Zabytkowe Miasto powitało mnie ładną, lecz chłodną pogodą. Bzyczka dostrzegłem tuż przed głównym wejściem do galerii. Niebieska kurtka, czarne spodnie, białe sportowe buty. Stał zwrócony twarzą do szyby i zauważył mnie dopiero wtedy, kiedy stanąłem tuż za nim. W odbiciu okna widziałem, jak się uśmiechnął. Odwrócił się i objął mnie ramionami. Obraz jego twarzy tylko mignął mi przed oczami, ale to wystarczyło, bym dostrzegł coś nienaturalnego. "Ależ się cieszę, że cię widzę", szepnął mi do ucha. Dość długo trzymał mnie w ramionach, a gdy zrobił dwa kroki do tyłu, na pewno dostrzegł moje zaniepokojenie i zszokowanie. Udał, że nie widzi. Grał dobrą rolę i uśmiech nie schodził mu z twarzy. "Jak się masz? Co stoisz jak słup soli? Wejdźmy do środka", odezwał się po chwili i pociągnął mnie za rękę.
Pamiętam wszystkie momenty, kiedy się uśmiechał w podobny sposób. Wtedy, kiedy był zadowolony, radosny i szczęśliwy. Właśnie w tamtej chwili, gdy spojrzałem w jego (lub już nie jego) smutne błękitne oczy, obrazy te stłoczyły się w mojej głowie i pulsowały, kotłowały się niby tłok w samochodowym silniku. To była zarazem jego i nie jego twarz...
Pamiętam, jak rankami siadywał w ratanowym fotelu na tarasie naszego domu. Promienie słoneczne padały wprost na niego, a on spokojnie pił kawę, przeglądał gazety, kartkował książkę lub wpatrywał się w ogród. Wtedy właśnie tak się uśmiechał...
Albo wtedy, gdy zrobił grilla i chwalił się, że sam z procy ustrzelił szkaradne ptaszyska, które każdej nocy darły się z pobliskich drzew..., albo wtedy, kiedy odkrył jeziorko za płaskowyżem, do którego skakaliśmy ze skalnej półki..., albo wtedy, gdy wraz z synami sąsiadów, Bruno i Enrique, biegał wokół stołu i dawał im słodycze..., albo wtedy, gdy pakował nasze walizki przed podróżą do Europy...
Uśmiechnął się też w taki sposób, gdy naszej sąsiadce, Cyklopce powiedział, że jest nowym proboszczem...
Sporo było takich chwil, gdy właśnie taki uśmiech pojawiał się na jego twarzy.
A teraz nie była to jego twarz... Zakola na czole, zapadnięte policzki, podkrążone oczy, wąskie usta zapadnięte w podkówkę, a kiedyś, piękne, proste i długie ciemne brwi - dziś przełamane... Pozostał tylko kolor jego oczu... Głęboki morski błękit...
Usiedliśmy w kącie małej ciastkarni. Obaj mieliśmy ochotę na coś słodkiego. Opowiadał o Belo, o pracy, o nowych projektach, o wyjazdach służbowych do stolicy, o braku czasu praktycznie na wszystko. Raczej nie mówił nic konkretnego. Plątał się. Słuchałem go uważnie i od razu wychwyciłem logikę jego działania: wziął na siebie zbyt dużo obowiązków tylko dlatego, by uciec od problemów.
Wielu ludzi tak robi, szczególnie zaś obarczają się nadmiarem pracy i różnymi wyjazdami, by nie przebywać w domu, jeśli kłopoty właśnie tam się znajdują.
Jak się później okazało, jego problemy były dużo większe niż przewidywałem.
"Powiedz mi, co u ciebie", przerwałem mu w pewnej chwili. "Cały czas opowiadam", zerknął na mnie. "Nie. Mówisz o wszystkim i o niczym. Opowiedz mi o sobie. Jak się masz, jak się czujesz, powiedz mi o planach na wakacje, o tym, co robisz, gdy się nudzisz, co robiłeś ostatnio na obiad, czy utrzymujesz kontakt z Alwarezami. Powiedz mi, kiedy byłeś ostatnio na płaskowyżu, kiedy ostatni raz uprawiałeś seks i czy wysprzątałeś cholerną łazienkę..." Nieco się uniosłem i zacisnąłem zęby. "Wybacz...", szepnąłem. Zastygł i wlepił we mnie wzrok.
Czułem, iż się krępuje. Waha się. Jest niepewny tego, jak mogę zareagować. Pojawiło się w mojej głowie proste pytanie: "Czy on zaczął się mnie bać?"
"Chcesz się przespacerować?", zaproponowałem, by rozładować sytuację. "Możemy odwiedzić moją koleżankę. Pracuje w herbaciarni. Chwilę pogadamy, może ma gotową herbatkę jaśminową... Nawet dobra..." Sięgnął po kurtkę, "No to chodźmy!", odparł. Przeszliśmy przez piętro galerii i zjechaliśmy schodami na dół. Okazało się, że na drzwiach sklepu wisiała tabliczka "Zaraz wracam". Wyszliśmy na parking puścić dyma. Wróciliśmy, lecz sklep nadal był zamknięty. Zrezygnowaliśmy z czekania i poszliśmy w kierunku miasta.
Przysiedliśmy na murach przy zamku. Roztaczał się stamtąd widok na miasto oraz na daleki łańcuch gór.
Bzyczek milczał od jakiegoś czasu. Nic nie mówiłem. Nie pytałem. Czekałem.
"Złożyłem w firmie wniosek o przeniesienie do innego oddziału", oznajmił. Z ukosa spojrzałem na niego. "Oczywiście wiąże się to z przeprowadzką", kontynuował. " W SP niestety się nie widzę... To miasto mnie przytłacza i przeraża... W RJ nie dam sobie rady finansowo, więc zostaje stolica lub jakaś dziura... Jeśli oczywiście mój wniosek zostanie przyjęty...", dodał po chwili i westchnął. "A co, jeśli nie?", zapytałem. Zwrócił się w moją stronę i: "Nie mogę zostać dłużej w Belo", oznajmił stanowczo. "Bo?", odparowałem natychmiast.
Jego wzrok utkwił gdzieś daleko. Zapatrzył się. Zamyślił. Pewnie analizował po raz setny wszystkie argumenty, które gromadził w swej pamięci od długiego czasu. Analizował i wybierał te najlepsze, najtrafniejsze, najlogiczniejsze. Znam sposób jego myślenia i interpretowania faktów, lecz nie spodziewałem się tego, co zamierzał mi powiedzieć.
"Zawsze możesz przyjechać do mnie", powiedziałem. "Może w domu miejsca dużo nie ma, być może nie znajdziesz takiej pracy, jak masz teraz, ale będziesz miał ciszę i spokój". Uśmiechnął się i lekko pokiwał głową.
"Powiesz mi, co się stało?", tym razem postanowiłem pytać o konkrety.
"Chodźmy gdzieś na kawę. Jest mi już zimno", zeskoczył na chodnik i wsadził ręce w kieszenie kurtki. "A może po prostu pojedziemy do domu?", zaproponowałem. "Nie. Jeszcze nie. Chodźmy!", odparł.
Poszliśmy do Delicji. "Jak ja dawno tu nie byłem!", stwierdziłem, rozglądając się dokoła. Praktycznie wszystkie stoliki były wolne. Usiedliśmy w rogu, tuż przy oknie.
"Andrea wróciła do firmy. Teraz to wielka pani! Jest dyrektorką całego działu projektów i, na moje nieszczęście, moją szefową!", zaczął w końcu mówić. "Szarogęsi się na całego! Zaraz trzeciego dnia zrobiła zebranie i oznajmiła, że koniecznie trzeba zrobić kadrowe porządki. Rzuciła na stół nasze teczki z projektami i darła się: "To śmieci! Same śmieci! Tak nie może być!" A potem wysłała mnie na tygodniowe szkolenie do Mendozy! Czy ty to słyszysz?! Do Mendozy! Na mój własny koszt!" Błękitnooki, jakby w przypływie nowej fali niedowierzania, kręcił głową. "Potem, gdy już stamtąd wróciłem, wezwała mnie do siebie i stwierdziła, że moje kwalifikacje są niewystarczające i nie mogę dłużej pracować w dziale projektów. Wyszedłem, trzaskając drzwiami. Następnego dnia faksem wysłałem dwutygodniowe zwolnienie od lekarza. Nie chcę tam już wracać, bo wiem, że cokolwiek bym zrobił, będzie tylko gorzej i gorzej..."
"To dlatego zacząłeś pić?", widząc, że się otworzył, postanowiłem drążyć temat jego tak fatalnego samopoczucia, jak i tragicznego wyglądu. "I tak, i nie", odparł po chwili. "Thomas wrócił do swojej byłej żony...", oznajmił. "I zostałeś sam w domu?", zapytałem. Pokiwał tylko głową.
W trakcie drogi do domu Bzyczek zmienił temat. "Czy wiesz, że znów zacząłem śnić? Często śni mi się nasze drzewo wieczności. Jednego razu udało mi się dotrzeć do jego pnia i zerknąć w górę. To było piękne! Na samym czubku znajduje się ogromna gwiazda. Po jej warkoczu ludzie wspinają się i nikną w obłokach mgły... Wierzysz mi, prawda?", zapytał. "Oczywiście, że tak", odparłem.
Zostawiliśmy samochód na parkingu przed blokiem i wolnym krokiem zmierzaliśmy do domu. Pech chciał, że przed klatką wejściową natknęliśmy się na sąsiadkę Cyklopkę. Rozmawiała z jakąś swoją znajomą. Gdy tylko nas rozpoznała, zamilkła i chyba z doznanego szoku rozchyliła usta i gapiła się na nas niby jak na święty obrazek. Bzyczek kiwnął jej głową jako pierwszy: "Dzień dobry!" Kobiecina z wrażenia nie odpowiedziała. Patrzyła na nas dopóki, dopóty nie zamknęły się za nami drzwi.
Późnym wieczorem Błękitnooki przyszedł do mojego pokoju i położył się obok mnie. Oparł głowę na moim ramieniu i patrzył w sufit. "Pamietasz, jak kiedyś graliśmy w teatrzyk cieni?", zapytał. Wystawił ręce pod światło, a na ścianie pojawiły się cienie. Dołączyłem do zabawy. Po chwili położył rękę na moim sercu. Milczał, a ja słuchałem, jak oddycha. "Opowiesz mi jeszcze raz swój sen o drzewie wieczności?", zapytałem i zanurzyłem palce w jego włosach. "Opowiem", odparł, a ja usłyszałem ukrytą głęboko w jego głosie nutkę ulgi.
Tagi
Anglia
(30)
Antropologia
(296)
Brazylia
(123)
Dzieciństwo
(9)
Dziwne przypadki Katty
(166)
Elbi
(77)
Emigracja
(156)
Fantasmagorie
(46)
Filmy i seriale
(32)
Fotki
(74)
Inne inności
(170)
Inne Lemury
(26)
Katta Supervisor
(7)
Książki
(44)
Lemur Błękitnooki
(187)
Lemur Brązowooki
(47)
Lemur Jasnowłosy
(4)
Lemur Zmartwychwstały
(3)
Markiza
(46)
Odkrycia Lemura
(18)
Okolice Lemurii Małej
(9)
Opowieść na faktach
(3)
Podróże
(82)
Powszechność
(58)
PPirx
(8)
Praca
(90)
Real Katty
(55)
Rozterki Katty
(54)
Sny Katty
(42)
Tęsknota
(71)
Uczucia
(128)
Wrażenia
(275)
Zabytkowe Miasto
(30)
Życiowa filozofia Katty
(49)
piątek, 8 marca 2019
577. Jakby było, jakby nie było. Rozmów kilka o życiu i jego koleinach
niedziela, 3 lutego 2019
576. Byle do środy
Za mną dość ciężki tydzień w pracy. Mordęga i nerwówka.
W piątek wróciłem do domu jakoś około 21.30. Zastałem mojego współlokatora przy komputerze. Chciał rozmawiać o naszym wyjeździe na wakacje oraz uzgodnić jakieś szczegóły z przejazdami. Obiecałem mu, że zejdę na dół, jak tylko się przebiorę. Nie doczekał się. Przyłożyłem na chwilę głowę do poduchy i zasnąłem jak kamień. Wstałem dopiero po 11 godzinach, pół dnia chodziłem po domu skołowany i co chwilę dosypiałem na kanapie. Dopadł mnie jakiś kryzys i mój organizm się chyba zbuntował.
Od ubiegłego piątku Bzyczek jest w Zabytkowym Mieście. Rozmawialiśmy przez telefon kilka razy, oznajmił, że czeka z niecierpliwością na spotkanie, lecz nie chciał wyjawić powodów tej wielkiej niecierpliwości. We wtorek mam 12 godzinną zmianę dzienną i praktycznie zaraz po powrocie do domu będę zbierał się na nocny autobus do Londynu. Najpewniej spotkamy się w środowe późne popołudnie w Zabytkowym Mieście.
W piątek wróciłem do domu jakoś około 21.30. Zastałem mojego współlokatora przy komputerze. Chciał rozmawiać o naszym wyjeździe na wakacje oraz uzgodnić jakieś szczegóły z przejazdami. Obiecałem mu, że zejdę na dół, jak tylko się przebiorę. Nie doczekał się. Przyłożyłem na chwilę głowę do poduchy i zasnąłem jak kamień. Wstałem dopiero po 11 godzinach, pół dnia chodziłem po domu skołowany i co chwilę dosypiałem na kanapie. Dopadł mnie jakiś kryzys i mój organizm się chyba zbuntował.
Od ubiegłego piątku Bzyczek jest w Zabytkowym Mieście. Rozmawialiśmy przez telefon kilka razy, oznajmił, że czeka z niecierpliwością na spotkanie, lecz nie chciał wyjawić powodów tej wielkiej niecierpliwości. We wtorek mam 12 godzinną zmianę dzienną i praktycznie zaraz po powrocie do domu będę zbierał się na nocny autobus do Londynu. Najpewniej spotkamy się w środowe późne popołudnie w Zabytkowym Mieście.
piątek, 25 stycznia 2019
575. Mam o nic nie pytać
Kupiłem bilet na samolot i szóstego lutego lecę do Polski. W Zabytkowym Mieście umówiłem się z Bzyczkiem. W sumie lecę tylko po to, by się tam z nim zobaczyć.
Nie brzmiał zbyt dobrze, gdy ostatnio rozmawialiśmy przez telefon. Miał smutny głos, zacinał się i gubił w konkluzjach, przeskakiwał z tematu na temat, a gdy zapytałem go, co u Thomasa, żachnął się i skwitował krótko: "Nawet nie pytaj!" Zawiesił się, a potem nagle zapytał: "Spotkasz się ze mną, prawda?" "Oczywiście, że tak!", zapewniłem go. Mógłbym przysiąc, że usłyszałem, jak mu ulżyło, gdyż nieco zmienił mu się głos. "Mogę do ciebie jeszcze zadzwonić?", zapytał po chwili. "Możesz", odparłem. Rozłączył się, a mi chyba trochę zakręciło się w głowie. Zaczynam się o niego martwić.
Nie brzmiał zbyt dobrze, gdy ostatnio rozmawialiśmy przez telefon. Miał smutny głos, zacinał się i gubił w konkluzjach, przeskakiwał z tematu na temat, a gdy zapytałem go, co u Thomasa, żachnął się i skwitował krótko: "Nawet nie pytaj!" Zawiesił się, a potem nagle zapytał: "Spotkasz się ze mną, prawda?" "Oczywiście, że tak!", zapewniłem go. Mógłbym przysiąc, że usłyszałem, jak mu ulżyło, gdyż nieco zmienił mu się głos. "Mogę do ciebie jeszcze zadzwonić?", zapytał po chwili. "Możesz", odparłem. Rozłączył się, a mi chyba trochę zakręciło się w głowie. Zaczynam się o niego martwić.
czwartek, 24 stycznia 2019
574. "Nawet Zeus po zognieniu świata pozostaje samotny" (Epiktet)
Powróciło do mnie filozoficzne nastawienie. Któregoś wieczoru, zaraz po powrocie do domu, wygrzebałem z półki analizy antycznych filozofów. Rozczytałem się we fragmentach Heraklita i Empedoklesa, odświeżyłem sobie mit o Androgyne z "Uczty" Platona. Nawet się nie spostrzegłem, kiedy na zegarku wybiła trzecia nad ranem. Pomimo tego nie położyłem się spać. Zarzuciłem na plecy bluzę z kapturem i wyszedłem przed dom. Paliłem i spoglądałem na gwiazdy. Zatęskniłem za wszechświatem i jego płynnym światłem. Pomyślałem, że dobrze by było już wrócić do domu...
Rano, właśnie tego dnia, odkryliśmy z Kirkiem, że w nocy zmarł nasz rezydent. Tuż przed śniadaniem weszliśmy razem do jego pokoju. "Good morning, Richard!", zawołał Kirk. Nie było odpowiedzi. Zbliżyliśmy się do łóżka. Nasz podopieczny spał już wiecznym snem. Jego twarz była blada, lecz spokojna, gładka i jakby nieco uśmiechnięta. W ramach ostatniego pożegnania chwyciliśmy go za ręce i gładziliśmy wierzch obu dłoni. Potem, przez cały dzień chodziliśmy struci i zasępieni.
Dużo rozmyślam o przemijaniu. Jakiś czas temu przeczytałem nowelę E.E. Schmitta pt. "Dwóch panów z Brukseli". Opowieść ta bardzo mnie poruszyła. To historia dwóch małżeństw: heteroseksualnego i homoseksualnego. Kobieta i mężczyzna biorą ślub w katedrze - uroczystość jest piękna i oficjalna, goście biją brawo i składają nowożeńcom życzenia, lecz nikt z nich nie wie, że na tyłach świątyni, w mroku kolumn klęczy dwóch młodych mężczyzn. W trakcie ceremonii zaślubin szeptem powtarzają za kapłanem słowa przysięgi i wkładają sobie obrączki na palce. W dalszym ciągu nowela opowiada o życiu dwóch małżeństw, które nigdy się nie poznały: o ich problemach, obowiązkach, pracy, wzajemnym zaufaniu, miłości, oddaniu. Obaj panowie w tajemnicy uczestniczą w życiu swej bliźniaczej pary - chodzą na chrzty ich dzieci, obserwują szczególnie kobietę, która wydaje się im być wzorem matki i heroicznej kobiety, bowiem musi radzić sobie z mężem awanturnikiem i alkoholikiem. Bardzo przeżywają śmierć najmłodszego z ich synów, którego uważali jakby za swego syna ze względu na uderzające podobieństwo chłopca do jednego z nich. Czas upływa dla obu par - chorują, upadają na zdrowiu, starzeją się. Gdy jeden z panów umiera, drugi zmienia testament i cały swój majątek zapisuje kobiecie. Bardzo wzruszającą jest scena, gdy stoi ona nad dwoma identycznymi grobami i próbuje rozpoznać wizerunki z medalionów - przystojnego blondyna i powalającego urokiem bruneta.
W noweli tej wszystko przemija i poddane jest wyrokom czasu. Czas jest tu życiem, czas jest tu śmiercią.
Sam dostrzegam, jak upływa mój czas. Dzień za dniem, godzina za godziną. Kiedyś nie zwracałem na to uwagi, teraz coraz częściej zauważam zmiany dokoła siebie. Zauważam też zmiany w samym sobie. Czasami dopada mnie lęk - boję się zostać sam w przyszłości. Nigdy nie miałem szczęścia do poznania kogoś, kto byłby na tyle odważny, by zostać na stałe. Aktualnie nie mam już odwagi na to, by być odważnym. Zawsze to ja wyciągałem rękę do kogoś i robiłem pierwszy krok. Teraz już nie mam na to odwagi.
A czas ucieka bardzo szybko...
Rano, właśnie tego dnia, odkryliśmy z Kirkiem, że w nocy zmarł nasz rezydent. Tuż przed śniadaniem weszliśmy razem do jego pokoju. "Good morning, Richard!", zawołał Kirk. Nie było odpowiedzi. Zbliżyliśmy się do łóżka. Nasz podopieczny spał już wiecznym snem. Jego twarz była blada, lecz spokojna, gładka i jakby nieco uśmiechnięta. W ramach ostatniego pożegnania chwyciliśmy go za ręce i gładziliśmy wierzch obu dłoni. Potem, przez cały dzień chodziliśmy struci i zasępieni.
Dużo rozmyślam o przemijaniu. Jakiś czas temu przeczytałem nowelę E.E. Schmitta pt. "Dwóch panów z Brukseli". Opowieść ta bardzo mnie poruszyła. To historia dwóch małżeństw: heteroseksualnego i homoseksualnego. Kobieta i mężczyzna biorą ślub w katedrze - uroczystość jest piękna i oficjalna, goście biją brawo i składają nowożeńcom życzenia, lecz nikt z nich nie wie, że na tyłach świątyni, w mroku kolumn klęczy dwóch młodych mężczyzn. W trakcie ceremonii zaślubin szeptem powtarzają za kapłanem słowa przysięgi i wkładają sobie obrączki na palce. W dalszym ciągu nowela opowiada o życiu dwóch małżeństw, które nigdy się nie poznały: o ich problemach, obowiązkach, pracy, wzajemnym zaufaniu, miłości, oddaniu. Obaj panowie w tajemnicy uczestniczą w życiu swej bliźniaczej pary - chodzą na chrzty ich dzieci, obserwują szczególnie kobietę, która wydaje się im być wzorem matki i heroicznej kobiety, bowiem musi radzić sobie z mężem awanturnikiem i alkoholikiem. Bardzo przeżywają śmierć najmłodszego z ich synów, którego uważali jakby za swego syna ze względu na uderzające podobieństwo chłopca do jednego z nich. Czas upływa dla obu par - chorują, upadają na zdrowiu, starzeją się. Gdy jeden z panów umiera, drugi zmienia testament i cały swój majątek zapisuje kobiecie. Bardzo wzruszającą jest scena, gdy stoi ona nad dwoma identycznymi grobami i próbuje rozpoznać wizerunki z medalionów - przystojnego blondyna i powalającego urokiem bruneta.
W noweli tej wszystko przemija i poddane jest wyrokom czasu. Czas jest tu życiem, czas jest tu śmiercią.
Sam dostrzegam, jak upływa mój czas. Dzień za dniem, godzina za godziną. Kiedyś nie zwracałem na to uwagi, teraz coraz częściej zauważam zmiany dokoła siebie. Zauważam też zmiany w samym sobie. Czasami dopada mnie lęk - boję się zostać sam w przyszłości. Nigdy nie miałem szczęścia do poznania kogoś, kto byłby na tyle odważny, by zostać na stałe. Aktualnie nie mam już odwagi na to, by być odważnym. Zawsze to ja wyciągałem rękę do kogoś i robiłem pierwszy krok. Teraz już nie mam na to odwagi.
A czas ucieka bardzo szybko...
piątek, 28 grudnia 2018
573. Kilka słów na podsumowanie kończącego się 2018 roku
Zacznę od tego, że mija dokładnie 10 lat od momentu kiedy zacząłem blogować. Swoje pierwsze kroki (raczej literki) zacząłem stawiać w blogowisku na Wirtualnej Polsce. Miałem tam nawet kilka swoich "wielkich momentów", kiedy moje teksty wyrzucano na stronę główną. Cuda i dziwy się działy wtedy... Po kilku latach przeniosłem się na blogspota i tutaj już pozostałem. Wszystkie dawne wpisy nadal istnieją w czeluściach internetu. Czasami tam zaglądam, a czytając wypociny sprzed lat, zanoszę się głębokim śmiechem. Jaki ja byłem wtedy głupi i naiwny (pewnie to samo pomyślę o sobie za dalszych 10 lat, kiedy to będę czytał właśnie ten wpis).
Rok temu żaliłem się, że cały rok 2017 był dla mnie totalną porażką i katastrofą zarówno w sferze zawodowej, jak i prywatnej. Tym razem mogę napisać, że rok 2018 był nad wyraz spokojny, równy, stabilny, stonowany i regularny. Nic wielce negatywnego się nie wydarzyło i to mnie cieszy. Pragnąłbym, by stan taki utrzymał się jak najdłużej.
Najważniejszym wydarzeniem tego roku jest na pewno zakup mieszkania. Wraz z bratem kupiliśmy czteropokojowe mieszkanie. Na razie jest ono w gruntownym remoncie, ale gdy wszystko zostanie wykończone, pójdą tam mieszkać rodzice (bo na parterze), a brat zostanie w aktualnym mieszkaniu. W najbliższym czasie nie planuję zjeżdżać do Polski, ale gdyby coś się wydarzyło, teraz już mam gdzie wrócić.
PRACA:
Ciągle to samo miejsce - Care Home w sąsiednim miasteczku. Dojeżdżam autobusem. Już się przyzwyczaiłem do całodziennych zmian, do rezydentów z demencją, którzy, pomimo tego że widują mnie po kilka razy dziennie, notorycznie pytają, kim jestem, co tu robię, albo co oni tu robią, bo nie wiedzą, gdzie są i gdzie mają pójść. Mam tam nawet dobrą przyjaciółkę! Helen ma 99 lat, jak na swój wiek jest żwawa i ruchliwa, a gdy mnie widzi na korytarzu, zmierza do mnie, podpierając się laską i slalomem wymija innych rezydentów. Siadamy wtedy w pokoju dziennym, robimy kawę, rozmawiamy i wcinamy ciastka.
Helen świetnie mówi po francusku, tylko szkoda że zapomina, że ja nie kumaty we francuskich pogawędkach i wychodzi z tego językowy misz-masz, bo ja do niej z angielska, ona do mnie z francuska, a gdy grzecznie jej o tym przypominam, ona kiwa głową i dalej coś szczebioce w paryskim dialekcie. Następnego dnia sytuacja się powtarza, z tą różnicą że Helen nie pamięta rozmowy z dnia poprzedniego. Dla niej sukcesem jest to, że mnie rozpoznaje i pamięta jakieś tam ogólne fakty o mnie, ale tego, co mi mówiła dzień wcześniej już niestety nie. I znów siadamy przy stoliku przy oknie, pijemy kawę, wcinamy ciasteczka i odbywamy dziwną francusko-angielską rozmowę. I tak każdego dnia...
Muszę także nadmienić, że z pracy odeszły dwie zwariowane ciotki klotki na rowerach. Praktycznie w krótkim odstępie czasu. Najpierw, tuż przed moim wyjazdem do Indii, odeszła z pracy June, czyli Czerwcowy Wąż. Jakoś mi jej brakuje, bo zacząłem z nią trzymać sztamę pomimo jej "fochowego" charakteru. W trakcie mojego ostatniego urlopu z pracy odeszła też rozhisteryzowana Helen. Ta to mi nerwów napsuła...
Stała praca to stabilizacja nie tylko finansowa, ale też emocjonalna. Obie te sfery bezpośrednio kształtują życie prywatne.
ŻYCIE:
Dwa lata temu napisałem, że marzy mi się samotna wyprawa gdzieś na koniec świata. Być może na koniec świata nie dotarłem, ale za to wylądowałem w Indiach i w Nepalu, i to wcale nie bezludnych jak się okazało...
W ogóle to w tym roku troszkę sobie pojeździłem:
- marzec: Egipt, Jordania i Izrael (objazd),
- lipiec: Hiszpania (objazd),
- listopad: Indie i Nepal przez Dubaj (objazd).
Odwiedziłem już cztery z siedmiu cudów świata: Koloseum w Rzymie, piramidę Kukulkana na Jukatanie, Petrę w Jordanii i Taj Mahal w Indiach. Zostały trzy: Wielki Mur w Chinach, Figura Chrystusa w Rio oraz Machu Picchu w Peru. Do wszystkich jest niezmiernie daleko, a ten, który śni mi się po nocach, jest, jak dla mnie, okrutnie trudny do zdobycia... Na pewno pojadę w dwa inne już zaplanowane miejsca, a cała reszta będzie niespodzianką.
Znów nie udało się z przeczytaniem 52 książek. Chyba nigdy nie zaliczę wyniku 52 pozycji.
Przeczytałem jedynie 22 książki (w roku 2017 było ich aż 23).
Najlepsze przeczytane książki:
Giorgio Bassani "Ogród rodziny Finzi-Continich"
Giorgio Bassani "Złote okulary"
Jakub Małecki "Rdza"
Jakub Małecki "Ślady"
Anna Dziewit-Meller "Góra Tajget"
Andre Aciman "Tamte dni, tamte noce" (ang. Call me by your name)
Dominik Florianowicz "Obsesyjna miłość"
Jonas Gardell "Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek"
Miklos Nyiszli "Byłem asystentem doktora Mengele"
Rudolf Hoss "Autobiografia Rudolfa Hossa, komendanta obozu oświęcimskiego"
Jeśli ktoś byłby zainteresowany krótkimi recenzjami w/w książek to znajdują się one na moim profilu na portalu lubimyczytac.pl
Czego mogę sobie pożyczyć na nowy 2019 rok...
Na pewno tego, by był tak ułożony i stabilny jak ten się kończący, zdobycia kolejnego cudu świata (nieważne którego) oraz przeczytania 52 książek.
Rok 2018 był w porządku, mam nadzieję, że taki też będzie ten kolejny.
Jednak największą zagadką tego roku jest na pewno zniknięcie Ryana, czyli Pana Pirxa... Niebywałe...
Wszystkim blogerom i czytającym (jeśli jeszcze tu jacyś pozostali, gdyż w tym roku mało pisałem) życzę przede wszystkim spełnienia marzeń oraz spokoju ducha na cały kolejny nowy rok.
Rok temu żaliłem się, że cały rok 2017 był dla mnie totalną porażką i katastrofą zarówno w sferze zawodowej, jak i prywatnej. Tym razem mogę napisać, że rok 2018 był nad wyraz spokojny, równy, stabilny, stonowany i regularny. Nic wielce negatywnego się nie wydarzyło i to mnie cieszy. Pragnąłbym, by stan taki utrzymał się jak najdłużej.
Najważniejszym wydarzeniem tego roku jest na pewno zakup mieszkania. Wraz z bratem kupiliśmy czteropokojowe mieszkanie. Na razie jest ono w gruntownym remoncie, ale gdy wszystko zostanie wykończone, pójdą tam mieszkać rodzice (bo na parterze), a brat zostanie w aktualnym mieszkaniu. W najbliższym czasie nie planuję zjeżdżać do Polski, ale gdyby coś się wydarzyło, teraz już mam gdzie wrócić.
PRACA:
Ciągle to samo miejsce - Care Home w sąsiednim miasteczku. Dojeżdżam autobusem. Już się przyzwyczaiłem do całodziennych zmian, do rezydentów z demencją, którzy, pomimo tego że widują mnie po kilka razy dziennie, notorycznie pytają, kim jestem, co tu robię, albo co oni tu robią, bo nie wiedzą, gdzie są i gdzie mają pójść. Mam tam nawet dobrą przyjaciółkę! Helen ma 99 lat, jak na swój wiek jest żwawa i ruchliwa, a gdy mnie widzi na korytarzu, zmierza do mnie, podpierając się laską i slalomem wymija innych rezydentów. Siadamy wtedy w pokoju dziennym, robimy kawę, rozmawiamy i wcinamy ciastka.
Helen świetnie mówi po francusku, tylko szkoda że zapomina, że ja nie kumaty we francuskich pogawędkach i wychodzi z tego językowy misz-masz, bo ja do niej z angielska, ona do mnie z francuska, a gdy grzecznie jej o tym przypominam, ona kiwa głową i dalej coś szczebioce w paryskim dialekcie. Następnego dnia sytuacja się powtarza, z tą różnicą że Helen nie pamięta rozmowy z dnia poprzedniego. Dla niej sukcesem jest to, że mnie rozpoznaje i pamięta jakieś tam ogólne fakty o mnie, ale tego, co mi mówiła dzień wcześniej już niestety nie. I znów siadamy przy stoliku przy oknie, pijemy kawę, wcinamy ciasteczka i odbywamy dziwną francusko-angielską rozmowę. I tak każdego dnia...
Muszę także nadmienić, że z pracy odeszły dwie zwariowane ciotki klotki na rowerach. Praktycznie w krótkim odstępie czasu. Najpierw, tuż przed moim wyjazdem do Indii, odeszła z pracy June, czyli Czerwcowy Wąż. Jakoś mi jej brakuje, bo zacząłem z nią trzymać sztamę pomimo jej "fochowego" charakteru. W trakcie mojego ostatniego urlopu z pracy odeszła też rozhisteryzowana Helen. Ta to mi nerwów napsuła...
Stała praca to stabilizacja nie tylko finansowa, ale też emocjonalna. Obie te sfery bezpośrednio kształtują życie prywatne.
ŻYCIE:
Dwa lata temu napisałem, że marzy mi się samotna wyprawa gdzieś na koniec świata. Być może na koniec świata nie dotarłem, ale za to wylądowałem w Indiach i w Nepalu, i to wcale nie bezludnych jak się okazało...
W ogóle to w tym roku troszkę sobie pojeździłem:
- marzec: Egipt, Jordania i Izrael (objazd),
- lipiec: Hiszpania (objazd),
- listopad: Indie i Nepal przez Dubaj (objazd).
Odwiedziłem już cztery z siedmiu cudów świata: Koloseum w Rzymie, piramidę Kukulkana na Jukatanie, Petrę w Jordanii i Taj Mahal w Indiach. Zostały trzy: Wielki Mur w Chinach, Figura Chrystusa w Rio oraz Machu Picchu w Peru. Do wszystkich jest niezmiernie daleko, a ten, który śni mi się po nocach, jest, jak dla mnie, okrutnie trudny do zdobycia... Na pewno pojadę w dwa inne już zaplanowane miejsca, a cała reszta będzie niespodzianką.
Znów nie udało się z przeczytaniem 52 książek. Chyba nigdy nie zaliczę wyniku 52 pozycji.
Przeczytałem jedynie 22 książki (w roku 2017 było ich aż 23).
Najlepsze przeczytane książki:
Giorgio Bassani "Ogród rodziny Finzi-Continich"
Giorgio Bassani "Złote okulary"
Jakub Małecki "Rdza"
Jakub Małecki "Ślady"
Anna Dziewit-Meller "Góra Tajget"
Andre Aciman "Tamte dni, tamte noce" (ang. Call me by your name)
Dominik Florianowicz "Obsesyjna miłość"
Jonas Gardell "Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek"
Miklos Nyiszli "Byłem asystentem doktora Mengele"
Rudolf Hoss "Autobiografia Rudolfa Hossa, komendanta obozu oświęcimskiego"
Jeśli ktoś byłby zainteresowany krótkimi recenzjami w/w książek to znajdują się one na moim profilu na portalu lubimyczytac.pl
Czego mogę sobie pożyczyć na nowy 2019 rok...
Na pewno tego, by był tak ułożony i stabilny jak ten się kończący, zdobycia kolejnego cudu świata (nieważne którego) oraz przeczytania 52 książek.
Rok 2018 był w porządku, mam nadzieję, że taki też będzie ten kolejny.
Jednak największą zagadką tego roku jest na pewno zniknięcie Ryana, czyli Pana Pirxa... Niebywałe...
Wszystkim blogerom i czytającym (jeśli jeszcze tu jacyś pozostali, gdyż w tym roku mało pisałem) życzę przede wszystkim spełnienia marzeń oraz spokoju ducha na cały kolejny nowy rok.
Tagi:
Anglia,
Antropologia,
Emigracja,
Inne inności,
Książki,
Podróże,
Powszechność,
PPirx,
Praca,
Real Katty,
Rozterki Katty,
Tęsknota,
Uczucia,
Wrażenia
572. Kathmandu - stolica Himalajów
![]() |
| Samolot linii AirIndia na lonisku w New Delhi |
![]() |
| Stupa w centrum miasta |
Stolica Nepalu to taki "wiejski moloch". Miasto położone jest w dolinie i wręcz zatopione w chmurach smogu i pyłu - to stolica Himalajów, lecz otaczających je gór w ogóle nie widać. Jedno, dwu lub trzykondygnacyjne "kamienice" stoją jedna obok drugiej na przeogromnej pofałdowanej przestrzeni. Miasto poprzecinane udeptanymi ulicami, zarzuconymi stertami śmieci, w których grasują psy lub małpy (mogą ugryźć lub dotkliwie podrapać!), siedzą w kucki uliczni sprzedawcy, a nad tym wszystkim unoszą się dosłownie tony pyłu, kurzu, piachu i spalin - do tego dochodzą jeszcze smród i kłęby dymu znad rzeki (w jej okolicach), gdzie na oczach turystów i przechodniów dokonywane są kremacje zmarłych... Maseczka antysmogowa konieczna!
![]() |
| Kathmandu. Przygotowania do kremacji |
![]() |
| Stos całopalny |
![]() |
| Małpy w Kathmandu |
Przemierzając miasto dostrzec można liczne zniszczenia po trzęsieniu ziemi z roku 2015 - zapadnięte, popękane lub zburzone budynki, zniszczone drogi, sterty gruzu, rusztowania, dziury. Nepal to nieduży kraj, bardzo biedny i pomimo tego że jego stolica wywołuje niezbyt dobre wrażenie, warto go odwiedzić. Kathmandu to miasto moloch, ale wyjeżdżając poza jego granice, można znaleźć prawdziwe perełki do zwiedzania.
![]() |
| Zniszczenia po trzęsieniu ziemi |
![]() |
| Po trzęsieniu ziemi |
Dla mnie to miejsce numer jeden do odwiedzenia w Nepalu. Przepiękne zabytkowe miasteczko niedaleko Kathmandu. Można tu wytchnąć od tłoku stolicy, zaszyć się w małej restauracyjce na pyszne lokalne jedzenie (można śmiało zamawiać - to nie to samo co w Indiach) lub po prostu zgubić się w labiryncie wąskich uliczek i pozaglądać do domów, pogadać z ludźmi lub pobuszować na bazarach. Szkoda, że to miasto tak bardzo ucierpiało podczas trzęsienia ziemi z 2015 roku. Naprawdę warto tu przyjechać.
![]() |
| Bhaktapur |
To miasteczko także trzeba odwiedzić. Klimat jak w Bhaktapur - ciekawe zabytki, dobre lokalne jedzenie, wąskie uliczki, sklepy z pamiątkami i sympatyczni mieszkańcy.
![]() |
| Patan |
Park Narodowy w Chitwan. To miejsce będę pamiętał do końca życia, pomimo tego że samym parkiem byłem głęboko rozczarowany. Chitwan to rezerwat zwierząt, ale było ich tyle co kot napłakał. W dzień spływu rzeką poranek był chłodny i mokry. Wraz z moim przewodnikiem wypłynęliśmy długą łodzią z zakola rzeki. Na początku było wszystko w porządku, lecz z czasem łódź zaczęła nabierać wody. Zawołałem do przewodnika, że łódź tonie. Zdążyłem złapać plecak, gdy woda wlała się do środka i canoe wryło się w dno pośrodku rzeki. Teraz to się z tego śmieję, ale wtedy nie było to śmieszne - oba brzegi to błotniste bagno pokryte trawą i chaszczami, w których wylegiwały się krokodyle. Brodząc przez wodę (ok 1.20 metra głębokiej) jakoś dotarliśmy do brzegu. Mój przewodnik był bardzo zakłopotany i tłumaczył, że czasami łódki toną. Nie chciałem tego słuchać i poprosiłem go, by odwiózł mnie do hotelu. Zaproponował spływ na następny dzień, bo ten był nieudany. Dobrze że odmówiłem, bo następnego dnia obudziłem się z gorączką. Poprzez to zdarzenie i zaziębienie straciłem dwudniowy trekking po górach i musiałem wrócić do Kathmandu.
![]() |
| Spływ rzeką w Chitwan |
![]() |
| Krokodyle na brzegu... |
W przedostatni dzień pobytu wybrałem się na widokowy lot nad Himalajami. Każdy miłośnik gór powinien zobaczyć Everest! Tak samo jest z Indiami - być w Indiach i nie odwiedzić Taj Mahal - toż to wstyd! Cały lot trwa ok 50. minut. Samolot leci wzdłuż głównego łańcucha najwyższych szczytów - Shisha Pangma (8023m), Cho-Oyu (8201m), Everest (8848m), Lhotse (8516m), Makalu (8463m).
To pięć ośmiotysięczników, które widziałem tamtego dnia, dwa inne podziwiałem podczas lotu z Indii do Nepalu - Dhaulagiri (8167m) i Annapurna (8091m).
![]() |
| Góra trapez po lewej to Dhaulagiri, a szczyt "z dymkiem" to Annapurna |
![]() |
| Panorama szczytów - od lewej: Nuptse, Everest, Lhotse, Ama Dablam i Makalu |
![]() |
| Everest w środku |
![]() |
| Boeing 777 linii "Emirates" na płycie lotniska w Warszawie |
niedziela, 23 grudnia 2018
571. Bez słów
Ostatniej nocy zadzwonił mój telefon. Odebrałem, nie sprawdzając numeru na wyświetlaczu. "Halo?" szepnąłem. Nikt nie odpowiedział. "Halo?", powtórzyłem. Nikt się nie odezwał. Chciałem sprawdzić, kto dzwoni. Połączenie było w trakcie, a numer chyba zastrzeżony. Przyłożyłem ponownie telefon do ucha. "Zawsze chciałem pogadać przez telefon z kimś, kto nic nie mówi...", powiedziałem i westchnąłem cicho. Położyłem aparat na pościeli tuż obok siebie. Przez chwilę patrzyłem na okrągłą ikonkę. Zniknęła. Ktoś się rozłączył i nie zostawił po sobie żadnego śladu.
Pamiętam, że kiedyś panicznie bałem się zakochać. Teraz boję się odkochać... Zapomnieć, przekreślić, odrzucić...
Kolejna pusta noc przede mną.
Pamiętam, że kiedyś panicznie bałem się zakochać. Teraz boję się odkochać... Zapomnieć, przekreślić, odrzucić...
Kolejna pusta noc przede mną.
środa, 19 grudnia 2018
570. Do Indii liniami "Emirates". Kilka wspomnień i spostrzeżeń z wyjazdu
Jak pisałem wcześniej - wyjazd do Indii i do Nepalu był, jak do tej pory, moim najcięższym i najtrudniejszym wyjazdem pod względem organizacyjnym. Podczas realizacji programu co chwilę natrafiałem na różne trudności, z którymi radziłem sobie raz lepiej, raz gorzej. Otwarcie mogę stwierdzić, że wróciłem zadowolony i bardzo długo będę wspominał to, co mnie tam spotkało.
Trasę indyjską zrealizowałem w 95%, natomiast niedosyt czuję co do Nepalu. Nie udało mi się dotrzeć w kilka miejsc (brak dobrej komunikacji), straciłem także trekking po górach z powodu przeziębienia, którego nabawiłem się po skąpaniu się po pas w rzece z krokodylami w narodowym parku krajobrazowym Chitwan...
Do New Delhi poleciałem przez Dubaj liniami Emirates. Już na początku podróży zaliczyłem wpadkę - dostałem fatalne miejsce w samolocie - pierwszy rząd foteli w środkowym układzie siedzeń, tak że przed sobą, na wyciągnięcie ręki, miałem ścianę... Nie można było rozprostować nóg, ciągle ktoś się przeciskał tam i z powrotem i niezbyt ciekawe sąsiedztwo po obu stronach. Najpierw wsadziłem mp3 w uszy i jakoś trwałem, dopiero potem się zorientowałem, że ekran monitora wysuwa się spod oparcia fotela i reszta drogi upłynęła mi na oglądaniu filmu i śledzeniu trasy. W Dubaju trzeba było czekać ponad sześć godzin na samolot do New Delhi. Na szczęście ten drugi przelot odbył się w dużo lepszych warunkach - także środkowy rząd foteli, ale miałem miejsce tuż przy przejściu, nie w środku.
New Delhi
New Delhi to ogromna aglomeracja - kontrastowa, zróżnicowana, kolorowa, ale także niesamowicie brudna i zaniedbana. Nad miastem unosi się ciężki smog, pył i, niestety, smród (konieczna była maseczka antysmogowa, ponieważ, już po kilku godzinach, mój nos był totalnie zapchany). Kiedyś czytałem, że Indie to piękny kraj, ale brudny i śmierdzący. I okazało się to prawdą (gorzej było jedynie w Waranasi). Szkoda że ludzie nie dbają tam o miasto - sterty śmieci, odpadków, w których grasują małpy (trzeba na nie uważać! W Kathmandu kilka takich małpiszonów zaatakowało mnie w centrum miasta - o tym później), do tego leżący na ulicach żebracy, biedacy i kaleki (załatwiają swe potrzeby fizjologiczne wprost na chodnikach). W sumie nie zdarzyło się, by ktoś mi zagrażał, ale na każdym kroku trzeba się odganiać od proszących o drobny datek (było to strasznie męczące).
Do wszystkich świątyń lub miejsc kultu religijnego wchodzi się na boso (w kilku miejscach można było mieć skarpetki). To bardzo niehigieniczne i wręcz niebezpieczne dla stóp - tysiące ludzi "obmywa" nogi w płytkiej niecce z wodą, a potem wchodzi na szorstkie maty - śmierdzące, klejące się i brudne. Niestety, było za późno dla mnie na wycofanie się z przejścia i wraz z tłumem Hindusów przeszedłem przez to bagno na plac przed meczetem (dobrze że było tylko jedno takie miejsce). Rada dla tych, którzy planują wybrać się do Indii - warto mieć przy sobie dobry płyn lub spray dezynfekujący oraz środek przeciwgrzybiczy, by po takiej "przygodzie" zniwelować ryzyko nabawienia się problemów skórnych.
Kolejna rada - nie radzę kupować jedzenia ani soków ze świeżych owoców od ulicznych sprzedawców - rewolucje żołądkowo-jelitowe gwarantowane, a nawet może się to skończyć poważnym zatruciem pokarmowym. Drugiego dnia kupiłem na bazarze w Old Delhi smaczne samosy (do tego podano jogurt w kubeczku). Rzygałem jak kot... Dobrze że tylko rzygałem... Dopiero później w Waranasi przyjrzałem się dokładniej, w jakich warunkach przygotowują posiłki - nie myją rąk, głaszczą psy, czochrają się i drapią, przeganiają kozy i krowy, zbierają śmieci z ulicy, przekładają różne graty i pudła i tymi brudnymi łapami podają posiłki... Aż mnie wtedy zemdliło...
Waranasi
Do Waranasi miałem zakupiony bilet na pociąg bez miejscówki. To był ogromny błąd! Na tak daleki przejazd (ponad 800 km) trzeba wykupić miejsce z kuszetką. Z jednej strony dobrze się stało, że pociąg był opóźniony, bo nadarzyła się okazja na zmianę biletu (pomógł mi z tym sympatyczny chłopak z poczekalni na dworcu w New Delhi). Ten przejazd to była prawdziwa mordęga - nie dość że pociąg spóźnił się prawie 7 godzin, to potem, już w trasie, opóźnienie się zwiększyło i dopiero po 15 godzinach dotarłem do Waranasi. W sumie trasę z New Delhi do Waranasi pokonałem w czasie 22 godzin... Dotarłem do swojego hotelu i okazało się, że moja rezerwacja została anulowana, bo nie zameldowałem się w odpowiednim czasie...
Waranasi mnie dobiło. Na ulicach smród, brud, pył, dym, chaos, zgiełk, rwetes, stosy śmieci i tłumy żebraków i trędowatych - sto razy gorzej niż w New Delhi. Pomimo tego że straciłem cały dzień w podróży udało mi się na czas dotrzeć na wieczorną ceremonię nad Gangesem. To było coś niesamowitego! I w sumie tylko tyle widziałem w Waranasi tego dnia. Udało mi się jeszcze zobaczyć jedną buddyjską świątynię i stupę.
Przed wyjazdem zapytałem chłopaka w recepcji hotelu, czy może być coś gorszego w Indiach dla turysty niż warunki w Waranasi. Odparł mi: "Tak. To Kalkuta. Nie jedź tam".
Jaipur
Do Jaipuru dotarłem dzięki miejscowej linii lotniczej. Nie odważyłem się na kolejny przejazd koleją (trasa ponad 950 km). Wizytówką tzw. różowego miasta Radżastanu jest piękny pałac Hawa Mahal oraz fort Amber, do którego wjeżdża się na słoniach. Przyjemny pobyt i dużo lepsze warunki niż poprzednio, a przede wszystkim miasto czyste i zadbane.
Agra
Tego miasta nie trzeba przedstawiać. To dom przepięknego Taj Mahalu oraz tzw. Czerwonego Fortu. Ogromne wrażenie zrobił na mnie Taj Mahal (główny cel wyprawy do Indii), który zmienia barwy w różnych porach dnia i w zależności od oświetlenia. Najlepiej na zwiedzanie udać się o wschodzie słońca - mało turystów, a piękno tej budowli zapiera dech w piersiach w promieniach wschodzącego słońca. Mankamentem jedynie jest wszechobecny smog, który wywołuje wrażenie, jakby budynek stał we mgle.
Fatehpur Sikri
Zespół pałacowy niedaleko Agry. Malownicze budynki z czerwonego piaskowca i marmuru pełne detali i fascynujących zakamarków. Raj dla fotografów. Bardzo ładne i ciekawe miejsce.
New Delhi
Ostatnią dobę w stolicy Indii spędziłem w tym samym hotelu co na początku. Potem był przejazd na lotnisko i przelot do Kathmandu, stolicy Nepalu liniami AirIndia.
Trasę indyjską zrealizowałem w 95%, natomiast niedosyt czuję co do Nepalu. Nie udało mi się dotrzeć w kilka miejsc (brak dobrej komunikacji), straciłem także trekking po górach z powodu przeziębienia, którego nabawiłem się po skąpaniu się po pas w rzece z krokodylami w narodowym parku krajobrazowym Chitwan...
Do New Delhi poleciałem przez Dubaj liniami Emirates. Już na początku podróży zaliczyłem wpadkę - dostałem fatalne miejsce w samolocie - pierwszy rząd foteli w środkowym układzie siedzeń, tak że przed sobą, na wyciągnięcie ręki, miałem ścianę... Nie można było rozprostować nóg, ciągle ktoś się przeciskał tam i z powrotem i niezbyt ciekawe sąsiedztwo po obu stronach. Najpierw wsadziłem mp3 w uszy i jakoś trwałem, dopiero potem się zorientowałem, że ekran monitora wysuwa się spod oparcia fotela i reszta drogi upłynęła mi na oglądaniu filmu i śledzeniu trasy. W Dubaju trzeba było czekać ponad sześć godzin na samolot do New Delhi. Na szczęście ten drugi przelot odbył się w dużo lepszych warunkach - także środkowy rząd foteli, ale miałem miejsce tuż przy przejściu, nie w środku.
![]() |
| Okęcie. Warszawa. |
![]() |
| Fatalne miejsce na pokładzie samolotu |
![]() |
| W trasie |
![]() |
| Drugi przelot |
New Delhi to ogromna aglomeracja - kontrastowa, zróżnicowana, kolorowa, ale także niesamowicie brudna i zaniedbana. Nad miastem unosi się ciężki smog, pył i, niestety, smród (konieczna była maseczka antysmogowa, ponieważ, już po kilku godzinach, mój nos był totalnie zapchany). Kiedyś czytałem, że Indie to piękny kraj, ale brudny i śmierdzący. I okazało się to prawdą (gorzej było jedynie w Waranasi). Szkoda że ludzie nie dbają tam o miasto - sterty śmieci, odpadków, w których grasują małpy (trzeba na nie uważać! W Kathmandu kilka takich małpiszonów zaatakowało mnie w centrum miasta - o tym później), do tego leżący na ulicach żebracy, biedacy i kaleki (załatwiają swe potrzeby fizjologiczne wprost na chodnikach). W sumie nie zdarzyło się, by ktoś mi zagrażał, ale na każdym kroku trzeba się odganiać od proszących o drobny datek (było to strasznie męczące).
Do wszystkich świątyń lub miejsc kultu religijnego wchodzi się na boso (w kilku miejscach można było mieć skarpetki). To bardzo niehigieniczne i wręcz niebezpieczne dla stóp - tysiące ludzi "obmywa" nogi w płytkiej niecce z wodą, a potem wchodzi na szorstkie maty - śmierdzące, klejące się i brudne. Niestety, było za późno dla mnie na wycofanie się z przejścia i wraz z tłumem Hindusów przeszedłem przez to bagno na plac przed meczetem (dobrze że było tylko jedno takie miejsce). Rada dla tych, którzy planują wybrać się do Indii - warto mieć przy sobie dobry płyn lub spray dezynfekujący oraz środek przeciwgrzybiczy, by po takiej "przygodzie" zniwelować ryzyko nabawienia się problemów skórnych.
Kolejna rada - nie radzę kupować jedzenia ani soków ze świeżych owoców od ulicznych sprzedawców - rewolucje żołądkowo-jelitowe gwarantowane, a nawet może się to skończyć poważnym zatruciem pokarmowym. Drugiego dnia kupiłem na bazarze w Old Delhi smaczne samosy (do tego podano jogurt w kubeczku). Rzygałem jak kot... Dobrze że tylko rzygałem... Dopiero później w Waranasi przyjrzałem się dokładniej, w jakich warunkach przygotowują posiłki - nie myją rąk, głaszczą psy, czochrają się i drapią, przeganiają kozy i krowy, zbierają śmieci z ulicy, przekładają różne graty i pudła i tymi brudnymi łapami podają posiłki... Aż mnie wtedy zemdliło...
![]() |
| Tutaj kupiłem samosy... |
![]() |
| Old Delhi |
Do Waranasi miałem zakupiony bilet na pociąg bez miejscówki. To był ogromny błąd! Na tak daleki przejazd (ponad 800 km) trzeba wykupić miejsce z kuszetką. Z jednej strony dobrze się stało, że pociąg był opóźniony, bo nadarzyła się okazja na zmianę biletu (pomógł mi z tym sympatyczny chłopak z poczekalni na dworcu w New Delhi). Ten przejazd to była prawdziwa mordęga - nie dość że pociąg spóźnił się prawie 7 godzin, to potem, już w trasie, opóźnienie się zwiększyło i dopiero po 15 godzinach dotarłem do Waranasi. W sumie trasę z New Delhi do Waranasi pokonałem w czasie 22 godzin... Dotarłem do swojego hotelu i okazało się, że moja rezerwacja została anulowana, bo nie zameldowałem się w odpowiednim czasie...
Waranasi mnie dobiło. Na ulicach smród, brud, pył, dym, chaos, zgiełk, rwetes, stosy śmieci i tłumy żebraków i trędowatych - sto razy gorzej niż w New Delhi. Pomimo tego że straciłem cały dzień w podróży udało mi się na czas dotrzeć na wieczorną ceremonię nad Gangesem. To było coś niesamowitego! I w sumie tylko tyle widziałem w Waranasi tego dnia. Udało mi się jeszcze zobaczyć jedną buddyjską świątynię i stupę.
Przed wyjazdem zapytałem chłopaka w recepcji hotelu, czy może być coś gorszego w Indiach dla turysty niż warunki w Waranasi. Odparł mi: "Tak. To Kalkuta. Nie jedź tam".
![]() |
| Stosy całopalne na brzegu Gangesu |
![]() |
| Waranasi |
![]() |
| Ceremonia nad Gangesem |
![]() |
| W oczekiwaniu na opóźniony pociąg. New Delhi |
![]() |
| Ta kuszetka w pewien sposób mnie uratowała |
![]() |
| Gdybym nie wykupił kuszetki - podróżowałbym do Waranasi właśnie tak... |
Do Jaipuru dotarłem dzięki miejscowej linii lotniczej. Nie odważyłem się na kolejny przejazd koleją (trasa ponad 950 km). Wizytówką tzw. różowego miasta Radżastanu jest piękny pałac Hawa Mahal oraz fort Amber, do którego wjeżdża się na słoniach. Przyjemny pobyt i dużo lepsze warunki niż poprzednio, a przede wszystkim miasto czyste i zadbane.
![]() |
| Hawa Mahal |
![]() |
| Fort Amber |
Tego miasta nie trzeba przedstawiać. To dom przepięknego Taj Mahalu oraz tzw. Czerwonego Fortu. Ogromne wrażenie zrobił na mnie Taj Mahal (główny cel wyprawy do Indii), który zmienia barwy w różnych porach dnia i w zależności od oświetlenia. Najlepiej na zwiedzanie udać się o wschodzie słońca - mało turystów, a piękno tej budowli zapiera dech w piersiach w promieniach wschodzącego słońca. Mankamentem jedynie jest wszechobecny smog, który wywołuje wrażenie, jakby budynek stał we mgle.
![]() |
| Wschód słońca nad Taj Mahalem |
![]() |
| Taj Mahal. To już czwarty cud świata, który odwiedziłem. |
![]() |
| Selfie z kolejnym cudem świata obowiązkowe! Sorry za naklejkę :) |
Zespół pałacowy niedaleko Agry. Malownicze budynki z czerwonego piaskowca i marmuru pełne detali i fascynujących zakamarków. Raj dla fotografów. Bardzo ładne i ciekawe miejsce.
![]() |
| Pałac w Fatehpur Sikri |
New Delhi
Ostatnią dobę w stolicy Indii spędziłem w tym samym hotelu co na początku. Potem był przejazd na lotnisko i przelot do Kathmandu, stolicy Nepalu liniami AirIndia.
poniedziałek, 17 grudnia 2018
569. Tymczasem w Auckland...
Już od tygodnia nie mam żadnej wiadomości od Mr. Pirxa... W ubiegły wtorek (11 grudnia) miał nocny rutynowy lot do Auckland. Po dniu przerwy miał rozpocząć trzydniowe szkolenie i wrócić do domu. Ostatnią wiadomość przysłał mi z lotniska we wtorkowe popołudnie (jego czasu) przed takeoff: "Napiszę, jak dotrę do hotelu". I od tamtej pory cisza...
Jego telefon jest wyłączony, nie odpowiada na mejle, smsy, żadne wiadomości na komunikatorach - Instagram, Hangouts i Messenger pokazują mi, że ostatnio logował się 7 dni temu. Nic. Pustka. Żadnego znaku od tygodnia. Nie mam pojęcia, w którym hotelu się zatrzymał i gdzie miał mieć to szkolenie...
Nie rozumiem...przecież ludzie tak nie znikają...
Jego telefon jest wyłączony, nie odpowiada na mejle, smsy, żadne wiadomości na komunikatorach - Instagram, Hangouts i Messenger pokazują mi, że ostatnio logował się 7 dni temu. Nic. Pustka. Żadnego znaku od tygodnia. Nie mam pojęcia, w którym hotelu się zatrzymał i gdzie miał mieć to szkolenie...
Nie rozumiem...przecież ludzie tak nie znikają...
poniedziałek, 10 grudnia 2018
568. Pominięta rocznica
Post ten powinien ukazać się 2. grudnia.
W dziesiątą rocznicę. Tak... 2. grudnia minęło pełnych dziesięć lat. Nie jestem w stanie ocenić tego czasu, ale często się zastanawiam, co by było gdyby nasz los potoczył się wtedy inną drogą. W jakim miejscu życia bym był lub byśmy byli, na jakim poziomie, w jakim położeniu, byłoby tak czy inaczej. Czy miałbym to, co mam teraz, gdyby wtedy się udało?
Co by było gdyby... To czysta zabawa lub też bolesna kalkulacja wychodząca poza granice wyobraźni...
Najpierw dostałem smsa: "Przyjdę wieczorem". Czekałem w napięciu, gdyż wiedziałem, że prawdopodobnie stało się coś poważnego. Przyszedł. Usiadł w fotelu i po chwili oznajmił: "Odchodzę. To koniec. Lepiej będzie, jak mnie znienawidzisz." I wyszedł, a ja stałem, niemy i ogłuszony, i patrzyłem za nim, jak zbiega po schodach i znika w ciemności...
Nie potrafię uwierzyć, że to już 10 lat...
W dziesiątą rocznicę. Tak... 2. grudnia minęło pełnych dziesięć lat. Nie jestem w stanie ocenić tego czasu, ale często się zastanawiam, co by było gdyby nasz los potoczył się wtedy inną drogą. W jakim miejscu życia bym był lub byśmy byli, na jakim poziomie, w jakim położeniu, byłoby tak czy inaczej. Czy miałbym to, co mam teraz, gdyby wtedy się udało?
Co by było gdyby... To czysta zabawa lub też bolesna kalkulacja wychodząca poza granice wyobraźni...
Najpierw dostałem smsa: "Przyjdę wieczorem". Czekałem w napięciu, gdyż wiedziałem, że prawdopodobnie stało się coś poważnego. Przyszedł. Usiadł w fotelu i po chwili oznajmił: "Odchodzę. To koniec. Lepiej będzie, jak mnie znienawidzisz." I wyszedł, a ja stałem, niemy i ogłuszony, i patrzyłem za nim, jak zbiega po schodach i znika w ciemności...
Nie potrafię uwierzyć, że to już 10 lat...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
































