- Przypomniałem sobie pewną sytuację z Brązowookim - zwróciłem się do nieco zaskoczonej Markizy. - Szliśmy wtedy razem, jak zawsze obok siebie, ramię w ramię, wiesz, jesteśmy prawie tego samego wzrostu, Brązowooki jak zwykle opowiadał mi coś w swoim języku, niekiedy przywoływał angielskie słówko, gdy nie rozumiałem jego wywodu, a gdy tak mówił, co chwilę zaglądał mi w oczy. Odpowiadałem, a on się uśmiechał od ucha do ucha, okrążał mnie, szedł z drugiej strony, kładł rękę na moim ramieniu i nadal mówił o czymś. Kiedy tylko mogłem, zaglądałem w jego piękne oczy, a on się znów uśmiechał. Możesz mi wierzyć lub nie, ale gdy jestem przy nim, to i ja się uśmiecham! Nie umiem tego określić, ale gdy na niego patrzę, wewnątrz mnie coś się dzieje, czuję jakiś ogień, jakiś ucisk, jakieś parcie, coś rozrywa mnie od środka i jednocześnie scala. Tego wieczoru, gdy się żegnaliśmy przed powrotem do swoich domów, zrobił na chodniku śmieszny piruet, stanął twarzą do mnie i rozłożył ramiona... Wtedy, patrząc na niego, pomyślałem: "Ty jesteś mój! Jesteś mój! Nie ma co, nie oddam ciebie! Wszystko już wiem..."
- Ahhh... Markizo... Czemu Życie stawia na naszej drodze takie osoby jak On, jak Błękitnooki i wrzuca nas potem w wir wahania i zagubienia? Czemu Życie bawi się nami niby kot kłębkiem włóczki - najpierw przytula i przymila się do miękkiej i włochatej powierzchni, a potem wbija weń zęby i pazury? To niesprawiedliwe! Dlaczego tak jest?
- Nie wiem tego. Do ciebie przysłało mnie Życie i nakazuje sprawdzać twoje poczynania, ale wiedz, że właśnie to twoje wahanie i zagubienie powodują, że jestem pewniejsza siebie i ciągle ci towarzyszę, rosnę w siłę dzięki twoim uczuciom do Błękitnookiego, a teraz do Brązowookiego...
- Czekasz na moją zgubę?
- Niekoniecznie, ale taka moja rola...
Tagi
Anglia
(30)
Antropologia
(296)
Brazylia
(123)
Dzieciństwo
(9)
Dziwne przypadki Katty
(166)
Elbi
(77)
Emigracja
(156)
Fantasmagorie
(46)
Filmy i seriale
(32)
Fotki
(74)
Inne inności
(170)
Inne Lemury
(26)
Katta Supervisor
(7)
Książki
(44)
Lemur Błękitnooki
(187)
Lemur Brązowooki
(47)
Lemur Jasnowłosy
(4)
Lemur Zmartwychwstały
(3)
Markiza
(46)
Odkrycia Lemura
(18)
Okolice Lemurii Małej
(9)
Opowieść na faktach
(3)
Podróże
(82)
Powszechność
(58)
PPirx
(8)
Praca
(90)
Real Katty
(55)
Rozterki Katty
(54)
Sny Katty
(42)
Tęsknota
(71)
Uczucia
(128)
Wrażenia
(275)
Zabytkowe Miasto
(30)
Życiowa filozofia Katty
(49)
czwartek, 7 marca 2013
Sen 49. Mieć Ciebie
- Im bliżej mam do powrotu do Brazylii, tym bardziej jestem niespokojny... - zagadnąłem Błękitnookiego podczas robienia kolacji. Pokiwał głową, nie przerywając swoich czynności.
- Przeraża mnie perspektywa tak dalekiej podróży... Ty zostajesz w Polsce, ja jadę...
- Pamiętaj, że teraz jest inaczej niż pół roku temu - odparł spokojnie. - Teraz masz gdzie wrócić, do kogo wrócić, po co wrócić - kontynuował. - Chyba zapomniałeś, że teraz ktoś na ciebie tam czeka - ostatnie wypowiedziane wyrazy nieco mocniej zaakcentował.
- Czeka... Nie czeka... Sam już nie wiem... - nabrałem powietrza i wstrzymałem je w środku.
- Na własne uszy słyszałem, jak powiedział na skype, że tęskni... - dodał po chwili.
- Może kiedyś doświadczę tego osobiście... Jak na razie boję się powrotu i chyba najbardziej przeraża mnie ta niepewność realności i pewność nierealności Brązowookiego... Ja to mam pecha...
- To znaczy? - Spojrzał na mnie niepewnie.
- W moim życiu pojawiają się prawie zawsze osoby, które traktują mnie przedmiotowo... O sprawach sercowych lepiej nie wspominać... Od wieków nie ta osoba, blade zainteresowanie, płoche i nikłe zauroczenie, czasowość, tęsknota, oddzielność i pojedyncze przemijanie... Czy ja oczekuję zbyt wiele?
- Nie mam zielonego pojęcia, o czym on marzy i myśli... Sam musisz go o to zapytać.
- Boję się, że zniknie i będę się musiał zmierzyć z tym, z czym walczyłem, gdy ty zniknąłeś... Nie mam na to sił...
Błękitnooki patrzył na mnie bez słowa, przestał kroić warzywa i oparł się rękoma o blat stołu. Światło lampy odbijało mu się w okularkach.
- Cokolwiek postanowisz, będę zawsze przy tobie - powiedział cicho.
- Mam ciebie i to trzyma mnie w całości... Ahhh... - zamyśliłem się na chwilę. - Odbierzesz mnie we wtorek z lotniska w Belo Horizonte?
- Jasne!
- Przeraża mnie perspektywa tak dalekiej podróży... Ty zostajesz w Polsce, ja jadę...
- Pamiętaj, że teraz jest inaczej niż pół roku temu - odparł spokojnie. - Teraz masz gdzie wrócić, do kogo wrócić, po co wrócić - kontynuował. - Chyba zapomniałeś, że teraz ktoś na ciebie tam czeka - ostatnie wypowiedziane wyrazy nieco mocniej zaakcentował.
- Czeka... Nie czeka... Sam już nie wiem... - nabrałem powietrza i wstrzymałem je w środku.
- Na własne uszy słyszałem, jak powiedział na skype, że tęskni... - dodał po chwili.
- Może kiedyś doświadczę tego osobiście... Jak na razie boję się powrotu i chyba najbardziej przeraża mnie ta niepewność realności i pewność nierealności Brązowookiego... Ja to mam pecha...
- To znaczy? - Spojrzał na mnie niepewnie.
- W moim życiu pojawiają się prawie zawsze osoby, które traktują mnie przedmiotowo... O sprawach sercowych lepiej nie wspominać... Od wieków nie ta osoba, blade zainteresowanie, płoche i nikłe zauroczenie, czasowość, tęsknota, oddzielność i pojedyncze przemijanie... Czy ja oczekuję zbyt wiele?
- Nie mam zielonego pojęcia, o czym on marzy i myśli... Sam musisz go o to zapytać.
- Boję się, że zniknie i będę się musiał zmierzyć z tym, z czym walczyłem, gdy ty zniknąłeś... Nie mam na to sił...
Błękitnooki patrzył na mnie bez słowa, przestał kroić warzywa i oparł się rękoma o blat stołu. Światło lampy odbijało mu się w okularkach.
- Cokolwiek postanowisz, będę zawsze przy tobie - powiedział cicho.
- Mam ciebie i to trzyma mnie w całości... Ahhh... - zamyśliłem się na chwilę. - Odbierzesz mnie we wtorek z lotniska w Belo Horizonte?
- Jasne!
sobota, 2 marca 2013
Sen 48. Czekanie i cierpliwość nie wystarczą
- Chciałbym zobaczyć się z Elbim - zaskoczyłem rozmową zamyślonego Błękitnookiego.
Spojrzał na mnie znad okularków i wziął głęboki oddech. Myślałem, że zacznie dyskusję, lecz milczał.
- Nie wiem, czy to dobry pomysł, ale czuję, że powinienem, że tak trzeba, że wypada wyciągnąć do niego rękę, że trzeba porozmawiać, pokazać się...
- Skąd wiesz, że Elbi chciałby z tobą rozmawiać? Może minąłby ciebie bez słowa jak kiedyś...
- Nie wiem tego... Ale czuję, że powinienem... Doskwiera mi jakiś brak...
- Niepotrzebnie... Nie myśl o tym, bo Elbi nigdy nie będzie jak Błękitnooki...
- A Błękitnooki nie będzie jak Elbi, pomimo że łączy was więcej niż można sobie wyobrazić. Wiem o tym, ale ciągle wewnątrz czuję pustkę...
- Będziesz ją czuł jeszcze długo... Być może kiedyś moje miejsce zastąpi Brązowooki i pustka wypełni się nowym aspektem bytu... Elbi odejdzie w niepamięć, ja odejdę w niepamięć, a nasze miejsce wypełni on.
Patrzyłem na niego i niedowierzałem temu, co mówił. Był spokojny, uśmiechał się, splótł ręce na kolanach, obok niego leżała książka, którą wcześniej czytał.
- Ale... - zająknąłem się i spuściłem głowę. Łza stoczyła się po policzku.
- Wiesz dobrze, że sprawa z Brązowookim się nie uda... - zacząłem po chwili. - On żyje w innym świecie niż ja, niż my obaj, on ma inne myśli, inne potrzeby, inne oczekiwania... Brązowooki to inna bajka, on jest inteligentny i przystojny... A ja...
- Czekam tylko na to, by ponieść porażkę - kontynuowałem, licząc esy-floresy na dywanie. - Z jednej strony pragnę, by być blisko niego, chcę czekać na niego i chcę, by on czekał na mnie, ale chcę także zachować w pamięci ciebie. Dostrzegam niebezpieczeństwo, widzę ryzyko, rozumiem to wahanie i niepewność, ale brnę w to wszystko... Nie wiem czemu... Wiem, że to dla mnie się źle skończy, będą łzy, żal i wielkie rozczarowanie, ale nie schodzę z obranej drogi... Boję się tego, co będzie...
Błękitnooki słuchał uważnie. Patrzył wprost w moje oczy, jedynie nerwowo przebierał palcami.
- Bo jako jedyny w nowym miejcu zwrócił na ciebie uwagę, zaczął się tobą w jakiś sposób interesować, a ty to wyczułeś i jakoś zbliżyłeś się do niego. Zaczęło ci na nim zależeć, dlatego też nie zostawiłeś go, gdy on sam potrzebował pomocy. Uwierzyłeś w niego pomimo wielu odrębnych opinii, ba!, zaufałeś mu, co jest u ciebie nie lada wyczynem! A to, co było dalej, potoczyło się naturalnie. Pragniesz wypełnić pustkę wokół siebie i być może widzisz w nim ten brakujący element...
- Wiem, że to bez sensu, ale będę czekał na to, co będzie.
- Będziemy czekać razem. Będziemy się uczyć wytrwałości i cierpliwości. Nic innego nam nie zostało...
Spojrzał na mnie znad okularków i wziął głęboki oddech. Myślałem, że zacznie dyskusję, lecz milczał.
- Nie wiem, czy to dobry pomysł, ale czuję, że powinienem, że tak trzeba, że wypada wyciągnąć do niego rękę, że trzeba porozmawiać, pokazać się...
- Skąd wiesz, że Elbi chciałby z tobą rozmawiać? Może minąłby ciebie bez słowa jak kiedyś...
- Nie wiem tego... Ale czuję, że powinienem... Doskwiera mi jakiś brak...
- Niepotrzebnie... Nie myśl o tym, bo Elbi nigdy nie będzie jak Błękitnooki...
- A Błękitnooki nie będzie jak Elbi, pomimo że łączy was więcej niż można sobie wyobrazić. Wiem o tym, ale ciągle wewnątrz czuję pustkę...
- Będziesz ją czuł jeszcze długo... Być może kiedyś moje miejsce zastąpi Brązowooki i pustka wypełni się nowym aspektem bytu... Elbi odejdzie w niepamięć, ja odejdę w niepamięć, a nasze miejsce wypełni on.
Patrzyłem na niego i niedowierzałem temu, co mówił. Był spokojny, uśmiechał się, splótł ręce na kolanach, obok niego leżała książka, którą wcześniej czytał.
- Ale... - zająknąłem się i spuściłem głowę. Łza stoczyła się po policzku.
- Wiesz dobrze, że sprawa z Brązowookim się nie uda... - zacząłem po chwili. - On żyje w innym świecie niż ja, niż my obaj, on ma inne myśli, inne potrzeby, inne oczekiwania... Brązowooki to inna bajka, on jest inteligentny i przystojny... A ja...
- Czekam tylko na to, by ponieść porażkę - kontynuowałem, licząc esy-floresy na dywanie. - Z jednej strony pragnę, by być blisko niego, chcę czekać na niego i chcę, by on czekał na mnie, ale chcę także zachować w pamięci ciebie. Dostrzegam niebezpieczeństwo, widzę ryzyko, rozumiem to wahanie i niepewność, ale brnę w to wszystko... Nie wiem czemu... Wiem, że to dla mnie się źle skończy, będą łzy, żal i wielkie rozczarowanie, ale nie schodzę z obranej drogi... Boję się tego, co będzie...
Błękitnooki słuchał uważnie. Patrzył wprost w moje oczy, jedynie nerwowo przebierał palcami.
- Bo jako jedyny w nowym miejcu zwrócił na ciebie uwagę, zaczął się tobą w jakiś sposób interesować, a ty to wyczułeś i jakoś zbliżyłeś się do niego. Zaczęło ci na nim zależeć, dlatego też nie zostawiłeś go, gdy on sam potrzebował pomocy. Uwierzyłeś w niego pomimo wielu odrębnych opinii, ba!, zaufałeś mu, co jest u ciebie nie lada wyczynem! A to, co było dalej, potoczyło się naturalnie. Pragniesz wypełnić pustkę wokół siebie i być może widzisz w nim ten brakujący element...
- Wiem, że to bez sensu, ale będę czekał na to, co będzie.
- Będziemy czekać razem. Będziemy się uczyć wytrwałości i cierpliwości. Nic innego nam nie zostało...
piątek, 1 marca 2013
Sen 47. Chadzając opłotkami
Z samego rana Markiza zaatakowała Bękitnookiego w kuchni. Zastąpiła mu drogę, gdy zbierał się do pracy.
- Nie uda się wam ten mig! - Odezwała się tonem pełnym ironii. - Nie dam się wyeliminować tak łatwo! Nie zasłaniajcie się Brązowookim, bo to kiepski pomysł!
Błękitnooki ze zdziwienia podniósł brwi i zmarszczył czoło.
- Zgiń! Przepadnij! - Chciał ją wyminąć, lecz ta znów zastąpiła mu przejście.
- Słyszałam, jak ten Brązowooki rozmawiał kiedyś z Kattą. Mówił mu: "Ty jesteś mój, a ja jestem twój!" Śmiałam się z tego cały dzień! Takie bzdury! Jak można takie rzeczy mówić?! Jeszcze jemu!
- A on to co?? Nie znasz go!
- Hahahah... Znam go lepiej niż ty i inni razem wzięci! To typowy egoista! Pomógł Brązowookiemu tylko dlatego, że widzi w nim ciebie! I raczej chodziło mu o siebie samego niż o tamtego...
- Co ty za bzdury gadasz! - Błękitnooki uniósł głos i oparł się o ścianę. - Katta zrobił to bezinteresownie! Byłem przy tym.
- Widziałeś teatrzyk lalkowy! Egoistyczne pociąganie za sznurki! Sztuka pełna improwizacji! Widziałeś to, co chciał, byś zobaczył! Wiem to, bom Markiza! Znam się na ludziach.
- Nie znasz Brązowookiego. To dobry chłopak, nieco zagubiony, ale dobry. Katta zrobił dla niego i jego bliskich to, co mógł...
- Może i masz rację, że zrobił dużo, ale nie działał bezinteresownie. Wiem to! On nie chciał, ba!, on się wręcz bał, by po tych zdarzeniach Brązowooki nie zniknął z jego życia!
- W tym akurat masz rację. Bał się go stracić, ale jego działanie było bezinteresowne.
- Taaaak? A teraz czeka na jego ruch w jego stronę! Oto jego bezinteresowność!
- A co jest złego w takim czekaniu? Poznaje Brązowookiego i tyle. Z tego, co wiem, wysyła on sprzeczne sygnały i Katta nieco się pogubił...
- Żeby nie upadł poniżej statystycznej - zaśmiała się Markiza. - Ale co mnie to obchodzi! Katta chodzi umysłowymi opłotkami, gra w tylko jemu znaną grę, rozstawia pionki według własnego uznania i chce wygrać pomimo tego, że zdaje sobie sprawę z rychłej przegranej...
- Każdy człowiek chciałby wygrywać w swoim życiu. Nie widzę w tym nic dziwnego - Błękitnooki rozłożył ręce w geście niemej niemocy.
- Nie jestem po niczyjej stronie, ale Katta będzie jeszcze przez niego głęboko płakał...
- Nie pozwolę na to, by Brązowooki go skrzywdził.
- Taaak? Przez ciebie też płakał! Jesteś hipokrytą!
- Zmieniłem się...
- Taaak..., i tak ci nie wierzę, jak ty nie wierzysz mi! I pamiętaj, że jesteśmy tu na takich samych warunkach, a nasze zwycięstwo zależy tylko od tego, którą drogą on podąży.
- Wygrać może tylko jedno z nas!
- Pamiętaj, że oboje możemy także przegrać - Markiza zaszurała swoją obszerną suknią i zatrzasnęła za sobą drzwi sypialni, zostawiając rozgoryczonego Błękitnookiego przy kuchennym stole.
- Nie uda się wam ten mig! - Odezwała się tonem pełnym ironii. - Nie dam się wyeliminować tak łatwo! Nie zasłaniajcie się Brązowookim, bo to kiepski pomysł!
Błękitnooki ze zdziwienia podniósł brwi i zmarszczył czoło.
- Zgiń! Przepadnij! - Chciał ją wyminąć, lecz ta znów zastąpiła mu przejście.
- Słyszałam, jak ten Brązowooki rozmawiał kiedyś z Kattą. Mówił mu: "Ty jesteś mój, a ja jestem twój!" Śmiałam się z tego cały dzień! Takie bzdury! Jak można takie rzeczy mówić?! Jeszcze jemu!
- A on to co?? Nie znasz go!
- Hahahah... Znam go lepiej niż ty i inni razem wzięci! To typowy egoista! Pomógł Brązowookiemu tylko dlatego, że widzi w nim ciebie! I raczej chodziło mu o siebie samego niż o tamtego...
- Co ty za bzdury gadasz! - Błękitnooki uniósł głos i oparł się o ścianę. - Katta zrobił to bezinteresownie! Byłem przy tym.
- Widziałeś teatrzyk lalkowy! Egoistyczne pociąganie za sznurki! Sztuka pełna improwizacji! Widziałeś to, co chciał, byś zobaczył! Wiem to, bom Markiza! Znam się na ludziach.
- Nie znasz Brązowookiego. To dobry chłopak, nieco zagubiony, ale dobry. Katta zrobił dla niego i jego bliskich to, co mógł...
- Może i masz rację, że zrobił dużo, ale nie działał bezinteresownie. Wiem to! On nie chciał, ba!, on się wręcz bał, by po tych zdarzeniach Brązowooki nie zniknął z jego życia!
- W tym akurat masz rację. Bał się go stracić, ale jego działanie było bezinteresowne.
- Taaaak? A teraz czeka na jego ruch w jego stronę! Oto jego bezinteresowność!
- A co jest złego w takim czekaniu? Poznaje Brązowookiego i tyle. Z tego, co wiem, wysyła on sprzeczne sygnały i Katta nieco się pogubił...
- Żeby nie upadł poniżej statystycznej - zaśmiała się Markiza. - Ale co mnie to obchodzi! Katta chodzi umysłowymi opłotkami, gra w tylko jemu znaną grę, rozstawia pionki według własnego uznania i chce wygrać pomimo tego, że zdaje sobie sprawę z rychłej przegranej...
- Każdy człowiek chciałby wygrywać w swoim życiu. Nie widzę w tym nic dziwnego - Błękitnooki rozłożył ręce w geście niemej niemocy.
- Nie jestem po niczyjej stronie, ale Katta będzie jeszcze przez niego głęboko płakał...
- Nie pozwolę na to, by Brązowooki go skrzywdził.
- Taaak? Przez ciebie też płakał! Jesteś hipokrytą!
- Zmieniłem się...
- Taaak..., i tak ci nie wierzę, jak ty nie wierzysz mi! I pamiętaj, że jesteśmy tu na takich samych warunkach, a nasze zwycięstwo zależy tylko od tego, którą drogą on podąży.
- Wygrać może tylko jedno z nas!
- Pamiętaj, że oboje możemy także przegrać - Markiza zaszurała swoją obszerną suknią i zatrzasnęła za sobą drzwi sypialni, zostawiając rozgoryczonego Błękitnookiego przy kuchennym stole.
czwartek, 28 lutego 2013
Sen 46. Tak blisko i zarazem tak daleko
Po ponad 30 godzinach dotarliśmy do polskiego domu. Podróż z Brazylii była długa i trudna - przesiadka pierwsza, w Londynie, dość prosta - wystarczyło dostać się na Victoria Station, gorzej było w Berlinie, gdzie zgubiliśmy się i nie mogliśmy dotrzeć na Berlin Schoenefeld Railway Station. Będąc razem, byliśmy osobno - porozumiewaliśmy się jedynie za pomocą gestów, intuicji i zmysłu wewnętrznego spokoju. Przetrwaliśmy.
Jeszcze na miejscu Błękitnooki odprowadził mnie na dworzec, gdyż sam nie mógł udać się w podróż do Polski. W kilkadziesiąt godzin później odebrał mnie z dworca z drugiej strony półkuli. Był uśmiechnięty i gdy tylko wyłoniłem się z autokaru, zakrzyknął: "W końcu jesteś!!".
Pewnie pojedziemy w miejsce, gdzie po raz pierwszy się zobaczyliśmy - mały placyk w centrum zabytkowego miasta. Ciekawe, czy nasza ławeczka jeszcze tam jest...
Brązowooki został w naszej brazylijskiej mieścinie. Zauważyłem, że trochę tęsknię za jego brązowymi oczami, głosem i zapachem jego bluzy. Myślę o nim, brakuje mi go, codziennie wypatruje od niego wiadomości. Został tak daleko, w odległej Brazylii, ale, gdy tylko zamknę oczy, jest tak blisko, tuż obok mnie... Bardzo go lubię. Wkrótce znów się zobaczymy...
Jeszcze na miejscu Błękitnooki odprowadził mnie na dworzec, gdyż sam nie mógł udać się w podróż do Polski. W kilkadziesiąt godzin później odebrał mnie z dworca z drugiej strony półkuli. Był uśmiechnięty i gdy tylko wyłoniłem się z autokaru, zakrzyknął: "W końcu jesteś!!".
Pewnie pojedziemy w miejsce, gdzie po raz pierwszy się zobaczyliśmy - mały placyk w centrum zabytkowego miasta. Ciekawe, czy nasza ławeczka jeszcze tam jest...
Brązowooki został w naszej brazylijskiej mieścinie. Zauważyłem, że trochę tęsknię za jego brązowymi oczami, głosem i zapachem jego bluzy. Myślę o nim, brakuje mi go, codziennie wypatruje od niego wiadomości. Został tak daleko, w odległej Brazylii, ale, gdy tylko zamknę oczy, jest tak blisko, tuż obok mnie... Bardzo go lubię. Wkrótce znów się zobaczymy...
środa, 13 lutego 2013
Sen 45. Cztery samobójstwa Lemura Katty
Samobójstwo pierwsze: Próba konfliktowa
- Wstań, już prawie południe - Błękitnooki wszedł do sypialni i rozsunął kotary.
Postawił na ławie kubek z parującym płynem i cztery ćwiartki obranego jabłka. Wcisnął ręce w kieszenie spodni i z ukosa się mi przyglądał. Patrzyłem na niego spod przymkniętych powiek i zastanawiałem się, co teraz zrobi - czy wyjdzie z pokoju i zostawi mnie śpiącego, czy wybudzi na siłę z gestem niemego zdumienia i zaskoczenia. Gdy po chwili otworzyłem ponownie oczy, nadal stał nade mną. Nie ruszył się nawet o milimetr. Uniosłem głowę z poduszki i sięgnąłem po kubek. Uśmiechnął się.
- Masz odciśnięty guzik na policzku... - nadal się uśmiechał i ciekawie na mnie patrzył. Dotknąłem palcami twarzy i szukałem odrealnionego miejsca.
- Nie mam na nic ochoty... Chciałbym przespać cały dzień - wymruczałem z niechęcią. - A potem całą noc i znów cały dzień...
Usiadł na dywanie po turecku i oparł brodę na złożonych dłoniach.
- Wiedziałeś, że jest to ryzykowne, jednak nawiązałeś z nim kontakt - odezwał się i przybrał minę tureckiego kupca z bazaru z przyprawami. - Kiedy się to zaczęło?
- Nie pamiętam... Może nawet już pierwszego dnia, lecz nie byłem tego świadomy... Tyle się wtedy działo... A potem to narastało, narastało, nawarstwiało się, komplikowało... - zanurzyłem usta w gorącej kawie i małymi łykami piłem ją chciwie.
Czekał na to, co powiem dalej. Nadal siedział w przybranej wcześniej pozycji i patrzył na mnie swymi głębokimi niebieskimi oczyma.
- Ma bardzo ładne oczy... brązowe... - spojrzałem na niego, lecz w jego twarzy nic się nie zmieniło. - To Lemur Brązowooki... Przyzwyczaiłem się do jego spojrzenia... I chyba zaczynam tęsknić za jego oczami...
- Ale wspominałeś kiedyś, że jest nierealnym realnie bytem i jest poza zasięgiem...
- Bo sam się zgubiłem w jego fizyczności bytów i niebytów - raz jest realny, za chwilę nie, raz widzę w nim nierealność realności, a za chwilę realność nierealności... Rozumiesz?
- Tak. Lecz nadal nie wiesz, co jest realne, a co jest nierealne...
- Zgadza się. Znaki Brązowookiego są czytelne i nieczytelne. Zgubiłem myśli, zgubiłem sens, czytając je zbyt powierzchownie.
- Co zamierzasz? - Błękitnooki wsparł się na rękach i rozprostował nogi.
- Zderzę się z realnością i nierealnością Brązowookiego.
Samobójstwo drugie: Przebudzenie się Markizy
Zastałem go siedzącego przed komodą. Szukał czegoś w szufladach. Dookoła siebie miał porozkładane jakieś papiery, zdjęcia, koperty, widokówki, różne przybory i szpargały. Nie usłyszał, gdy się zbliżyłem.
- Czego szukasz? - Zapytałem.
Znieruchomiał i spojrzał na mnie. Miał podkrążone i zmęczone oczy.
- Twojego zdjęcia... Jest mi ono potrzebne - odparł po chwili.
Patrzyłem na niego i zrobiło mi się dziwnie ciepło, serce zabiło i krew ruszyła żwawiej. Chciałem go przytulić, lecz najpierw musiałem wyjaśnić poranną awanturę z Markizą i z Babą w czerwonej chuście na głowie. Katta tępo patrzył w otwartą szufladę.
- Dziś rano mało co zawału nie dostałem... - zacząłem i usiadłem obok.
Zlustrowałem rozrzucone przedmioty i spojrzałem mu w twarz. Odwzajemnił się, lecz szybko wbił oczy w dywan. Myślał nad czymś i nerwowo zaciskał palce na drewnianym pudełku.
- Lemurku Błękitnooki, nie chcę o tym rozmawiać... - odparł po chwili. - Wystarczy mi to... - Katta rozpiął polówkę i okazał mi swoją szyję. Widać było na niej sine miejsca i lekko ciemniejące krwiaki.
- Mój Boże... Ona chciała cię udusić! Nie wiem, jakby się to skończyło, gdybym nie wszedł do pokoju!
- Nie pamiętam tego zbyt dobrze...
- Bo spałeś snem na jawie! Byłeś tam, ale tak na serio ciebie nie było. Znajdowałeś się wtedy na granicy dwóch światów i ona to wykorzystała...
- Przyśnił mi się Brązowooki i wtedy zabrakło mi powietrza... Miałem wrażenie, jakby położono mi na piersiach 50 kilowy odważnik - Katta spojrzał mi prosto w oczy, jakby prosił o rozjaśnienie całego ambarasu.
- To była ona! Markiza! Stała przy łóżku i dusiła cię! - Ze zdenerwowania podniosłem głos.
- Ale nigdy wcześniej nic takiego nie zrobiła... Od kiedy pamiętam, siedzi tylko w swym fotelu i śpiewa lub ciągle gada...
- A teraz przeszła do czynów... - dokończyłem za niego. - A ta Baba w czerwonej chuście stała obok i śpiewała! Gdy chciałem oderwać Markizę od ciebie, zaczęła okładać mnie pięściami... A potem pojawił się ten Drwal i powiedział: "Jeszcze nie czas!" i obie odeszły od łóżka...
Katta patrzył na mnie z otwartymi ustami, a jego oczy zrobiły się wielkie jak spodki.
- Ja tego dobrze nie pamiętam... Wiem tylko, że nie mogłem oddychać...
- Dziękuję, że mnie uratowałeś...
Przytuliłem Kattę do siebie bardzo mocno, gdyż sam tego w tym momencie potrzebowałem.
Samobójstwo trzecie: Śmiercionośna dłoń Platona
Pchnąłem lekko drzwi i wszedłem do środka. Stanąłem w kącie salonu tak, by nikt mnie nie zauważył. Przede mną, koło komody, tuż przy oknie, pośród rozrzuconych papierów i różnych szpargałów, siedziały na dywanie dwie osoby. Obejmowały się. Zauważyłem, że są ze sobą bardzo blisko. Stałem tak i patrzyłem na nich. Patrzyłem na to, jak głowa jednego z nich spoczywa na ramieniu drugiego i jak usta tego drugiego dotykają szyi tego pierwszego. Pomimo emanującej z nich miłości dostrzegłem nad nimi ciemną i nieokreśloną wić rozpaczy. Jasność, Ciemność i Zagubienie kotłowały się nad nimi i obok nich. Widok ten przypominał nadciągającą burzę - ciemne chmury zderzają się z jasnością i czystością nieba, a letni wiatr, zagubiony w aktualnym położeniu, nie wie, czy ma uciec i skryć się za promieniem słońca, by przeczekać sztorm, czy też dołączyć do huku i gwizdu silniejszego brata i wraz z nim siać zniszczenie.
Tak też w tej chwili wyglądali oni - zanurzeni w jasno-ciemnej poświacie czasu i przestrzeni, w której to zjawiska Przeszłości, Przyszłości i Teraźniejszości toczą ze sobą walkę. Nad ich głowami, wyraźnie oddzielone, znajdują się dwa stany ich życia: Ciemność i Jasność. Przenikają się i plączą ze sobą niby węzeł gordyjski i żyją już własnym życiem. Zabliźniły się i zniszczyły tym samym sens istnienia jednostek fizycznych, gdyż ich przeznaczeniem była odwieczna separacja.
W tym przypadku kontrast przestał istnieć - Dzień i Noc stały się jednym. Oni także pomimo odrębności dwóch światów. Zerwana została logiczna zasada niełączności przeciwieństw - ogień złączył się z wodą, suchość z wilgocią, zło z dobrem, jasność z ciemnością.
Gdy tak na nich patrzyłem, widziałem tę ciemną masę wiru ich nicości istnienia. Jasny Chłopiec z ciemną chmurą nad głową i Ciemny Chłopiec z jasną chmurą nad głową. I ich jedność - niefizyczna, nierealna, niespełniona, pełna marzeń, snów na jawie i bólu odrębności bytów. Są, ale tak naprawdę ich nie ma.
Samobójstwo czwarte: Pojawianie i znikanie
Odłożyłem książkę, gdy do pokoju wszedł Błękitnooki. Miał smutną minę i ręce w kieszeniach spodni. Usiadł na rogu łóżka.
- Zaczynam blaknąć... - zaczął cicho.
- Dostrzegłem tylko, że twoje kontury nieco się rozmyły... Jesteś tu i nadal będziesz!
- Czuję, że zszedłem na dalszy plan...
- Wybacz mi...
Spojrzał na mnie swoimi niebieskimi oczyma.
- Brązowooki wszedł do twoich snów... - kontynuował po chwili. - Chciałem go zobaczyć, lecz ciągle mi umyka... Jedynie słyszałem jego głos...
- Tak, to prawda. Pojawił się w moich snach, ale chyba niemożliwym jest, byście się mogli spotkać... Jesteś nierealny w nierealnym świecie, on jest realny w świecie nierealnym, ale pochodzi ze stanu niestabilnej realności, której granice przenikają się i nikną w realności bytu.
- Tak, to prawda... - odparł.
- Ale ty się go obawiasz - rzekł po chwili. - Widzę to.
- Ciebie też się obawiam. Obaj możecie zniknąć... Zostanie po was pustka gorejąca bólem.
- Chyba jedyną rzeczą, jaka łączy mnie z Brązowookim, jest stan pojawiania się i znikania - uśmiechnął się i przeczesał ręką włosy.
- I stan niepewności istnienia! - Dodałem. - Wiesz, czasami przygniata mnie ta niepewność... Jesteś tu codziennie, lecz jesteś zarazem tysiące kilometrów ode mnie. Jesteśmy blisko, ale tęsknię, bo ciebie nie ma obok. Z nim jest podobnie - jest, ale tak jakby go nie było, nie ma go, ale wiem, że jest tam, gdzie mnie nie ma. I jeszcze jedno, co jest chyba w tym wszystkim najdziwniejsze - wewnątrz mojego umysłu zacząłem tęsknić za nim, tęskniąc równocześnie za tobą...
- Obaj jesteśmy skomplikowani...
- Wiesz, za co cię kocham najbardziej?
Ponownie przeniknął mnie swoim błękitnym wzrokiem.
- Za sposób, w jaki ze sobą jesteśmy i za sposób, w jaki ze sobą rozmawiamy...
- Czy jesteś w stanie pokochać i jego? - Zapytał niepewnie.
- Będę kochał was obu - jego za to, że może być, ciebie za to, że byłeś, jesteś i będziesz. To taki sam wymiar miłości...
- Miłości, która pcha ciebie w stronę urwiska...
- Zakochując się w tobie, stanąłem nad przepaścią i uniosłem lewą nogę, zakochując się w nim, podniosę prawą i przechylę się nieco do przodu... Już dawno przepadłem...
- Ale gdy w tym przesileniu...
- Najwyżej z hukiem spadnę w dół... - dokończyłem za niego.
- Wstań, już prawie południe - Błękitnooki wszedł do sypialni i rozsunął kotary.
Postawił na ławie kubek z parującym płynem i cztery ćwiartki obranego jabłka. Wcisnął ręce w kieszenie spodni i z ukosa się mi przyglądał. Patrzyłem na niego spod przymkniętych powiek i zastanawiałem się, co teraz zrobi - czy wyjdzie z pokoju i zostawi mnie śpiącego, czy wybudzi na siłę z gestem niemego zdumienia i zaskoczenia. Gdy po chwili otworzyłem ponownie oczy, nadal stał nade mną. Nie ruszył się nawet o milimetr. Uniosłem głowę z poduszki i sięgnąłem po kubek. Uśmiechnął się.
- Masz odciśnięty guzik na policzku... - nadal się uśmiechał i ciekawie na mnie patrzył. Dotknąłem palcami twarzy i szukałem odrealnionego miejsca.
- Nie mam na nic ochoty... Chciałbym przespać cały dzień - wymruczałem z niechęcią. - A potem całą noc i znów cały dzień...
Usiadł na dywanie po turecku i oparł brodę na złożonych dłoniach.
- Wiedziałeś, że jest to ryzykowne, jednak nawiązałeś z nim kontakt - odezwał się i przybrał minę tureckiego kupca z bazaru z przyprawami. - Kiedy się to zaczęło?
- Nie pamiętam... Może nawet już pierwszego dnia, lecz nie byłem tego świadomy... Tyle się wtedy działo... A potem to narastało, narastało, nawarstwiało się, komplikowało... - zanurzyłem usta w gorącej kawie i małymi łykami piłem ją chciwie.
Czekał na to, co powiem dalej. Nadal siedział w przybranej wcześniej pozycji i patrzył na mnie swymi głębokimi niebieskimi oczyma.
- Ma bardzo ładne oczy... brązowe... - spojrzałem na niego, lecz w jego twarzy nic się nie zmieniło. - To Lemur Brązowooki... Przyzwyczaiłem się do jego spojrzenia... I chyba zaczynam tęsknić za jego oczami...
- Ale wspominałeś kiedyś, że jest nierealnym realnie bytem i jest poza zasięgiem...
- Bo sam się zgubiłem w jego fizyczności bytów i niebytów - raz jest realny, za chwilę nie, raz widzę w nim nierealność realności, a za chwilę realność nierealności... Rozumiesz?
- Tak. Lecz nadal nie wiesz, co jest realne, a co jest nierealne...
- Zgadza się. Znaki Brązowookiego są czytelne i nieczytelne. Zgubiłem myśli, zgubiłem sens, czytając je zbyt powierzchownie.
- Co zamierzasz? - Błękitnooki wsparł się na rękach i rozprostował nogi.
- Zderzę się z realnością i nierealnością Brązowookiego.
Samobójstwo drugie: Przebudzenie się Markizy
Zastałem go siedzącego przed komodą. Szukał czegoś w szufladach. Dookoła siebie miał porozkładane jakieś papiery, zdjęcia, koperty, widokówki, różne przybory i szpargały. Nie usłyszał, gdy się zbliżyłem.
- Czego szukasz? - Zapytałem.
Znieruchomiał i spojrzał na mnie. Miał podkrążone i zmęczone oczy.
- Twojego zdjęcia... Jest mi ono potrzebne - odparł po chwili.
Patrzyłem na niego i zrobiło mi się dziwnie ciepło, serce zabiło i krew ruszyła żwawiej. Chciałem go przytulić, lecz najpierw musiałem wyjaśnić poranną awanturę z Markizą i z Babą w czerwonej chuście na głowie. Katta tępo patrzył w otwartą szufladę.
- Dziś rano mało co zawału nie dostałem... - zacząłem i usiadłem obok.
Zlustrowałem rozrzucone przedmioty i spojrzałem mu w twarz. Odwzajemnił się, lecz szybko wbił oczy w dywan. Myślał nad czymś i nerwowo zaciskał palce na drewnianym pudełku.
- Lemurku Błękitnooki, nie chcę o tym rozmawiać... - odparł po chwili. - Wystarczy mi to... - Katta rozpiął polówkę i okazał mi swoją szyję. Widać było na niej sine miejsca i lekko ciemniejące krwiaki.
- Mój Boże... Ona chciała cię udusić! Nie wiem, jakby się to skończyło, gdybym nie wszedł do pokoju!
- Nie pamiętam tego zbyt dobrze...
- Bo spałeś snem na jawie! Byłeś tam, ale tak na serio ciebie nie było. Znajdowałeś się wtedy na granicy dwóch światów i ona to wykorzystała...
- Przyśnił mi się Brązowooki i wtedy zabrakło mi powietrza... Miałem wrażenie, jakby położono mi na piersiach 50 kilowy odważnik - Katta spojrzał mi prosto w oczy, jakby prosił o rozjaśnienie całego ambarasu.
- To była ona! Markiza! Stała przy łóżku i dusiła cię! - Ze zdenerwowania podniosłem głos.
- Ale nigdy wcześniej nic takiego nie zrobiła... Od kiedy pamiętam, siedzi tylko w swym fotelu i śpiewa lub ciągle gada...
- A teraz przeszła do czynów... - dokończyłem za niego. - A ta Baba w czerwonej chuście stała obok i śpiewała! Gdy chciałem oderwać Markizę od ciebie, zaczęła okładać mnie pięściami... A potem pojawił się ten Drwal i powiedział: "Jeszcze nie czas!" i obie odeszły od łóżka...
Katta patrzył na mnie z otwartymi ustami, a jego oczy zrobiły się wielkie jak spodki.
- Ja tego dobrze nie pamiętam... Wiem tylko, że nie mogłem oddychać...
- Dziękuję, że mnie uratowałeś...
Przytuliłem Kattę do siebie bardzo mocno, gdyż sam tego w tym momencie potrzebowałem.
Samobójstwo trzecie: Śmiercionośna dłoń Platona
Pchnąłem lekko drzwi i wszedłem do środka. Stanąłem w kącie salonu tak, by nikt mnie nie zauważył. Przede mną, koło komody, tuż przy oknie, pośród rozrzuconych papierów i różnych szpargałów, siedziały na dywanie dwie osoby. Obejmowały się. Zauważyłem, że są ze sobą bardzo blisko. Stałem tak i patrzyłem na nich. Patrzyłem na to, jak głowa jednego z nich spoczywa na ramieniu drugiego i jak usta tego drugiego dotykają szyi tego pierwszego. Pomimo emanującej z nich miłości dostrzegłem nad nimi ciemną i nieokreśloną wić rozpaczy. Jasność, Ciemność i Zagubienie kotłowały się nad nimi i obok nich. Widok ten przypominał nadciągającą burzę - ciemne chmury zderzają się z jasnością i czystością nieba, a letni wiatr, zagubiony w aktualnym położeniu, nie wie, czy ma uciec i skryć się za promieniem słońca, by przeczekać sztorm, czy też dołączyć do huku i gwizdu silniejszego brata i wraz z nim siać zniszczenie.
Tak też w tej chwili wyglądali oni - zanurzeni w jasno-ciemnej poświacie czasu i przestrzeni, w której to zjawiska Przeszłości, Przyszłości i Teraźniejszości toczą ze sobą walkę. Nad ich głowami, wyraźnie oddzielone, znajdują się dwa stany ich życia: Ciemność i Jasność. Przenikają się i plączą ze sobą niby węzeł gordyjski i żyją już własnym życiem. Zabliźniły się i zniszczyły tym samym sens istnienia jednostek fizycznych, gdyż ich przeznaczeniem była odwieczna separacja.
W tym przypadku kontrast przestał istnieć - Dzień i Noc stały się jednym. Oni także pomimo odrębności dwóch światów. Zerwana została logiczna zasada niełączności przeciwieństw - ogień złączył się z wodą, suchość z wilgocią, zło z dobrem, jasność z ciemnością.
Gdy tak na nich patrzyłem, widziałem tę ciemną masę wiru ich nicości istnienia. Jasny Chłopiec z ciemną chmurą nad głową i Ciemny Chłopiec z jasną chmurą nad głową. I ich jedność - niefizyczna, nierealna, niespełniona, pełna marzeń, snów na jawie i bólu odrębności bytów. Są, ale tak naprawdę ich nie ma.
Samobójstwo czwarte: Pojawianie i znikanie
Odłożyłem książkę, gdy do pokoju wszedł Błękitnooki. Miał smutną minę i ręce w kieszeniach spodni. Usiadł na rogu łóżka.
- Zaczynam blaknąć... - zaczął cicho.
- Dostrzegłem tylko, że twoje kontury nieco się rozmyły... Jesteś tu i nadal będziesz!
- Czuję, że zszedłem na dalszy plan...
- Wybacz mi...
Spojrzał na mnie swoimi niebieskimi oczyma.
- Brązowooki wszedł do twoich snów... - kontynuował po chwili. - Chciałem go zobaczyć, lecz ciągle mi umyka... Jedynie słyszałem jego głos...
- Tak, to prawda. Pojawił się w moich snach, ale chyba niemożliwym jest, byście się mogli spotkać... Jesteś nierealny w nierealnym świecie, on jest realny w świecie nierealnym, ale pochodzi ze stanu niestabilnej realności, której granice przenikają się i nikną w realności bytu.
- Tak, to prawda... - odparł.
- Ale ty się go obawiasz - rzekł po chwili. - Widzę to.
- Ciebie też się obawiam. Obaj możecie zniknąć... Zostanie po was pustka gorejąca bólem.
- Chyba jedyną rzeczą, jaka łączy mnie z Brązowookim, jest stan pojawiania się i znikania - uśmiechnął się i przeczesał ręką włosy.
- I stan niepewności istnienia! - Dodałem. - Wiesz, czasami przygniata mnie ta niepewność... Jesteś tu codziennie, lecz jesteś zarazem tysiące kilometrów ode mnie. Jesteśmy blisko, ale tęsknię, bo ciebie nie ma obok. Z nim jest podobnie - jest, ale tak jakby go nie było, nie ma go, ale wiem, że jest tam, gdzie mnie nie ma. I jeszcze jedno, co jest chyba w tym wszystkim najdziwniejsze - wewnątrz mojego umysłu zacząłem tęsknić za nim, tęskniąc równocześnie za tobą...
- Obaj jesteśmy skomplikowani...
- Wiesz, za co cię kocham najbardziej?
Ponownie przeniknął mnie swoim błękitnym wzrokiem.
- Za sposób, w jaki ze sobą jesteśmy i za sposób, w jaki ze sobą rozmawiamy...
- Czy jesteś w stanie pokochać i jego? - Zapytał niepewnie.
- Będę kochał was obu - jego za to, że może być, ciebie za to, że byłeś, jesteś i będziesz. To taki sam wymiar miłości...
- Miłości, która pcha ciebie w stronę urwiska...
- Zakochując się w tobie, stanąłem nad przepaścią i uniosłem lewą nogę, zakochując się w nim, podniosę prawą i przechylę się nieco do przodu... Już dawno przepadłem...
- Ale gdy w tym przesileniu...
- Najwyżej z hukiem spadnę w dół... - dokończyłem za niego.
poniedziałek, 28 stycznia 2013
Sen 44. Miejsce bardziej fantastyczne
- Uważam, że powinniśmy zmienić miejsce - przerwał ciszę Błękitnooki i zaświecił nocną lampkę. Założył rękę za głowę i, leżąc na wznak, wbił wzrok w sufit. - Jakoś zaczyna krępować mnie obecność tylu ludzi...
Spojrzałem na Markizę, która wraz z innymi zajęła kąt pokoju. Gdy tylko o nich wspomniałem, ich sylwetki, niby z oparów mgły, wyłoniły się z półmroku. Markiza zatrzymała rozhuśtany fotel, a Baba nadstawiła uszu, by lepiej słyszeć naszą rozmowę.
- Odnajdą nas nawet w piekle - skwitowałem. - Nie przejmuj się nimi, znikną któregoś dnia... Nie skończyłem, gdyż Markiza wybuchnęła gromkim śmiechem.
- Nie tylko ich miałem na myśli. Odniosłem się także do całej lemurowej sztuki - Błękitnooki zwrócił się w moją stronę. - Poszukajmy nowego miejsca, bardziej fantastycznego, bardziej niezwykłego, bardziej otwartego i zagadkowego...
- Jedni i drudzy nas znajdą, wcześniej czy później, ale znajdą... - Uciąłem. - Uważasz, że może istnieć bardziej fantastyczne miejsce niż to? - Zapytałem ze zdziwieniem i poprawiłem szalik, gdyż zaczął dąć zimny wiatr.
Zaczęło padać. Błękitnooki nasunął na głowę kaptur i zasunął zamek błyskawiczny kurtki. Deszcz pod ukosem siekł nas w plecy. Czekaliśmy na autobus, który już spóźniał się ponad 10 minut.
- Tak. Takie miejsce istnieje. Byliśmy już tam... - Spojrzał mi prosto w oczy i lekko się uśmiechnął.
- Aaaa - szepnąłem. - Nie wiem, czy to jest dobry pomysł, by tam wracać... - Patrzyłem, jak po jego ortalionowym kapturze ściekają duże krople deszczówki.
- Nie wiem, czy się odnajdę w twoim świecie... - dodałem po chwili.
Zerknął na mnie i znów się uśmiechnął.
- A ja to co? Nie zostawię cię samego. Będzie dobrze! - Pomimo mokrej kurtki przyciągnął mnie do siebie.
Woda wokół nas zaczęła zamarzać. Wiatr nasilał się.
- Powinniśmy wracać do domu. Rozchorujemy się. - Zatroszczył się Błękitnooki. - Poprosimy Markizę, to zrobi nam budyń waniliowy...
- Hehe... I rozmasuje nam zmarznięte stopy...
- Nie! Ja to zrobię! - Uśmiechnął się i pomimo zacinającego deszczu szedł obok mnie równomiernie, trzymając wysoko uniesioną głowę.
Gdy przytuliliśmy nasze głowy do ciepłej poduchy, zapytałem:
- To kiedy się przenosimy?
- Wkrótce...
Zasnęliśmy pomimo tajemniczych szeptów Markizy, Baby i Drwala.
Spojrzałem na Markizę, która wraz z innymi zajęła kąt pokoju. Gdy tylko o nich wspomniałem, ich sylwetki, niby z oparów mgły, wyłoniły się z półmroku. Markiza zatrzymała rozhuśtany fotel, a Baba nadstawiła uszu, by lepiej słyszeć naszą rozmowę.
- Odnajdą nas nawet w piekle - skwitowałem. - Nie przejmuj się nimi, znikną któregoś dnia... Nie skończyłem, gdyż Markiza wybuchnęła gromkim śmiechem.
- Nie tylko ich miałem na myśli. Odniosłem się także do całej lemurowej sztuki - Błękitnooki zwrócił się w moją stronę. - Poszukajmy nowego miejsca, bardziej fantastycznego, bardziej niezwykłego, bardziej otwartego i zagadkowego...
- Jedni i drudzy nas znajdą, wcześniej czy później, ale znajdą... - Uciąłem. - Uważasz, że może istnieć bardziej fantastyczne miejsce niż to? - Zapytałem ze zdziwieniem i poprawiłem szalik, gdyż zaczął dąć zimny wiatr.
Zaczęło padać. Błękitnooki nasunął na głowę kaptur i zasunął zamek błyskawiczny kurtki. Deszcz pod ukosem siekł nas w plecy. Czekaliśmy na autobus, który już spóźniał się ponad 10 minut.
- Tak. Takie miejsce istnieje. Byliśmy już tam... - Spojrzał mi prosto w oczy i lekko się uśmiechnął.
- Aaaa - szepnąłem. - Nie wiem, czy to jest dobry pomysł, by tam wracać... - Patrzyłem, jak po jego ortalionowym kapturze ściekają duże krople deszczówki.
- Nie wiem, czy się odnajdę w twoim świecie... - dodałem po chwili.
Zerknął na mnie i znów się uśmiechnął.
- A ja to co? Nie zostawię cię samego. Będzie dobrze! - Pomimo mokrej kurtki przyciągnął mnie do siebie.
Woda wokół nas zaczęła zamarzać. Wiatr nasilał się.
- Powinniśmy wracać do domu. Rozchorujemy się. - Zatroszczył się Błękitnooki. - Poprosimy Markizę, to zrobi nam budyń waniliowy...
- Hehe... I rozmasuje nam zmarznięte stopy...
- Nie! Ja to zrobię! - Uśmiechnął się i pomimo zacinającego deszczu szedł obok mnie równomiernie, trzymając wysoko uniesioną głowę.
Gdy przytuliliśmy nasze głowy do ciepłej poduchy, zapytałem:
- To kiedy się przenosimy?
- Wkrótce...
wtorek, 15 stycznia 2013
Sen 43. Być obcym
- Wiesz, że najbardziej niszczącą emocją jest tęsknota? - Zagadnąłem Błękitnookiego, gdy tylko zgasił nocną lampkę i ułożył się do snu.
Leżał na wznak. Jego głowa zapadła się w poduchę, na tle ciemności dostrzegłem jego profil i wyraźnie zarysowany nos. Słyszałem, jak otworzył oczy i wciągnął powietrze do płuc. Patrzył w ciemność, a ta wdzierała się w każdy zakamarek jego ciała i zachęcała do zapadnięcia w sen.
Wsparłem się na ręce i patrzyłem jak oddycha, jak przymyka oczy i znów je otwiera, obserwowałem, jak drży mu skroń i jak pulsują tętnice szyjne, czułem jego zapach zmieszany z aromatem ostro pachnącego mydła i pasty do zębów. Chłonąłem go wszystkimi zmysłami. Wiedziałem, że żyje, że ma się dobrze, że jest obok i zawsze tu będzie. Dotknąłem palcem jego policzka i przesunąłem wzdłuż żuchwy i zawróciłem po konturach ust. Spojrzał na mnie i zamknął oczy. Jego czoło się wygładziło, brwi wyprostowały, a mięśnie ściągające policzki lekko się rozluźniły i usta przybrały postać prostej wąskiej linii. Gdy znów dotknąłem opuszkiem palca jego ust, rozchyliły się i w nikłej poświacie dalekiego światła błysnął rząd białych zębów.
- Ale ja tu jestem - szepnął po chwili i chwycił moją dłoń. - Nie musisz za mną tęsknić...
- Nie wiem, co bym zrobił, gdyby nagle ciebie zabrakło, gdybyś zniknął, gdyby...
- Żyłbyś dalej - skwitował i wsparł się na ręce.
Nasze twarze znalazły się naprzeciw siebie, a nosy prawie że się stykały.
- Co to byłoby za życie... Puste, jałowe, beznadziejne, bezsensowne... Umarłbym z tęsknoty...
- Z tęsknoty się nie umiera.
- Podziwiam siłę ludzi, którzy utracili kogoś i żyją na przekór wszystkiemu. Przecież to uczucie rozdziera umysł, powoduje zapaść emocji i postrzegania świata i innych.
- Tęskniąc w taki sposób, zapominasz o sobie - chyba dziwił się moim rozumowaniem.
- Może i tak, ale tęskniąc za kimś, nigdy tego kogoś nie zapominasz, pamiętasz, że był i że może gdzieś jest i będzie nadal.
- Będzie? Chyba nie bardzo rozumiem.
- Będzie z dala od ciebie, nie będzie go przy tobie w ważnych chwilach, gdy pragniesz, by był. Taka świadoma tęsknota za kimś, kto już nie wróci, to powolny rozpad umysłu, to rozpad emocji, to...
- Kochanie...
- Taka tęsknota to świadoma śmierć głodowa z powodu braku możliwości dosięgnięcia miłości. Serce pulsuje pustką, zasysa nicość istnienia, a mózg sam się zaczyna trawić, bo nie ma dostępu do pokarmu, jakim jest czułość bliskiej osoby. Emocje więdną, stajesz się pusty i wysychasz na popiół, wiedząc, że ktoś się odwrócił i przez to stał się całkiem obcy, obojętny wobec twojej miłości i tęsknoty...
- Tęsknota to synonim miłości, nawet jeśli nie ma obok tej osoby - Błękitnooki nieco spoważniał. - Trzeba zaakceptować wybory innych i trzeba żyć z tą świadomością. Nic z tym nie da się zrobić...
- Tak... To prawda... Nie zmusisz nikogo, by cię kochał, jeśli tego nie chce i tego nie czuje...
- Tęskniąc, kochasz prawdziwym i głębokim uczuciem, ale wiedz, że ty dla tego kogoś już zawsze pozostaniesz obcym...
Leżał na wznak. Jego głowa zapadła się w poduchę, na tle ciemności dostrzegłem jego profil i wyraźnie zarysowany nos. Słyszałem, jak otworzył oczy i wciągnął powietrze do płuc. Patrzył w ciemność, a ta wdzierała się w każdy zakamarek jego ciała i zachęcała do zapadnięcia w sen.
Wsparłem się na ręce i patrzyłem jak oddycha, jak przymyka oczy i znów je otwiera, obserwowałem, jak drży mu skroń i jak pulsują tętnice szyjne, czułem jego zapach zmieszany z aromatem ostro pachnącego mydła i pasty do zębów. Chłonąłem go wszystkimi zmysłami. Wiedziałem, że żyje, że ma się dobrze, że jest obok i zawsze tu będzie. Dotknąłem palcem jego policzka i przesunąłem wzdłuż żuchwy i zawróciłem po konturach ust. Spojrzał na mnie i zamknął oczy. Jego czoło się wygładziło, brwi wyprostowały, a mięśnie ściągające policzki lekko się rozluźniły i usta przybrały postać prostej wąskiej linii. Gdy znów dotknąłem opuszkiem palca jego ust, rozchyliły się i w nikłej poświacie dalekiego światła błysnął rząd białych zębów.
- Ale ja tu jestem - szepnął po chwili i chwycił moją dłoń. - Nie musisz za mną tęsknić...
- Nie wiem, co bym zrobił, gdyby nagle ciebie zabrakło, gdybyś zniknął, gdyby...
- Żyłbyś dalej - skwitował i wsparł się na ręce.
Nasze twarze znalazły się naprzeciw siebie, a nosy prawie że się stykały.
- Co to byłoby za życie... Puste, jałowe, beznadziejne, bezsensowne... Umarłbym z tęsknoty...
- Z tęsknoty się nie umiera.
- Podziwiam siłę ludzi, którzy utracili kogoś i żyją na przekór wszystkiemu. Przecież to uczucie rozdziera umysł, powoduje zapaść emocji i postrzegania świata i innych.
- Tęskniąc w taki sposób, zapominasz o sobie - chyba dziwił się moim rozumowaniem.
- Może i tak, ale tęskniąc za kimś, nigdy tego kogoś nie zapominasz, pamiętasz, że był i że może gdzieś jest i będzie nadal.
- Będzie? Chyba nie bardzo rozumiem.
- Będzie z dala od ciebie, nie będzie go przy tobie w ważnych chwilach, gdy pragniesz, by był. Taka świadoma tęsknota za kimś, kto już nie wróci, to powolny rozpad umysłu, to rozpad emocji, to...
- Kochanie...
- Taka tęsknota to świadoma śmierć głodowa z powodu braku możliwości dosięgnięcia miłości. Serce pulsuje pustką, zasysa nicość istnienia, a mózg sam się zaczyna trawić, bo nie ma dostępu do pokarmu, jakim jest czułość bliskiej osoby. Emocje więdną, stajesz się pusty i wysychasz na popiół, wiedząc, że ktoś się odwrócił i przez to stał się całkiem obcy, obojętny wobec twojej miłości i tęsknoty...
- Tęsknota to synonim miłości, nawet jeśli nie ma obok tej osoby - Błękitnooki nieco spoważniał. - Trzeba zaakceptować wybory innych i trzeba żyć z tą świadomością. Nic z tym nie da się zrobić...
- Tak... To prawda... Nie zmusisz nikogo, by cię kochał, jeśli tego nie chce i tego nie czuje...
- Tęskniąc, kochasz prawdziwym i głębokim uczuciem, ale wiedz, że ty dla tego kogoś już zawsze pozostaniesz obcym...
poniedziałek, 14 stycznia 2013
Sen 42. Przypadkowe spotkanie
Zmierzchało się już, gdy wszedłem do domu. Zastałem Błękitnookiego pochylonego nad kuchennym stołem. Czytał jakąś gazetę. Obok niej rozstawione były puste lampki po winie, talerzyki, sztućce i rozkrojona makowa tarta. Gdy mnie dostrzegł, zaczął zbierać ze stołu naczynia i wstawił wodę do gotowania.
- Cześć... Miałeś gości? - Spytałem bez większego zainteresowania.
- Gościa - odparł i uruchomił zmywarkę.
- Jestem padnięty... Marzę tylko o gorącej kąpieli i o spaniu - nie drążyłem zamkniętego już tematu tajemniczych odwiedzin przy winie.
- Chcesz masalę na kolację? - Zapytał.
- Nie. Napiję się tylko herbaty z miodem - rozpiąłem ciemny blezer i zawiesiłem go na oparciu wysokiego krzesła.
Obserwowałem Błękitnookiego, jak krząta się po kuchni. Z tylniej kieszeni spodni zwisała mu kuchenna ścierka.
- Co sądzisz o przypadkowym spotkaniu kogoś, kogo nie widziałeś kilka lat? - Zapytał nagle i oparł się o pracującą zmywarkę.
- Hmmm... Takie spotkanie ma pełno wad i zalet - spojrzałem na niego z zaciekawieniem.
- Zdarza się tak, że zrywasz z kimś kontakt i mijają lata. Ten ktoś się nie odzywa, nie pisze, kompletnie nie wiesz, co u niego, nie wiesz nawet tego czy żyje...
- Nieraz tak bywa - odparłem, nadal z ciekawością zerkając na niego.
- I nagle wpadasz na tę osobę w mieście - kontynuował - i nie wiesz, jak się zachować. Czemu się tak dzieje?
- Bo nie jesteś przygotowany na to. Odległy czas wymazał wspólne tematy, wspólne zainteresowania wyblakły, my się zmieniliśmy, świat się zmienił i dlatego często nie ma wtedy o czym rozmawiać.
- To chyba tkwi w nas samych... Te zmiany... Ta chęć i niechęć do tego co jest i do tego, co było i tego, co będzie... - zasępił się i zamilkł.
Zapatrzyłem się w prawie pusty kubek po herbacie. Łyżeczką przesuwałem po spodeczku zmiętą herbacianą torebkę z jednego rantu na koniec drugiego.
- Elbi tu dziś był - odparł po chwili i spojrzał na mnie. Swoim zwyczajem przechylił głowę nieco w bok i wygiął usta. Światło lampy odbijało się w jego okularkach.
- Oooo... - żachnąłem się i wbiłem w niego wzrok.
- Elbi tu był... - powtórzyłem za nim w taki sposób, jakbym chciał, by słowa te utknęły w ścianie i tam na zawsze pozostały - pod cegłami i grubą warstwą tynku i kuchennej tapety.
- Czekał na ciebie... Płakał... Chciał rozmawiać o...
- O? - Znów wbiłem wzrok w jego twarz.
- O przebaczeniu... - Błękitnooki spuścił głowę i zapatrzył się w kafelkowy wzór na podłodze.
- Cześć... Miałeś gości? - Spytałem bez większego zainteresowania.
- Gościa - odparł i uruchomił zmywarkę.
- Jestem padnięty... Marzę tylko o gorącej kąpieli i o spaniu - nie drążyłem zamkniętego już tematu tajemniczych odwiedzin przy winie.
- Chcesz masalę na kolację? - Zapytał.
- Nie. Napiję się tylko herbaty z miodem - rozpiąłem ciemny blezer i zawiesiłem go na oparciu wysokiego krzesła.
Obserwowałem Błękitnookiego, jak krząta się po kuchni. Z tylniej kieszeni spodni zwisała mu kuchenna ścierka.
- Co sądzisz o przypadkowym spotkaniu kogoś, kogo nie widziałeś kilka lat? - Zapytał nagle i oparł się o pracującą zmywarkę.
- Hmmm... Takie spotkanie ma pełno wad i zalet - spojrzałem na niego z zaciekawieniem.
- Zdarza się tak, że zrywasz z kimś kontakt i mijają lata. Ten ktoś się nie odzywa, nie pisze, kompletnie nie wiesz, co u niego, nie wiesz nawet tego czy żyje...
- Nieraz tak bywa - odparłem, nadal z ciekawością zerkając na niego.
- I nagle wpadasz na tę osobę w mieście - kontynuował - i nie wiesz, jak się zachować. Czemu się tak dzieje?
- Bo nie jesteś przygotowany na to. Odległy czas wymazał wspólne tematy, wspólne zainteresowania wyblakły, my się zmieniliśmy, świat się zmienił i dlatego często nie ma wtedy o czym rozmawiać.
- To chyba tkwi w nas samych... Te zmiany... Ta chęć i niechęć do tego co jest i do tego, co było i tego, co będzie... - zasępił się i zamilkł.
Zapatrzyłem się w prawie pusty kubek po herbacie. Łyżeczką przesuwałem po spodeczku zmiętą herbacianą torebkę z jednego rantu na koniec drugiego.
- Elbi tu dziś był - odparł po chwili i spojrzał na mnie. Swoim zwyczajem przechylił głowę nieco w bok i wygiął usta. Światło lampy odbijało się w jego okularkach.
- Oooo... - żachnąłem się i wbiłem w niego wzrok.
- Elbi tu był... - powtórzyłem za nim w taki sposób, jakbym chciał, by słowa te utknęły w ścianie i tam na zawsze pozostały - pod cegłami i grubą warstwą tynku i kuchennej tapety.
- Czekał na ciebie... Płakał... Chciał rozmawiać o...
- O? - Znów wbiłem wzrok w jego twarz.
- O przebaczeniu... - Błękitnooki spuścił głowę i zapatrzył się w kafelkowy wzór na podłodze.
poniedziałek, 7 stycznia 2013
Sen 41. Nocne rozmowy
- A może wyjedźmy stąd gdzieś daleko... - przerwał ogarniającą cały pokój ciszę i obrócił się na wznak. - Rzućmy wszystko w cholerę i zniknijmy z oczu tych wszystkich obcych nam ludzi... Zacznijmy od nowa w nowym miejscu... Od dawna marzymy o Vancouver... To duże miasto. Może tam będzie nam lepiej...
- Przecież To jest nasze nowe miejsce... - uniosłem głowę z poduszki i spojrzałem na jego profil zamknięty szczelnie w kokonie nocy. - Jesteśmy tu od nieco ponad 4 miesięcy.
- Tak, wiem, ale to by dobrze nam zrobiło... Ta Brazylia nie przemawia do mnie... Jest dla nas zbyt egzotyczna i odległa mentalnie... I ci ludzie... małomiasteczkowi, opieszali, ograniczeni, infantylni, flegmatyczni, tacy widokówkowi... Wiesz, co mam na myśli... - obrócił głowę w moją stronę, uniósł rękę i odgarnął kosmyk włosów z mojego czoła.
- Chcesz znów uciec? - Zapytałem.
- To nie tak... Nie możemy przywiązywać się do obcych nam ludzi, lepiej pozostać na uboczu, schowanym we własnej kieszeni historii i doświadczeń. Nie możemy zachorować na zaufanie do innych.
Zmrużyłem nieco oczy i poprzez ciemność dostrzegłem jego rysy. Na jasnym czole wyraźnie odznaczały się ciemne brwi.
- Masz na myśli... Jego? - Spytałem wręcz z niedowierzaniem.
- Tak... Chyba tak... Pojawił się tak nagle, zaistniał, nabałaganił w emocjach, nauśmiechał się, naumilał, nakręcił zegar pragnień i teraz się nim zupełnie nie interesuje...
- Tak, to dziwne... Potrzebuję trochę czasu, by to rozgryźć, lecz po ostatnich rozmowach z Nim doszedłem do wniosku, że to zbędne i lepiej będzie zapomnieć o nadziei...
- Zapominanie to trudna umiejętność - skwitował mój wywód i zwinął w rulon poduchę tak, że jego twarz była teraz na wysokości mojego nosa. Patrzył mi prosto w oczy i nikle się uśmiechał, gdy nasz wzrok się spotykał.
- Wiesz, że zrozumiałem ostatnio pewną prawidłowość istniejącą w naszym świecie? - Odezwałem się po chwili.
- Jaką?
- Że dla rozstających się ludzi lepsze jest definitywne zerwanie kontaktu niż utrzymywanie znajomości. Nie cierpią ich zmysły, nie męczą się wzajemnymi myślami o sobie, nie karmią się złudną nadzieją. Kiedyś tego nie rozumiałem i wyobrażałem sobie przyjaźnie pomiędzy dawnymi kochankami...
- Toksyczne przyjaźnie...
- Tak! Jak najbardziej toksyczne! Bo jeśli jedna ze stron związała się ponownie lub nawet wybrała bycie samym, to ta druga strona zawsze będzie cierpiała, widząc szczęście tego, co było kiedyś jego szczęściem... Rozumiesz? - Spojrzałem na niego pytająco.
- Tak. Jesteś daleko od tego kogoś, będąc zarazem bardzo blisko... Nie dotkniesz przyjaciela tak samo jak kochanka, nigdy nie przytulisz go w ten sam sposób i doskonale wiesz, że nie możesz przekroczyć tej niewidzialnej granicy, choć tak bardzo byś tego pragnął...
- A najmocniej łamie serce widok dłoni ukochanej osoby zanużonej w dłoni obcego... Przykra jest świadomość tego, że ktoś, kogo kochałeś lub nadal kochasz jest dla ciebie nieosiągalny i jest poza twoimi możliwościami...
- Ale za to nie jest dla kogoś innego... A to boli najbardziej...
Długo patrzyliśmy poprzez ciemność w swoje twarze, gdy nagle lekko uniosłem się i pocałowałem go w czoło.
- Kocham cię, wiesz?
- A co zrobisz z Nim? - Zapytał, zmieniając temat.
- Zapomnę...
- Też cię kocham - wyszeptał i wtulił się w moje ramię i zasnął.
- Przecież To jest nasze nowe miejsce... - uniosłem głowę z poduszki i spojrzałem na jego profil zamknięty szczelnie w kokonie nocy. - Jesteśmy tu od nieco ponad 4 miesięcy.
- Tak, wiem, ale to by dobrze nam zrobiło... Ta Brazylia nie przemawia do mnie... Jest dla nas zbyt egzotyczna i odległa mentalnie... I ci ludzie... małomiasteczkowi, opieszali, ograniczeni, infantylni, flegmatyczni, tacy widokówkowi... Wiesz, co mam na myśli... - obrócił głowę w moją stronę, uniósł rękę i odgarnął kosmyk włosów z mojego czoła.
- Chcesz znów uciec? - Zapytałem.
- To nie tak... Nie możemy przywiązywać się do obcych nam ludzi, lepiej pozostać na uboczu, schowanym we własnej kieszeni historii i doświadczeń. Nie możemy zachorować na zaufanie do innych.
Zmrużyłem nieco oczy i poprzez ciemność dostrzegłem jego rysy. Na jasnym czole wyraźnie odznaczały się ciemne brwi.
- Masz na myśli... Jego? - Spytałem wręcz z niedowierzaniem.
- Tak... Chyba tak... Pojawił się tak nagle, zaistniał, nabałaganił w emocjach, nauśmiechał się, naumilał, nakręcił zegar pragnień i teraz się nim zupełnie nie interesuje...
- Tak, to dziwne... Potrzebuję trochę czasu, by to rozgryźć, lecz po ostatnich rozmowach z Nim doszedłem do wniosku, że to zbędne i lepiej będzie zapomnieć o nadziei...
- Zapominanie to trudna umiejętność - skwitował mój wywód i zwinął w rulon poduchę tak, że jego twarz była teraz na wysokości mojego nosa. Patrzył mi prosto w oczy i nikle się uśmiechał, gdy nasz wzrok się spotykał.
- Wiesz, że zrozumiałem ostatnio pewną prawidłowość istniejącą w naszym świecie? - Odezwałem się po chwili.
- Jaką?
- Że dla rozstających się ludzi lepsze jest definitywne zerwanie kontaktu niż utrzymywanie znajomości. Nie cierpią ich zmysły, nie męczą się wzajemnymi myślami o sobie, nie karmią się złudną nadzieją. Kiedyś tego nie rozumiałem i wyobrażałem sobie przyjaźnie pomiędzy dawnymi kochankami...
- Toksyczne przyjaźnie...
- Tak! Jak najbardziej toksyczne! Bo jeśli jedna ze stron związała się ponownie lub nawet wybrała bycie samym, to ta druga strona zawsze będzie cierpiała, widząc szczęście tego, co było kiedyś jego szczęściem... Rozumiesz? - Spojrzałem na niego pytająco.
- Tak. Jesteś daleko od tego kogoś, będąc zarazem bardzo blisko... Nie dotkniesz przyjaciela tak samo jak kochanka, nigdy nie przytulisz go w ten sam sposób i doskonale wiesz, że nie możesz przekroczyć tej niewidzialnej granicy, choć tak bardzo byś tego pragnął...
- A najmocniej łamie serce widok dłoni ukochanej osoby zanużonej w dłoni obcego... Przykra jest świadomość tego, że ktoś, kogo kochałeś lub nadal kochasz jest dla ciebie nieosiągalny i jest poza twoimi możliwościami...
- Ale za to nie jest dla kogoś innego... A to boli najbardziej...
Długo patrzyliśmy poprzez ciemność w swoje twarze, gdy nagle lekko uniosłem się i pocałowałem go w czoło.
- Kocham cię, wiesz?
- A co zrobisz z Nim? - Zapytał, zmieniając temat.
- Zapomnę...
- Też cię kocham - wyszeptał i wtulił się w moje ramię i zasnął.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








