", wzdrygnął się Błękitny, "Pieprzyć pięć złotych! Najgorsze jest to, że on, jak krowa, trawę żre!"
645. Panienka z okienka
"Słuchaj", pewnego wieczoru Błękitny obniżył głos i wziął mnie na stronę. Weszliśmy do łazienki, nie świecąc nawet światła. "Słuchaj", powtórzył spokojnie i zaczął pukać we mnie palcem wskazującym, "Nie możemy pozwolić na to, by Markiza łaziła po mieszkaniu w pufiastych pantalonach i z cycami na wierzchu", nieco komediowym ruchem przeczesał swoje włosy, które, od dawna nie skracane, zaczęły spadać mu już na oczy. "Hmmm...", westchnąłem. "Nie hymuj mi tu, tylko pomyśl, co z nią zrobić, bo ona wieczorami macha gołymi cycami przy odsłoniętym oknie!", zauważyłem ognie świętego Elma w jego oczach. "Może to jakaś rozbierana joga?", zapytałem bezradnie. "Jasne! Kamasutra z mopem!", zakpił Błękitny. "Zobaczysz, co będzie, jak ludziska wezmą nas na języki za to, że mieszkamy - my! i to właśnie my! - z podejrzaną babą, która się negliżuje w naszym oknie", szepnął poważnie Błękitny. Wzruszyłem ramionami i stwierdziłem: "Powiemy, że to lokalna panienka z okienka".
644. Filozofia czystości z powidłami śliwkowymi w tle
"Zaczynasz cuchnąć! Ile ty już łazisz w tej samej koszulce?", zagadnąłem Błękitnego w kuchni, gdy zauważyłem, jak uwalane powidłami palce wytarł o siebie. "Nie pamiętam...", odparł i wsadził do ust łyżkę z porcją powideł śliwkowych. Rzadkie konfitury skapały mu na koszulkę. "Phiii", wzruszyłem ramionami. "Zresztą... lockdown jest... siedzę w domu i nikt tego nie widzi...", wydął policzki i znów wsadził do ust porcję powideł. "Ja cię widzę!", krótko skwitowałem. "Ty jesteś domowy, więc się nie liczysz", zapchał usta powidłami i wywrócił oczyma, jak miał to w zwyczaju.
643. Życiowe standardy
Już na schodach otoczył nas zapach smażonej cebuli. Po cichu weszliśmy do przedpokoju. Głośna pseudonaukowa rozmowa. W kuchni dominowały dwa głosy, przerywane chichotem i klątwą. Jeden należał do Błękitnookiego, drugi do Średniego Cezara.
- Podczas dobrego ruchanka lubię sobie pokwiczeć, pomiaukać i pooo... - głos się urwał i zawisł pod sufitem niby ciężka deszczowa chmura napełniona błyskawicami i kulami ognia, gdy tylko zostaliśmy zauważeni, i pewnie nie chodziło o mnie, ale o Markizę, która, aby ukryć wzrastające rozbawienie, częściowo przysłoniła twarz bukietem goździków.
Zdumiony Błękitnooki raptownie odwrócił się w naszą stronę. W ręku zastygło mu kuchenne mieszadełko. - Oeehhh... - wydusił coś niezrozumiałego i po chwili ryknął do Średniego Cezara: "Do kąta! Siedź tam cicho!" I znów, z wymownie uniesionymi brwiami, spojrzał w naszą stronę.
642. Goździki
Dość często rozmawiam z Markizą.
Któregoś wieczoru - siedzieliśmy wtedy przy stole i popijaliśmy angielską Earl Grey - oznajmiła, że już od jakiegoś czasu krążyła wokół, zataczała kręgi, czaiła się niby kot, badała teren, jego grząskość i chwiejność, i w końcu zadecydowała wyjść z ukrycia. Dostrzegłem ją, gdy nieco chwiejnym krokiem, pewnie znów dokuczały jej wysokie przedwojenne trzewiki, wynurzyła się ze sklepu z naręczem tandetnych i tanich ciętych goździków.
Przeszyła mnie swym spojrzeniem i wolną rękę schowała w fałdach sukni. "Ja...", bąknąłem i chciałem zapaść się pod ziemię. "Mało się zmieniłeś", wysunęła nos w moją stronę, tak jakby chciała mnie powąchać, "Przytyłeś jedynie i zszedłeś na psy pod względem wyglądu", staksowała mnie od góry do dołu i od dołu do góry i uniosła brwi w zdziwieniu. Spojrzałem na siebie. "Ma rację", pomyślałem i zasunąłem szybko suwak starej rozwleczonej bluzy, by zakryć pognieciony podkoszulek.
"Co tu robisz?", zapytałem i wbiłem w nią wzrok. "Przybyłam z kilku powodów", wzruszyła ramionami w taki sposób, że falbaniasty czepiec zsunął się jej na czoło. Zgrabnym ruchem odrzuciła go do tyłu wolną ręką, lecz w tym samym momencie z ramienia zsunęła się jej torba i zahaczyła o naręcze goździków. Kwiaty posypały się na chodnik. "A niech je wszystkie wciórności!", syknęła i zaczęła je zbierać. Jeden po drugim wybierała kwiaty według kolorów i wielkości. Coś pod nosem szeptała, lecz tego nie można było w żaden sposób zrozumieć.
"A gdzie się podziewa płowy jajogłowy z brazylijskich stepów?", zapytała nagle, gdy tylko skończyła wiązać wstążką zebrane goździki. Zaskoczyłem dopiero po chwili. "W domu. Pewnie coś czyta lub gotuje", pokiwałem głową. "To chodźmy do niego", zaproponowała i, lekko utykając, przeszła przez ulicę na drugą stronę chodnika.
środa, 18 listopada 2020
641. Nieuk
Za wybór moich lektur, dotyczących historii Polski i holokaustu, zostałem nazwany nieukiem...
Hmmm...
OK... Niech i tak będzie.
niedziela, 15 listopada 2020
640. Dzień za dniem
Mam nadzieję, że pomału wszystko się tutaj stabilizuje. Dwa tygodnie temu zacząłem nową pracę - pierwszą pracę w Polsce po tak długim okresie emigracji. Jeszcze mnie tam trenują, sprawdzają i objaśniają, ale część prac już potrafię wykonać sam. Nie jest to praca górnych lotów i spełnionych marzeń, ale, jak się okazało - tylko tam mnie chcieli. W innych miejscach patrzyli na moje CV z krzywymi minami, marszczyli nosy, unosili brwi w zdziwieniu, kiepsko ukrywali ironiczne uśmieszki, kpili prosto w oczy, a gdy wychodziłem - wrzucali moje CV do śmietnika (nawet kierowany przez agentkę z urzędu pracy pod konkretny adres całowałem tam klamki i słyszałem - Co??!! Zwariował pan?? Studia podyplomowe? Zaczęty doktorat?? O!! Co to to nie! Do widzenia panu!). W domu Błękitnooki otworzył moje CV w komputerze i wykasował wszystko to, co było ponad standard. Została goła magisterka, ale nadal było źle - "Zbyt wysokie kwalifikacje", ciągle słyszałem i wychodziłem z kwitkiem (moja agentka potem nawet przestała do mnie dzwonić, bo wszędzie, gdzie mnie zgłaszała i posyłała, mi odmawiano). Błękitny obserwował i kiwał głową z niedowierzaniem, "Mnie też to czeka, mnie też to czeka", powtarzał.
W miniony wtorek przyszła do nas sąsiadka z parteru. Drzwi otworzył Błękitny. "Och..., ach..., uch... dzień dobry... och, przyszło wezwanie do sprzątania naszego kościoła... ach, zbieramy na kwiaty i środki czystości... iiii..." stękała i się jąkała. "Sprzątanie kościoła?", zapytał Błękitny. "Pierwszy raz w życiu o czymś takim słyszę. A czy ci z kościoła nie mogą sobie sami posprzątać?" Wyszedłem z małego pokoju i stanąłem tuż za nim. Sąsiadka zmierzyła nas od stóp do głów i cofnęła się o dwa kroki. "Ach... wszyscy mieszkańcy zbierają się po 120 złotych...", nie skończyła, bo Błękitny wszedł jej w słowo: "Proszę pani, niech sprzątają ci, co tam chodzą, a takie zbieranie na kościół to zwykłe wyłudzenie pieniędzy". Kobietę zatkało. Zakołysała się, zwróciła się w lewo, potem w prawo, chyba nie wiedziała, w którą stronę ma pójść, w końcu zwróciła się w stronę schodów. "Nie jesteśmy zainteresowani", odparł z pięknym uśmiechem i zamknął drzwi. "Gratuluję!", wycedziłem. "Profesjonalnie olałeś ją ciepłym moczem", zaśmiałem się. "Będzie na nas gadać przez następne pół roku", dodałem. "Phiii... niech gada... Ale sam zobacz...", oparł się o blat w kuchni, "mam wziąć swoje wiadro, swojego mopa, ścierę, mam iść i kupić, za własną kasę!, wszystkie środki czystości, mam pójść tam i sprzątać jakieś brudy, mam poświęcić swój czas i jeszcze dodatkowo muszę im za to zapłacić 120 zeta! Toż to legalny rozbój!" "Rzucamy perły przed wieprze...", skonstatowałem. Błękitny pokiwał tylko głową.
Nadal propagujemy akcję: "Zamiast paczki fajek - książka na półkę"
![]() |
sobota, 7 listopada 2020
639. Tak, tak, tak...
Ameryka ma Joe Bidena, a my nadal mamy skaczącego pajaca z długopisem...
Uchhh,,,,
czwartek, 29 października 2020
638. Wrogowie pana Kaczyńskiego
Miało nie być tego tekstu, ale się stało, że jest.
Prezes PiS, Jarosław Kaczyński znalazł sobie nowego wroga.
Prezes PiS, Jarosław Kaczyński bez wrogów nie czuje się godnym politykiem, Polakiem, gorliwym katolikiem i władcą.
Prezes PiS, Jarosław Kaczyński uwielbia patrzeć z góry na tych, których miażdży i upokarza.
Prezes PiS, Jarosław Kaczyński chciałby być jak Bolesław Chrobry, który, otoczony wrogami z południa, północy, wschodu i zachodu, odnosi nad nimi zwycięstwa i stoi na polu chwały, unosząc zakrwawiony krzyż w niebiosa, wołając "To jest moja Polska!!"
Funkcjonowanie i politykowanie dla pana Kaczyńskiego bez wrogów na horyzoncie lub tuż pod ręką nie ma sensu. Takowy zawsze musi być! Jeśli nie napatoczy się sam, to trzeba go poszukać. I sprowokować! Zaczepić, kopnąć, opluć i poniżyć. A potem triumfować nad jego truchłem i puchnąć z dumy.
Tych wrogów trochę już było:
- WSZYSCY (czyli dokładnie nie wiadomo kto), którzy doprowadzili do katastrofy tupolewa - "kanalie", krzyczał prezes i groził pięścią "kanalie! zabiliście mi brata!" Prawda jest taka, że nikt go nie zabił, a nieszczęśnik zginął w katastrofie lotniczej. Cóż z tego, że prezes się tak pieni - prawda jest taka, że przez tyle lat swojej władzy nie zrobił nic, by sprowadzić wrak samolotu do Polski. Tupolew nadal niszczeje na rosyjskim lotnisku. Jaki jest sens tej wojny?
- LGBT - tak naprawdę geneza konfliktu PiS-u ze społecznością LGBT jest znacznie bardziej skomplikowana niż można zakładać i przyszła z zewnątrz. Konflikt ten nie jest tworem sejmowym, pomimo że właśnie tam rozegrała się najzaciętsza bitwa, a poszczególne jej etapy tlą się nadal. Wojna z LGBT wyszła z Kościoła Katolickiego jako zemsta i odwet za nagłośnienie problemu pedofilii. Kościół, by wybrnąć z kompromitujących spraw pedofilskich i, aby odciągnąć uwagę od siebie i kryć wszystkich winnych, palcem wskazał na społeczność LGBT i nazwał ją "Tęczową zarazą". PiS i Kościół to naczynia połączone. By kryć księży pedofilów i wszystkich tych, którzy to ukrywali, PiS zaatakował społeczność LGBT z mównicy sejmowej. I tak mniejszość stała się wrogiem ogólnonarodowym, a do walki z nimi zaangażowano bojówki narodowców i neofaszystów.
- KOBIETY - aktualny wróg pana prezesa. Ustawa antyaborcyjna, ogłoszona w tak tragicznym i trudnym dla wszystkich czasie pandemii, w ogóle nie związana z aktualnymi ważnymi sprawami, tak naprawdę tylko stała się przyczynkiem do konfliktu. Wzburzone kobiety wyszły na ulice, domagając się godności, sprawiedliwości, uznania i wolnego wyboru w decydowaniu o sobie. Wojna z kobietami na polskich ulicach przerodziła się w coś innego - w nowego wroga, którego trzeba zlikwidować.
- PRZECIWNICY KOŚCIOŁA TO WROGOWIE POLSKI - to nowy wróg! Prezes Kaczyński w "orędziu narodowym", wystylizowany na groźnego generała i władcę północnokoreańskiego, używając wzniosłych słów nawołuje do walki w obronie kościołów, buntuje Polaków przeciw sobie i żąda krwawej, bratobójczej rzezi. Wznieca wojnę domową i nasyła na swoich rodaków bojówki narodowców i neofaszystów (skąd my już to znamy?). Już raz krew została przelana. Czy naprawdę trzeba jej więcej, by prezes Kaczyński puchł z zadowolenia?
Opozycja polityczna, uchodźcy, mniejszości etniczne, LGBT, wrogowie Kościoła, ateiści, naukowcy, nauczyciele, lekarze, pielęgniarki, górnicy, rolnicy - tę listę wrogów prezesa Kaczyńskiego można jeszcze ciągnąć.
Czy to już nie dość?
Nowym wrogiem stały się kobiety - Polki - siostry, matki, żony, kuzynki, szwagierki, ciotki, babcie, przyjaciółki, koleżanki, znajome i sąsiadki. Sam sobie go wybrał. Chciał pokazać im, że według niego i jego klakierów, wszystkie panie powinny stać, i to bez słowa sprzeciwu, przy garach, pralkach, odkurzaczach, zlewozmywakach i suszarkach. Niestety nie udało mu się to. I teraz jest zły. Bardzo zły! Wściekły! Rozwścieczony! Grozi pięścią i wykrzykuje swoje niezadowolenie. Jak rozkapryszone dziecko z piaskownicy, któremu inne dzieci podeptały piaskowe babki, wzywa na pomoc liczniejszych i silniejszych - policję, bojówki narodowców i neofaszystów (wojsko czeka w pogotowiu) i każe im siłą zmusić swoich wrogów do klęknięcia przed nim.
Tajemnicą Poliszynela jest to, że kobiety w prywatnym życiu pana Kaczyńskiego są solą w jego oku, natomiast zawodowo nie może się od nich opędzić! Panie z jego licznej świty, jeśli zajdzie taka potrzeba, są gotowe w potyczkach zasłonić go własnymi piersiami, ochronić przed napastnikiem i oddać za niego życie. Panie z jego świty, jeśli trzeba, klękają przed nim i całują go po świętych dłoniach! A Jarosław puchnie z zadowolenia i powtarzając pod nosem własne imię, sam siebie dopinguje (jeśli mam być szczery, to pan Kaczyński nie ma gustu w doborze kobiet do swojej świty - rozkrzyczane, z różańcami w torebkach, o karykaturalnie zarysowanych rubensowskich kształtach, większa ich część już dawno przekwitła, zbladła i zwiędła, do tego o topornych i troglodyckich umysłach). No cóż - De gustibus non est disputandum.
I tu pojawia się pewna nieścisłość i brak logiki: Dlaczego pan Kaczyński, tak uwielbiany przez kobiety swojej świty, wypowiada im wojnę jako kobietom rodzaju kobiecego? Może pan prezes oczekuje czegoś więcej, lecz wstydzi się poprosić i dlatego chce zmusić je siłą? Pała policjanta, kopniak narodowca, kuksaniec neofaszysty mogą być skuteczne! A co jeśli nie? Czy pan prezes się rozpłacze, tupnie nóżką, machnie rączką, obrazi się i schowa się z powrotem w szafie? Nie! On ucieknie do domu i z kotem na rękach będzie przez okno patrzył na setki policjantów, którzy ofiarniczo stoją przed jego pałacem. Tak lubi najbardziej!
Warto zapytać - po co ta wojna i kto będzie kolejnym wrogiem?
